W oczekiwaniu na katastrofę

chat-dymki
1
        Nawet w grupie zagorzałych przeciwników banków centralnych i ilościowego łagodzenia coraz częściej słyszy się westchnienie zwątpienia. A może jednak Paul Krugman ma rację? Mimo setek miliardów dolarów/jenów/euro wpompowanych w gospodarki pod pretekstem ratowania ich przed kryzysem, poza zawirowaniami w Japonii, nigdzie indziej nic złego się nie dzieje. Więc może nie jest tak źle?
Prezesi na zakupachDla wszystkich tych, którzy tak myślą, mam dobrą, czyli złą wiadomość: Oj, dzieje się, dzieje, choć na erupcję kryzysu trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Cudów nie ma. Drukowanie pieniądza ponad dopuszczalną jego podaż to recepta na katastrofę. Inaczej nie może być. Chociażby nie wiem, jak zaklinał prasy drukarskie profesor Krugman, czy redaktor Clive Crook z redakcji Bloomberga (dawniej Financial Times) namawiał prezesa Europejskiego Banku Centralnego do rozdawania obywatelom krajów strefy euro kilku tysięcy miliardów euro w prezencie, pieniądza stworzonego z powietrza nie da się przekuć w sukces finansowy gospodarki.

Swoją drogą to ciekawy eksperyment, żeby zamiast pracować, produkować, zarabiać, oszczędzać, inwestować i ryzykować ograniczyć się do drukowania banknotów. Jego inspiratorem, a zarazem przywódcą jest nierynkowa, niepodchodząca z wyborów, nieposiadająca żadnej władzy nadrzędnej instytucja, która uzurpuje sobie prawo do sterowania całością gospodarki wedle własnych reguł, nie mających wiele wspólnego z nauką i zdrowym rozsądkiem. Co więcej, temu super rządowi, żeby nie powiedzieć dyktaturze, podporządkowana jest cena pieniądza, a pośrednio wszystkie procesy gospodarcze kraju.

Można jeszcze zrozumieć, że banki centralne (drukarnie centralne?) drukują na drukarkach 3D złote monety, ale one co najwyżej zadrukowują papier, który przy zbyt dużych ilościach traci nawet swoją wartość ozdobną, nie nadając się chociażby na ścienną tapetę. Tak, czy owak, po trosze z ignorancji, głównie jednak w obronie istniejącego politycznego i finansowego status quo, prezesi banków centralnych Japonii, Stanów Zjednoczonych, strefy euro, bankierzy chińscy, że wymienię tylko głównych bohaterów eksperymentu wybrali się na zakupy obligacji skarbowych, płacąc za nie zadrukowanymi papierkami nazywanymi jen, dolar, renminbi, euro etc., które pełnią rolę pieniędzy i służą rządom do ich wydawania na różne cele publiczne.

Sprytny rząd, ale i bank też – nie wiadomo, kto tu sprytniejszy – wymyślili, że tylko te zadrukowane papiery służą jako jedyny legalny środek płatniczy, czyli potocznie pieniądz. Inne (np. złoto, srebro) są nielegalne. A także, że tylko bank centralny ma prawo do emisji papierków.

 Biuro Polityczne

Po co rządowi tyle pieniędzy? Głównie żeby miał na pensje dla siebie i swoich ludzi. Poza tym chodzi o to, aby obywatele byli z rządu zadowoleni, czyli żeby myśleli, że to on, a nie oni płacą za stadiony i in vitro, za festiwale, bezpłatne szkoły, za zasiłki i tym podobne prezenty. W przypadku wydarzeń, o których piszemy, chodzi o to, aby obywatele, czyli naród nie zorientowali się, że jest jakiś kryzys, bo jeszcze gotowi zagłosować na opozycję, a wtedy rząd straci kasę, czyli władzę, a kto wie, może nawet i wolność. Stąd rząd płaci bez zmrużenia każdy rachunek, jaki mu parlamentarzyści podsuwają. Bez względu na to, skąd przychodzi mu zdobyć na to pieniądze – zastaw się, a postaw się!

Zastawem pożyczek udzielonych rządom przez bank centralny są obligacje, które rząd ma zamiar wykupić, gdy już stanie na nogi, a stanie, gdy zabierze obywatelom majątek w postaci podatku, odda pieniądze bankowi centralnemu i będzie kwita. Zanim do tego dojdzie musi jednak płacić odsetki od obligacji. Żeby jednak rządu nie urządzić do końca, gdyż wtedy ten mógłby się na banku centralnym mścić, a kto wie może nawet go odwołać, ten ostatni gwarantuje, że odsetki od długu nie będą wysokie i wyniosą, co najwyżej, zero procent, lub prawie zero. Mechanizmem służącym do tego celu są rady polityczne, komitety rynku otwartego, czy rady prezesów, które – poprzez ustanowienie tzw. bazowych stóp procentowych – ustalają cenę pieniądza. Na wzór peerelowskiego Biura Politycznego czy Komisji Planowania.

Bank centralny pozbawiony odsetek od swoich długów prawie nic na swoich pieniądzach nie zarabia, ale, bądźmy szczerzy, wiele go te pieniądze nie kosztowały. To, czego bank centralny nie zarobi na odsetkach od pożyczek dla państwa, odbija sobie pożyczając bankom komercyjnym góry pieniędzy o kilkanaście punktów procentowych drożej niż kosztuje go ich druk. Banki komercyjne dodają do tego kolejne kilkanaście czy kilkadziesiąt punktów procentowych, by – przy kwotach idących w biliony (tysiące miliardów) dolarów – zarobić, zalewając rynek niemalże darmowym kredytem. Za te pieniądze kupuje się aktywa, które albo mają szansę wzrostu, albo istnieje duże prawdopodobieństwo, że w przypadku załamania się rynku, rząd będzie ratował ich posiadaczy. Takim produktem są np. obligacje wielkich korporacji (too big too fail) czy tym bardziej obligacje skarbowe, jak najpopularniejsze z nich, 10. letnie amerykańskie papiery skarbowe. Ogromne zapotrzebowanie na te papiery powoduje wzrost ich ceny, czyli narastanie bańki spekulacyjnej, która w przypadku papierów dłużnych prowadzi do dalszego obniżenia się rentowności papierów dłużnych.

Czy to znaczy, że free lunch jednak istnieje?

 Godzina prawdy

W kraju, w którym wszyscy powinni się bić o rzadki, a więc występujący w niedoborze kapitał, ten ostatni staje się niemal darmowy. Tak jak powietrze czy słona woda. Jest go dużo, i nie zabraknie. Więc czymże się martwić?

Otóż, bańka spekulacyjna nadyma się, rośnie, by w końcu pęknąć. Cena obligacji nie może rosnąć w nieskończoność. Nawet jeśli inwestorzy sięgają po stosunkowo jeszcze tanie śmieciowe obligacje korporacyjne, obligacje rynków wschodzących czy krajów zagrożonych bankructwem, jak Grecja, Portugalia, czy Włochy (wszystkie trzy posiadają ranking obligacji śmieciowych, albo bliskich śmieciowym). W ciągu ostatnich czterech lat średni wolumen kwot zaangażowanych w obligacje niższego rankingu wzrósł w stosunku do średniej sprzed kryzysu Lehman Brothers o 300 procent.

Taki kapitalizm – pisze Wolf Richter – nie może istnieć. Kapitalizm to przede wszystkim wolność wyboru, konkurencja i zmaganie się z ryzykiem i niepewnością. Bez tych elementów mamy kasyno, a nie gospodarkę. A w kasynie, jak wiadomo, wygrywa właściciel. Tym bardziej, jeśli tylko on wie, która talia kart jest znaczona, czy jaka cyfra wychodzi najczęściej w tej czy innej ruletce. Racjonalna alokacja środków w kasynie nie jest możliwa, a jeśli już, to tylko przez przypadek. W gospodarce będącej kasynem mamy do czynienia z hazardem, a nie z celową produkcją. W końcu przyjdzie godzina prawdy i krupier powie: sprawdzam. Skończy się gra. Bańka spekulacji pęknie.

Wspomniany Richter pisze na swym blogu o spotkaniu z Alanem Greenspanem, który na jego pytanie: dokąd to wszystko zmierza, odpowiedział: bankierzy centralni, czy to w Europie (EBC), czy w USA (FED) nie ma pojęcia co z tym fantem zrobić. Nikt nie wie, jak skończyć to kasyno. Do głowy centralnym bankierom nie przychodzi, że może dojść do wybuchu niekontrolowanej inflacji. Bo to ona będzie kulminacją tego szaleńczego eksperymentu.

Dlatego nie narzekajmy za reporterami TVN, czy TOK FM, że Rada Polityki Pieniężnej nie obniżyła stop procentowych, „jak to robią inne, bardziej cywilizowane banki centralne Europy”, zamiast tego domagajmy się, aby koszt pieniądza nie był ustalany arbitralnie, lecz rynkowo. Nie wzdychajmy z ulgą, że Szwajcarzy zrezygnowali z okazji powrotu do standard złota, czy że WIG 20, 30 czy 80 nie szczytuje, gdy pani Janet Yellen czy Mario Draghi zapowiedzą kolejną transzę QE. To świadczy dobrze o nas, nie o nich. Dlatego uciekajmy z rynku, który stał się szalonym kasynem. Tak postępują mądrzy i roztropni ludzie. Nie bez kozery Warrent Buffett powiedział niedawno, że – uchodzące za produkty z natury bezpieczne – obligacje skarbowe, i to nawet uważane za tak pewne i wiarygodne, jak wspomniane obligacje rządu Stanów Zjednoczonych – powinny być sprzedawane w opakowaniu z etykietą: „grozi stratą lub kalectwem”.

Co w takiej sytuacji począć?

Przede wszystkim należy uświadomić sobie – pisze Wolf Richter – że jesteśmy blisko ostatniej fazy wielkiej, globalnej bańki spekulacyjnej. Bańka ta będzie się utrzymywać dotąd, dopóki bank centralny będzie skupywał aktywa, czyli drukował pieniądz. Już dzisiaj poziom zadłużenia państw jest gigantyczny; rząd brytyjski winny jest swym zagranicznym wierzycielom ekwiwalent ok. 10 bilionów dolarów. Jest to czterokrotność Produktu Krajowego Brutto Wielkiej Brytanii. Hiszpania jest winna 2.3 biliona dolarów, czyli ok. 170 procent swego PKB. Podobnej wielkości jest dług zagraniczny Włochy, stanowiący 100 procent PKB tego kraju.

W warunkach gospodarki wolnorynkowej kapitał nie może być darmowy. Darmowy kapitał oznacza brak kapitalizmu, a bez kapitalizmu padnie produkcja i gospodarka. Kryzys zacznie się na rynkach wschodzących. Takich chociażby jak nasz. Richter powołuje się tu na tzw. dylemat Triffina[1], który sprowadza się do twierdzenia, że poziom światowych zasobów gotówkowych wyznaczony jest przez podaż waluty traktowanej przez innych, jako waluta rezerwowa. Taką walutą w chwili obecnej jest dolar amerykański, który w ciągu ostatnich 40 lat notował rekordowy deficyt w obrotach z resztą świata. W konsekwencji tego deficytu świat został zalany morzem dolarów występujących pod postacią amerykańskich obligacji skarbowych (Treasury bonds). Obligacje te stanowią dziś ok. dwie trzecie wszystkich rezerw światowego systemu bankowego.

Ostatnie kilka lat, dzięki gwałtownemu wzrostowi wydobycia gazu i ropy naftowej ze złóż łupkowych, roczny poziom deficytu zmalał o blisko 60 procent w stosunku do lat ubiegłych, stanowiąc niespełna 2 procent PKB Stanów Zjednoczonych. Równocześnie ogromne ilości tych obligacji skupuje FED w ramach akcji QE, skutkiem czego spada w świecie ilość gotówki. Prędzej czy później, krajom takim jak Rosja, Brazylia czy Turcja zabraknie dolarów do spłacania obligacji denominowanych w walucie amerykańskiej. W przeciwieństwie do rządów USA czy Japonii[2], żaden z w/w krajów nie jest w stanie wydrukować sobie obligacji we własnej walucie. W jaki sposób spłacą długi, których tylko w 2015 roku będzie ok. pół biliona dolarów?

Prócz wielkiej piątki królem stanie się złoto, srebro i inne metale szlachetne. Na wszystkie inne wehikuły finansowe/inwestycyjne, z braku gotówki, popyt będzie spadać. Świat znajdzie się po raz kolejny w fazie kryzysu. Jak wielki on będzie, tego nie wie nikt. Nawet ci, którzy w imię korekty błędów wolnego rynku, sięgnęli po kontrolę nad ceną pieniądza, utrzymując, że stanowi ona receptę na niedomagania rynku i kryzys…kapitalizmu. Jak wolnorynkowy jest to system, widzicie sami. Jaką pociechą jest to, że ucierpią także bankierzy centralni, skoro i tak kosztami wychodzenia z zapaści obciążeni zostaną niewinni, zniewoleni podatnicy.

Opr. jmf

www.fijor.com



[1] Wymyślony przez ekonomistę belgijskiego, wielkiego krytyka odejścia od standardu złota, Roberta Triffina (1911-1993).

[2] Dolar amerykański, jen, euro, funt szterling i frank szwajcarski, „wielka piątka”, to waluty rezerwowe, wciąż chętniej przyjmowane niż waluty z obszaru rynków wschodzących. W sytuacjach kryzysowych rzadko który bank centralny zdecyduje się na kupno obligacji denominowanych w którejś z walut spoza „wielkiej piątki”.

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. pawel-l pisze:

    Niech pan zobaczy co wygadują macherzy tacy jak J.Attali
    „Unia potrzebuje kryzysów, aby posuwać się do przodu. Z tego punktu widzenia nawet chciałbym, żeby taki kryzys szybko nadszedł.”
    http://www.rp.pl/artykul/1162360.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *