Symptomy pęknięcia

chat-dymki
2
    images    Tani pieniądz nigdy nie jest dobrym lekarstwem na niedomagania rynku. Sztucznie nadmuchany i trudny do utrzymania wzrost gospodarczy zapoczątkowany przez b. prezesa Fed, Alana Greenspana, który – dzięki tanim kredytom – z nieruchomości uczynił bankomaty, uległ w końcu ostremu zahamowaniu, i całkiem słusznie.

My tu nie mówimy o jakimś drobnym zawirowaniu.

O ile w apogeum gorączki hipotecznej z kredytu pod zastaw hipoteki wyciągano ekwiwalent 8 procent wolumenu wydatków konsumpcyjnych, w wyniku spadku, dzisiaj jest to zaledwie minus 2 procent, co oznacza, że wartość wydatków konsumpcyjnych w gospodarstwach rodzinnych spadła w Stanach Zjednoczonych o ok. 1 bilion dolarów.

images (2)

Owładnięci Keynesowską tendencją do napędzania konsumpcji, w obawie przed spadkiem zagregowanego popytu, bankierzy centralni lamentują. Odgrażają się, że tak znaczny spadek wydatków zmusza ich do zastosowania remedium w postaci druku większej ilości gotówki.

Zwiększanie podaży pieniądza, jak chodzi o ścisłość, zawsze było nieskuteczne, prowadząc do kreowania iluzorycznego popytu, którego z jednej strony nie udawało się utrzymać, gdyż zgodnie z prawem Saya nie pochodził on z produkcji. Skutkiem sztucznie stworzonej podaży był powrót większości gospodarstw do starej zasady, czy jak kto woli: cnoty, do „życia w ramach swoich własnych realnych możliwości”.

Innymi słowy, po 30 latach szaleństw konsumpcyjnych za pożyczone pieniądze ekonomia podażowa znowu wróciła do łask. Wydatki konsumpcyjne ponownie zależą od dochodu, czyli od produkcji, inwestycji i przedsiębiorczej kreatywności, które są źródłem wzrostu, tworzą miejsca pracy i bogactwo. Implikacją tej zmiany jest powolny upadek naszego monetarnego politbiura. Monetarne dostosowanie, czy jak kto woli, pomoc ze strony drukującego pieniądze banku centralnego jest niczym innym, jak starą sztuczką bankierów centralnych. Na nieszczęście, podobnie jak niegdyś urzędujące na Kremlu politbiuro, obecni lokatorzy Eccles Building[1] nie ustaną w swoich wysiłkach naprawczych zanim masowy protest ludności nie wypędzi ich ze swych siedzib. Słowem: dopóki nie usuną ich z posad amerykańscy ciułacze, pracownicy i przedsiębiorcy narażeni na pęknięcie baniek spekulacyjnych wywołanych przez monetarnych planistów centralnych.

Wkraczamy – pisze David Stockman – w fazę pęknięcia bańki. Oznacza to, że gospodarka i rynek kształtowane będą w miarę swego rozwoju przez cztery typowe zjawiska.

 

images (1)

Po pierwsze, będziemy obserwować nasilającą się desperację oraz tendencję ze strony banku centralnego do różnych form represji. Stanie się tak, gdyż trwająca już od ponad 7 lat polityka monetarna znalazła się w ślepym zaułku, dowodząc iż bankierzy centralni są zagubieni i zdesperowani. Nie ma tygodnia, byśmy nie byli świadkami obniżania przez kolejne banki centralne stóp procentowych. Najświeższymi przykładami tego są działania banku centralnego Szwecji, który obniżył właśnie rynkowe stopy procentowe do poziomu ujemnego. W takiej sytuacji znajduje się już od jakiegoś czasu Szwajcarski Bank Narodowy. Podobnie, jak duński bank centralny, Denmark Nationalbank, czy bank centralny Unii Europejskiej: European Central Bank, oraz Bank of Japan, jego japoński odpowiednik.

Wszystkie banki centralne świata[2] prowadzą desperacką politykę obniżania stop procentowych do poziomu poniżej zera. Oznacza to, jak pisze Stockman, że utraciły one poczucie zdrowego rozsądku. Bez względu na to, czy fakt ten potwierdzają czy nie, poruszają się w kierunku dna[3].

Ludowy Bank Chin, przykładowo, nie jest w stanie utrzymać stabilności po tym, jak w wyniku aprecjacji chińskiej waluty, kurs renminbi, w stosunku do japońskiego jena wzrósł aż o 30 procent. Skutkiem tego jest masowa bańka spekulacyjna ekspansji monetarnej kreowanej przez rząd w Tokio. Nie dość, że banki centralne straciły panowanie i poruszają się w kierunku dna, posilając się różnymi działaniami opartymi bardziej na intuicji i doświadczeniu, niż na metodyce i procedurach, po to tylko by proces osiągania dna przyspieszyć.

 

Po drugie, zjawiskiem, które towarzyszyć będzie pękaniu baniek będzie rosnący bałagan oraz zmienność na rynku. W ciągu ostatnich czterech miesięcy, rynek papierów wartościowych przypomina zachowanie pijanego żeglarza. Jest to rezultat działania różnego rodzaju zautomatyzowanych systemów inwestowania, day traders, zaadaptowanymi bezrefleksyjnie do kreowania wykresów technicznych,  oraz inwazji bezmyślnych schematów i wykresów tworzonych przez bezmyślnych analityków technicznych.

Przykładowo, dzisiejsza rentowność niemieckich obligacji 10.letnich wynosi zaledwie 0.61%. Co prawda, niemiecka gospodarka jest relatywnie mocna, co zawdzięcza napędzaniu jej przez chiński boom, pamiętajmy jednak, że chiński boom eksportowy należy już do przeszłości. Ekonomia Kraju Środka zaczyna się załamywać. Tylko czekać aż podobne problemy pojawią się wkrótce w Berlinie i okolicach. Zwłaszcza rynek obligacji jest obrazem absurdu.

Rentowność obligacji 10.letnich na poziomie 61 punktów jest irracjonalnie niska, i to nawet w Niemczech. To samo odnosi się do rentowności 10. letnich obligacji hiszpańskich czy włoskich na poziomie 160 punktów bazowych (czyli 1,6 % rocznie). Zarówno Hiszpania, jak i Włochy są w głębokim kryzysie fiskalnym. Nie ma najmniejszej szansy, aby je wyciągnąć z pułapki nadmiernego zadłużenia. Co gorsza, nie zapowiada się w najbliższym czasie na najmniejszą nawet poprawę.

Te wszystkie obligacje niosą ze sobą ogromne ryzyko. Tym bardziej, że nie ma żadnej gwarancji, iż Unia Europejska zachowa swoją stabilność, nie rozpadnie się, i że dotyczy to także strefy euro.

Kto, przy zdrowych zmysłach chciałby posiadać włoskie obligacje skarbowe przynoszące mu 1,6 procent rocznie? Być może tylko ci, którzy przewidują, że prezes ECB, Mario Draghi, zamierza wkrótce – dla ratowania sytuacji – dokonywać masowego ich wykupu, i że zgodzili się na coś takiego sami Niemcy. Ale nawet takie działanie, na dłuższą metę, nie mają sensu. Pewnego dnia, wszystkie te banki centralne się załamią. A wtedy rynek doprowadzi do gwałtownej aktualizacji cen na poziomie, który uwzględni aktualne ryzyko niewypłacalności wszystkich tych suwerennych obligacji, co nie wróży światowej gospodarce niczego przyjemnego.

Spread między obligacjami skarbowymi rynku japońskiego a obligacjami najważniejszych krajów europejskich, gdzie rentowność charakteryzuje się wartością ujemną, wynosi ok. 3 biliony dolarów. To jest szaleństwo. Tego nie da się utrzymać. A to jest główna charakterystyka tego, co nazywam finansowaniem przy pomocy bańki spekulacyjnej.

 

Po trzecie, zjawiskiem, z którym musimy się zmierzyć są błędne i nietrafione inwestycje napędzane – rzecz jasna – przez politykę monetarną banków centralnych. Takie inwestycje stają się coraz częściej codziennością. Pociągną one za sobą w całym świecie ogromną, masową deflację cen surowców oraz produktów przemysłowych. Widać to chociażby po aktualnych cenach rudy żelaza, która po szczytowaniu na poziomie 200 dol. za tonę, zjechała właśnie do poziomu 48 dol. za tonę.

Widać to także po sytuacji w przemyśle naftowym. Wystarczy przyjrzeć się zmianom w poziomie tzw. indeksu Baltic Dry. Jest to wskaźnik stworzony przez zlokalizowaną w Londynie Giełdę Bałtycką, która śledzi zmiany cen morskiego transportu materiałów i surowców. Ich notowania dowodzą, że przewozy morskie a także nadwyżka tonażu statków ponad aktualne potrzeby są skutkiem inspirowanej przez banki centralne sztuczną ekspansją kredytową trwającą ostatnich 19 – 20 lat. Skutki zahamowania dynamiki transportu morskiego odbiją się na światowej sytuacji gospodarczej w sposób, jakiego nigdy dotąd nie doświadczyła.

 

 

Jakie to będą efekty? Jakie będą ich skutki? Trudno wciąż przewidzieć. Jednakże poziom przeinwestowania oraz nadwyżki w produkcji czegokolwiek, od rudy żelaza po górnictwo czy inne branże korzystające masowo z przewozów morskich, takie jak fabryki aluminium, stalownie etc. Jest czymś, czego nigdy dotąd nie obserwowaliśmy.

 

Po czwarte, podaż zderzy się ze szczytem zadłużenia. Świadczy o tym chociażby znakomite stadium, jakie ukazało się w McKinsey Global Institute, w lutym b.r. Jego autorzy starali się wyliczyć, prześledzić i określić całkowitą wartość światowego poziomu zadłużenia, tak prywatnego jak i publicznego. Ich zdaniem dług ten zbliża się obecnie do poziomu ok. 200 bilionów dolarów. Jest to więcej niż notowano w czasie kryzysu z 2008 roku, gdy wynosił on ok. 140 bilionów dolarów. Oznacza to, że w ciągu zaledwie 6 lat, światowa ekspansja kredytu wyniosła 60 bilionów dolarów. W tym samym okresie światowy produkt brutto wzrósł tylko 15 bilionów (z grubsza chodzi o wzrost z 55 do 70 bilionów dolarów rocznie).

Cały ten bezprecedensowy stimulus monetarny, który zawdzięczany bankowości centralnej, odpowiada za zwiększenie zadłużenia o dodatkowe 60 bilionów dolarów. W zamian za ten dług, w ciągu niespełna siedmiu lat, udało się światowej gospodarce zwiększyć wolumen produkcji jedynie o 15 bilionów dolarów. To nie jest nawet jedna trzecia wzrostu zadłużenia. Dane odnoszące się do gospodarki chińskiej są jeszcze bardziej poruszające. W roku 2000, Chiny miały dług niespłacony wartości 2 bilionów dolarów. Osiem lat później, w czasie kryzysu 2008 roku dług wynosił już 7 bilionów. Dzisiaj, to jest w 2015 roku, sięga on 28 bilionów dolarów. Tymczasem, jeśli wierzyć danym, których wiarygodność jest niestety dość wątpliwa, wartość produktu krajowego brutto Chin w omawianym okresie wzrosła z 5 bilionów dolarów do 10 bilionów dolarów dzisiaj. Oficjalnie więc PKB w okresie tym podwoił się. A zatem zadłużenie chińskie wzrosło o ponad 20 bilionów, w czasie, gdy PKB uległ powiększeniu jedynie o 5 bilionów.

Jest to bardzo trudna do utrzymania deformacja. Na razie pozostaje nam wołać: „Nadchodzi niebezpieczeństwo! Panuje zamęt!” Z chwilą, gdy wszystkie te problemy zaczną się rozwijać, i zanim zostaną rozwiązane sytuacja będzie na pewno trudna. Nie ulega wątpliwości, że koniec boomu jest bliski, a to oznacza, iż bańka spekulacyjna zaczyna pękać.

 

Opr. JB

 

[1] Waszyngtońska siedziba FED.

[2] Może wciąż z wyjątkiem polskiego NBP, który zachował swego rodzaju zdrowy rozsądek, jednakże zapowiadane przez PiS reformy polityki monetarnej, a ściślej zwiększenie deficytu budżetowego poprzez kreację pustego pieniądza mogą nas szybko wtłoczyć w schemat dominujący rozwinięte kraje G20 – przyp. red.

[3] Chodzi w zasadzie o proces dążenia banków centralnych do spadku wartości ich walut.

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Wiesław pisze:

    Nie wiem, czy załączony wykres Integera jest przypadkowy, ale dobrze pokazuje on, że biznes, który rozwija się zapoczątkowany interwencją rynkową (pomoc unijna) prowadzi do marnotrawstwa środków…

  2. Proszę mnie poprawić, jeżeli się mylę, ale czy oznacza to, że w najbliższych latach bańka musi pęknąć, a tym samym stopy procentowe drastycznie wzrosną? W takim wypadku osoby biorące w najbliższym czasie wieloletni kredyt, powinny się postarać o gwarancję stałego oprocentowania kredytu?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *