oszuści_seria

Oszuści, czy ignoranci. O nadużywaniu nauki do celów politycznych.

chat-dymki
1
  • Autor: Jamie Whyte
  • Tłumaczenie: P. Nowakowski
  • ISBN: 978-83-64599-14-9
  • Strony: 218
  • Cena: 29 zł (cena hurtowa)
Zamów

oszuści_seria

Książki wydawane przez ultra liberalny, londyński Instytut Spraw Ekonomicznych (IEA) są z reguły błyskotliwie napisane, zwięzłe, jak chodzi o objętość, trafiają w punkt palącego problemu, przygotowując Czytelnika do dysputy, czy niekiedy do ewentualnej walki z lewactwem, które swoimi nieludzkimi metodami stara się nas zubożyć i zniewolić. Oszuści, czy ignoranci to pozycja o tyle wyjątkowa, że dotyczy najgorętszych problemów gospodarczych współczesności, mianowicie tzw. przeregulowania gospodarki. Autor, Jamie Whyte, ekspert w dziedzinie teorii nauki, członek IEA oraz brytyjskiego Instytutu Adama Smitha,  skupia się na kilku najmodniejszych tematach, mianowicie na „globalnym ociepleniu”, czy jak kto woli dokonanych przez człowieka „zmianach klimatycznych”; na walce z paleniem tytoniu oraz programach rządowych, które mają nas uszczęśliwić, czy tego chcemy czy nie chcemy. Teza autora brzmi tak: naukowcy, którzy nas raczą swymi receptami są nieprzygotowani, często w ogóle niekompetentni. Nadużywają swojego autorytetu, proponując rozwiązania, które im wydają się słuszne, mimo iż nie posiadają na to żadnego dowodu naukowego. Politycy skwapliwie z ich pomysłów korzystają, gdyż pozwalają one  na zwiększenie opodatkowania i inne  ustawowe środki powiększania  domeny państwa, kosztem, swobód i poziomu życia obywateli.

Streszczenie

• Politycy i lobbyści, którzy propagują kolejne regulacje i podatki, zazwyczaj twierdzą, że mają po swojej stronie naukę. Dowody naukowe pokazują, że działania, do których chcą oni zniechęcić ludzi, są szkodliwe i że interwencje rządowe zmniejszyłyby tę szkodliwość. Mimo to duża część polityki opartej na dowodach opiera się na miernym rozumowaniu naukowym i jeszcze gorszym ekonomicznym.

• Ostatnie przykłady błędnej polityki opartej na tego typu dowodach zawierają propozycję wprowadzenia minimalnej ceny alkoholu, zakazu palenia w zamkniętych przestrzeniach publicznych, środków ograniczających emisję gazów cieplarnianych i zwiększenia narodowego szczęścia brutto.

• Częstym błędem jest ignorowanie kosztów politycznych. Na przykład plany wprowadzenia minimalnej ceny alkoholu nie biorą pod uwagę uszczerbku dla budżetów,domowych osób pijących alkohol w celach rekreacyjnych. Korzyści ze spożywania alkoholu, a w związku z tym koszty jego ograniczania, są w analizach zwyczajnie ignorowane.

• Polityka oparta na dowodach naukowych nie bierze pod uwagę także efektów substytucyjnych, np. w jaki sposób minimalna cena alkoholu zachęcałaby konsumentów do nabywania napojów alkoholowych na czarnym rynku, lub do korzystania z alternatywnych sposobów odurzania się alkoholem.

• Koszty zewnętrzne szkodliwych praktyk mogą być zasadniczym argumentem na rzecz interwencji państwa, jednakże często nie można ich określić z jakąkolwiek dokładnością. Aby oszacować na przykład koszty zewnętrzne emisji węgla, musielibyśmy znać subiektywne preferencje ludzi na całym świecie i sposób w jakiś je wyważyć. Musielibyśmy również poczynić założenia odnośnie preferencji ludzi żyjących w odległej przyszłości.

• Przewidywania teorii naukowej, która nie została potwierdzona doświadczalnie, czy nie powstała w oparciu o dobrze znane fakty, nie dają podstaw do żadnej pewności. Ci, którzy się przy tym upierają, nie są „przeciwnikami nauki”, jak często się uważa. Wręcz przeciwnie, antynaukowo usposobieni są ludzie, którzy twierdzą, że są do czegoś przekonani pomimo kompletnego braku faktów i dowodów naukowych.

• Wątpliwości w nauce ukrywane są często pod pretekstem „szlachetnych pobudek”. Naukowcy nierzadko przesadzają w kwestii poziomu pewności swoich okryć, o ile tylko  przyczynia się to do wniosków, które akurat popierają. Problem ten jest szczególnie ważny w dziedzinach, które od dawna stanowią pole walki politycznej, takich jak zmiany klimatu, zdrowie czy edukacja. Wielu naukowców zajęło się nimi tylko dlatego, że wcześniej zaangażowali się w konkretny program polityczny.

• Naukowcy są przecież stroną zainteresowaną. Mogą zyskać na tym, że polityka obierze taki, a nie inny kierunek. Będą skłonni popierać to, co jest dla nich osobiście korzystne. Polityka państwa może stworzyć popyt na ich umiejętności, a w związku z tym zwiększyć należne im apanaże. Naukowcy są naturalnymi zwolennikami rozwiązań politycznych opartych na ich wiedzy. Wykazują więc skłonność do przeceniania wiarygodności i znaczenia swoich odkryć.

• Ekspert w jednej dziedzinie nauki może być ignorantem w innych dyscyplinach, wiedzieć o ich teoriach czy metodach bardzo niewiele. „Prześlizgiwanie się po temacie” jest tendencją do podporządkowywania się ignorantów innym ekspertom w sprawach wykraczających poza ich własny obszar wiedzy. Na przykład klimatolodzy nie są ekspertami prawie w żadnej kwestii określającej, jaka polityka klimatyczna jest najlepsza. Nie mają żadnej specjalistycznej wiedzy co do tego, jak biznes zareaguje na dodatkowe podatki, czy jakie są koszty społeczne wynikające z ograniczenia wzrostu gospodarczego.

• Paternalistyczne programy polityczne propagowane przez ekspertów i polityków żywią pogardę dla rzeczywistych preferencji całego społeczeństwa. Ludzi zmusza się, by żyli według wartości, które często odrzucają. Na przykład zwolennicy „polityki szczęśliwości” uważają, że państwo powinno zmuszać ludzi, by działali wbrew swoim preferencjom, byleby – zwiększyli – zdaniem naukowców czy polityków – swą pomyślność.

Oto fragment:

(…) W latach siedemdziesiątych XX wieku niektórzy naukowcy ostrzegali, że zbliża się epoka lodowcowa. Magazyn „Time” i liczne gazety zamieszczały relacje obwieszczające złe nowiny. Prognozy klimatyczne obejmują stulecia, a w ostateczności okresy kilku dziesięcioleci. Może jest zatem przedwcześnie na ocenę dokładności tych prognoz? Zwłaszcza, że ostatnia seria mroźnych zim w Wielkiej Brytanii dowodzi, że te ponure przewidywania pogodowe są mylne.

Błąd ten nie odwiódł niektórych ludzi od wieszczenia przyszłej katastrofy klimatycznej. Od późnych lat osiemdziesiątych wielu naukowców ostrzega, że dwutlenek węgla i inne „gazy cieplarniane” wytwarzane przez społeczeństwa przemysłowe powodują wzrost temperatur. Uważa się, że to antropogeniczne[1] globalne ocieplenie (AGW) jest niebezpieczne. Polarne pokrywy lodowe roztopią się, powodując wzrost poziomu mórz i zatopienie przybrzeżnych miast. Skończą się dostawy świeżej wody. Uprawy zostaną zniszczone. Głód i masowe migracje wywołają społeczne niepokoje, wojnę i nędzę. Dojdzie do klęski żywiołowej porównywalnej do tych znanych z Biblii.

Aby uniknąć tej katastrofy, która ma rzekomo postępować na przestrzeni tego stulecia, wielu polityków i agitatorów proponuje środki mające doprowadzić do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. I wiele państw przyjęło takie środki. Nałożyły one podatek na prąd wytwarzany ze spalania paliw kopalnianych, na podróże lotnicze oraz na samochody z dużymi, paliwożernymi silnikami. Dotują źródła energii nie oparte na spalaniu paliw kopalnianych, samochody elektryczne i ocieplanie domów. Narzucają też systemy „handlowania emisjami zanieczyszczeń”, zgodnie z którymi firmy emitujące gazy cieplarniane muszą kupować zbywalne zezwolenia. Ponadto, za pomocą szkół i mediów publicznych, rządy nakłaniają ludność w swoich krajach do oszczędzania energii.

Pomimo tych środków emisja gazów cieplarnianych ciągle rośnie, zwłaszcza w dużych i nowo uprzemysłowionych państwach, takich jak Chiny. Wielu sądzi, że surowsze ograniczenia emisji są potrzebne, ale mimo to na Szczycie Klimatycznym w Kopenhadze w 2009 roku nie porozumiano się w kwestii wyższego opodatkowania węgla, „zielonych” dotacji i narodowych limitów. Lord Nicholas Stern, autor zamówionego przez brytyjski rząd Analiza ekonomii zmian klimatycznych (Stern Review on the Economics of Climate Change), twierdził nawet, że jedzenie mięsa mogłoby stać się „społecznie nieakceptowalne”, albowiem praktyka ta powoduje utrzymywanie przy życiu ogromnej populacji krów[2]. Krowy mają wzdęcia, a metan, który emitują, jest gazem cieplarnianym.

Tego rodzaju środki są kosztowne. Powodując wzrost kosztów energii, podniosą koszt żywności, produkowanych dóbr, ogrzewania, podróżowania i prawie wszystkiego innego. Niektórzy twierdzą, że koszt ten jest tak wielki, że przewyższa korzyści płynące z ograniczenia emisji węgla. Najogólniej mówiąc, za przyjęciem tego stanowiska przemawiają dwa argumenty. Pierwszy jest taki, że AGW tak naprawdę nie występuje. Takie stanowisko przyjmują tak zwani „negacjoniści”. Według drugiego argumentu, nawet jeśli AGW jest realne, środki nakierowane na zmniejszenie emisji węgla okażą się kosztowną stratą czasu. Mądrzejsze byłoby przeznaczanie środków na łagodzenie szkodliwych skutków globalnego ocieplenia, na przykład przez budowę wałów nadmorskich.

Ten drugi argument powróci jeszcze w końcowej części tego rozdziału. Przede wszystkim interesuje mnie jednak dyskusja na temat realności AGW, ponieważ to w niej do głosu dochodzą naukowe nonsensy. Albo też, mówiąc ściśle, to w jej ramach można usłyszeć nonsensy na temat nauki. Barack Obama i inni, którzy są zdania, że „nauka ma decydujący głos”, wykazują się niezwykłą ignorancją albo w kwestii danych, metod i przewidywanego powodzenia nauk klimatycznych na ich obecnym poziomie rozwoju, albo w kwestii znaczenia słowa „decydujący”.

Ale w pierwszej kolejności musimy wrócić do logiki kosztów zewnętrznych i podatków Pigou.

AGW i podatki Pigou

Załóżmy, że spalanie paliw kopalnianych rzeczywiście stanowi źródło niebezpiecznego globalnego ocieplenia. W przeciwieństwie do kosztów ubocznych biernego palenia, które są dobrowolne i stąd nie wymagają reakcji politycznych, analogiczne koszty związane ze spalaniem paliw kopalnianych nie są możliwe do uniknięcia przez osoby, które je ponoszą. Elektrownia węglowa w Chinach uwalnia tony dwutlenku węgla do atmosfery. Rośnie temperatura, topnieją lodowce w Arktyce, podnosi się poziom mórz, a mieszkańcy atoli na Pacyfiku muszą opuszczać swoje domy. Nie mają w tej kwestii żadnego wyboru. To nie oni zdecydowali się ponosić koszty ze względu na jakieś korzyści z chińskich elektrowni.

Znaczy to, że AGW jawi się jako odpowiednia arena dla działań politycznych nakierowanych na internalizowanie kosztów zewnętrznych. Ludzie spalający paliwa kopalniane – przez używanie energii elektrycznej wytworzonej z węgla i poruszanie się samochodami napędzanymi paliwem, albo wykorzystując proces spalania paliw w jakikolwiek inny sposób – nie ponoszą kosztów, które nakładają na innych poprzez AGW. Będą zatem spalać więcej paliw kopalnianych niż powinni. Będą to robić nawet wówczas, gdy całkowity koszt przekroczy całkowitą korzyść (zakładając, że korzyści zewnętrzne nie przewyższają zewnętrznych kosztów). W przypadku węgla podatki Pigou są uzasadnione. Opodatkowanie emisji dwutlenku węgla podatkiem Pigou w wysokości równej jej kosztom zewnętrznym dawałoby pewność, że emisja ta ma miejsce tylko wówczas, gdy jej całkowita korzyść przewyższa jej całkowity koszt.

Oczywiście nie wszystkie przedsięwzięcia polityczne rzekomo usprawiedliwione przez AGW odpowiadają tej logice. Na przykład dofinansowanie elektrowni wiatrowych jedynie zwiększy nadmierne zużycie energii. Podatek Pigou skutecznie eliminuje dotacje – w tym przypadku „dotacje”, których beneficjentami są osoby zaangażowane w spalanie paliw kopalnych, nie muszące ponosić opłat z tytułu kosztów, jakie narzucają ludziom za pośrednictwem AGW. Dotacji tej nie eliminuje wsparcie finansowe rozwiązań alternatywnych dla paliw kopalnianych. Stwarza ono jedynie „wyrównane szanse” dla konkurujących źródeł energii. Ale odbywa się to przez subwencjonowanie wszelkiego rodzaju zużywania energii. Jeśli na zużycie paliwa kopalnianego nałożono by odpowiedni podatek Pigou, żadne dotacje dla rozwiązań alternatywnych nie byłyby uzasadnione. Także systemy „handlowania emisjami zanieczyszczeń” (zazwyczaj stosowane tylko w przypadku bardzo dużych firm) nie oznaczają wcale, że do emisji węgla będzie dochodziło tylko wtedy, gdy przyniesie to korzyści netto. W ramach tych systemów całkowita ilość wyemitowanego węgla ma pokrycie w liczbie wydanych zezwoleń i w miarę wzrostu bądź spadku zapotrzebowania na emisję węgla również cena zbywalnych zezwoleń rośnie albo spada. Tylko wówczas, gdy cena zezwolenia będzie się równała zewnętrznemu kosztowi emisji węgla, otrzymamy jej słuszną ilość. Ale nie ma powodu, dla którego wartości te miałyby być równe. Cena zezwoleń jest zdeterminowana poziomem pokrycia i zapotrzebowaniem na emisję węgla, natomiast zewnętrzny koszt tej emisji nie.

Nie zamierzam jednak włączać się w dyskusję na temat tego, które rozwiązania polityczne nakierowane na ograniczenie emisji węgla są najlepsze. Wszystkie są zaprojektowane tak, aby funkcjonowały na zasadzie nakładania kosztów na emitentów węgla i konsumentów dóbr, których produkcja wiąże się z emisją. Wszystkie więc skłaniają do pytania o to, czy ten koszt znajduje uzasadnienie w otrzymanej korzyści. Upraszczając, możemy potraktować wszystkie tego rodzaju środki jako formy podatku Pigou, a następnie spytać, czy dany podatek równa się mniej więcej kosztowi zewnętrznemu emisji węgla.

Jaki jest więc zewnętrzny koszt emisji węgla? Odpowiedź zależy od skutków klimatycznych, nad którymi – jak wyżej wspomniano – dyskusja trwa. Zależy to jednak także od preferencji tych, którzy doświadczają skutków AGW. Innymi słowy, to nie jest pytanie, na które decydującej odpowiedzi dostarcza sama nauka.

Porównajmy budowniczego z Oslo, rybaka z atolu na Pacyfiku i pracownika fabryki w Pekinie. Norweski budowniczy może skorzystać na AGW, gdyż pracuje na zewnątrz i w chłodnym kraju. Tuwalski rybak będzie poważnie poszkodowany, ponieważ straci swój dom i środki do życia. Pracownikowi fabryki w Pekinie może być prawie że wszystko jedno, gdyż środowisko, w którym żyje, i tak jest już tak zanieczyszczone i nieprzyjemne. Uczynienie go cieplejszym, może wywołać niewielkie marginalne utrapienie. Oczywiście AGW może wywołać skutki, które zaszkodzą nawet naszemu norweskiemu budowniczemu. Na przykład może się okazać, że płaci wyższe podatki na sfinansowanie mieszkań, nauki i innych roszczeń uchodźców z atoli na Pacyfiku. Ale nie zmienia to faktu, że AGW nie spowoduje, iż wszyscy będą w równym stopniu obłożeni biorącymi się z niego kosztami.

To oznacza, że nawet jeśli skutki emisji węgla byłyby w pełni znane, oszacowanie kosztu zewnętrznego byłoby trudne. Nie tylko musielibyśmy znać preferencje ludzi na całym świecie, ale musielibyśmy je wyważyć. Załóżmy, że dla usunięcia skutków AGW, tuwalski rybak byłby gotów zapłacić 500 dolarów amerykańskich, pekiński pracownik fabryczny 200, a norweski budowniczy -500, co znaczy, że zapłaciłby 500 dolarów za wywołanie skutków AGW. Nie wynika z tego, że koszt zewnętrzny netto AGW w przypadku naszej grupy wynosi 200 dolarów. Konsumpcja, a stąd również przeznaczane na nią pieniądze, mają malejącą wartość krańcową. Pięćset dolarów ma znacznie większą wartość dla tuwalskiego rybaka niż dla zamożnego norweskiego budowniczego. Aby obliczyć zagregowany efekt dla dobrobytu – prawdziwy koszt zewnętrzny – musielibyśmy użyć „funkcji dobrobytu”, która przypisuje wagi sumom pieniędzy, które ludzie gotowi są zapłacić, żeby uniknąć skutków AGW (lub otrzymać za nie rekompensatę) (…)

Jamie Whyte

[1] To jest wywołane działalnością człowieka – przyp. red.

[2] Za: „Guardian”, 26 października 2009.

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Przemysław pisze:

    Książka ciekawa, potwierdza to czego domyślałem się intuicyjne. Badania nad efektem cieplarnianym czy biernym palenie pretenduje do miana „dowodów naukowych” w rzeczywistości są scholaryzmem i wielką hucpą czego autor dowiódł swoim logicznym wywodem ponad wszelką wątpliwość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *