Od cyklonu, do cyklonu (II)

chat-dymki
0

Era Afryki?

Stereotyp Czarnego Lądu (Murzyni, nędza, tropikalne upały, słonie, lwy) w wyobraźni współczesnego Europejczyka, który jeszcze tropikalnej Afryki nie widział, odbiega daleko od rzeczywistości.

Fałszywy stereotyp

Pamiętam swoją pierwszą wizytę w Czarnej Afryce. Przybyłem do Kapsztadu w Republice Południowej Afryki w oczekiwaniu tłumu Murzynów, tropikalnego upału i drapieżników, a pierwszego czarnoskórego, że się tak niepoprawnie wyrażę, ujrzałem dopiero po trzech dniach. Zresztą tych, których wreszcie ujrzałem, przez resztę pobytu starałem się raczej unikać. Było dość chłodno i pochmurnie, żeby zaś ujrzeć słonia czy nawet małpę, jechaliśmy do Karoo, bagatela, 8 godzin samochodem. Co prawda, Republika Południowej Afryki to wyjątek, ale nawet w Afryce równikowej, mimo iż bywa upalnie, nie powiem, to i tak większość dużych miast (Lusaka, Kigali, Goma, Harare), bo tylko w takich Europejczyk może znaleźć spokojny i bezpieczny nocleg z wyżywieniem (nie licząc kosztownych lodges na safari), znajduje się na wysokości 1000-1500 m nad poziom morza, dzięki czemu wieczorami zionie chłodem, a w nocy trzeba się nierzadko okrywać drugim kocem. Upał panuje w miejscach niżej położonych i na sawannie, słowem z dala od cywilizacji.

Afryka się zmienia znacznie szybciej niż jej stereotyp.

To już nie jest głodujący kontynent targany wojna plemiennymi, zacofany rejon zapaści gospodarczej, zagłębie surowcowe cywilizowanego świata i wylęgarnia egzotycznych chorób: trąd, malaria, dżuma. Nawet głośna w Europie i USA epidemia eboli jest tam zjawiskiem marginalnym, o którym w Afryce mówi się jedynie w kontekście akcji propagowania zdrowego życia. Na moje pytanie, czy na Madagaskarze, który jest jednym z najbardziej zapóźnionych rejonów nie tylko w Afryce, ale i na Ziemi, istnieje wciąż trąd lub ogniska dżumy, miejscowi odpowiadają, nie kryjąc zdziwienia: tak, ale tylko tam, gdzie jest brudno, gdzie ludzie nie przestrzegają zasad higieny.

Przebudzony gigant

 

Na pierwszy rzut oka, Afryka jest 100 lat za Europą. Walące się domy, tonące w błocie nieoświetlone ulice przeludnionych miast, ryksze poruszane ludzkimi mięśniami, braki infrastruktury i setki nędznych targowisk. Jednakże jeszcze 30 lat temu nawet i tego nie było. Dzisiaj Lusaka to metropolia, po Bulawayo można zamówić city tour, ulice Ambalavao roją się od tysięcy dzieci i młodzieży w mundurkach, idących do szkół czy wychodzących z nich.

Być może zabrzmi to ironicznie, ale pojawienie się koniunktury w Afryce subsaharyjskiej w ciągu ostatnich 15 lat to w znacznym stopniu „zasługa” kryzysu w Stanach Zjednoczonych i w Europie. Trudno powiedzieć, czy w to pogoni za atrakcyjnymi lokatami i super zyskami, czy w oczekiwaniu na zmianę modelu gospodarczego, inwestorzy z Zachodu ruszyli do Afryki. Część z nich zainteresowała się tradycyjnie, surowcami, jednakże gros pieniędzy rozwinięty świat ulokował w telekomunikację, banki, finanse, budownictwo, usługi transportowe, a nawet w turystykę i przemysł, które w niektórych rejonach (Nigeria, Gambia, Angola, Mozambik, Rwanda) osiągnęły dwucyfrowe tempo wzrostu. Zapewniło to Afryce bezprecedensowy wzrost na poziomie ponad 5 procent rocznie przez okres, co najmniej, 10 -15 ostatnich lat.

O ile świat rozwinięty ma problemy z osiągnięciem pozytywnego tempa wzrostu, o tyle Afryce wróży się w nadchodzącej dekadzie 5 procent, a nawet więcej, rocznie. Brytyjski The Economist odtrąbił nawet koniec ery surowcowej, czyli przekleństwa zasobów naturalnych.

Kapitał zagraniczny niewiele by zdziałał, gdyby nie sami Afrykanie. Przykład Botswany, która ustawowo zakazała korzystania z pomocy zagranicznej, stał się zaraźliwy. Dzisiaj pozbywają się NGO-sów z Rwandy, Angoli, Namibii. Afrykanie powoli zaczynają rozumieć, że ich przyszłością nie są dotacje zagraniczne i pomoc charytatywna, nie są też diamenty, uran, czy ropa naftowa, lecz pokój, współpraca międzynarodowa, handel, przemysł i usługi – słowem liberalizacja życia i gospodarki; kapitalizm. Potwierdziła się diagnoza (a może wręcz przepowiednia) czarnoskórego pastora z Lusaki, Chanshi Chanda, który od lat przemierza korytarze instytucji rządowych i trybun konferencyjnych z tomem Ludzkiego działania, Ludwiga von Misesa, głosząc że przyszłością Afryki jest wolny rynek. Nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że elita afrykańska jest dzisiaj znacznie bardziej prokapitalistyczna/wolnorynkowa  niż Zachód, włącznie ze Stanami Zjednoczonymi, Japonią i Unią Europejską. Efekty widać gołym okiem. W zeszłorocznej edycji rankingu wolności gospodarczej, The Doing Business, Mauritius był na 28 miejscu w świecie (Polska w 5 dziesiątce), a Rwanda wyprzedziła wiele europejskich krajów, w tym taką potęgę, jak Włochy. Podobne zjawisko zaobserwować można w Ameryce Południowej,  która rozwija się w tempie nie notowanym od czasów odkryć Kolumba.

I chociaż w takiej Nigerii, najsilniejszy ekonomicznie państwie Afryki subsaharyjskiej, piątego w świecie eksportera ropy naftowej, aż 95 procent przychodów dewizowych pochodzi z eksportu ropy naftowej, to już jej udział w Produkcie Krajowym sięga mniej niż połowę. Wyprzedzają ją takie dziedziny jak telekomunikacja, transport i budownictwo. Najlepiej widać to na przykładzie krajów nie posiadających surowców, jak chociażby Rwanda, gdzie w ciągu ostatnich 10 lat stworzono całkiem wydajny sektor małych i średnich przedsiębiorstw, opartych na kapitale lokalnym.

 

Chińczycy

 

Wiele nieporozumień krąży na temat pomocy udzielanej Afryce przez Chiny. Moim zdaniem liczny udział Chińczyków w afrykańskiej gospodarce to nie jest krok we właściwym kierunki. Powiem więcej, działalność Chińczyków, poza tym, że w jakiś sposób kraje te rozwija, jako że Państwo Środka zajmuje się tam głównie rozbudową dróg, lotnisk, czy infrastruktury w ogóle, to jednak chińska ekspansja w Afryce przypomina najgorsze wzorce kolonialne. Po pierwsze, inwestorem nie są prywatni Chińczycy, lecz Pekin, czyli państwo, które w ten sposób tworzy warunki do przyszłego osadnictwa chińskiego w Afryce, czyli do chińskich kolonii. Akurat neokolonializm to jest coś, czego Afrykanom potrzeba najmniej. Mają go dosyć od lat ze strony Unii Europejskiej czy Stanów Zjednoczonych w postaci pomocy zagranicznej i NGS-sów. Im nie jest potrzebne współczucie, którym bogaty Zachód uspokaja swoje wyrzuty sumienia, lecz zaangażowanie i dobry przykład. Wiele więcej dobrego zrobi dla mieszkańców Kigali czy Malabo w Gwinei Równikowej włoski czy brytyjski przedsiębiorca, który w centrum stolicy otworzą sklepik z częściami samochodowymi, sklep z kserokopiarkami, czy gustowny hotelik, niż potężna chińska firma państwowa, która nieporadnie buduje drogę donikąd.

Państwowe modele działania już się w Afryce skompromitowały, im potrzebny jest przykład normalnej, indywidualnej przedsiębiorczości oraz zasady, na których wyrosła potęga Zachodu: wolność gospodarcza, wolny rynek i prawdziwy dostęp do rynków zachodnich. W tym miejscu pada pytanie: a jak zastąpić miliardy dolarów pomocy żywnościowej i finansowej pompowane w Afrykę dzisiaj? Bez tych środków  umrą zg głodu miliony dzieci.

Niekoniecznie! Afryka ma swoją szansę. Afryka ma rolnictwo, dobry klimat, tanie i chętne ręce do pracy, a więc ma żywność. Wystarczyłby normalny dostęp do rynków zachodnich i możliwość sprzedawania na nich afrykańskich produktów rolnych. Tym bardziej, że żywność tam produkowana jest tania, a poza tym naturalna. Niemal każdy madagarski banan, główka cebuli, czy pomidor to produkt organiczny i bosko smakuje. W ten sposób Europejczycy byliby lepiej odżywienia za mniejsze pieniądze, oszczędziliby też miliardy euro, które pompowane są w ramach tzw. Wspólnej Polityki Rolnej na wsparcie niewydajnego rolnictwa unijnego. Korzyść ewidentna i obopólna, a poza tym, dla Afryki okazja do rozwinięcia swoich gospodarek; zatrudnienie ludzi, wciągnięcie ich do obiegu gospodarczego.

Rolnictwo to jest afrykańska high tech, na której mogą zbudować swoje gospodarki i wyrwać się z niewoli wielowiekowych zasad, które ich wyniszczają.

Połowę produkcji bananów i mandarynek kilkuarowego poletka biedaka spod Gweru w Zimbabwe konfiskuje w imię odwiecznych zasad wódz plemienia, przekreślając zasadę własności, na której zbudowano potęgę Zachodu. Takie jest afrykańskie „prawo”, którego członek plemienia nie śmie nawet zakwestionować. Robert i Eleisa z Mulanje w Malawi, którzy ogromnym wysiłkiem własnym wybudowali zgrabny, zadbany hotelik w pobliskich górach, skarżyli się na jedno; tym, co ich doprowadza do rozpaczy, jest niepisany obowiązek żywienia i ubierania, co najmniej, 60 członków swej rodziny. Obyczaj taki, obok wszechwładzy wodza plemiennego i jego kamaryli, panuje w całej subsaharyjskiej Afryce. W warunkach normalnego biznesu ludzie ci zapłaciliby podatek nam rzecz plemienia, albo dali pracę krewnym, mogąc rozwijać swobodnie własne przedsięwzięcia. Z braku wyboru patrzą, jak wódz czy tabun ciotek marnują dorobek ich życia.

Skąd taka mądrość?

 

Afrykańska przedsiębiorczość rodzi się w ciężkich bólach, jednakże samo uświadomienie sobie przeszkód świadczy już o zmianie. Ono tę zmianę tworzy. Reporter International Herald Tribune zadał sobie trud i prześledził skutki ostatnich spadków światowych cen surowców. Spodziewał się zapaści, tymczasem okazało się, że wiele z zasobnych w ropę naftową krajów afrykańskich (Angola, Czad, Tanzania) radzi sobie w warunkach spadku cen ropy i jej produktów nie gorzej niż w czasach boomu surowcowego. Czynnikiem kompensującym spadek wpływów z tradycyjnych źródeł dochodu, czyli z surowców, jest tworzenie miejsc pracy w drobnej wytwórczości, handlu, usługach finansowych, budownictwie, telekomunikacji, turystyce, a nawet – jak to ma miejsce – w Gambii, seksturystyce.

Afrykański biznes wymusza zmiany w polityce. Mali i średni biznesmeni zaczynają  być widoczni, trzeba się więc z nimi liczyć. W Angoli, Zambii czy Mozambiku rząd racjonalizuje podatki. Korupcja, jak na standardy Zachodu, jest wciąż ogromna, ale w słynącej z łapownictwa i nepotyzmu Nigerii czy Zambii, państwo coraz mniej utrudnia życie przedsiębiorcom. Co więcej, pieniądze zebrane z podatków w czasach surowcowego boomu, zasiliły fundusze przeznaczone na czarną godzinę. I chociaż przed Afryką droga daleka, miejscowe gospodarki zrobiły już wielki krok. Szansą Afryki są trudności targające światem rozwiniętym, a w rezultacie konieczność poszukiwania alternatywy, eksponująca walory Afryki w Nowym Jorku, Londynie czy nawet w Warszawie. I liberalizująca się Afryka szansę tę dostrzega.

 

Cdn.

Jan M Fijor

www.fijor.com

 

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *