Opowieści z Madagaskaru (I)

chat-dymki
0

Historia Tsiory

Dzieci na Madagaskarze… Jest ich wszędzie pełno i do późnych godzin wieczornych słychać dolatujące z wiosek ich radosne krzyki, zabawy, czy tez śpiewy.

Są takie same jak inne dzieci na całym świecie. Różnią się kolorem skóry, kolorem oczu, zwyczajami ale pomysły i marzenia mają podobne jak wszystkie inne dzieci. Każde z nich ma swoją historię; swoją tajemnicę. U większości jest ona trudna i bolesna. Niewiele jest dzieci w naszej misji żyjących w normalnych rodzinach.

Mężczyźni (ojcowie) często zostawiają rodzinę i idą szukać pracy gdzie indziej. Z ich powrotem bywa różnie… Matka, nie mogąc wykarmić dużej ilości dzieci zostawia je u rodziny albo u obcych.

Dziś napiszę Wam o Tsiory.

Jego imię oznacza: „obdarowany”. W swoim nazwisku ma jeszcze „Malala”, tzn. kochany, lubiany. Tsiory („o” czyt. „u”) przyszedł do naszej szkoły w połowie roku szkolnego. Od razu stał się ulubieńcem wszystkich. Przyprowadziła go do nas jedna z nauczycielek. Tsiory, zawsze o tej samej porze stał przy ścieżce, która prowadziła przez ryżowisko, czekając na swego kolegę wracającego ze szkoły (tym kolega był wnuczek naszej nauczycielki). Pytał, co było w szkole, oglądał zeszyty, a potem smutny i zamyślony wracał do swego domu. Domu… często pustego, bo matka nadużywała alkoholu i wcale nie interesowała się Tsiory. Obdarty, niedożywiony, z małą pomarszczoną buzią, na której było widać, że choć wygląda na pięciolatka, ma więcej lat, może nawet dwukrotnie więcej.

Radością dla Tsiory było nieść do domu tornister swego kolegi. Kiedyś wyjawił mu swój sekret, to jest to, że bardzo chce chodzić do szkoły jak inne dzieci. Wiedząc, że nasza szkoła jest szczególnie otwarta dla takich dzieci, pani Rufine przyprowadzila go do nas.

Tsiory

Pamiętam to jak dziś: Tsiory był nie wiele większy od biurka i miał niesamowicie smutne oczy. Na pewno się bał co będzie dalej, bo przed nim nowa, duża szkoła, duża Siostra i w dodatku biała, czyli taka inna od jego małego świata. Nie potrafił nawet powiedzieć  „Dzień dobry”, a kiedy podałam mu rękę, powoli wyciągnął swoją i kiwnął głową. Trafią na apel i postawiony w pierwszym rzędzie przyglądał się wszystkim z zaciekawieniem. Długo patrzył na każdego, jakby czekając na uśmiech, na akceptację. Sam jeszcze nie potrafił się uśmiechać. Jedynie główka chodziła mu jak na sprężynce!!!

Po apelu przyszedł do biura, aby się zapisać. Miał ze sobą starą „reklamówkę”, a w niej kawałek kredy. Mówię mu, że od dzisiaj będzie się uczył. I wtedy się uśmiechnął. Był jak słoneczko. Smutne dotąd oczy zrobiły się żywe i radosne. Jak mówi piosenka: „Tak nie wiele potrzeba, może tylko uśmiechu, może słowa jednego przyjaznego …” aby drugi poczuł się kochany, przyjęty; aby wróciła radość i nadzieja.

Tego dnia do domu niósł już swój własny tornister, a w nim nowy zeszyt i ołówek, które zostały mu ofiarowane przez dzieci z Polski. Tak nie wiele potrzeba … więc dziękuję za każdy „ołówek”, dar serca, który drugiemu dal tyle radosci i nadzieje na bycie jak inni. Nasze dzieci są dumne, że chodzą do szkoły.

 

Tsiory na zdjęciu ze mną. Jego spojrzenie mówi wszystko.

Niewiele zaznał miłości, więc jego pytały: „Czy naprawdę mnie kochasz? Czy to prawda, że mogę być jak inne dzieci i chodzic do szkoly?”.

Tego dnia Tsiory dostał też w szkole obiad i patrząc jak go jadł miałam wrażenie, że pewnie nie jadł od wczoraj. Wcale się nie pomyliłam…

Przez kilka pierwszy kilka dni niewiele się odzywał, chociaż był jednym z pierwszych u drzwi szkolnych. A teraz? Żywe złoto! Z daleka już krzyczy: „Dzieć dobry Siostro!” Ma donośny glos i jest to głos radosny. Jest dla nas jak pełna pełna życia perelka. Gdy go nie ma w szkole, to jakby kogoś bliskiego zabrakło. Odczuwam to nie tylko w stosunku do niego. Naszych dzieci nie można nie lubić!

Nie jeden raz powinnam się na Tsiory pozłościć, bo rozrabia, ale jak to zrobić …Te dzieci rozbrajają swoją prostotą, uśmiechem, prostym nieoczekiwanym gestem (np. przyniosą z ogrodu kwiaty, których nie kazałam zrywać!!! Albo przywędrują z miotłą, aby pozamiatać biuro, a ta miotła jest oblepiona gęstym błotem, bo… przed chwilą zamiatali nią podwórko: było to w porze deszczowej czyli błotnej. Im to nie przeszkadza: brudne biuro? Brudne. Trzeba posprzątać? Trzeba. Jest miotła? Jest. I… sprzątają.

Bardzo lubią być w biurze. Oblepią ze wszystkich stron stolik, przy którym pracuję. Cały zastęp wiernych aniołów stróżów!!!

Kiedy Tsiory coś przeskrobie to od razu to widać. Nie przychodzi do biura, nie krzyczy „Dzień dobry”, chodzi dziwnie grzecznie po podwórku. Raz chciał być dorosły, więc po obiedzie po prostu poszedł sobie do domu. Mieszka dosyć daleko, a w dodatku droga prowadzi przez rzekę. Matka niewiele interesuje się jego nauką. Tsiory przychodzi do szkoły z jedną z nauczycielek. Któregoś dnia wpadł do biura zdyszany jak wicherek, nie mówiąc nawet „Dzień dobry”; cały przejęty mówi do mnie, że jego mama przyszła zobaczyć szkołę. Ileż ona mu tego dnia sprawiła radości. Tak niewiele potrzeba…

Tsiory jest bardzo uczynny. Pierwszy do pomocy. Kiedyś nosiliśmy ławki i stoły. Ławki szybko znalazły ochotników, więc Tsiory wziął się za stoły. Tyle, że był stołu niewiele większy i nie mógł go udźwignąć. Nikt nie chciał mu pomóc, uważając, że nie ma to sensu. Stół z którym się Tsiory zmagał pomimo wielkiego wysiłku chłopca, stał w miejscu. Nikt tego nie komentował,  z czystej grzeczności, tym bardziej, że chłopak nie dawał za wygraną. W końcu podszedł do mnie i mówi: „Ty na pewno podniesiesz ze mną ten stół!” Przy takim zaufaniu nie mogłam mu odmówić!!! Donieśliśmy ten stół na miejsce, chociaż nie powiem, że to aby Tsiory się przy nim napracował. Ale to nic. Takie są nasze codzienne, małe radości.

Z dziećmi

Nasze dzieci czują się w naszej szkole dobrze. Funkcjonująca od września 2003 szkoła podstawowa naszej misji, to naprawdę wielkie dobrodziejstwo dla nich. Widać u nich wielką zmianę na lepsze. We wszystkich dziedzinach. Mają swoje wielkie marzenia. Chłopcy chcą być przeważnie kierowcami, albo lekarzami, dziewczynki natomiast nauczycielkami. Jeszcze do niedawna wielu z nich sądziło, że ich wioska i nie tak przecież odległe, chociaż nieznane miasto (Antananarywa, stolica) to cały świat; że wszyscy ludzie jedzą ryż i mają ciemną skórę i takie same oczy.

W wiosce, którą kiedyś odwiedziłam otoczyła mnie grupa dzieci. Były odważne, bo stały w bezpiecznej dla nich odległości ode mnie. Zdziwiły się, gdy usłyszały, że mówię ich językiem. Przysuwały się coraz bliżej, coraz wyżej. Jeden z nich długo mi się przyglądał przenosząc wzrok to na swoją rękę, to na moją. Nagle podszedł i delikatnie, jeszcze z obawą dotknął mojej ręki swoim palcem. I nic! Nie została na jego palcu biała plama. Potem spojrzał na mnie i powiedział: „Ale ty masz czystą twarz!”.

Często opowiadam im o Polsce, o dzieciach i młodzieży, która do nas pisze, przysyła zdjęcia, pomaga nam: ci z Kościana, tamci z Zamościa, z Obry, z Kamienia i innych miejsc.

Wiele naszych dzieci ma swoich przyjaciół w Polsce i otrzymana od nich kartka czy też zdjęcie wisi na ścianie ich domu. Tsiory trochę ostatnio podrósł, ma swój nowy plecak (dar od Prezydenta dla malgaskich dzieci. Pisałam o tym w ostatnim liście), który zakrywa połowę jego małej figurki.  Od czasu, kiedy zaczął się uczyć jest bardzo radosnym dzieckiem.

Być może kiedyś Tsiory sam napisze kilka słów, bowiem zrobił postępy,. Mimo to zapytany ile ma lat wzrusza ramionami. Jak Hasina, która nigdy nie mogła zapamiętać swego wieku. Ale ona wymyślała: cztery, mówiła, a zaraz potem, że 15 lat. Nie stanowiło to dla niej żadnego problemu.

Z uśmiechem od nas wszystkich

Siostra Władysława Piróg FFM z Madagaskaru

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *