america_front

Wybaczyć Ameryce! Czyli co Stany Zjednoczone dały światu?

chat-dymki
2
  • Autor: Dinesh D'Souza
  • Tłumaczenie: Joanna i Krzysztof Zuberowie
  • ISBN: 978-83-64599-17-0
  • Strony: 320
  • Cena: 46 zł (cena hurtowa)
Zamów

Przedstawiamy polskiemu Czytelnikowi amerykański bestseller, którego autor stara się odpowiedzieć na pytanie:

  1. Co się dzieje z Ameryką?
  2. Czy ten niekwestionowany lider gospodarczy, polityczny i militarny jest nadal pionierem światowego postępu?
  3. Czy przypadkiem rola ta nie została ostatnio zakwestionowana?
  4. A może Ameryka, rozumiana rzecz jasna jako Stany Zjednoczone, przeżywa swój zmierzch?

Na podstawie tej pasjonującej książki powstał nominowany do Oskara film dokumentalny „America: Imagine the World Without Her”. A może było odwrotnie? Kto to wie?

america_front

Wstęp

(…) W 1987 roku Ronald Reagan stojąc przed Bramą Brandenburską wezwał przywódcę Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego: „Panie Gorbaczow, niech pan zniszczy ten mur”. Świat dzielił się wtedy na dwie skrajnie odmienne politycznie  półkule – kolektywny Wschód z Rosją i Chinami na czele oraz kapitalistyczną Amerykę na Zachodzie. Ów podział był oczywisty. Co więcej Stany Zjednoczone pełniły wówczas rolę swego rodzaju strażnika wolności aktywnie promując model amerykański i sprzeciwiając się wszelkim przejawom łamania naturalnych praw człowieka na całym świecie. To Ameryce w dużej mierze zawdzięczamy upadek Związku Radzieckiego i oswobodzenie narodów Europy Wschodniej.

Trzy dekady później polityczny krajobraz kuli ziemskiej prezentuje się zupełnie inaczej. Rosja i Chiny, choć niewątpliwie pozostają krajami totalitarnymi, otwierają się gospodarczo na świat, podczas gdy Ameryka powoli, lecz konsekwentnie podąża w stronę socjalizmu. Dziś Ameryka nie ciągnie Europy w górę; dziś Europa ciągnie Amerykę w dół. Europejskie systemy zdrowotne i emerytalne dające obywatelom złudne poczucie bezpieczeństwa w Ameryce stawia się obecnie jako – o ironio – wzory do naśladowania. Jak wiele może zmienić się przez niespełna trzydzieści lat.

Skoro zmiany te nastąpiły w ciągu zaledwie jednego pokolenia, nie są trwałe i z pewnością łatwo je odwrócić, czyż nie? Niestety prawda wygląda znacznie gorzej. Kolektywizacja gospodarki amerykańskiej nie rozpoczęła się po odejściu Reagana, ale na długo przed jego rządami. Nowy Ład wprowadzony przez Franklina Delano Roosevelta po wielkim kryzysie z lat trzydziestych dał początek interwencjonizmowi państwowemu w skali wcześniej w Ameryce niespotykanej. W czasie drugiej wojny światowej, powołując się na konieczność zapewnienia bezpieczeństwa kraju, Roosevelt zasadniczo rozszerzył zakres działań rządu federalnego. Po wojnie nikt jednak odebranych swobód Amerykanom nie zwrócił. Dwie dekady później Lyndon Johnson próbując budować tak zwane Wielkie Społeczeństwo wprowadził w życie mocno lewicowe programy walki z ubóstwem, które zakładały masową redystrybucje podatków. Można powiedzieć, że od wczesnych lat XX wieku, po dziś dzień Stany Zjednoczone stopniowo odchodzą od idei kapitalizmu na rzecz promowania sprawiedliwości społecznej. Wyjątek stanowiła wspomniana wyżej era Reagana, którą patrząc z perspektywy czasu należy chyba uznać za spontaniczną konwulsję umierającej wolności.

Amerykę zbudowano w oparciu o ideały indywidualizmu i wolności. Bardzo istotnym czynnikiem, który w dużej mierze utorował ku temu drogę, było coś, co autor książki nazywa „duchem imigrantów”. Warto przypomnieć jakiego typu ludzie  w XVIII wieku zasiedlał Amerykę. Bilet w jedną stronę na rejs do Nowego Świata kosztował równowartość rocznych zarobków przeciętnego Europejczyka. Ludzie stawiali na szali całe swoje dotychczasowe życie, często opuszczali rodziny i wydawali  wszystkie oszczędności, by wypłynąć do kraju, którego język i obyczaje były im zupełnie obce. Nie mieli pojęcia co tam zastaną; czy w ogóle znajdą pracę, a jeśli tak to jaką. O ubezpieczeniach nie było nawet mowy. A jednak decydowali się na to. Skoro Amerykę budowali ludzie gotowi do takich poświęceń, trudno się dziwić, że w tak krótkim czasie stała się światowym supermocarstwem. Dziś wydaje się to nie do pomyślenia. Minęło kilka pokoleń, zapanował powszechny dobrobyt (w Stanach Zjednoczonych praktycznie nie ma ubóstwa absolutnego, tylko relatywne) i obecnie jedyni imigranci to ci nielegalni z Meksyku, o których głosy kolejnymi obietnicami ochoczo zabiegają Demokraci. Z arytmetyki demokracji wynika, że w najbliższych latach to oni przesądzać będą o wynikach wyborów.

W takich okolicznościach Republikanie, chociaż początkowo niechętni, ostatecznie również zaczęli łasić się do nielegalnych imigrantów. Przykład ten ilustruje, jak demokracja prowadzi do zacierania się różnic między partiami –  z czasem interes polityczny oraz żądza władzy i korzyści wiążących się z jej sprawowaniem górują nad ideałami i przekonaniami, a w rezultacie postulaty programowe zbliżają się do poglądów opinii publicznej prezentowanych w sondażach.

Nawet w tak kapitalistycznym społeczeństwie jak Amerykanie, opartym na fundamentach indywidualizmu i poszanowania praw jednostki demokracja doprowadziła do rozpowszechnienia idei równości kosztem idei wolności. Miał rację Karol Marks, mówiąc: „Na to, by w danym kraju zapanował socjalizm, wystarczy wprowadzić w nim demokrację”. Pod tym względem Marks doskonale rozumiał naturę ludzką… „Kto pod przymusem odbiera pieniądze Piotrowi i daje Pawłowi zawsze może liczyć na poparcie Pawła” – to kolejny smutny, ale jakże prawdziwy aforyzm charakteryzujący realia demokracji, które od lat korumpują wolnościowego ducha Ameryki. Tocqueville natomiast zauważył, że „Amerykańska demokracja przetrwa do czasu, kiedy Kongres odkryje, że można przekupić społeczeństwo za publiczne pieniądze”. I tak procentowy udział  wydatków rządowych w amerykańskim PKB rośnie od lat; podobnie zadłużenie. Nowy Ład, Wielkie Społeczeństwo, Wojna z Ubóstwem – kolektywizm buduje się pod hucznymi hasłami na gruncie ignorancji.

Dziś dochodzimy do kuriozum, gdzie wybory stały się w zasadzie przeprowadzaną z wyprzedzeniem aukcją sprzedażową dóbr, które politycy zamierzają ukraść w przyszłości. Mówi się, że demokracja jest najlepszym systemem jaki kiedykolwiek wymyślono. Niestety czas przekonuje, że demokrację i naturę ludzka trudno pogodzić.

Sporą część elektoratu zapewniają Demokratom intelektualiści, wśród których dominują postępowcy. Osoby te, choć są często wybitnymi specjalistami w dziedzinach, w których kształcili się latami (a i to nie zawsze), niekoniecznie są ekspertami w innych sferach życia społecznego. Niemniej jednak bardzo chętnie przyjmują rolę autorytetów moralnych i z poczuciem wyższości prezentują swoje prywatne opinie niemalże jako imperatywy. Sam fakt, że większość z nich podpisuje się pod koncepcją państwa opiekuńczego nie powinien nikogo zaskakiwać. W społeczeństwie kapitalistycznym nie ma popytu na owoce ich rzekomo genialnych umysłów. Tylko pod przymusem państwa obywatele korzystają z usług, które oferuje większość intelektualistów. Ich życie w obecnej, nobilitowanej formie – praca, zarobki, pozycja społeczna – możliwe jest jedynie dzięki istnieniu przerośniętego państwa. Dlatego właśnie postępowi intelektualiści tak zaciekle bronią wszelkich przejawów kolektywizmu i centralnego planowania. Dlatego tak chętnie opowiadają się za lewicowymi koncepcjami „uczciwej doli”, równości rezultatów i redystrybucji podatków. Co gorsza jedna z zasad wywierania wpływu społecznego wyróżniona przez profesora psychologii Roberta Cialdiniego – reguła autorytetu – sprawia, że poglądy intelektualistów silnie oddziałują na społeczeństwo. Zgodnie z tą regułą wśród obywateli rodzi się poczucie, że skoro ten wykształcony profesor mówi to co mówi, zapewne ma racje. Media często  przywołują badania, z których wynika, że znacząca większość intelektualistów ma poglądy lewicowe, dając tym samym społeczeństwu do zrozumienia, że ludzie mądrzy popierają lewicę.

Nie mądrzy tylko kierujący się interesem własnym – gdyby nie hojne państwo nie mogliby wieść wygodnego życia na koszt podatników.

Lewicowe jest też Hollywood. W tym wypadku źródłem postępowych przekonań jest poczucie winy. Większość aktorów i celebrytów  nie rozumie jak działa kapitalizm. Nie rozumieją oni mechanizmów regulujących rozkład dochodów na wolnym rynku; za niesprawiedliwe uważają, że pieniądze zarabia ten kto zaspokaja potrzeby konsumentów, niezależnie od tego jakie by one nie były. Nie do końca  pojmują skąd wzięło się ich ogromne bogactwo; w głębi duszy nie czują, że na nie zasłużyli. Czują za to ogromne poczucie winy oraz dług wobec społeczeństwa, które nakazują im przekazać innym  „uczciwą dolę” oczekując od pozostałych tego samego. Zatrważające jest, że na autorytety kreuje się  często aktorów, czy piosenkarzy, którzy nie mieli w życiu styczności z naukami takimi jak ekonomia, logika, czy socjologia. Są za to ekspertami od wzbudzania emocji i tak jak w przemyśle filmowym, czy muzycznym, także i w polityce tym właśnie się zajmują.

To samo poczucie winy próbuje się (między innymi z udziałem lewicowych intelektualistów i Hollywood) wzbudzić w społeczeństwie amerykańskim. Jest to proces niezwykłej wagi, takie poczucie winy pozbawia bowiem ludzi moralnych motywacji do obrony przed zarzutami. Knebluje im usta i skłania do zadośćuczynienia. Poczucie winy rozpowszechnione w społeczeństwie amerykańskim z racji jego doświadczeń z niewolnictwem odegrało kluczową rolę w wyborze Baracka Obamy na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Autor niniejszej książki postawił sobie arcyważne  zadanie – przekonać Amerykanów, że historia ich kraju choć nie bez czarnych kart, pełna jest momentów wzniosłych i szlachetnych. Dzieje Ameryki, jako źródła wolności rozpowszechnionej z czasem na całym świecie powinny wzbudzać poczucie dumy a nie winy, czy wstydu.

Indywidualizm w Ameryce podupada, a każdą próbę jego obrony krytykuje się jako objaw egoizmu i chciwości – emocje powszechnie uznawanych za negatywne a priori. Filozofia Ayn Rand, której książki sprzedały się w milionach egzemplarzy (kolejna konwulsja umierającej wolności), jest dziś traktowana bardziej jako ciekawostka, niż koncept polityczno-społeczny. Jeśli w ogóle się o niej wspomina to tylko pogardliwie. Wobec powszechnej ignorancji oraz braku zdolności krytycznego myślenia wystarczy powiedzieć, że Ayn Rand była zdeklarowaną egoistką, która altruizm krytykowała jako niepotrzebny i niebezpieczny, a publiczność przed telewizorami bezmyślnie pokręci głowami z potępieniem. Mało kto zada sobie trud, by na własną rękę dowiedzieć się co ta wybitna piewczyni indywidualizmu rzeczywiście miała na myśli przedstawiając koncepcję obiektywizmu.

Między innymi w twórczości Ayn Rand szuka się źródła podłej chciwości krezusów z Wall Street, kiedy prawdziwa przyczyna leży w ich układach z rządem, które kreują potężną, dla wielu nieodpartą, pokusę nadużycia niemożliwą do zaistnienia w ramach mechanizmów rynkowych. Cnota egoizmu odeszła w zapomnienie, stłamszona przez cnotę nieudacznictwa, a pochwałę indywidualizmu zastąpiło utopijne pragnienie uniwersalnej równości.

Barack Obama przejdzie do historii jako pierwszy czarny prezydent Stanów Zjednoczonych. Dziś w obliczu wysokiego poparcia jakim cieszy się w sondażach do wyborów prezydenckich w 2016 roku Hilary Clinton, mówi się, że teraz przyszedł czas na pierwszą kobietę na tym stanowisku.

Autor niniejszej książki postara się państwa przekonać jakie niebezpieczeństwo dla całego świata wiąże się z tym wyborem. Jak ostrzega Thomas Sowell, prezydent Stanów Zjednoczonych ma w swoich rękach życie trzystu milionów Amerykanów, nie mówiąc o milionach ludzi jeszcze nie narodzonych. Pośrednio, w efekcie globalizacji, jego decyzje mają szeroko idące konsekwencje także dla innych krajów. Wybór osoby odpowiedniej na to stanowisko to niezwykle odpowiedzialna decyzja. Dokonując go Amerykanie nie powinni kierować się retoryką, czy symbolizmem, ale własnym rozumem.  Rada ta nie dotyczy wyłącznie mieszkańców Nowego Świata. My, obywatele, nie możemy pozwalać sobą manipulować przebiegłym oratorstwem niepodpartym faktami. W każdych wyborach należy podjąć wysiłek przeanalizowania rzeczywistych działań poszczególnych kandydatów oraz ich rezultatów. Posługując się dokładnymi słowami profesora Sowella: „Nie ma znaczenia jaki jesteś bystry, dopóki nie poświęcisz czasu na myślenie”.

Krzysztof Zuber

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Piotr Matyjek pisze:

    Książka odnosi się w większym stopniu do historii czy czasów obecnych?

  2. Jan M. Fijor pisze:

    To jest jak najbardziej książka współczesna. Autor analizuje
    obecną sytuację w Ameryce, porównując to czym kiedyś USA były, z tym, czy są, a nawet czym będą
    w niedalekiej przyszłości. Poruszająca, odkrywcza i obiektywna analiza.
    Serdecznie polecam!

    Ukłony

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *