Amerykańska gospodarka coraz słabsza

chat-dymki
5

pobrane

Dla nikogo nie było zaskoczeniem, że początkowe dane o tempie rozwoju gospodarczego Stanów Zjednoczonych za I kwartał 2015 zostały weryfikowane w dół, co oznacza, że największa gospodarka świata nie tylko nie wzrosła (jak przewidywano, o 0,2 procent), lecz co gorsza, skurczyła się (o 0,7 procent). Prawda obiegowa głosi, że jest to chwilowy efekt wyjątkowo ciężkiej zimy i już w drugim kwartale sprawy ulegną magicznej poprawie. Liczenie na drugi kwartał już od kilku lat podnosi nastroje rządzących. Niestety, nadzieja na wyraźną poprawę zawodzi. Zamiast pokaźnego wzrostu gospodarczego mamy zwykle do czynienia z chaotycznymi zmianami w najsłabszym od zakończenia II wojny światowej, procesie wychodzenia z recesji.

Czytelnicy blogu Patera Tenebrarum, jak też tekstów publikowanych na fijor.com dobrze o tym wiedzą.

Amerykański bank centralny (Fed) wraz z bankami komercyjnymi doprowadził w ciągu minionych 7 lat do ponad stuprocentowego wzrostu podaży pieniądza. Wpompowanie tak dużej ilości pieniądza do systemu monetarnego może chwilowo wywołać złudzenie poprawy sytuacji gospodarczej, co jest skutkiem przekierowania strumienia rzadkich zasobów do sektorów, w których w normalnych warunkach nigdy by się one nie znalazły, gdyż gwarantowałoby to stratę. Doprowadza to do znacznego pogorszenia się kondycji gospodarczej, jak chodzi o jej strukturę.

Skoro pula realnych zasobów finansujących gospodarkę już i tak znajduje się w tarapatach –  a trudno przecież temu zaprzeczyć, gdy jedną bańkę kredytową za drugą – to drukowanie pieniędzy nie jest nawet w stanie w takiej sytuacji doprowadzić do złudzenia jakiejkolwiek poprawy.

podaż

 

 

 

 

 

 

 

Przyczyna tworzenia się baniek spekulacyjnych, jak również słabiutkiego tempa rozwoju gospodarczego w USA: ogromny wzrost podaży pieniądza, począwszy od 2008 roku.

Oto co na temat tempa wzrostu PKB ma do powiedzenia serwis Reutera:

“Gospodarka Stanów Zjednoczonych skurczyła się w I kwartale pod brzemieniem niezwykle ciężkich opadów śniegu, aprecjacji dolara oraz przerw w pracy portów Zachodniego Wybrzeża. Na szczęście sytuacja ulega umiarkowanej poprawie.

          W miniony piątek (29 maja 2015) rząd skorygował swe szacunki odnośnie wysokości produktu narodowego brutto, który w omawianym okresie skurczył się o 0,7 procent, zamiast prognozowanego miesiąc temu wzrostu o ok. 0,2 procent. Bezpośrednią przyczyną korekty PKB w dół był większy niż oczekiwano deficyt w handlu zagranicznym, oraz mniejsza akumulacja zapasów w biznesach. Nieznacznie obniżył się także wolumen wydatków konsumpcyjnych.

Zakładając zgodnie z prognozą, że tempo wzrostu gospodarczego w drugim kwartale b.r. wyniesie 2 procent, mamy do czynienia z najgorszym, od 2011 roku, jak chodzi o tempo wzrostu, półroczem. Wygląda na to, że ożywienie gospodarcze po kryzysie finansowym z lat 2007-2009 jest wciąż bardzo kapryśne.

       Słabe dane odnośnie sentymentów konsumenckich i niska aktywność przemysłowa na Środkowym Zachodzie (Illinois, Indiana, Iowa, Kansas, Michigan, Minnesota, Missouri, Nebraska, Północna Dakota, Ohio, Południowa Dakota oraz Wisconsin) dowodzą, że o ile gospodarka wyszła z I kwartału stosunkowo słaba, o tyle tempo wzrostu w pierwszej części II kwartału jest co najmniej skromne. Potwierdzają to dane odnośnie sprzedaży detalicznej oraz produkcji przemysłowej.

Ponieważ jednak doniesienia odnośnie rynku mieszkaniowego oraz planów nowych inwestycji w biznesie wskazują na pewne ożywienie, można mieć nadzieję, że umożliwi to Rezerwie Federalnej podniesienie oprocentowania w drugiej połowie roku.

         Ekonomiści ostrzegają, żeby być ostrożnym i w spadku produkcji nie doszukiwać się zbyt daleko idących wniosków. Argumentują oni, że liczby odnoszące się do pierwszego kwartału zaniżone zostały przez kumulację czynników tymczasowych, takich jak problemy z modelem rządowym, wykorzystywanym do ułatwienia mierzenia wpływu fluktuacji pogodowych”.

(podkreślenie autora)

Przekonanie, że będzie jakiś “magiczny drugi kwartał” jest nie tylko żywe, a na dodatek ma się dobrze. Jednakże życie uczy, że jak dotad takiego ożywienia gospodarczego w drugim kwartale jest właściwie niewiele. I to pomimo tego, że każdy mainstreamowy ekonomista, z panią Janet Yellen włącznie, utrzymują, iż w gospodarce jest wszystko cacy. Raporty regionalnego biura Rezerwy Federalnej, dotyczące sytuacji w przemyśle, informują, że znajduje się ona między stanem określanym jako „słaby” a „słabszym”, różniąc się od większości oczekiwań ekspertów o mile. „Słabość” podkreślana jako kondycja wymieniana jest w ankiecie przygotowanej przez biuro Fed-u w Dallas. W odniesieniu do zakończonego z hukiem boomu na rynku ropy naftowej.

Chociaż, ci którzy na niższych cenach ropy naftowej korzystają, też nie pokazują żadnej poprawy swej kondycji biznesowej – jest wręcz odwrotnie. Poniżej zamieszczamy wykres sporządzony przez chicagowski ISM, a będący barometrem nastrojów w biznesie. Ukazał się on dzisiaj pod nagłówkiem: Chicagowski majowy barometr biznesowy ponownie w nastrojach spadkowych – nowe zamówienia, produkcja oraz zatrudnienie: spadek ponad 10 procent. Takie sformułowanie nie wróży raczej ożywienia gospodarczego, nie wskazuje też na wyjście z recesji. Przeciwnie, jest to dowód na to, że gospodarka amerykańska ponownie dryfuje w stronę recesji.

Oto co w tej sprawie ma do powiedzenia ISM:

Chicagowski barometr gospodarczy, w maju spadł ponownie, oddając zyski osiągnięte w kwietniu 2015. Stawia to pod znakiem zapytania powszechnie oczekiwane w II kwartale odbicie tempa wzrostu amerykańskiej gospodarki.

Barometr spadł w maju 2015 o 6.1 punktów, z kwietniowego odczytu na poziomie 52,3 punkty do poziomu 46.2 punkty. Wszystkie pięć składników barometru wykazuje osłabienie, przy czym trzy z nich aż o ponad 10 procent. Cały barometr obniżył się poniżej 50 punktów, co jest oznaką recesji”.

ISM

 

 

 

 

 

 

 

 

Chicagowski horror ISM.

Krótko mówiąc wszystko jest “nie tak”.  W przeciwieństwie do statystyk rządowych dane z ISM (Insititute of Supply Management) nie podlega oddziaływaniom sztuczek “korygujących” je wedle oczekiwań. Barometr jest po prostu przygotowywany w oparciu o ankiety prawdziwych podmiotów gospodarczych. Szczególnie słaby był składnik Chicago ISM obrazujący nowe zamówienia, który spadł aż o 13,8 procent poniżej swego kwietniowego poziomu, zanurzając się na dobre w terytorium świadczącym o znacznym kurczeniu się gospodarki. Tak się akurat składa, że jest to jeden z najważniejszych składników raportu, obraz tego co wkrótce nastąpi.

Chcielibyśmy podkreślić, że raportowana w barometrze silna tendencja wzrostowa na rynku mieszkaniowym jest też iluzją. Jest ona zasadniczo skutkiem bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości. Interwencje Rezerwy Federalnej doprowadziły oprocentowanie nowych pożyczek hipotecznych oraz kredytów refinansowanych do rekordowo niskiego poziomu, a równocześnie ceny nieruchomości odzyskały w większości to, co straciły w czasie poprzedniej bańki w czasie tzw. kryzysu subprime, która pękła w latach 2007-2008. Skutkiem tego, wielu potencjalnych nabywców nieruchomości, pomimo atrakcyjnych warunków kredytowych, na dom nie stać. Wall Street wymyślił bowiem kolejną bańkę, tym razem pod hasłem: “kup, żeby wynająć”, która pociągnęłą za sobą wzrost cen do poziomu, który najprawdopodobniej znowu długo się nie utrzyma. To jest rynek – komentuje nasz przyjaciel, Ramsey Su – który najprawdopodobniej nie wytrzyma na dłużej obecnego wzrostu oprocentowania.

Konkluzja

Coraz wyraźniej widać, że dzisiejszy rynek nie jest nawet w stanie zbliżyć się do całkiem przecież przeciętnego poziomu wzrostu osiągniętego w latach poprzednich. Z opublikowanych do tej pory danych gospodarczych za II kwartał wynika, iż będzie on szczególnie słaby w sektorze produkcyjnym, a przecież produkcja to zdecydowanie największa część składowa gospodarki. Zwracam w tym miejscu uwagę, że przypisywanie konsumpcji 70.procentowego udziału w rozwoju gospodarczym jest błędem. PKB nie uwzględnia w strukturze produkcji wcale etapów produkcji środków produkcji, co właśnie prowadzi do zawyżenia udziału konsumpcji. Jeśli w PKB uwzględni się te etapy, okaże się, że konsumpcja stanowi w najlepszym przypadku zaledwie 35-40 procent gospodarki.

yellen

Gdyby udział konsumpcji naprawdę wynosił 70 procent aktywności gospodarczej, skonsumowalibyśmy szybko cały kapitał istniejących w gospodarce i wrócili do etapu kamienia łupanego.  To, jak radzi sobie sektor produkcyjny ma z powyższego powodu dla gospodarki kluczowe znaczenie. Może się zdarzyć tak, że pani Yellen w ogóle nie będzie miała sposobności podnieść oprocentowania.

Pater Tenebrarum

P.S. Za kilka dni ukaże się nakładem wydawnictwa Fijorr Publishing książka Petera Schiffa, „Wielka Depresja 2.0”, w której przedstawia on szerzej konsekwencje nadchodzącej katastrofy gospodarczej.

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Zbigniew L. pisze:

    Cóż Janku, Tobie wydaje się, że świat zaczyna stawać na głowie, ale być może jest zupełnie inaczej. Jak czytałem wydawane za tzw. komuny podręczniki ekonomii kapitalizmu i ich rozdziały dotyczące wyceny spółek giełdowych, to nie mogłem się nadziwić, jakie oni bzdury pisali. Rzekomo, te spółki co wypłacały wyższe dywidendy, były wyżej wyceniane na giełdzie itp itd. Wydawało, mi się to kompletną utopią. A tu masz ! Obecnie czytasz sprawozdania z WZA spółek na GPW i co rusz któraś rekomenduje wypłatę dywidendy – i ma to wpływ na wycenę spółki !
    Ja mam swoją własną teorię na ten temat. W całej historii ludzkości kapitał był dobrem rzadkim, bo był niszczony regularnie np. przez wojny. Lub jeżeli nie było wojen, to wypracowany kapitał był rozdrabniany na potomków następnego pokolenia – stąd np. te mikroskopijne poletka w Galicji. Obecnie jest inaczej – wojny wprawdzie są, ale nie dotykają bogatych krajów, a i rozdrabnianie kapitału przez przyrost naturalny, praktycznie nie istnieje. Kapitał nie jest już dobrem rzadkim i za jego pożyczenie nie potrzeba płacić nie wiadomo, jakich pieniędzy. Chyba, że brak kapitału, jest spowodowany przez socjal, jak to jest obecnie np. w Grecji. A brak rozwoju? Może nastąpił jakiś stopień nasycenia bogatych społeczeństw w różne dobra? Albo te dobra powstają, a nie są ujmowane w statystykach? Kiedyś np. aby posiąść informacje musiałem kupić gazety, a obecnie więcej informacji mam za darmo w internecie. W mojej ocenie, statystyki jakie stosowano w XX wieku nie przystają do obecnej rzeczywistości. I wyciąganie z nich daleko idących wniosków mija się z celem.

  2. gotoxy pisze:

    Niedługo zobaczy Pan ile naprawdę jest wart Pana kapitał na koncie bankowym 🙂

  3. Jan M. Fijor pisze:

    Dlatego od dawna nie trzymam pieniędzy na koncie bankowym, lecz zainwestowany w produkcję lub usługi.
    i wszystkim tak radzę.

    ukłony

  4. mgoorny pisze:

    Jeśli ktoś nie wie na co wydać to chyba najlepszą inwestycją są dzieci… ?

  5. Jan M Fijor pisze:

    @Mgoorny Jest w tym dużo prawdy.Przyczyną ostatnich kryzysów jest państwo opiekuńcze, które pośrednio zniechęcało ludzi przed posiadaniem dzieci. w sytuacji, gdy opiekowało się nami państwo, dzieci wydały sie wielu zbędne. To się wkrótce zmieni, gdyż państwa są zbankrutowane i ich pomoc jest iluzją.

    Ukłony

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *