O nonsensie pomocy unijnej

chat-dymki
0

  Profesor Jerzy Żyżyński już w pierwszym akapicie swego tekstu pt.: Pomoc unijna – kraina nonsensu (http://jerzyzyzynski.salon24.pl/656985,o-nonsensie-pomocy-unijnej) anonsuje, a raczej nastawia czytelnika, że „nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że tzw. pomoc unijna to w gruncie rzeczy jeden wielki humbug ekonomiczny i kraina nonsensu”. W następnym akapicie wyjaśnia, że „Po to, by zrozumieć efekty napływu środków pieniężnych z zagranicy, trzeba najpierw zrozumieć, czym jest, w sensie ekonomicznym, czyli oddziaływania na procesy gospodarcze, pieniądz w ogóle, a pieniądz zagraniczny w szczególności” i  objaśnia:  „najbardziej syntetyczna definicja pieniądza określa go jako „prawo do nabywania dóbr i usług””. I dalej stwierdza, że „skoro pieniądz funkcjonujący w danej gospodarce jest prawem do nabywania dóbr w tej gospodarce wytworzonych, to oczywiście pieniądz z zagranicy jest prawem do nabywania dóbr i usług za granicą.

Normalnie gospodarka (każdego kraju – LO) otrzymuje te prawa (do nabywania dóbr i usług w innych krajach – LO) sprzedając część wytworzonych u siebie dóbr za granicą: pozyskujemy waluty zagraniczne poprzez eksport i wykorzystujemy je realizując import, czyli sprowadzając różne produkty z zagranicy – dokonywana w ten sposób wymiana walut jest de facto wymianą praw do nabywania dóbr i usług”.  W świetle wyżej określonej definicji pieniądza „Pomoc zagraniczna polegająca na przekazaniu nam określonych środków zagranicznych, w tym przypadku euro” nie  „powinna być …  niczym innym jak przekazaniem nam części uprawnień do nabywania dóbr i usług za granicą na konkretne, mądrze zaplanowane przez nas cele, służące szeroko rozumianemu rozwojowi naszej gospodarki. Ale okazuje się, że sprawa jest bardziej skomplikowana i pojawiają się różne nonsensy” (podkreślenie – LO).

Zanim prof. Żyżyński wyjaśni, na czym polegają owe „różne nonsensy”, w kolejnych dwóch akapitach postanawia jeszcze bardziej negatywnie nastawić czytelnika tego tekstu do finansowej pomocy z Unii. Najpierw podaje, że „Od wejścia do Unii 1 maja 2004 r. do końca 2014 r. Polska otrzymała z budżetu UE w ramach różnych programów unijnych 109,5 mld euro, a w tym samym czasie przekazała Unii 35 mld euro składki, (oraz) zwróciliśmy 143 mln euro, zatem „na czysto” otrzymaliśmy 74,3 mld euro”. Ale zaraz w następnym akapicie ową unijną pomoc „na czysto” dewaluuje lakoniczną informacją: „warto wiedzieć, że w tym samym czasie jedenastu lat wytransferowano z Polski 209 mld euro (851 mld zł), a co prawda po zsumowaniu tych odpływów z tym, co napłynęło mamy saldo dwa razy mniejsze: -107 mld euro (w ujęciu złotowym to -436 mld zł), to i tak to, co z Polski odpłynęło, to jest sporo więcej niż te finansowe uprzejmości dane nam z budżetu unijnego”.

Niestety w powyższym zdaniu prof. Żyżyński w ogóle czytelnikowi nie wyjaśnia, z jaskiego to tytułu w okresie od 2004 r. do 2014 r. zostało według niego wytransferowane z Polski aż 209 mld euro. Nie wiadomo, czy chodzi mu o wycofanie z Polski inwestycji portfelowych, czyli tzw. kapitału spekulacyjnego, który od 1990 r. masowo napływał do wszystkich krajów postkomunistycznych w tym i do Polski, szukając tam dla siebie wysokodochodowych lokat, a potem gdy Polska wstąpiła do Unii, począł z naszego kraju uciekać i szukać wyższej dochodowości w krajach gospodarek wschodzących w innych częściach świata: w Azji, Afryce i Ameryce Południowej. W każdym bądź razie w swoim „saldzie odpływów i napływów” prof. Żyżyński w ogóle nie uwzględnił napływu do Polski bezpośrednich inwestycji zagranicznych, których wartość skumulowana na koniec 2013 r. wyniosła aż 160 mld euro. W ciągu dziesięciu lat wzrosły one  o ok. 264% (z poziomu 44 mld euro w 2003 r.). (http://www.msz.gov.pl/resource/0f0b781c-888c-403b-8dee-7bbfc6778aa7:JCR ). Jak wiadomo bezpośrednie inwestycje zagraniczne są to te inwestycje, które są na stało ulokowane w produkcji i dlatego nie daje się ich  łatwo wytransferować. Można to robić tylko stopniowo poprzez sukcesywne wyprowadzanie zysków i amortyzacji. Takiej uargumentowanej informacji profesor czytelnikowi w ogóle nie daje. Prawdopodobnie liczy na to, że czytelnik jest leniwy i bezkrytyczny i wszystko kupi, co mu podsunie!

W dalszej części tekstu dziwi się, że wartość wydatkowanych z funduszy europejskich środków jest większa od faktycznych ich wpływów z Unii w poszczególnych latach. I tak: „w 2014 r. określono 78 mld zł „dochodu budżetu środków europejskich”, oraz 78,4 mld zł „wydatków budżetu środków europejskich” – z tego wynikł deficyt niecałe 400 mln zł.  W budżecie na obecny (2015) rok dochody mają wynieść 77,8 mld zł, zaś wydatki 81,2 mld zł, z tego deficyt 3,4 mld zł, czyli znowu wyda się więcej niż wpłynęło. Super!” Profesor nie wie, czy zapomniał, że fundusze zdeponowane w banku podlegają oprocentowaniu. Jeżeli przyznawane przez  Unię środki finansowe  wpływają na rachunek budżetu państwa w całości na początku roku i są wydawane stopniowo transzami przez cały rok, to te, które nie są wydawane i pozostają przez określoną część roku na rachunku, dają określony procent. Stąd po uwzględnieniu właśnie tego oprocentowania budżet może w ciągu całego roku wydać więcej od tego, co wpłynęło na jego rachunek na początku roku. Ot i cała tajemnica. Czego tu się dziwić i pomstować, że niby to „w statystyce bilansu płatniczego mamy ostatnio jakąś wielce radosną twórczość ?”.

„Ale podstawowy problem” – jaki odkrywa i czytelnikowi uświadamia profesor – „polega bowiem na tym, że praktycznie nikt, kto otrzymuje tzw. środki unijne w ramach różnych programów nie otrzymuje euro. Oczywiście wszyscy otrzymują złotówki”. Co więc się dzieje otrzymywanymi z Unii miliardami euro? „Ano otrzymuje je polskie państwo, główny dysponent Ministerstwo Finansów przekazuje je do banku centralnego, zatem wtedy tzw. pomoc unijna staje się niczym innym, jak podstawą kreacji złotego pod złożone w rezerwach banku centralnego zasoby unijnej waluty”. Nie informuje jednak czytelnika, że wykreowane na bazie otrzymanych z Unii euro polskie złotówki na finansowanie programów unijnych są źródłem przychodów dla polskich firm oraz dochodów zatrudnianych przez nie pracowników, co pobudza ogólny wzrost popytu  nie tylko na towary krajowe ale również importowane zarówno na cele konsumpcji jak i do produkcji. Stąd popyt polskich firm importujących zagraniczne towary na zdeponowane w NBP euro, za które zakupią i sprowadzą do kraju maszyny i urządzenia produkcyjne oraz poszukiwane przez konsumentów dobra konsumpcyjne, takie jak samochody, czy też wysokiej klasy sprzęt elektroniczny.

Sekwencja oddziaływania unijnego euro na polską gospodarkę jest więc następująca: wygenerowanymi na bazie euro polskimi złotówkami są finansowane realizowane przede wszystkim przez polskie przedsiębiorstwa programy unijne. Dzięki realizowanym programom następuje wzrost przychodów finansowych firm oraz dochodów ich pracowników, a to z kolei pobudza i podnosi ogólny popyt na towary krajowe oraz z importu. Gdyby Polska należała do strefy euro, wtedy nie trzeba było by kreować polskich złotówek na bazie euro, czyli zamieniać euro na złotówki, a płatności firmom za realizowane unijne programy byłyby dokonywane bezpośrednio w euro. Również pracownicy otrzymywaliby swoje wynagrodzenia w euro.  To właśnie dzięki otrzymywanym z Unii euro polska gospodarka po roku 2008 mogła generować stały wzrost popytu i dlatego jako jedyna w Europie nie została sparaliżowana pprzez światowy kryzys.

Jednak profesor Żyżyński unijną pomoc postrzega i ocenia zupełnie inaczej. Co prawda przyznaje, że „finansując złotówkami tzw. projekty unijne, przekazujemy siłę nabywczą do polskiej gospodarki, generujemy w ten sposób dodatkowy popyt, zatem wychodząca naprzeciw niemu podaż dóbr jest zapewniona dzięki importowi finansowanemu tymi zasobami euro, jakie przekazano do systemu finansowego.” Nie tylko, bo realizacja unijnych programów  wymaga dofinansowania własnymi środkami, które z reguły pochodzą z zaciąganych i dodatkowo kreowanych kredytów w polskiej walucie. W ten sposób ogólna wartość dodatkowo kreowanego wewnętrznego popytu jest większa od wartości unijnej pomocy.

Profesor tego faktu jednak nie dostrzega i dlatego twierdzi, że cała unijna pomoc jest ekonomicznym nonsensem: „Jest to nonsens, ponieważ ta pomoc unijna jest i tak w krótkim czasie przejadana, i co prawda poprawia nam się infrastruktura, jest fajnie nawet trochę ludzi otrzymało pracę w parkach jurajskich i na basenach, ale to nie buduje siły gospodarki”. I dalej: „Przypominam sformułowaną wyżej definicję pieniądza: jest to prawo do nabywania dóbr i usług, zatem pieniądz unijny wraca do Unii, ale nie nabywamy przy jego pomocy tego, co sprzyjałoby rozwojowi gospodarki, jest to pomoc krótkookresowa, nastwiona na doraźny efekt.”

Rzadko można spotkać tak  nieprawdziwe i absurdalne tezy formułowane i głoszone przez reprezentanta nauki. Gdyby profesor pofatygował się i zajrzał do Rocznika Statystycznego Handlu Zagranicznego, to zobaczyłby, że na aż 1/3 naszego importu składają się maszyny i sprzęt transportowy, a paliwa i surowce stanowią ok. 15 proc., czyli połowa naszego importu to środki produkcji, które są wykorzystywane do naszego rozwoju gospodarczego. .([PDF]Rocznik Statystyczny Handlu Zagranicznego 2014  https://www.google.pl/search?site=&source=hp&q=struktura+importu+i+eksportu+w+polsce&oq=stru).

Opadają ręce i można dostać zawału, gdy  czyta się następującą dalszą część tekstu: „Pomoc unijna miałaby sens, gdyby ten, kto „załapał się” pod program unijny dostawał część wyasygnowanego nam zasobu pieniądza i kupował u jego źródeł, czyli w gospodarce UE, na przykład wyposażenie fabryk, laboratoriów, finansował sobie podróż studyjną po Unii, by się tam czegoś nauczyć itd. Zamiast tego mamy szumnie nazywany „finansowaniem w ramach programów unijnych” dodatkowe, ale zwyczajne, złotówkowe finansowanie budżetu ponad te możliwości, jakie daje jego zasilenie krajowymi dochodami. To jest niestety ekonomiczny nonsens skrojony przez dyletantów ekonomicznych”. Ciśnie się więc pytanie: kto tu jest dyletantem?!

W ostatnim akapicie twierdzi, że „Gdyby sensownie wydawano te pieniądze, to tempo wzrostu gospodarczego mogłoby być co najmniej dwa razy wyższe, szybciej skracalibyśmy dystans do krajów Zachodu Unii Europejskiej.” Jednak sam nie podaje żadnej konkretnej propozycji sensownego wydawania unijnych pieniędzy. Atoli dalej nagle zaskakująco puentuje: „To prawda, że powstały – niestety fatalnie wykonane, ale są – autostrady, którymi jednak lepiej się jeździ niż dawniejszymi drogami szybkiego ruchu; powstało trochę ładnych budynków i miejsc rekreacji i wypoczynku, które też są ludziom potrzebne.

Ale pozycję kraju w Europie określa przede wszystkim przemysł, jak to mówimy w ekonomii, ośrodki wytwarzania wysokiej wartości dodanej, czyli dobrze płatne i trwałe miejsca pracy oraz zyski zostające w kraju, a nie transferowane poza jego granice. Pieniądze tak po prostu zrzucane z helikoptera i wyłapywane przez tych, którzy mają dłuższe i lepkie ręce nigdy nie dawały trwałego wzrostu gospodarczego i nie budowały siły gospodarczej jakiegokolwiek kraju. Dałyby je tylko wtedy, gdyby były przez kompetentnych dysponentów lokowane w budowę trwałych, przemysłowych podstaw rozwoju gospodarczego – a tego niestety nam brakuje.”
Uwagi „o nonsensie pomocy unijnej” należy więc też spuentować: chroń nas Panie Boże od podobnych uzdrowicieli naszej gospodarki!

Leon Orlikowski

 

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *