Koniec ery gotówki?

chat-dymki
0

Cyrk monetarny

pobrane

Pomimo tych wszystkich „obiecujących” manipulacji banku centralnego, mających uchronić Amerykanów od skutków kryzysu subprime (czy jak kto woli: Lehman Brothers) z roku 2008, staje się coraz bardziej jasne, że nawet siedmioletni cyrk monetarny nie był w stanie pobudzić gospodarki tak, aby osiągnęła „prędkość ucieczki”[1] i zaczęła się rozwijać.

I chociaż amerykański bank centralny, czyli bank rezerwy federalnej (FED) ma wyjątkowo długie doświadczenie w podążaniu ścieżką manipulacji monetarnych (inflacyjnych), w ciągu ostatnich pięciu lat nie udało mu się przekroczyć tempa wzrostu PKB na poziomie 2,2 procent, co nawet na warunki ostatniego ćwierćwiecza jest rezultatem dość mikrym. Jeszcze bardziej spektakularnym przykładem porażki polityki drukowania pieniądza przez FED, jest tempo wzrostu PKB demonstrowane w I kwartale 2015 roku, wynoszące zaledwie 0,2 procenta. Co prawda guru z Wall Street winą za kompromitująco niski rezultat w minionym kwartale obarczyło śnieg i mróz, mające miejsce w czasie ostatniej zimy, coraz więcej wskaźników ekonomicznych prowadzi do wniosku, że w drugim, bezśnieżnym przecież kwartale tempo wzrostu gospodarczego w USA nie osiągnie jakiejś rewolucyjnej poprawy.  Świadczy o tym chociażby wolniejsze niż się spodziewano tempo wzrostu prowadzonego przez Markit’s Flash U.S. Services indeksu PMI (ekwiwalent krajowego indeksu wskaźnika menedżerów PMI) za kwiecień 2015.

 

images (1)

Odczyt kwietniowy (2015) indeksu PMI wyniósł 54,2, wobec konsensusu rynkowego rzędu 56.2, będąc na poziomie nawet niższym niż w marcu 2015, kiedy to PMI zaśnieżonej i zamarzniętej gospodarki znajdował się na poziomie 55.3. Bezpośrednim powodem spadku indeksu menedżerskiego w kwietniu były słabe wyniki indeksu konsumenckiego (Conference Board’s Consumer Confidence Index), który spadł do poziomu 95.2, a więc prawie o 5,5 punktów niżej niż się spodziewano. Innym symptomem pogorszenia się kondycji gospodarki  jest spadek, i to po raz drugi z rzędu, indeksu aktywności produkcyjnej (Richmond Fed Manufacturing Index) do poziomu poniżej zera, co świadczy o pesymistycznych nastrojach sektora przemysłowego wchodzącego w II kwartał 2015 roku.

Stany Zjednoczone nie są tu żadnym wyjątkiem. Podobne tendencje obserwujemy na całym świecie[2]. Obejmujące strefę euro badania koniunktury przyniosły szereg rozczarowań: niemiecki PMI obniżył poziom z 55,4 w marcu do 54,2 w kwietniu 2015. Francuski Purchasing Managers’ Survey również potwierdza spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego[3] w sektorze usługowym, a także pogłębienie kontrakcji produkcji przemysłowej; PMI dla tego ostatniego sektora, spadł z 48,8 punktów w marcu do 48,3 w kwietniu. Mimo gigantycznego drukowania, japońska produkcja przemysłowa skurczyła się w kwietniu po raz pierwszy od prawie roku. Zmniejsza się ilość zamówień wewnętrznych oraz produkcja całkowita. Indeks Markit dla przemysłu japońskiego skurczył się w kwietniu z 50,3 do 49,7 punktów: wyraźna zmiana tendencji. Po raz pierwszy od maja 2014, zahamowaniu uległa ekspansja przemysłu.

Wszystkie te zjawiska negatywne mają miejsce w ciągu siedmiu lat od inicjacji bezprecedensowej polityki zerowych stóp procentowych i powodzi gotówkowej, która zalewa banki swoją płynnością. Mimo rekordowej „stymulacji” gospodarki większości rozwiniętych krajów świata znajdują się w dość opłakanym stanie. Ich zdolność kredytowa przekroczyła próg wypłacalności, uniemożliwiając dalsze zadłużanie się, a tym samym wzrost realnego dochodu.

Banki stają przed dylematem, jak utrzymać podaż pieniądza w warunkach, w których konsumenci chcą się pozbyć długu i zacząć oszczędzać. Zerowe stopy procentowe (ZIRP) są inflacjogenne, a negatywne oprocentowanie depozytów prowadzi do powstawania baniek spekulacyjnych na ryzykowniejszych inwestycjach, co gorsza, zachęca do dalszego zadłużania się. Przez dziesięciolecia banki centralne wykorzystywały władzę nad ceną pieniądza do wymuszania cykli koniunkturalnych – od boomu, który najczęściej prowadził do recesji i kryzysu. Jednakże ostatnie 6 lat, po okopaniu się w środowisku ZIRP, FED takiego cyklu nie jest w stanie wywołać. Doprowadzono, co prawda, do gigantycznych baniek spekulacyjnych (najpierw na ropie naftowej, potem na obligacjach, akcjach, ostatnio też na czynszach mieszkaniowych etc.), jednakże gospodarka na bańki nie reaguje, stąd zwrotu, jaki miał być skutkiem ich pęknięcia nie widać. Doprowadzono więc do tego, że rynek znalazł się w fazie kryzysowej, z której w żaden sposób nie chce przejść do prosperity[4].

images (2)

Naśladowcy Keynesa znalazłszy się w ślepym zaułku, szukają nowego sposobu na zwiększenie konsumpcji na kredyt. Kierujący współczesną gospodarką zwolennicy największego szalbierza i ignoranta w dziejach ekonomii, mimo iż posiadają władzę nad ceną pieniądza, a nawet nad konsumpcją, nie są w stanie wywołać inflacji przy pomocy której – taką mają nadzieję – mogliby wywołać złudzenie wzrostu[5]. Nie mówiąc o samym wzroście.  Depozyty bankowe, które nie zarabiają odsetek oraz zbliżone do zera koszty zaciągania kredytu okazały się niewystarczającym motywatorem do zwiększenia podaży pieniądza i osiągnięcia „prędkości ucieczki”, a w końcu do wywołania wzrostu gospodarczego.

Wzrost podaży pieniądza (M3) spadł z 9 procent w 2012 roku do mniej niż 4 procent dzisiaj. „Prędkość  monetarna” od czasu wybuchu  wielkiej recesji 2008 roku nieustannie maleje. Skutkiem tego, powstał kolejny, równie niefortunny schemat dalszego obniżania stop procentowych (ceny pieniądza) sięgający – nie tylko w cenach rzeczywistych, ale nawet w nominalnych  – rentowności negatywnych.

To, do czego bankowość centralna zmierza, wygląda na kompletną aberrację. Przykładowo, Europejski Bank Centralny (ECB) stosuje stopę oprocentowania depozytów na poziomie minus 0,2 procenta, szwajcarski bank centralny, za prawo deponowania w nim gotówki liczy aż 0,75 procenta w skali roku. W dniu 21 kwietnia 2015, koszty kredytu międzybankowego w walucie euro (czyli oprocentowanie na poziomie Euribor) po raz pierwszy spadły poniżej zera. Zaś 4 dni wcześniej, obligacje składające się na 31 procent wartości indeksu Bloomberg Eurozone Sovereign Bond (indeks obligacji skarbowych banków wchodzących w skład strefy euro) sprzedawane/kupowane były przy rentowności ujemnej[6].

Zakazane pieniądze

W Ameryce nie jest wcale lepiej.

Bank JP Morgan Chase ogłosił właśnie, że począwszy od 1 maja 2015 roku wprowadza specjalną opłatę, którą nazwał “udogodnieniem bilansowym”, a która będzie ceną usługi pobieranej od niektórych klientów. Wyniesie ona 1 procent rocznie od tej części kwoty zdeponowanych przez nich w banku pieniędzy, która przewyższa wartość środków potrzebnych bankowi do prowadzenia jego statutowych operacji.  Wszystko ponad to podlegać będzie opłacie utylizacyjnej. Warunek ten sprawi, że rentowność utrzymywania w banku nadwyżki ponad określoną przezeń kwotę będzie negatywna. Innymi słowy, odsetki od tej nadwyżki będą odejmowane.

Banki, które do tej pory walczyły między sobą o środki depozytariuszy, zaczynają tych ostatnich karać za trzymanie pieniędzy w bankowych sejfach[7]. Zważywszy, że normalne odsetki od depozytu zbliżone są do zera[8], lub realnie nawet poniżej, jedynym celem utrzymywania konta bankowego jest wygoda, lub względy bezpieczeństwa. Im więcej pieniędzy trzymamy w banku, tym więcej ich tracimy[9] w formie odsetek utylizacyjnych czy oprocentowania ujemnego; tym coraz atrakcyjniejsza staje sie skrytka, materac, czy domowy sejf. I tu zaczyna się nowy problem bankowy.

Im więcej pieniędzy krążyć będzie poza systemem kontroli bankowej, tym trudniej będzie bankowi centralnemu zapanować nad nimi, chociażby poprzez obciążenie ich właściciela odsetkami karnymi/utylizacyjnymi. A bez takiej władzy nad pieniądzem papierowym, inflacja nie będzie wcale łatwa. Jeśli odpowiednio wielu ludzi zrozumie, że trzymanie pieniędzy w materacu jest dla nich korzystne, możemy być świadkami runów na banki, skąd zdesperowani depozytariusze uwolnią swoje zasoby od władzy banku i powiązanego z nim rządu.

Jedynym “ratunkiem” dla rządzących i ich bankierów, zapewniających im możliwość tworzenia inflacji poprzez wzrost podaży pieniądza, jest możliwość powstrzymania ciułaczy przez gromadzeniem swoich pieniędzy w materacach, sejfach, słowem: poza bankami. Najlepsi specjaliści od keynesowskiego zniewalania zaczęli zmaganie z problemem. Liderem tej grupy jest ekonomista amerykański Kenneth Rogoff, który twierdzi, że znalazł rozwiązanie. Polega ono na zdelegalizowaniu gotówki, czyli pieniędzy papierowych. Politykom pomysł się coraz bardziej podoba. Nawet w Polsce minister finansów odważył się go pochwalić.

images

Zakaz posiadania gotówki papierowej, z równoczesną monopolizacją pieniądza elektronicznego (patrz tekst o bitconie) uwolni banki od ograniczeń wysokości odsetek żądanych od dłużników, czy od wysokości opłaty utylizacyjnej pobieranej od tych, którym przyjdzie do głowy głupi pomysł oszczędzania w banku.

W takiej sytuacji nie tylko pieniądz papierowy, ale jakakolwiek gotówka w ogóle staną się bezproduktywne. Ludzie zamiast oszczędzać będą wydawać, konsumować korzystając z waluty elektronicznej. Keynes zamruczy rozkosznie w swoim grobie. Pieniądz w banku stanie się „gorącym kartoflem” przerzucanym z rąk do rąk, byle szybko. Kto sie zagapi i przetrzyma na koncie własne pieniądze, ten zapłaci karę. Taka gra zwiększy prędkość ucieczki, zaś negatywne oprocentowanie depozytów doprowadzi do wzrostu kredytu. Wszystko będzie kupowane na kredyt.  Podobno ma to zapewnić eksplozję wrostu gospodarczego. Nie wiem jednak czy aby tak będzie, bo kiedy Europa zachodnia stymulowała produkcję samochodów poprzez wypłatę premii za złomowanie pojazdu i kupno nowego, Polacy produkowali te pojazdy. Oszczędzając pieniądze i je inwestując, a nie konsumując.

To iście Orwellowski pomysł pozwolić bankom centralnym na kontrolowanie niemal każdego aspektu wymiany rynkowej każdego z nas. Najgorsze, że sprowadza się on do poddania naszego życia kontroli głównego sojusznika banków, jakim jest państwo (rząd). Ten ostatni będzie znać każdą naszą transakcję, jej koszt, przebieg, dzięki czemu łatwiejsze będzie wyliczenie naszych zobowiązań podatkowych, i ściągnięcie ich. (Patrz tekst o bitcoinie). Brzmi to doprawdy przerażająco, ale przecież równie przerażająca musiała kiedyś wyglądać wizja pieniądza papierowego, czy banku centralnego, w epoce zaprzestania płacenia złotem, albo później, gdy zlikwidowano standard złota.

Właśnie z tego powodu Ojcowie Założyciele domagali się, aby gwarantem, wielkości podaży pieniądza i jego ceny było w Stanach Zjednoczonych złoto i srebro.

keynesism1

Czy historia czegoś uczy?

Kiedyś standard złota był przeszkodą w zwiększaniu podaży pieniądza, dzisiaj taką przeszkodą jest pieniądz papierowy, gotówka, która przeszkadza państwu w totalnej kontroli swoich obywateli. Nazywają to ochroną przed praniem pieniędzy, przed wspomaganiem terroryzmu, ale tak naprawdę, to tylko pretekst do zniewolenia nas. Przecież to właśnie państwo jest głównym prowodyrem i sprawcą procedury prania pieniędzy, podobnie, jak i kreowania terroryzmu. W sektorze prywatnym terroryzm jest zjawiskiem marginalnym.     Historia jest pasmem wydarzeń, które obfitują w wydarzenia pokazujące, jak daleko może posunąć się państwo w uzurpowaniu sobie władzy nad ludźmi pod pozorem czynienia im dobra. Niepokojące jest to, że usunięcie gotówki stojącej rzekomo na drodze do naszego szczęścia, którego ceną będzie spadek siły nabywczej pieniądza, doprowadzi do upadku klasy średniej, a kto wie czy nie całej cywilizacji.

Banknoty pełnią dziś rolę, jaką w latach 30. XX wieku pełniło złoto. Sprytny inwestor może skorzystać na tej rewolucji, skupując już teraz, kiedy wciąż są relatywnie tanie[10], zasoby takie jak złoto, czy srebro, dzięki którym będzie w stanie przechować posiadaną przez siebie siłę nabywczą na później. Dla innych pozostanie barter, który cofnie nas do epoki mrocznego średniowiecza. Chyba że damy się zniewolić władzy za miskę ryżu z fasolą, które to danie może się stać standardem podaży dóbr.

A co u nas?

W Polsce też można wykorzystać rewolucję w bankowości dla własnych celów. Po prostu ją zignorować, jeśli nie kompletnie, to przynajmniej na tyle, na ile będzie to możliwe. Bo naciski ze strony deutschebanków, goldmansachsów i rotchschildów będą silne. Utrzymanie zdrowego rozsądku a zwłaszcza powstrzymanie się przed zapowiadanym z coraz większą aprobatą polityków przejściem na euro mogłoby być okazją do stworzenia w Polsce w miarę niezależnej oazy prosperity, co na morzu manipulacji monetarnych, osłabiania pieniądza i rosnących tendencji inwigilacyjnych na Zachodzie byłoby dla nas dużą szansą na wzrost. Tylko czy nasi święcimikołajowie i bezkrytyczni miłośnicy etatyzmu powstrzymają się przed europejsko-unijnym wazeliniarstwem i okazją do zaciśnięcia na Polakach silniejszej pętli fiskalnej?

Michael Pento

(red. Jmf)

 

 


[1] Slangowe wyrażenie (escape velocity) keynesizmu, opisujące warunki ekonomiczne, w jakich gospodarka jest w stanie uwolnić się od przyczyn trudności gospodarczych, a tym samym wyjść z fazy negatywnego wzrostu, załamania, recesji, czy depresji.

[2] W Polsce także doszło do pogorszenia się wskaźnika PMI, który w kwietniu 2015 obniżył się o 0,8 punktu, do poziomu 54 punktów. Jednakże siedmiomiesięczne odczyty świadczą o istnieniu dość trwałej tendencji wzrostowej. Odczyt na poziomie 54 punktów znajduje się o tak znacznie powyżej odczytu długoterminowego, który dla polskiego indeksu PMI wynosi niewiele ponad 50 punktów (50,2), oznaczającym stagnację.

[3] Przypominamy, że od pół roku odbywa się eksperyment prezesa ECB, w ramach którego drukuje on miliardy euro, które mają pobudzić gospodarkę. Projekt jest znany jako europejskiej quantitative easing.

[4] Co jest zupełnie naturalne. Recesja czy kryzys, którym stymulacja, czyli nadmierna podaż pieniądza/kredytu ma zapobiec, to fazy gospodarcze służące uzdrowieniu rynku, który pozbywa się wtedy złych inwestycji i produktów nagromadzonych w fazie sztucznego, stymulowanego polityką zaniżania ceny pieniądza. Gospodarce w takiej sytuacji potrzebny jest spadek cen i rabaty. Jakże jednak mają one nastąpić, skoro podaż pieniądza jest w okresie ZIRP rekordowo wysoka. Ceny, zamiast spadać rosną. Ludzie zamiast oszczędzać i inwestować, wydają i konsumują.

[5] Jest to konsekwencja odwrócenia naturalnego trendu rozwojowego gospodarki, od oszczędności, poprzez inwestycje, do produkcji, a dalej do konsumpcji (jak mawiał Jean B. Say) i zastąpienie go fałszywym paradygmatem Johna M Keynes, dla którego królem jest konsumpcja, i właśnie od niej, a nie od oszczędzania rozpoczyna on swój gospodarczy cykl. Tak oto mamy konsumpcję przed produkcją, co jest absurdem, gdyż żeby konsumować trzeba najpierw wyprodukować. Ben Bernanke, Janet Yellen z Fedu, czy Mario Draghi z ECB wydają się tego nie wiedzieć.

[6] Co sprowadza się do tego, że inwestor/wierzyciel, który kupując obligacje pożycza swoje pieniądze rządowi, musi za ten przywilej płacić. Czyż to nie absurd, że ktoś (wierzyciel) płaci rządom za to, że te (dłużnicy) łaskawie pożyczą od niego pieniądze.

[7] Nie ma to nic wspólnego ze spełnieniem postulatów przeciwników tzw. bankowości z rezerwą cząstkową, czyli z traktowaniem banku jako magazynu, w którym właściciel pieniędzy przechowuje je. Analogicznie do tego, jak  posiadacz samochodu płaci za usługę przechowania go na parkingu właścicielowi tego parkingu. W przypadku banków, przywilej kreacji pieniądza w oparciu o prawo do rezerwy cząstkowej, a nie całkowitej, nie został im cofnięty. Z jednej strony będą mogły kreować pieniądze z powietrza, z drugiej zaś liczyć za usługę utrzymywania czyjegoś konta.

[8] Przykładowo, duży amerykański bank, US Bank, na rocznych lokatach płaci mniej więcej 0,10 – 0,25 procenta w skali roku.

[9] Autor, dla uproszczenia, pominął opcję lokowanie pieniędzy w prywatny biznes, private equity czy inne podobne przedsięwzięcia.

[10] Tym bardziej, że to właśnie propaganda państwa i jego sojuszników, Wall Street oraz mediów dwoi się i troi, żeby ten relikt przeszłości ośmieszyć, dzięki czemu jest taki tani.

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *