DOFINANSOWANIE… NA DZIECKO

chat-dymki
3

0. Pisząc ten tekst oglądałem program telewizyjny o fenomenie ludzkiego ciała. Opowiadał
między innymi o dziewczynce z Wietnamu posługującej się biegle 11 językami, dziecku, które żyje i
rozwija się prawidłowo zdrowe chociaż tylko połowa jego mózgu jest sprawna, czy wreszcie
niewidomego mężczyznę, który wspina się na strome szczyty gór na całym świecie. Niesamowite
historie pokazujące jak wybitnymi talentami obdarzony został człowiek przez Boga, czy naturę jak kto
woli, a co za tym idzie do jak niesamowitych czynów jest zdolny. Uderzył mnie kontrast między tym
co oglądałem, a tym o czym pisałem. Lektor mówił o rozwoju i wspaniałości gatunku ludzkiego, ja
pisałem o regresie i upadku moralnym jego przedstawicieli.

1. W debacie publicznej obserwujemy ciągłą ekspansję mentalności kolektywistycznej. Ze strony
obywateli coraz odważniejsze żądania, coraz zuchwalsze postulaty, ze strony polityków coraz
śmielsze obietnice. To wszystko w atmosferze kompletnej ignorancji, zaniku odpowiedzialności i
zaradności oraz postępującego ubezwłasnowolnienia od państwa opiekuńczego. (Aktualnym
potwierdzeniem kompletnego odejścia od naturalnej zasady mówiącej, że człowiek ponosi
odpowiedzialność za swoje decyzje jest fakt, że podczas afery medialnej wokół niedawnej tragedii w
kopalni węgla na Śląsku, nikt nie zadał pytania dlaczego wobec oczywistych nieprawidłowości i
warunków zagrażających życiu – o których jak podają rodziny poszkodowanych „wszyscy wiedzieli” –
żaden z górników nie zdecydował po prostu nie pójść do pracy). Zatrważający jest fakt pełnej
świadomości ubezwłasnowolnienia i pogodzenia się z podległością oraz brak jakichkolwiek
negatywnych odczuć z tym związanych, a nawet pewien rodzaj pychy i poczucia godności w
protestach i żądaniach przeróżnych grup społecznych. Mnie osobiście najbardziej boli powszechne
pogodzenie się ludzi z tymi trendami, a często wzmacnianie ich dla osobistych, krótkoterminowych
korzyści. Jednym z przykładów mentalności kolektywistycznej jest cykliczna, co jakiś czas
rozgrywająca się od nowa „walka” o refundację in vitro z budżetu państwa.

2. Tutaj oświadczenie: Jestem młodym człowiekiem, nie mam dzieci, dotychczas nie starałem się
ich mieć, zamierzam postarać się w przyszłości, NIE zamierzam ubiegać się o refundację in vitro w
przypadku pojawienia się problemów, które zabieg ten mógłby rozwiązać. Nie jestem przeciwnikiem
tej metody ze względów religijnych, etycznych, czy światopoglądowych. Celem tego tekstu jest
jedynie zwrócenie uwagi na pewien aspekt tego zjawiska wpisujący się w tak szkodliwą doktrynę
państwa opiekuńczego.

3. W trakcie kolejnych bitew o refundację in vitro odbywających się przede wszystkim na arenie
mediów słyszymy o zastępach młodych par pozbawionych szans na wychowanie własnych dzieci, dla
których wobec słabej kondycji finansowej państwo jest jedyną nadzieją. Szlochające niedoszłe matki
pocieszane przez z trudem powstrzymujących łzy niedoszłych ojców mają przekonać widzów o
beznadziei sytuacji, a dalej do akceptacji wykorzystania ich pieniędzy do jej polepszenia. Można
usłyszeć zapewnienia, że dzisiaj młodych ludzi w Polsce na taki zabieg zwyczajnie nie stać. Wobec
tego alternatywą dla braku pomocy ze strony państwa jest po prostu koniec marzeń o powiększeniu
rodziny.

4. Na usta rzuca się pytanie – ile kosztuje zabieg In vitro? Z informacji dostępnych w Internecie
wynika, że cena w zależności od zawartości pakietu usług waha się od dziesięciu do dwudziestu
tysięcy złotych. Czy rzeczywiście są to kwoty będące absolutnie poza zasięgiem młodych Polaków?
Czy na tak wspaniały cel, jakim jest wychowanie własnego dziecka, dwojgu przyszłych rodziców nie
wystarcza sił, chęci, samozaparcia i kreatywności, aby zdobyć te pieniądze? Moim zdaniem jest to
kwota jak najbardziej osiągalna i to nie wliczając ewentualnej pomocy ze strony rodziny. Nawet przy
niskodochodowej pracy, można przecież przez jakiś czas podjąć się zajęć dodatkowych, można
przemęczyć się przez jakiś czas na dwóch etatach, można pomieszkać przez jakiś czas w małym
wynajmowanym pokoiku. Można wreszcie wyjechać za granicę, gdzie łatwiej i szybciej odłożyć sporą
ilość. W dzisiejszych czasach nie jest to trudne, możliwości jest mnóstwo. Tym bardziej wyjazd obojga
przyszłych rodziców – aby razem, wspólnymi siłami zapracować na spełnienie marzeń i codziennie
widzieć, jak to marzenie dzięki naszemu poświęceniu staje się coraz bliższe realizacji. Pamiętajmy co
jest tutaj celem – poza ciężką chorobą bliskiego członka rodziny nie przychodzi mi do głowy nic, co
mogłoby stanowić lepszą motywację do wysiłku, wyrzeczeń i pokonania strachu przed nieznanym, niż
pragnienie spełnienia marzeń o urodzeniu dziecka. Jeśli dla kogoś nie jest to motywacja
wystarczająca, powinien spojrzeć w lustro i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy naprawdę pragnie
mieć dziecko? I co ważniejsze, czy jest gotowy zrobić dla niego wszystko?

5. Jeśli zabieg kosztuje od dziesięciu do dwudziestu tysięcy złotych, zastanówmy się jak kwoty te
mają się do przeciętnych rocznych wydatków na nowo narodzone dziecko. O ile miesięcznie
zwiększają się wydatki po przyjściu dziecka na świat? Doliczmy też wydatki sprzed jego urodzenia
chociażby na urządzenie pokoju dla niego. Myślę, że zakładając wersję oszczędną gdy dziecko
osiągnie wiek 2 lat, pochłonie już ponad dziesięć tysięcy złotych. Nie można byłoby takiej kwoty po
prostu zaoszczędzić? Jeśli tak, to problemu nie ma, a jeśli nie to skąd te dodatkowe pieniądze już po
urodzeniu dziecka, kiedy jedno z rodziców musi przynajmniej na jakiś czas przestać pracować. Czy
rodzice którzy nie potrafią, bądź nie są dostatecznie zmotywowani by zaoszczędzić dziesięć tysięcy
złotych na spełnienie marzeń o wychowaniu własnego dziecka na to dziecko w ogóle zasługują? Czy
będą dobrymi rodzicami? Jeśli młoda para zaoszczędzić nie może, bo już spłaca potężną ratę za
kredyt na mieszkanie, na którą oboje muszą pracować na pełen etat z częstymi nadgodzinami, może
należałoby się zastanowić, czy staranie się w takich warunkach o dziecko jest rozsądne. A jeśli kredyt
jest na dwadzieścia lat to warunki raczej się szybko nie zmienią…

6. Nikogo nie wydaje się też razić aspekt moralny ubiegania się o refundację in vitro. Możemy
założyć, że ludzie ubiegający się o refundację in vitro są na tyle młodzi, że nawet jeśli z usług służby
zdrowia dotychczas nie korzystali, bądź korzystali sporadycznie, nie wpłacili jeszcze w ramach składek
na ubezpieczenie zdrowotne ilości pieniędzy wystarczającej na pokrycie kosztów zabiegu. Wobec
tego nazywając sprawy po imieniu ich działania należy traktować jak wzięcie kredytu (jeśli zamierzają
płacić składki w przyszłości) lub dotacji (jeśli od składek będą się „migać”) na dziecko. Oczami
wyobraźni widzę dziecko z wytatuowanym napisem: „Dziecko współfinansowane ze środków Unii
Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego”. Kontynuujmy przez chwilę rozważania
w mniej poważnym tonie. Jeśli niezręcznie jest wyznać po latach dorosłemu synowi czy córce, że jest
„dzieckiem z próbówki”, nie powinno być jeszcze bardziej niezręcznie oznajmiając, że jest „dzieckiem
z dotacji”?

7. Kolejnym argumentem zwolenników finansowania in vitro jest jego rzekomo pozytywny
wpływ na wyjątkowo niekorzystną demografię. Rzeczywiście, z logicznego punkty widzenia każde,
choćby jedno dodatkowo urodzone dziecko jest pozytywne dla demografii w Polsce. Jednak
zakładanie, że odsetek par, dla których refundacja in vitro jest kwestią zapewnienia, bądź
przekreślenia szansy na potomka jest tak duży, że ewentualny wpływ na sytuację demograficzną
będzie znaczący, czy chociaż zauważalny jest zwyczajnie głupie. Mówi się też, że dla państwa
refundacja in vitro to dobra inwestycja – człowiek który przyjdzie na świat dzięki takiemu
dofinansowaniu w trakcie swojego życia prawdopodobnie wpłaci do budżetu państwa jego
wielokrotność w postaci podatków. To zdanie także można uznać za logicznie prawdziwe. Ale fakt, że
coś jest logicznie prawdziwe nie implikuje, że jest również moralnie uzasadnione. Inwestowanie
powinno być inicjatywą prywatną, nie publiczną. Nawiasem mówiąc dla państwa do świetny deal –
na okres kiedy „inwestycja” wymaga opieki i nakładów finansowych zostaje „wydzierżawiona”, by po
osiemnastu, dwudziestu, czy dwudziestu pięciu latach zacząć przynosić dochody pasywne.
„Pożyczenie” dziesięciu, czy dwudziestu tysięcy złotych osobie nie mającej w tej kwestii nic do
powiedzenia (bo przecież jeszcze nawet nie narodzonej), a następnie wymaganie, aby oddawała
część swojego dochodu przez kilkadziesiąt lat ma znamiona lichwy i ogólnie niewiele ma wspólnego z
praworządnością. Państwa oczywiście zarzuty te nie dotyczą. Przecież nawet bez finansowania In
vitro obciąża ono długiem tych jeszcze nie narodzonych.

8. Dla popierających refundację in vitro autorytetów od inżynierii społecznej nie jest trudnością
znalezienie pokrętnych argumentów na uzasadnienie dowolnej tezy. Natomiast problem leży gdzie
indziej. Ludzie po prostu nie rozumieją, że fakt, że nas na coś nie stać nie uprawnia nas do legalizacji
kradzieży. Tak jak lamentowanie, że młodych ludzi w Polsce nie stać na regularne chodzenie do kina,
kupowanie płyt DVD, czy albumów muzycznych NIE POWINNY być żadnymi argumentami w
protestach przeciwko ACTA, tak samo fakt, że młodych ludzi nie stać na zabieg in vitro NIE POWINNY
być żadnymi argumentami za przymuszaniem do ich finansowania podatników. Rzetelny opis
rzeczywistości, nawet jeśli przytłaczająco smutny nadal jest jedynie opisem rzeczywistości,
neutralnym, pozbawionym wydźwięków moralnych i nie ma podstaw by traktować go jako argument
sam w sobie, wystarczający aby obcym ludziom odbierać owoce ich uczciwej pracy. No chyba, że
prawo do posiadania dziecka wpisane zostało do deklaracji praw człowieka ONZ, czy jakiejś innej, a
zatem stało się niepodważalne.

9. Tak, jestem młody, nie dotknął mnie ten problem, nie wiem jaka to tragedia i ogólnie
niewiele jeszcze wiem o życiu – to wszystko prawda (wyobrażam sobie delikatne, przytakujące
kiwanie głowami starszych, doświadczonych przez życie czytelników). Co nie znaczy, że nie mam racji
uważając, że niemoralne jest domaganie się od aparatu władzy wymuszania od obcych ludzi
pieniędzy potrzebnych nam do spełnienia naszych marzeń, jakkolwiek piękne i szlachetne by one nie
były i jakichkolwiek „korzyści społecznych” nie niosły be ze sobą. Debata publiczna takie podejście do
sprawy (nazwijmy je „wolnościowe z poszanowaniem prawa własności”) całkowicie wyklucza. Toczy
się jedynie pomiędzy zwolennikami, a przeciwnikami na tle światopoglądowym – liberalna
socjaldemokracja kontra prokatoliccy konserwatyści. Wynika to z natury demokracji. Podejście
wolnościowe nie wpisuje się w jedyny zapewniający polityczny sukces schemat – podlizywanie się
wyborcom.

10. A jeśli w ramach ubiegania się o głosy politycy refundacje in vitro z budżetu państwa
przeforsują, będzie to symboliczne przejęcie przez państwo odpowiedzialności za problem
bezpłodności. Z czasem pojawią się pytania, czy zatem nie powinno pójść krok dalej i parom, dla
których ze względu na poważniejsze dolegliwości kobiety in vitro nie pomaga, finansować wynajęcie
matek zastępczych? Zwracać za zakupy w bankach spermy? Był już pomysł, żeby z budżetu państwa
opłacać prostytutki, które miałyby zaspokajać popęd seksualny ludzi niepełnosprawnych. Każde
ustępstwo ze strony zarządzających finansami publicznymi na rzecz dowolnej grupy interesu
przesuwa granicę trochę dalej, ale nieważne jak daleko się ją przesunie, po drugiej stronie zawsze
znajdzie się następna grupa interesu „uaktywniająca się” zaraz po przesunięciu tej granicy. Tak jak
każda interwencja państwa w gospodarkę pociąga za sobą późniejsze kolejne interwencje mające
naprawiać niekorzystne skutki tej pierwszej, tak każdy akt szczodrości rządzących wiąże się z
wszczęciem walki o godność, równość, sprawiedliwość (czy jakkolwiek inaczej nazwiemy pieniądze
podatników) kolejnych poszkodowanych czy dyskryminowanych.

11. Oczywiście obecnie wszyscy dokładamy sobie nawzajem do wszystkiego i mało kogo to dziwi,
ale walka młodych par o refundacje in vitro to wyjątkowy przykład ignorancji i upadku wartości. Nie
jest to nieuleczalna choroba stopniowo ubezwłasnowolniająca nas w nieuniknionej drodze do
śmierci. Da się z tym żyć, da się z tym pracować i zarabiać (co więcej jak pisałem wcześniej – trudno o
lepszą motywację).

12. Warto wspomnieć, że dzisiejsze kobiety często same są sobie winne. Z własnej woli odkładajądecyzje o zajściu w ciążę na okolice trzydziestki i później, co zwiększa szansę napotkania problemów, których rozwiązanie wymaga zastosowania metody In vitro. Dochodzi więc do następującego absurdu. Spośród dwóch kobiet jedna zachodzi w ciąże wcześnie poświęcając karierę zawodową na rzecz maksymalizacji szans na prawidłowy przebieg ciąży oraz zdrowie dziecka, druga ryzykuje odkładając ciążę na lata późniejsze by kontynuować kariery zawodową. Następnie po kilkunastu latach i osiągnięciu stabilizacji finansowej decyduje się na dziecko i gdy okazuje się, że nie obejdzie się bez metody in vitro, otrzymuje dofinansowanie z pieniędzy podatników, w tym od kobiety wspomnianej jako pierwszej, która kiedyś zachowała się rozsądnie. Tymczasem rozwiązanie sprawiedliwe jest banalne – kobieta, która świadomie ryzykowała dla większych korzyści finansowych, powinna sama, właśnie z tych korzyści zapłacić za negatywne efekty podjętego ryzyka. W przeciwnym razie zyski z ryzyka przypadłyby jej, a straty pokryłoby całe społeczeństwo co kreuje ewidentną pokusę nadużycia.

13. Przeciwnicy dofinansowania in vitro przedstawiani są jako niemoralni, pozbawieni skrupułów,
a ich postawa wręcz nieludzka. Moim zdaniem jest odwrotnie – charakterystyka ta idealnie opisuje
niedoszłych rodziców przerzucających swoje osobiste problemy na barki podatników. Zamiast
wykorzystać zapał i energię na działania przybliżające ich do pokonania przeszkód, marnują ją na
aktywny udział w politycznych przepychankach, bądź przyglądanie się im i komentowanie z
zażyłością. Ale wygląda na to, że w dowolnym sporze, który dotyczy przekazywania pieniędzy
publicznych na cele związane z dziećmi, czy niepełnosprawnymi nigdy nie ma miejsca na zadanie
pytania „z jakiej racji?” Nawiasem mówiąc, to nie to samo, co niedawny szum wokół rodziców dzieci z
ciężką niepełnosprawnością, które na swoją tragiczną sytuację wpływu nie miały i nie będą miały.
Tutaj chodzi o młodych, zdrowych ludzi, nieudaczników użalających się nad sobą zamiast wziąć życie
w swoje ręce i zapracować na spełnienie własnych marzeń.

14. Walka o finansowanie In vitro oprócz bycia przykładem tak pospolitego dzisiaj żebractwa, do
którego wszyscy już się przyzwyczailiśmy jest wybitnie rażąca i niepokojąca bo dowodzi jak
niezaradni, a zarazem bezwstydni stali się ludzie. Nawet Ci młodzi w sile wieku! Fakt, że nigdy nie
słyszałem, by ktoś przedstawił jeden z wyżej wymienionych argumentów, lub chociaż napomknął, że
może by tak spróbować własnymi siłami, pokazuje do jakiego stopnia większość społeczeństwa
uwierzyła, że państwo i tylko państwo może im pomóc. Kwestia czasu, kiedy pomysł wejdzie w życie.
Kolejna cegiełka w budowie komunizmu, z którym tak zaciekle kiedyś walczyliśmy.

Krzysztof Zuber

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Misiak pisze:

    A ja jestem przeciwnikiem in vitro ze względów technicznych. Skoro uszkodzone organizmy nie mogą się rozmnażać, jak np. modyfikowane genetycznie owoce, to tym bardziej ludzie nie powinni. Trzeba się zabrać za siebie, naprawić zdrowie, poczekać 3-5 lat i spróbować jeszcze raz.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Jeśli ktoś bardzo chce mieć dziecko, nie stać na in vitro, to za co on/ona je wyżywi i wychowa?
    Fundowanie in vitro przez podatnika, to redystrybucja pieniędzy od wdów i sierot deo zamożnych lekarzy.

    Ukłony

  3. Alex pisze:

    Świetny tekst punkt po punkcie rozpisany że każdy nawet polityk powinien to zrozumieć. Ale niestety sporo ludzi jest leniwych i nawet nie poświeci chwili żeby to przeczytać. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *