Forex: moda na łatwe pieniądze.

chat-dymki
2

„Czarny czwartek” 15 stycznia 2015 roku, krach na franku. Jan K. widzi, że z rachunków foreksowych jego oraz żony wyparowuje nagle około 200 tys. zł. Nie wie jeszcze, że następnego dnia rano obudzi się z debetem na 2 mln zł. To kwota, jakiej dziś żąda bank inwestycyjny Saxo Bank. – To jakiś horror – mówi portalowi money.pl gracz, który skutecznie wyleczył się z gry na foreksie. – Na samą myśl, że miałbym tam ulokować jakieś pieniądze, żołądek podchodzi mi do gardła.

images

6 września 2011 roku Bank Szwajcarii ogłasza, że będzie bronił kursu franka do euro przy poziomie 1,20. Inaczej mówiąc, jedno euro nie będzie kosztować mniej niż 1,20 franka. Bank centralny chce w ten sposób chronić opartą o eksport szwajcarską gospodarkę. Od tamtego dnia kurs 1,20 jest traktowany przez wielu graczy i analityków jak „świętość”, a więc i bariera, o którą można opierać strategię gry na foreksie.

Taka sytuacja trwa aż do 15 stycznia 2015 roku. Rano tego dnia prezes Banku Szwajcarii Thomas Jordan niespodziewanie informuje, że instytucja nie będzie już bronić kursu. Na rynku walutowym wybucha panika. Taki scenariusz przez większość graczy w ogóle nie był przecież brany pod uwagę. Jan K. wielokrotnie słyszał z ust ekspertów, że złamanie bariery 1,20 jest nie do pomyślenia.

– Mało osób zdaje sobie z tego sprawę, ale 15 stycznia 2015 roku był dla firm foreksowych na całym świecie wydarzeniem, którego skalę można porównać chyba tylko do upadku banku Lehman Brothers – mówi money.pl Andrzej Tomczyk, szef polskiego oddziału firmy brokerskiej Admiral Markets. – Tamtego dnia cały rynek stanął na głowie. Brokerzy mieli poważne problemy z realizowaniem zleceń na parach walutowych powiązanych z frankiem.

Jan K. i jego rodzina mniej więcej od 2012 roku lokują na foreksie duże pieniądze. Najwięcej on i jego żona. To kwoty rzędu od kilkunastu do około 200 tys. zł. Obstawiają, w jakim kierunku będą zmieniać się pary walutowe, czyli np. euro do franka. Jeżeli obstawią trafnie, zarabiają. Przeciwny wynik przynosi stratę. W największym skrócie, właśnie na tym polega forex. Każda transakcja jest rozliczana według obowiązującej na daną chwilę ceny jednej waluty w stosunku do drugiej.

Zakładają się o kurs euro do franka z przekonaniem, że wspomniana bariera 1,20 jest nie do ruszenia, a więc że szwajcarska waluta się nie umocni. Używają przy tym tzw. dźwigni finansowej, a więc mechanizmu, który pozwala lokować na rynku większe pieniądze niż się w rzeczywistości posiada.

– Wiem, że ludzie mogą nazwać nas hazardzistami, ale dla nas było jasne, że w razie dużego niepowodzenia, możemy stracić nawet wszystkie środki zgromadzone na rachunkach. Takiego ryzyka byłem świadomy, tym bardziej, że bank wcześniej dwa razy zamykał moje zlecenia z dużymi stratami i nigdy nie miałem o to pretensji. Nigdy też nie korzystałem z maksymalnej dźwigni – przyznaje w rozmowie z money.pl Jan K. Tym razem jednak nie skończyło się „tylko” na wyczyszczeniu rachunku.

15 stycznia 2015 roku po godzinie 10.30 polskiego czasu dla większości inwestorów rozpoczyna się koszmar. Trwa kilka minut. Większość Polaków pamięta tę panikę, bo w jednej chwili za franka szwajcarskiego trzeba było zapłacić nawet 5,19 zł! Gracze na rynku forex są z niego „wyrzucani” przez zlecenia tzw. stop-loss i stop-out. Najprościej mówiąc, to narzędzia, które mają ich chronić przed dużymi stratami – gdy klient nie ma wystarczających środków na ich pokrycie, wówczas zamykają zlecenie.

Gdy sytuacja się uspokaja, Jan K. i jego rodzina widzą, że z ich rachunków wyparowała zdecydowana większość środków. – Co tu dużo mówić, skala przeceny była gigantyczna. Myślałem, że dostanę zawału – przyznaje.

Jeszcze większe emocje zaczynają się jednak, gdy kilka godzin później dostają e-mail z Saxo Banku o tytule „Luka cenowa na CHF”. Instytucja informuje w nim o problemach z płynnością w handlu walutami. I pada kluczowe zdanie: „W momencie, kiedy będziemy w stanie określić rzeczywistą płynność rynku, wszystkie wykonane transakcje zostaną ponownie sprawdzone, a ceny ich realizacji zrewidowane do bardziej odpowiednich poziomów”.

– Zmroziło mnie. Jak to możliwe, że transakcja może zostać cofnięta, a cena zmieniona? – zastanawia się Jan K. Ale nawet wtedy nie docierała jeszcze do niego skala problemu.

16 stycznia rano zauważa, że na jego rachunku widnieje na czerwono kwota ponad 950 tysięcy złotych. U żony – ponad milion złotych. Brat, matka, kolega – każde z nich ma debety idące w sumie w kolejne dziesiątki tysięcy złotych.

Znajomy Jana K. (debet na ponad 100 tysięcy złotych) od razu pisze do banku: „Nikt nigdy nie informował mnie, że możliwa jest strata w wysokości wielokrotności zainwestowanej sumy. Absolutnie nie jestem w stanie zapłacić takiej sumy pieniędzy. Jest ona dla mnie niewyobrażalna. Mam bardzo niskie dochody i pięć osób na utrzymaniu”.

W odpowiedzi pracownik Saxo Banku odpisuje mu m.in. że w regulaminie jest mowa o tym, iż strata może w znacznym stopniu przekroczyć wpłacone środki. I dalej, że „w przypadku błędnego wykonania zlecenia, Saxo Bank zastrzega sobie prawo skasowania zlecenia bądź zmiany ceny wykonania”.

W mailu pojawia się jeszcze inne ważne zdanie: „W związku z tym, iż klienci nie mieli wystarczających środków na pokrycie depozytu, postanowiliśmy zamykać transakcje po cenach obserwowanych, ale nie rynkowych, dlatego też pierwsze ceny wykonania nie odzwierciedlają cen rynkowych”.

Mijają dwa miesiące. Pod koniec marca klienci Saxo Banku dostają listy ze znanej warszawskiej kancelarii prawnej. A w nich przedsądowe wezwania do zapłaty wskazanych sum na rzecz Saxo Banku. Jan K. na ponad 950 tysięcy złotych, jego żona na ponad milion złotych.

Saxo Bank to globalna instytucja finansowa z siedzibą w Danii. Jej oddział jest również w Polsce. Z mediami bank dość aktywnie kontaktuje się za pośrednictwem agencji public relations, głównie wysyłając komentarze rynkowe. Jest również znany ze swoich corocznych, czarnych prognoz dla rynku.

Jednak w opisywanej sprawie – również za pośrednictwem agencji PR – przedstawiciele banku odmówili money.pl rozmowy.

W dokumentach dostępnych na stronie banku możemy znaleźć informację, że instytucja oszacowała swoje maksymalne straty w związku z wydarzeniami z 15 stycznia 2015 roku na równowartość ponad 100 milionów dolarów. Jak tłumaczą nam przedstawiciele firm foreksowych, straty brokerów brały się stąd, że powstałe na rachunkach klientów debety trzeba było spłacić np. wobec innych banków inwestycyjnych.

Money.pl chciał dowiedzieć się, w jaki sposób bank wyliczył nowe ceny, po których ponownie zostały zawarte transakcje. Z dokumentów, do których dotarli dziennikarze portalu, wynika, że przy drugim podejściu bank podzielił okres pomiędzy godziną 10:30:00 a 10:52:56 na trzy fazy i dla każdej z nich przyjął określony kurs euro do franka. Miało to odzwierciedlać sytuację rynkową.

Z maila pracownika Saxo Banku do klienta: „Wybraliśmy metodologię, która pozwoliła potraktować wszystkich klientów równo zamiast selektywnego umieszczania cen wykonania”.

– Nie pojmuję tego. Kto to widział, żeby cofnąć wykonane zlecenia, a potem jeszcze „uśrednić” cenę w sytuacji, gdy kurs pary walutowej na foreksie zmienia się bez przerwy – mówi Jan K.

Nie czekając, aż bank zacznie dochodzić spłaty debetów przed sądem, niektórzy polscy klienci sami postanowili pójść do sądu i domagać się tego, by przywrócono im stan rachunków po pierwszej, ale sprzed drugiej transakcji (czyli tej, która już przyniosła straty). – Ze stratą po pierwszym rozliczeniu absolutnie się nie sprzeczam. Ale nie do pomyślenia jest to, że bank ponownie wykonał transakcje i chce wpędzić nas w długi – zaznacza Jan K.

Bank odpowiedział na pozew jednego z klientów. W obszernym dokumencie znajdujemy informację o tym, że pierwsza transakcja z klientem została zamknięta. Bank twierdzi, że później jednak nie mógł zawierać transakcji z tzw. dostawcami płynności (a więc z innymi bankami inwestycyjnymi) po cenach udostępnionych klientowi. Ceny zostały więc uznane za błędne, a transakcje ponownie rozliczone.

Jak ustalił money.pl, sprawę badała Duńska Komisja Nadzoru Finansowego, ponieważ zaczęły do niej płynąć skargi od klientów. W jej raporcie czytamy, że Komisja udziela Saxo Bankowi nagany za to, że na swojej stronie internetowej podał on niewystarczające informacje dotyczące ograniczeń w płynności na rynku. Bank został również upomniany za zwłokę w udzielaniu informacji „o znaczących trudnościach w wykonywaniu zleceń klientów” 15 stycznia 2015 roku. Sprawę dotyczącą zmian ceny transakcyjnej Komisja pozostawiła jednak do rozstrzygnięcia sądom.

Duńska Komisja Nadzoru Finansowego w odpowiedzi na pytania money.pl poinformowała, że po udzieleniu nagany nie podejmowała dalszych kroków w sprawie Saxo Banku.

Jan K. obecnie liczy na to, że uda mu się przekonać sąd do tego, że sprawa powinna toczyć się w Polsce, a nie w Danii. Wszak rodzima Komisja Nadzoru Finansowego w 2012 roku napisała w oświadczeniu, że oczekuje od Saxo Banku „zapewnienia, aby wszelkie powództwa cywilnoprawne dotyczące zawartych umów poddawane były rozstrzygnięciom sądów polskich na takich samych warunkach, jak powództwa dotyczące umów zawieranych przez banki krajowe”.

Sprawa 15 stycznia 2015 roku pokazała, jak różną politykę wobec własnych klientów potrafią stosować firmy brokerskie i banki oferujące grę na foreksie. Dla wielu z nich gwałtowny wzrost kursu franka oznaczał straty. Sporo firm na świecie zdecydowało się jednak umorzyć debety powstałe na rachunkach klientów. Tak np. zrobiła firma FXCM. W Polsce na taki krok zdecydował się np. DM XTB.

Na rynkach zagranicznych sytuacja z frankiem z 15 stycznia spowodowała, że niektórzy brokerzy, którzy ponieśli duże straty, zniknęli z rynku. Tak było m.in. w przypadku firm Boston Prime oraz BT Prime. Jak donosił portal „Finance Magnates”, w e-mailu do swoich klientów jako powód swojej niewypłacalności firma podała to, że niektórzy klienci odmówili spłaty debetów powstałych w wyniku zamieszania na rynku z 15 stycznia.

Inwestorzy, którzy chcą grać na rynku forex, powinni pamiętać o tym, że jest to rynek niezwykle ryzykowny. KNF podaje, że ponad 80 procent osób obecnych na tym rynku ponosi straty.

 

Cały reportaż przeczytać można w money.pl:
http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/ten-moment-w-ktorym-czlowiek-ma-mysli,200,0,2004680.html

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. silesius pisze:

    Zarządzanie kapitałem, czyli ryzykiem się kłania. Aczkolwiek postawa SB jest skandaliczna !

  2. phi pisze:

    Zarządzanie ryzykiem ? W kasynie ? Kasyno zawsze wygrywa…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *