Od cyklonu, do cyklonu (III)

chat-dymki
2

Edukacja pod gołym niebem

ZAMBIA-MALAWI DEC 2012 070

Prawie każdy, kto odwiedza Afrykę, prędzej czy później, zastanawia się, jak tej ziemi pomóc. Jedni uważają, że Czarnemu Lądowi potrzeba więcej pomocy materialnej (ryby), inni że należy ich zmusić do pracy (wędka), jeszcze inni proponują, aby Afrykanie sami szukali sposobu na poprawę własnego losu, czyli zrobili sobie wędkę i przy jej pomocy łowili ryby. Którzy z nich mają rację?

Afrykanie już dawno wzięli życie w swoje ręce. W przeciwnym razie wymarliby z głodu. Problem w tym, że świat im w tym przeszkadza. Nie daje im swobody działania, jest zbyt naiwny, nadopiekuńczy i miejscowych demotywuje, albo zbyt cyniczny, i wprowadza ich w błąd. Mimo tak niesprzyjających okoliczności, Afrykanie sami zaczynają myśleć o sobie.

Od kilkunastu lat – mówi O. Roger, z zakonu cystersów z targanego wojnami i głodem, Kongo (DRK) – miejscowi mają w życiu dwa priorytety, obydwa są związane z potomstwem. Primo, żeby ich dzieci były syte; secundo, żeby chodziły do dobrej szkoły. W Afryce 92 procent dzieci chodzi do szkół prywatnych. Dlaczego? Bo szkoły państwowe nie dość, że są gorsze, to na dodatek kosztują więcej. W szkole państwowej w Kayanza koło Bujumbura w Burundi, w czasie lekcji pijany nauczyciel śpi na biurku, nauczanie zaś prowadzi Neinah, uczennica klasy, w której odbywają się lekcje. Nie dość, że rodzice nie mogą na nauczyciela naskarżyć, to na dodatek lokalna „karta nauczyciela” go chroni. Wprawdzie szkoła jest darmowa i płaci za nią państwo, ale to tylko złudzenie, bo za sam mundurek i podręczniki płacą rodzice, i to słono, niekiedy więcej niż wynosi czesne w szkole prywatnej.

W przeciwieństwie chociażby do Polski, gdzie wprowadzenie czesnego byłoby zamachem na sprawiedliwość dziejową obywateli rodziców, w Afryce ci ostatni szukają dla swoich dzieci szkoły płatnej. Z jednej strony jest ona porównywalna w wydatkach do szkoły „darmowej”, z drugiej poziom nauczania jest dużo wyższy. Ma ona poza tym tę zaletę, że w przypadku uwag albo wręcz skarg, rodzic jest przez kierownictwo placówki wysłuchany. Dlatego matka małego Simona z Ambavalao na Madagaskarze płaci za katolicką szkołę „pod chmurką”, w której lekcje syna odbywają się pod drzewem, pomimo iż czesne Sima pochłania aż 1/3 skromnych dochodów rodziny. Woli to, niż gdyby Sim uczęszczał do darmowej szkółki gminnej, w której wprawdzie lekcje odbywały się w budynku, ale szkoła co drugi dzień bywa nieczynna, brakuje nauczycieli, podręczników i nikt się dziećmi nie interesował. Dzisiaj, jeśli Simon wraca ze szkoły 3 godziny wcześniej niż zwykle, matka idzie do pryncypała i pyta: dlaczego?

I to był główny powód, dla którego O. Jacek Gniadek i ASBIRO, budując szkołę w Zambii, wybraliśmy jednak model szkoły płatnej. Co prawda, szkoła im. Karola Wojtyły/Ludwiga von Misesa w Lindzie na przedmieściach Lusaki nie jest placówką nastawioną na zysk, prowadzona jest na zasadach komercyjnych.

– Szkoła płatna – uważa O. Gniadek – działa w warunkach konkurencji, rachunku ekonomicznego, a w rezultacie ma wyższy poziom, a tego właśnie ludzie potrzebują.

ZAMBIA-MALAWI DEC 2012 008

Siostry na Madagaskarze

O takim modelu siostra Sława, Franciszkanka Misjonarka Maryi, przełożona zespołu szkół (ponad 1040 uczniów) w Ambohidratrimo, w plemieniu Merina, na Madagaskarze, może tylko pomarzyć. Nie mówi tego wprost, bo nie wypada, ale nie jest jedyną misjonarką na Madagaskarze, która czuje, że w obowiązującym na tej wyspie systemie tkwi ogromny edukacji błąd.

Szkoła w Ambohidratrimo zatrudnia 46 pracowników świeckich, kierują nią 2 polskie siostry zakonne. Siostra Władysława jest jej dyrektorem, druga siostra pełni rolę księgowej, czyli jest odpowiedzialna za finanse. Od szkół państwowych różni się tym, że jest płatna i musi się sama utrzymać. Czesne pozwala wprawdzie zapewnić wyższy poziom, mimo to na pokrycie kosztów nauki nie wystarcza.

Ubezpieczenie, pensje nauczycieli, zeszyty, podręczniki, dzienniczek ocen, biblioteka i tzw. wydatki ogólne pochłaniają ok. 42 000 ar (ekwiwalent 14 euro), czesne za szkole zależy od wielkości klasy i pokrywa zaledwie 25 procent budżetu. Dzieci biednych, których na płacenie nie stać, jest wiele. Na pokrycie kosztów ich edukacji zorganizowana jest tzw. adopcja szkolna[1].

Rodzice tych dzieci zrzeszeni w tzw. szkolnym Caritasie otrzymywaną pomoc na rzecz szkoły muszą przynajmniej raz w tygodniu odpracować. Pomagają w przyklasztornym ogrodzie, w stołówce, albo sprzątają podwórko. Przy okazji sami rodzice się uczą, bo wielu z nich to analfabeci. I chociaż większość z nich nie ma żadnego konkretnego zajęcia i czasu im nie brakuje, trudno ich zachęcić do wysiłku na rzecz szkoły w wymiarze większym niż godzina czy dwie…tygodniowo

Kiedy trzeba coś w szkole ulepszyć, naprawić, dobudować szukają przedsiębiorczych sposobów zdobycia środków.  Służą na ten cel organizowane kilka razy do roku kiermasze, płatne prace publiczne, czy zbiórki wśród okolicznej ludności. Dużą pomocą jest przyszkolny ogród, zaopatrujący w dużym stopniu stołówkę. Dzięki niemu można zapewnić dzieciom codzienny talerz ryżu z warzywami, i choć raz w tygodniu. z kawałkiem mięsa. Dla wielu uczniów jest to pierwszy w życiu kontakt z białkiem zwierzęcym.

Z dziećmi

– Mimo ogromnego wysiłku – dodaje siostra Władysława – samofinansowanie, praca wolontariuszy i praca rodzin na rzecz szkoły pokrywają nie więcej niż 30 procent wydatków. Po resztę trzeba wyciągać rękę. Ostateczną instancją jest na Madagaskarze misjonarska dobroczynność.

O. Jan Podgórniak nie owija sprawy w bawełnę. Jego zdaniem, ten model edukacji to klęska. Miejscowi uznali go bowiem za coś normalnego. Czują się zwolnieni od obowiązku, czekają i wymagają.

-Czy trudno się potem dziwić – komentuje – że absolwenci szkół katolickich, którzy stanowią elitę intelektualną i kulturalną Madagaskaru, z chwilą osiągnięcia intratnych (jak na ten kraj) stanowisk w administracji, stają się wrogami zarówno misjonarzy, jak i jakichkolwiek reform, a jednocześnie barierą jakiegokolwiek rozwoju. Zamiast wdzięczności i sympatii, duchowni chrześcijańscy, na których barkach opiera się trzon malgaskiego szkolnictwa, wychowują ludzi, którzy stoją na straży istniejącego status quo; bronią się przed reformami, trzymają anachronicznych obyczajów plemiennych, chroniąc swój elitarny, a więc monopolistyczny charakter. Jeśli dodać do tego trendy obowiązujące w metropolii, jaką jest dla Madagaskaru Francja, mamy gotową receptę na socjalizm.

Niemal cała francuskojęzyczna Afryka postkolonialna ma się pod względem gospodarczym znacznie gorzej niż np. postbrytyjska. W Rwandzie wystarczyło zmienić język urzędowy z francuskiego na angielski, by gospodarka ruszyła. Malgasze angielskiego nie znają w ogóle. Niektórzy – jak Tuk z Fianarantsoa – czują jednak, że czegoś im wskutek tego brak. Francuzi odpierają zarzut, twierdząc, że rodzaj języka to kwestia przypadku, ale nawet Murzyni wiedzą, że na frankofońskiej ziemi (Wybrzeże Kości Słoniowej, Burundi, w Kongo, czy na Madagaskarze) socjalizmu, iluzji sprawiedliwości i biedy jest więcej niż w pozostałych regionach. Taki system jest trwały: służy afrykańskiej elicie władzy, która jest głównymi adresatem pomocy, a jednocześnie zapewnia filantropom z Paryża i innych metropolii, wdzięczność obdarowanego, kontrolę nad obdarowanym i inne przywileje.

Z braku rynku i kapitalizmu, gospodarka stoi, czyli się cofa. Dominuje gospodarcze średniowiecze: merkantylizm. Masz to, co zabierzesz drugiemu. I zabierają; jedni z biedy, drudzy z przyzwyczajenia. Polityczne środowisko utrwala tę mentalność przy pomocy chorego prawa i skorumpowanej administracji.

Przykładowo, na Madagaskarze podatek od nieruchomości wymierzany jest proporcjonalnie do powierzchni dachu. A że człowiek jest podatny na zachęty i unika kar, gros dużych domów tworzy piramidę, której zwieńczeniem jest niewielkie poddasze z maleńkim dachem górującym nad kilkusetmetrową konstrukcją.

Inny przykład: kradzież bydła jest wciąż w modzie, i to nawet w środowiskach władzy. Głośna był niedawno sprawa pewnej parlamentarzystki z południa kraju, która zorganizowała sprawną bandę rabusiów bydła. Ze względu na koneksje szefowej, rabusiów obawiała się policja, a nawet żandarmeria. Żeby nie narażać się na gniew członka parlamentu z krowokradem, śledztwo i karę pozostawiono w rękach poszkodowanych. Chłop, któremu skradziono krowy musiał nie tylko odnaleźć złodzieja, ale i go ukarać, czyli na własną rękę się z nim rozliczyć. Powstały w tym celu dobrze zorganizowane oddziały „poszukiwaczy skradzionych zebu”, tak zwani panadaria, którzy przemierzają kraj od zachodu do wschodu, od północy do południa, a kiedy bydło znajdą, mają prawo je odebrać i ukarać za współudział w rabunku nawet i całą wieś. Wychodzą bowiem z założenia, że w małej malgaskiej wiosce nie sposób przyprowadzić nowego zebu[2] tak, aby nikt takiego zwierzęcia nie dostrzegł.

Pozbawione instytucji obywatelskich, pazerne państwo staje się formą dyktatury, dla której najważniejsze jest tworzenie miejsc pracy…dla siebie, i własnej rodziny – rzecz jasna. Władza kradnie i żywi samą siebie, a misjonarze mają wyżywić naród. Ci ostatni rozdają więc ile mogą, zaś oczekiwanie na dary staje się normą życia.

Sto lat za Murzynami

Bycie wyspą to żaden cymes. Bycie wyspą oznacza izolację.

Co prawda, Irlandia, Anglia były wyspami, ale ich mieszkańcy rwali się do świata, żeby go poznać. Pływali, żeglowali, kolonizowali. Malgasze nie pływali. Nauczyli się żyć z tym, co im dawały niebiosa i to im wystarczało. Żyli bez pracy, jak w raju, więc po co im było wyspę opuszczać? Zresztą cała Afryka miała pod względem transportowym pod górkę; doliny oplecione były łańcuchami gór, albo kłębowiskiem dżungli; brakowało dużych spławnych rzek (prócz Nilu), niewielka była też ilość zatok, w których można było zacumować, stąd wymiana wiedzy, uczenie się – plemię od plemienia – były utrudnione. Hodowla ryżu z Chin do Portugalii przywędrowała w 300 lat. Do Afryki przywieźli ją dopiero biali kolonialiści w XIX wieku. Kraje izolujące się od innych (np. ze strachu przed grabieżą) takie jak Albania, czy Bhutan, żyją do dzisiaj na niskim poziomie. W Afryce sąsiadujące ze sobą plemiona, oddzielone zaledwie dużym lasem (dżunglą), nie zetknęły się ze sobą przez 1000 czy wręcz nigdy.

Madagaskar – wyspa była w jeszcze gorszej sytuacji. Gdyby nawet jej mieszkańcy chcieli poznać swych sąsiadów, nauczyć się czegoś od nich, pożyczyć sól czy zapałki, to właściwie nie mieli okazji. Jeśli już się czegoś nauczyli, to przez przypadek, a i to, nie mieli sposobności skonfrontować tego z osiągnięciami innych. Dlatego, bez żadnego rasizmu, czy innej formy dyskryminacji, można powiedzieć, że Malgasze są sto lat za….Murzynami. Znacznie trudniej znaleźć Malgasza w Mozambiku, czy nawet na Komorach, niż mozambijskiego murzyna w Tana. Pośród 20 milionów Malgaszów, stanowiących 99 procent populacji Madagaskaru, największy udział mają ciekawsi świata przybysze z Malajów lub Indonezji, potem imigranci z Indii, a dopiero na szarym końcu są Murzyni z Afryki.

Niewiedza, obcość wzmagają bojaźń. Malgasz boi się swego otoczenia. Na wszystkie swoje lęki ma jakieś własne usprawiedliwienie, czyli tzw. fadi i odi. Miał wypadek – sąsiad rzucił na niego fadi. Nie zdał w szkole – zadziałało odi. Zabobony są tak silne, że nawet stosunkowo dobrze wykształceni ludzie tłumaczą świat przy ich pomocy…Arkady Fiedler opisuje obyczaj panujący na dworach królów Madagaskaru. Gdy konający król, w przypadkowym geście, czy to pod wpływem śmiertelnych drgawek wskazał ręką na jedną ze swoich licznych żon, dworzanie brali ją pod ramiona, rzucali pod stado pędzącego bydła, by następnie pochować w grobie obok króla. Wszak władca pokazał, że chce ze swą kobietą być nadal.

Opóźniającemu się cyklonowi (susza) towarzyszy zaplatanie wiązek trawy, a dziecko urodzone we wtorek bywa trefne, skutkiem czego należy je…zabić. W innej rodzinie, przynoszące pecha feralne dzieci, rodzą się we środy, w jeszcze w innej w piątki.

W takich warunkach koloniści byli ratunkiem. Oni nie mieli alternatywy w postaci fadi. Trzeba było skosić, to się kosiło. Zbudować, to się budowało. Tubylców na takie wyrzeczenie stać nie było, a ponieważ sam biały kolonista był dla niejednego Malgasza fadi, toteż słuchali swoich patronów i gospodarka jakoś się rozwijała. Kiedy w 1960 roku Francuzi odeszli, Madagaskar stał się gospodarczym pustkowiem. I takim jest do dzisiaj. Pracują kobiety, mężczyźni siedzą i palą. Dom, dzieci, mały sklepik są na głowie kobiety. Mężczyznom pozostały sprawy wyższe, czyli odpoczynek.

Taksówkarz, z którym umówiłem się na dobry kurs (bagatela ok. 400 km) nie pojawił się na spotkanie. Drugi taki kurs trafi mu się pewnie za miesiąc albo i dwa. Robić się nie chce, ziemia jest marna, nie sposób – mówi siostra Sława – zmusić ich do pracy. Nie oszczędzają, nie mają wielkich potrzeb, a jeśli nie są w stanie ich zaspokoić, to po prostu obniżają swój popyt.

Dziewczynka z sąsiedztwa chodzi co dzień rano do sklepiku po pół garnuszka oliwy i ryż. Gdy w połowie miesiąca zabraknie rodzinie pieniędzy, pójdzie po oliwę co drugi dzień, a pod koniec miesiąca w ogóle z niej zrezygnuje. Tłumaczę jej, że gdyby kupiła całą butlę, to by ją to kosztowało o połowę mniej, więc miała by oliwę w każdy dzień. Patrzy zdziwiona, myśli, ale to jest dla niej za trudne. Zresztą, po co się tak wysilać? Jak już naprawdę będzie ciężko, brat z kolegami wytną z mostu kilka płyt żelaza, zrobią z nich łopaty i sprzedadzą je na targu.

Cdn.

Jan M Fijor

www.fijor.com



[1] Wierni w Polsce wybierają ucznia, na którego naukę przeznaczają ok. 60 zł miesięcznie.

[2] Dominująca na Madagaskarze rasa bydła.

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Zbigniew L. pisze:

    Nigdy nie byłem i pewnie nie będę na Madagaskarze, ale oglądałem na planet+
    relację z wizyty na tej wyspie. Tam kwitnie przedsiębiorczość, więc szkoda, że jej nie widziałeś. Była relacja o rodzinie, co przetapia stare silniki samochodowe na eleganckie garnki, skopiowane z zachodnich. Na tych garnkach zbudowała piękny dom i robi dalsze inwestycje. Inni robią klapki z opon. Inni coś tam innego ciekawego kombinują typu tekstylia itp.. W twojej relacji wygląda Madagaskar na wielkie dziadostwo, ale tak samo wyglądała Polska za Jaruzela. A przedsiębiorczość wtedy kwitła na przekór państwu. Na pozór – bieda i lenistwo. A pod powłoką – mrówcza praca, ale tak, żeby nie być dostrzeżonym, przez aparat.
    Każdy kto pamięta bazar Różyckiego może to potwierdzić. Szkoda, że nie miałeś możliwości zdać relację z tego, jak działają tamtejsi „prywaciarze”.
    Pewnie byłoby wiele do opisania, jak radzą sobie w niesprzyjających warunkach i dlaczego Malgasze wydają się być tacy „leniwi”.
    Ukłony!

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Jak na 22 miliony ludzi, to skromna ta przedsiębiorczość. Ja mogę podać więcej ;przykładów. Problem w tym, że to nie jest przedsiębiorczość lecz pomysłowość. Pomysłowi to oni są, O jednym takim przykrym przejawie pomysłowości wspomniałem, W kolejnym odcinku (IV) będzie ich więcej. Za Jaruzelskiego przedsiębiorczości w Polsce prawie nie było. Rozwoju też nie. Mieliśmy wysiłek Polaków pokonujących ideowe absurdy i rządowe bariery, tak jak Malgasze dzisiaj. Z chwilą usunięcia ich, z Rakowskiego, Polska przedsiębiorczość wybuchnęła i zaczęliśmy doganiać świat.

    Ukłony

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *