Czy można zaorać ekonomię?

chat-dymki
5

Rafał Woś w notce redakcyjnej „Ekonomia zaorana” [Dziennik Gazeta Prawna, 15-17 stycznia 2016 nr 9  (94156)] informuje czytelników, jak to Szwajcar Gilbert Rist, emerytowany profesor z Instytutu  Studiów Międzynarodowych i Rozwojowych w Genewie w swej najnowszej książce pt.: „Urojenia ekonomii” po prostu „zaorał ekonomię neoklasyczną. Tak – zaorał”.

pobrane

Żeby mniej zorientowani czytelnicy dobrze zrozumieli, o co chodzi, autor notki wyjaśnia: „Otóż zaoranie to wskazanie komuś, że się myli. Ale nie tak troszeczkę. Taka osoba błądzi (albo oszukuje) zupełnie, całkowicie i fundamentalnie. Posługując się metaforą ringu bokserskiego, zaoranie to jest dokładnie ten moment, w którym nieszczęśnik zaliczył po kolei lewy i prawy sierpowy, a nie koniec jeszcze podbródkowy i miażdżącej siły prosty. Nawet jeżeli jeszcze jakimś cudem trzyma się na nogach, to już jednak na pewno długo to nie potrwa.” Dalej autor notki każe czytelnikom wyobrazić sobie, że Gilbert Rist oraz ekonomia neoklasyczna stoją na ringu w przeciwstawnych narożnikach. „Słychać gong i pięściarze zbliżają się do siebie, trzymając wysoko gardę. Wtem Rist przypuszcza wściekły atak. Prawy, lewy, prosty. I ekonomia neoklasyczna leży na łopatkach”. Po takiej metaforze każdy, nawet ten, kto nie zna lub w ogóle nie rozumie ekonomii, musi pojąć, że ekonomia to nie jest żadna nauka, że trzeba ją jak najszybciej wyrzucić na śmietnik.

Tak się  złożyło, że jestem dopiero co po lekturze polskiego wydania książki Gilberta Rista  (Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2015). Niestety, odniosłem zupełnie odmienne wrażenie  o przebiegu i wyniku owego pojedynku bokserskiego, jakim przedstawił go Rafał Woś. Wprawdzie Rist w swej książce przypuszcza wściekły atak na ekonomię neoklasyczną, ale jest to atak chaotyczny, zupełnie nieskoordynowany, bije na ślepo, rzadko trafia do zamierzonego celu, przede wszystkim fauluje, bo uderza poniżej pasa i w tył głowy. Jako zawodnik pretendujący do powalenia mistrza okazuje się  zupełnie nie przygotowany do zaaranżowanego przez siebie pojedynku. Dlaczego? Bo Rist albo zupełnie nie rozumie metodologii nauki, albo ją świadomie zafałszowuje. Przywołując metaforę ringu bokserskiego można stwierdzić, że Rist nie przestrzega zasady fair play, a bije, gdzie popadnie, byle było mocno i widowiskowo, aby tylko brutalną aktywnością zauroczyć i zdobyć jak najwięcej kibiców. Jednak pod koniec swego dzieła ostatecznie przyznaje, że nie udało mu się znokautować przeciwnika, bo „Mimo że cyklicznie powracają, kryzysy nie uczą (ekonomistów) niczego. […] Skąd taki upór w negowaniu rzeczywistości?” Dziwi się Rist i domniemywa, że „Wszystko się odbywa tak, jakby panująca „nauka” ekonomiczna była uodporniona na wszelką krytykę z racji swojego religijnego charakteru (sic! – LO). Choć powinna zwracać uwagę na konkretne praktyki społeczne, kisi się we własnych pewnościach, urzeczona „elegancją” teorematów, które utworzyła, żeby wymodelować „rzeczywistość” zgodną z „racjonalnością” działających podmiotów ekonomicznych, nie uwzględniając tego, że homo oeconomicus jest tylko fikcją, którą ona sama stworzyła. Porażka jest widoczna, a jednak nie wydaje się, żeby ktoś wyciągnął z niej konsekwencje”(str. 262-263 wyd. pol.).

Stwierdza więc: „Nowy paradygmat ekonomiczny jest już konieczny” (str. 271). Jednak sam nie przedstawia ani jednego konstruktywnego pomysłu,  a nawet tylko sugestii, co należało by zrobić, aby nauka ekonomii mogła wyjść z impasu. Dlatego spuszcza z tonu –  co w walce na ringu przejawia się  klinczowaniem przeciwnika, aby nie zostać przez niego znokautowanym – i ostatecznie swój „wściekły atak”  na naukę ekonomii podsumowuje następującą puentą: „Praca ta nie ma więc aspiracji do przedstawienia nowej teorii ekonomicznej. Ma ona po prostu na celu „bicie na alarm” i ostrzeganie o ślepych uliczkach, do których prowadzi nas standardowa „nauka” ekonomiczna.” (str. 272). Ale nawet w tym ostatnim zdaniu, w którym faktycznie przyznaje się do porażki oraz swej niekompetencji w podjętym temacie, usiłuje jeszcze dewaluować status ekonomii jako nauki.
Rafał Woś w swej notce przywołuje rozdział siódmy książki, w którym Rist „bierze na warsztat pojęcie równowagi. A więc jedną z fundamentalnych kategorii ekonomii neoklasycznej. (…) Rist pokazuje nam, że ta kluczowa kategoria współczesnej ekonomii to nic innego jak humbug”, czyli oszustwo. Bo „Smith, Walras i inni każą nam bowiem wierzyć w coś, co teoretycznie mogłoby istnieć, ale w praktyce nigdy nie istniało i nie będzie istnieć”. A co pisze Rist w przywołanym rozdziale? „Zapewne, jak to często bywa, ekonomiści sami przyznają, że model ogólnej równowagi – zaproponowany po raz pierwszy przez Leona Walrasa w 1874 r. – jest fikcją  (jest modelem wyabstrahowanym z faktycznie dokonywanych działań gospodarczych, ale według założeń udoskonalonych do tego stopnia, by dawały optymalnie najlepsze efekty – uwaga LO), nie opisuje sposobu, w jaki dobra i usługi rzeczywiście są wymieniane, ale ma charakter normatywny, przedstawiając sposób, w jaki rynki powinny się zachowywać, żeby osiągnąć optimum, jak przyznaje sam Walras.” (str. 156). Z powyższego zdania wynika, że Rist rozumie, na czym polega rzeczywista gospodarka oraz jej abstrakcyjny obraz w postaci normatywnego modelu. Zarówno ekonomia, jak i każda z innych nauk, które obrazują rzeczywistość przy pomocy modeli oraz formułują tzw. prawa, traktują je przede wszystkim jako narzędzia pozwalające zrozumieć funkcjonowanie rzeczywistości.

Tymczasem Rist robi niespodziewaną woltę, gdy stwierdza „Otóż jest oczywiste, że te warunki nie są nigdy jednocześnie spełnione”  (str. 160 – chodzi tu o wyabstrahowane założenia  w modelu – LO). Następnie usiłuje czytelników przekonać i wmówić im, że jest odwrotnie, że to właśnie nauka ekonomi wymyśla sobie prawa, które narzuca ludzkiemu gospodarowaniu. Pisze: „Skoro według teorii powinna istnieć (tylko jedna) równowaga, oznacza to również, że raz osiągnięta, pozostaje ona w stanie stacjonarnym i bezczasowym. Wiąże się to z jednej strony z założeniem doskonałego poznania wszystkich cen obecnych i przyszłych (co eliminuje czas) (?! – LO), a z drugiej strony z mechanicznymi przesłankami teorii neoklasycznej (która traktuje czas jako odwracalny) (gdzie? – LO). Ale konsekwencją tego jest również wykluczenie możliwości wzrostu ekonomicznego czy też innowacji – która powstaje z antycypowania nowej możliwej równowagi i dynamizuje przedsiębiorstwo – ponieważ żaden podmiot rynkowy nie dąży do zwiększenia swojego zadowolenia” (str. 161). Podobne „enuncjacje” znajdują się w pozostałych rozdziałach książki Rista! Doprawdy, żenujące jest polemizowanie z takim tekstem.

Leon Orlikowski

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Leon Orlikowski pisze:

    Kiedy wchodziłem w dorosłe życie, na świecie było 2,5 mld ludzi. Dwieście lat wcześniej, kiedy coraz wyższego tempa nabierała rewolucja przemysłowa, na świecie żyło „tylko” 750 mln ludzi. Aktualnie liczebność ludzkiej populacji zbliża się do stanu 7,5 mld. (https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludno%C5%9B%C4%87_%C5%9Bwiata). Czyli w ciągu 250 lat liczba ludności na świecie wzrosła dziesięciokrotnie. W ciągu tych dwóch i pół wieku burzliwego rozwoju gospodarczego nieporównywalnie poprawiła się też jakość życia i zdrowia przeciętnego mieszkańca ziemi. David Attenborough w jednej ze swoich przyrodniczych pogadanek ocenił cywilizacyjny postęp, jakiego człowiek dokonał, wyrywając się ze świata zwierzęcego oraz to, że dzięki swojemu intelektowi oraz osiągniętej liczebności zapanował nad wszystkimi gatunkami naszego świata, za największy sukces ludzkości. Nie wiadomo, czy i na ile należy się z tego cieszyć? Coraz częściej i natarczywiej cisną się pytania, dokąd ten sukces gatunek ludzki w końcu doprowadzi? Rację ma Gilbert Rist, który w swej książce „Urojona ekonomia” przepowiada, że niepohamowany wzrost gospodarczy doprowadzi w końcu do wyczerpania zasobów nieodnawialnych ziemi, co musi spowodować stagnację gospodarki światowej. Jednak nie ma racji, gdy obarcza odpowiedzialnością naukę ekonomii za ów „niepohamowany” wzrost gospodarczy. Ekonomia bowiem dostarcza tylko narzędzi polityce gospodarczej, wskazuje jak gospodarować ograniczonymi środkami, aby osiągać zamierzone cele. Cele te natomiast określają i realizują politycy. To nie ekonomia uczestniczy w wyznaczaniu tych celów, a określają je i powinne wytyczać inne nauki, przede wszystkim demografia i ekologia. Nauka ekonomii w tym temacie ma tylko tyle do powiedzenia, że może i powinna podpowiadać jak najefektywniej eksploatować owe ograniczone zasoby dla wzrostu gospodarczego. Ilościowy popyt na dobra konsumpcyjne wzrasta i musi wzrastać stosownie do liczebnego wzrostu ludzkiej populacji. Stąd konieczność wzrostu ekstensywnego, który pożera coraz więcej ograniczonych zasobów. Dopóty będzie dokonywał się liczebny wzrost ludzkiej populacji, dopóki będzie konieczny ekstensywny wzrost gospodarczy i związane z tym eksploatowanie nieodnawialnych zasobów ziemi, a potem gospodarcza stagnacja oraz wojna między narodami o „przestrzeń życiową”(?!). Rist krytykuje tylko ten ekstensywny rodzaj wzrostu gospodarczego. A przecież, gdyby liczebny stan populacji został ustabilizowany na stałym, niezmiennym poziomie, to ludzka myśl wynalazcza niewątpliwie skoncentrowałaby się na wzroście intensywnym, który charakteryzuje się tym, że z ograniczonych środków materialnych można uzyskiwać coraz większe ilościowo i jakościowo efekty. Po prostu wzrost intensywny może dokonywać się w ramach recyklingu, czyli bez sięgania po zasoby nieodnawialne. Tymczasem Rist takiej możliwości w ogóle nie widzi!? W swej krytyce ustawia sobie przeciwnika, w tym przypadku wzrost, tak jak mu to wygodnie! Tak samo robi też z pozostałymi teoretycznymi koncepcjami ekonomii, które „bierze na warsztat” w poszczególnych rozdziałach „Urojonej ekonomii”. Jest to krytyka dla samej krytyki. Nie ma w niej nic konstruktywnego! Czy ktoś, kto przez całą swoją zawodową aktywność, którą zajmował się w swojej dziedzinie, nie splamił się żadną godną uwagi nowatorską ideą, może teraz, pod koniec swego życia czuć się spełniony?! Nic dziwnego, że taki osobnik uważa, że się w końcu dowartościuje, jeśli uda mu się zdewaluować dorobek innych, zwłaszcza uznanych autorytetów.
    Na koniec tej osobistej refleksji pytanie: czy gdybyśmy żyli w okresie, odkąd na Ziemi żyło jeszcze niewielu osobników naszego gatunku nazywanych przez antropologów homo sapiens, którzy wówczas bardzo często przymierali z głodu oraz musieli ukrywać się w pieczarach przed drapieżnikami, czulibyśmy się bardziej bezpieczni i szczęśliwi niż dzisiaj? Czy patrząc z tej perspektywy, nauka ekonomii dała ludziom coś?

  2. remik pisze:

    Oj… broni pan ekonomi w bardzo slaby sposob. Teorie ekonomiczne tak jak psychologiczne sa trudne do udowodnienia tak jak i do zanegowania bo maja cechy prawdy i falszu. Sam Pan pisze, ze ekonomia uzywa modeli… kazdy model a w szczegolnosci ekonomiczny jest ociosany i mega uproszczony stad te wojny miedzy ekonomistami bo moga sobie dowolnie dobierac dane, modele itd. Ekonomia to jakby sie pan nie upieral nie nauka scisla czego nie rozumie wiekszosc spoleczenstwa stad daje sobie wmowic jej prawdy jako objawione.. do tego dochodzi oczywiscie psychologia czlowieka ktora na ogol nie pozwal mu byc obiektywnym itd itp. Pana przyklad z komentarza jakis troche kiepski. Ekonomia jako nauka zostala wymyslona grubo po pieczarach i drapieznikach a i tak ludzkosc ewoluowala i sie rozwijala. Czy ekonomia pomaga kowalskiemu na codzien przy podejmowaniu decyzji albo lepiej rzadom w zarzadzaniu panstwami? Prosze podac jeden przyklad. Wg mnie nie bo tak jak Rist chyba stara sie dowiesc ja tez uwazam, ze modele ekonomiczne sa z gory falszywe.

  3. Jan M. Fijor pisze:

    Teorie naukowe nie mogą być równocześnie fałszywe, i prawdziwe. Są teorie fałszywe, i są prawdziwe. Tak w ekonomii, jak i w każdej innej nauce. Prawa ekonomii nie są przybliżone, są aprioryczne, tak jak prawa logiki. Chociaż są tacy, którzy utrzymują, że takich praw nie ma, nie znaczy to wcale, że mają rację. Gdyby pan przeczytał „Ekonomię wolnego rynku:” Rothbarda, to by nam łatwiej było dyskutować. Uważa pan za ekonomię coś, co nią nie jest. Tym bardziej, że czytał pan dotąd błędne teorie i uogólnia je na naukę. Ukłony

  4. remik pisze:

    Z calym szacunkiem, ale nie wie Pan co dotad czytalem…. A czytalem wiele rzeczy i przede wszystkim obserwuje swiat. napotkalem wczoraj Pana wyklady i bardzo mam do Pana zblizony swiatopoglad co wg mnie wynika z tego ,ze tak jak Pan spedzilem(dalej spedzam) w Stanach prawie 20 lat. Dodam, ze studiowalem finanse i bylem w nich bardzo dobry ale na koniec studiow stwierdzilem, ze to nie dla mnie bo musialbym na koniec byc po prostu salesman’em )i wciskac ludziom ciemnote… A wydawalo mi sie , ze to analizy finansowe itd.. Ekonomia jako nauka jest o tyle falszywa, ze uzywa modeli. To wg mnie jest uproszczenie i to wlasnie nazywam falszem. Kazdy model prszedzej czy pozniej sie zalamuje wobec rzeczywistosci. A Rothbard to ten od Scientology?

  5. remik pisze:

    My bad.. jak mawiaja Amerykanie…. PAn pisze o Rothbardzie, a ja skojarzylem Hubbard’a. Libertarianin…poczytam… czyli kojarze o czym mniej wiecej mowa. Tak, jestem zwolennikiem ekstremistow ale do pewnego stopnia. Lubie tych ekstremistow z prawej i lewej bo wg mnie maja bardzo duzo wspolnego. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *