Krajobraz po zwycięstwie

chat-dymki
1

images (1)

Kondycja finansowa państwa oceniana jest na bieżąco na trzech rynkach: walutowym, rynku oprocentowania długu i w notowaniach giełdowych. Po ostatnich wyborach, patrząc na te wskaźniki można powiedzieć, że jesteśmy właśnie świadkami krachu na akcjach spółki o nazwie Polska.

Państwa można przyrównać do instytucji non-profit, które zysków finansowych nie przynoszą. W dzisiejszych czasach trudno znaleźć kraje, które choćby wychodzą na zero – większość wykazuje deficyty budżetowe. Przypadki takie jak Szwecja, czy Estonia, gdzie jest konstytucyjny zakaz uchwalania deficytu w budżecie państwa, to na świecie wyjątki od niechlubnej reguły – przypomina portal money.pl.

Państwa emitują jednak wymieniane za granicą waluty, jak również obligacje, które też wyceniane są przez rynek. Do państwa należy również wiele spółek notowanych na giełdzie, a sama giełda to przecież obraz kondycji gospodarki, od której zależą wpływy podatkowe. Money.pl przyjął, że hipotetyczne notowania „akcji Polski” powinny odwzorować zmiany kursu złotego względem dolara i euro, zmiany indeksu WIG20 względem zmiany indeksów w USA (S&P500) i Niemczech (DAX) oraz zmiany oprocentowania polskich obligacji 10-letnich względem podobnych papierów USA i Niemiec.

Za początkowy punkt przyjęty został 1 czerwca, czyli moment, od którego PiS nie oddał już ani razu przewagi w sondażach aż do dziś. W rezultacie otrzymujemy trzy wykresy: rynku akcji, walut i rentowności obligacji. Po skumulowaniu (zsumowaniu relatywnych zmian procentowych) wychodzi, że akcje Polski sporo straciły od początku czerwca, a największe spadki notowały od 23 października, czyli od dnia poprzedzającego wybory.

Co ciekawe, istnieje zbieżność terminów z korzystnymi sondażami PiS i spadkami na warszawskiej giełdzie. Spadki trwają od maja – kiedy sondaże zrównały się z Platformą Obywatelską – aż do dzisiaj. Początkowo powodem był krach w Chinach, potem jednak do głosu doszły już nasze wewnętrzne problemy i deklaracje przedwyborcze.

Pomysły gospodarcze liderów PiS przed wyborami odbierane były przez rynek jako wzrost ryzyka dla naszej giełdy, waluty i długu. 500 zł na dziecko, zwiększenie kwoty wolnej od podatku do 8 tysięcy, darmowe leki dla 75-latków, czy obniżenie wieku emerytalnego podliczano jako koszt nawet 40 mld zł netto dla budżetu rocznie. Najnowsze szacunki zmniejszyły negatywne oczekiwania do 20-30 mld zł, co i tak jest kwotą olbrzymią.

W efekcie, mimo dobrych wyników gospodarki, załamanie obserwujemy na wszystkich polach rynku finansowego: spadają notowania złotego, dołki odnotowuje giełda, mimo dobrej koniunktury w innych krajach Europy, a rentowność obligacji zaraz po wyborach poszła w górę. Jak podkreśla money.pl, program prawicowego podobno PiS jest na świecie odbierany jak plany najbardziej lewicowych partii, takich jak grecka Syriza, czy hiszpański Podemos.

Jeśli finanse publiczne są w słabym stanie i wydatki znacząco przekraczają przychody, a budżet przez lata co roku kończy się dużym deficytem, dziura zalepiana będzie z pewnością albo zwiększeniem długu, albo dodrukiem pieniądza. Ta pierwsza metoda to ryzyko ostatecznego wejścia państwa w niewypłacalność. Druga metoda (dodruk) powoduje przyrost ilości pieniądza bez pokrycia w gospodarce. Oba przypadki skutkują ostatecznie spadkiem wartości waluty.

Ogłaszanie planów wydatków państwa, połączone z programem uruchomienia w najbliższej przyszłości maszyn drukarskich NBP, z przeznaczeniem na tanie pożyczki dla przedsiębiorstw (wymieniona w expose przez premier Szydło kwota to aż bilion złotych), zbiegło się w czasie ze zmianami polityki Europejskiego Banku Centralnego i Rezerwy Federalnej USA. W dużym skrócie, EBC 4 grudnia osłabił euro, obniżając stopę depozytową i wydłużając czas dodruku 60 miliardów miesięcznie, a Fed ma dolara umacniać, podwyższając stopy procentowe w połowie grudnia.

Złoty w zestawieniu z dolarem został potraktowany tak jak euro, choć przecież dodruk wspólnej waluty trwa od początku roku i wynosi 7 proc. Produktu Krajowego Brutto strefy euro. Jednak złoty nie dość, że nie jest teraz nadmiernie drukowany, to i stopy procentowe mamy na względnie wysokim poziomie (względem poziomu deflacji).

Inwestorzy przyjęli jednak najwyraźniej, że program luzowania polityki pieniężnej NBP, o którym dopiero wspomina się w kontekście przyszłego roku, to już fakt. Po expose premier Szydło pomysł biliona złotych dodruku na tanie kredyty nie był już eksploatowany, a obniżki stóp to kwestia realna za jakieś pół roku, mimo to złoty spadał względem dolara tak samo jak euro i to tak mocno, że przebił przez jakiś czas poziom 4,05 zł. Taki stan ostatni raz widziany był w kwietniu 2004 roku.

Notowania złotego względem dolara i euro

Co więcej, listopad z 6,5-procentowym spadkiem indeksu WIG20 był najgorszym miesiącem na rynku akcji od grudnia 2013 roku. Wtedy ponad 7-procentowy spadek indeksu WIG20 powodowało spodziewane wycofanie z rynku akcji kilku miliardów złotych przez OFE. W ramach reformy systemu miały one przekazać do ZUS obligacje państwowe, ale nie wszystkie były do tego przygotowane, trzymając w portfelach za dużo akcji. Teraz powody były też czysto polityczne, tj. reakcja na plany gospodarcze Prawa i Sprawiedliwości, w tym program obciążenia banków nowymi podatkami. Nie pomogły nawet dobre dane gospodarcze: bezrobocie spadło przecież do poziomu 9,6 proc., wzrosła liczba miejsc pracy, Produkt Krajowy Brutto wykazuje stabilny ponad 3-procentowy wzrost. A polska giełda i tak spada, i to często w takim czasie, kiedy na zachodzie Europy oraz w USA notuje się wzrosty.

O ile źle się działo na walutach i na giełdzie, to pozytywne rzeczy można powiedzieć o ocenie wypłacalności kraju. Rentowność rządowych obligacji 10-letnich Polski na rynkach światowych zaraz po wyborach, zachowywała się co prawda gorzej od niemieckich, czy amerykańskich papierów, rosnąc o 0,1 punktu procentowego tylko w powyborczy poniedziałek, ale potem już właściwie nic złego się nie działo.

Od czerwca rentowność naszego długu poprawiła się nawet o 0,05 punktu procentowego, a względem długu Niemiec i USA o średnio 0,2 punktu procentowego (rentowności obligacji tych krajów rosły, a nasze spadały).

Dzięki temu na aukcjach obligacji Skarbu Państwa średnie oprocentowanie stałe, które było akceptowane przez kupujących w listopadzie to około 2,6 proc., choć w czerwcu było to około 2,9 proc.

Można więc śmiało powiedzieć, że wiarygodność długu państwowego wzrosła i wybory jej nie zaszkodziły. Co prawda, niektóre szacunki wzrostu deficytu budżetowego mówią o 20-30 miliardach złotych, ale sam minister finansów szacuje kwotę zaledwie kilku miliardów zł. Inwestorzy poczekają więc zapewne na konkrety i pierwsze dane na temat budżetu i dopiero to może przynieść ewentualne korekty naszych ratingów. Chwilowo nasz dług oprocentowany jest niewiele gorzej, niż amerykański.


Bartłomiej Dwornik

money.pl

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Wiesław pisze:

    Średniorocznie w okresie od 2002 r do 2015 r. baza monetarna w Polsce zwiększała się w tempie aż 10 procent rocznie. Trudno więc mówić, że w Polsce nie ma dodruku. Oczywiście nie jest to czysto fizyczny dodruk, ale podaż pieniądza rośnie od lat w szybkim tempie i rynek na rynku walutowym bierze to pod uwagę…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *