Puste półki

chat-dymki
7

Tym, co w 1978 roku, gdy po raz pierwszy odwiedziłem USA, wywołało we mnie największy szok nie były wieżowce, technologia i krążowniki szos, lecz uginające się od towarów półki sklepowe.

Od socjalizmu do kapitalizmu….

W końcowym okresie socjalizmu, pod koniec lat 70. XX wieku, opustoszały w Polsce półki sklepowe. Nie był to skutek jakiegoś zakazu, czy element celowej polityki państwa, lecz skutek stworzenia przez Marksa państwa opartego na fikcyjnym pieniądzu, wysokich podatkach, inflacji, braku zainteresowania pracą, słowem, państwa, w którym – wskutek braku jakichkolwiek zachęt do produkcji – zabrakło towarów.

pobrane

W I fazie, zabrakło towarów najbardziej poszukiwanych (żywność, artykuły gospodarstwa domowego), w drugiej, żywności, kosmetyków, środków higieny, wreszcie w fazie końcowej półki opustoszały niemal doszczętnie. Przez długi czas jedynymi towarami, jakie można było znaleźć w sklepach był dżem, ocet i papierosy, później już tylko ocet, który z czasem także zniknął. Ostatnią fazą realizacji utopijnego projektu komunizmu był system kartkowy, będący efektem kompletnego rozpadu gospodarki, co ostatecznie doprowadziło do upadku wizji państwa równości, sprawiedliwości i szczęśliwości. Wróciliśmy do starych sprawdzonych wzorców, do wolnego rynku i kapitalizmu.

Wkrótce potem zapełniły się półki sklepowe, ruszyły place budowy, pieniądz stał się mocny, a praca opłacalna. Nie minęły trzy dekady, a światu znowu grożą puste półki. Tym razem nie na Wschodzie, lecz w centralnym punkcie Zachodu, jakim są od półtora wieku  Stany Zjednoczone.

….i z powrotem

Zamykanie sklepów czy całych firm w wyniku nieudanego sezonu świątecznego stało się z początkiem roku w Stanach Zjednoczonych normą. W wyniku serii bankructw czy redukcji, sektor handlu detalicznego konsolidował się, umacniał, półki sklepowe jeszcze bardziej uginały się od nadmiaru produktów. Poza upadającymi firmami i ich kierownictwem, nikt się taką korektą rynku zbytnio nie przejmował. Zwolnieni z pracy ekspedienci, magazynierzy czy zaopatrzeniowcy znajdowali nowe zajęcie w placówkach swej dotychczasowej konkurencji, albo w nowych działach gospodarki, powstających w wyniku poprawy alokacji zasobów.

Tym razem jest inaczej. Zmieniła się nie tylko skala korekty handlu detalicznego, ale co gorsza, fundament, na którym zbudowany jest handel i gospodarka. I tak w ciągu kilku pierwszych tygodni stycznia 2016, największy detalista świata, sieć supermarketów Wal-Mart ogłosiła konieczność zamknięcia 269, zlokalizowanych na terenie Stanów Zjednoczonych  marketów Sama Waltona. Wiadomość była zaskoczeniem, jako że sieć Wal-mart była dotąd teflonem amerykańskiego handlu; nie poddawała się kryzysom i ciągle rosła. Uznano jednak, że w biznesie świętości nie ma, kłopoty mogą się przydarzyć nawet najsilniejszym, dlatego już po paru dniach o problemie zapomniano. Równie gładko zbyto kolejny sygnał z rynku detalicznego, mianowicie komunika z K-martu, że ta niegdyś największa na świecie sieć detaliczna, zamyka ok. 30 supermarketów. K-mart od lat przeżywa trudności, ot jedna więcej zmiany nie czyni. W ślad za tymi dwoma sieciami nadszedł jednak komunikat od innego potentata, mianowicie od sieci JC Penney, która mniej więcej 100 lat temu dzierżyła tytuł największego detalisty świata. JC Penney od stycznia b.r. zredukowała się o 47 potężnych supermarketów, przypomniano przy tym, że rok temu sieć zlikwidowała się 40 swoich placówek. Odświeżono także informację o tym, że tylko w zeszłym roku, druga co do wielkości sieć detaliczna, niegdyś symbol amerykańskiego kapitalizmu, Sears and Roebuck zamknęła prawie 700 supermarketów.

Upadek prawie 1200 ogromnych placówek detalicznych, w których tzw. zwykli zjadacze chleba kupowali swoje lodówki, skarpetki, ser czy tapety był ciosem w amerykański handel. Pocieszano się jednak tym, że jest to zjawisko przejściowe, pokłosie kryzysu 2008-2009, który przecież kiedyś się skończy. Niektórzy publicyści sugerowali nawet, że kryzys jest dobry, bo jest efektem zmian strukturalnych; Amerykanie sięgają po więcej, chcą smaczniej jeść, lepiej się ubierać, być bardziej europejscy etc. więc zmieniają swoich detalistów.

Pomimo iż dochody 1 procenta najbogatszych Amerykanów wciąż rosną (chociażby w wyniku polityki QE oraz Zerowych Stóp Procentowych), sporym zaskoczeniem był komunika z dyrekcji sieci Macy’s. Nie należy ona, co prawda, do arystokracji detalicznej w rodzaju Neumann Marcus czy Saks Fifth Avenue, ale dla wielu obywateli USA utożsamiana jest z górna półką, do której sięga bardziej gospodarna gałąź finansowej elity Stanów Zjednoczonych. Otóż, Macy’s, również symbol amerykańskiego biznesu, zdecydował się na zwolnienie ponad 2500 swoich pracowników, którzy profesjonalnie służyli konsumentom w 36 supermarketach nowojorskiego potentata. Czarę goryczy dopełniły doniesienia z popularnych, zwłaszcza wśród ludzi młodych: wyznaczającej standardy mody młodzieżowej i luzackiej sieci GAP o zamknięciu 175 sklepów; z sieci butików Aeropostale (zamykają 84 sklepy) czy Finish Line (w ciągu nadchodzących 2 lat planuje zamknąć 150 sklepów, co stanowi ok. 25 procent jej stanu posiadania). To był dla rynku detalicznego cios.

To tyle, jak chodzi o duże i znane sieci. Tymczasem sieci to wierzchołek góry lodowej; każdego dnia zamykają się dziesiątki mniejszych amerykańskich sklepów detalicznych. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że było ich za dużo. Blisko 20 lat polityki taniego pieniądza sprawiły, że niemal każdy większy producent dóbr konsumpcyjnych, dzięki dostępowi do nieskrępowanego kredytu, efektowi demonstracji ze strony konkurentów, a zwłaszcza świadomości, że przecież (jak głosi FED) gospodarka rozwija się i jest super, otwierał swój sklep firmowy, boutiuqe czy inną galerię. Własne sklepy miał producent popularnej bielizny, Fruit of the Loom, markowych piór i portfeli Mont Blanc, a nawet winnice Napa Valley.

Puste półki

Oczyszczenie rynku z nadmiaru zasobów rozpoczęło się w chwili upadku Lehman Brothers, nasiliło w latach 2014 – 2015, obecny rok to już jest Apokalipsa. W obliczu nadchodzącego (znowu) kryzysu, detaliści tną koszty i przenoszą się do Internetu. Exodus tradycyjnego handlu dotyczy zwłaszcza rejonów uboższych i rzadziej zamieszkałych, co stwarza miejscowej ludności spore problem. Nie wszystko daje się kupować przez Internet.

pobrane (2)

W trakcie mojej jesiennej wizyty w Racine w stanie Wisconsin przez dwa dni nie byłem w stanie kupić w normalnym sklepie, ani mleka sojowego, ani cytryn. W poszukiwaniu ślusarza, który skopiowałby klucz do drzwi, natrafiłem w okolicach Madison na dwa wyludnione centra handlowe. Wyludnione czy zamknięte galerie handlowe napotkałem nawet w Chicago. Niegdyś rzeczy nie do pomyślenia Podobnie, jak nie do pomyślenia są opustoszałe półki w sklepach sieci drogerii CSX, czy braki asortymentu sklepach sieci Target. Tym bardziej zaskakujące, że każda z większych sieci handlowych wyposażona jest w skomputeryzowany system zarządzania zapasami (inventory management), który w miarę ubywania ich z półek uzupełnia dostawę. Braki towarów w takim systemie nie są zaskoczeniem, lecz świadomym wyborem wynikającym z braku opłacalności, czyli braku popytu.

Szacuje się, że w tylko w ciągu ostatnich 2 lat kryzys nadprodukcji (albo, jak kto woli, efekt absurdalnej polityki monetarnej) powierzchni detalicznej doprowadził do likwidacji ponad 90 milionów m. kw. czyli ok. 9000 ha jej wolumenu. Jest to ekwiwalent ok. 1400 centrów (sic!) handlowych, o rozmiarach całkiem sporych warszawskich Złotych Tarasów. Eksperci są zdania, że tempo tej apokalipsy ulegnie w 2016 roku znacznemu przyspieszeniu i Amerykę czeka likwidacja kolejnych ok. 70 mln m. kw. zbędnej powierzchni handlowej.

Co to oznacza dla konsumentów? Ci, którzy przeżyli PRL dobrze wiedzą. Kilka miesięcy temu w czasie podróży po USA sam przeżyłem deja vu, gdy np. Santa Cruz w Kalifornii, przez dwa dni nie mogłem znaleźć kleju „super glue” i skleić pękniętej oprawki do okularów. Kupiłem klej (z gwarancją dostawy w ciągu 24 godzin) za pośrednictwem sieci Amazon.com, która wyrasta na największego detalistę Stanów Zjednoczonych.

Zmiana warty jest logiczna i zdrowa, wynika przecież z postępu technologicznego, wzrostu wydajności i konkurencyjności biznesu. Ale również Amazon ma swoje problem. Ten gigantyczny detalista od lat nie przynosi swym akcjonariuszom, poza założycielem firmy, Jeffem Bezosem i grupą jego akolitów, profitu. Wzrostowi obrotów spółki nie towarzyszy jednak wzrost zysków. Ceny akcji AMZN sięgają nieba, a wskaźnik P/E (relacja ceny akcji do osiąganego zysku) przekroczył już dawno 500[1], co oznacza rentowność rzędu 0,2 procenta. Akcje Amazona są od lat mocno przeszacowane, co świadczy nie tylko o absurdalności ich wyceny, ale co gorsza, zniekształca procesy cenowe w całej gospodarce, tworząc w niej jedną bańkę spekulacyjną za drugą.

Bańka, czyli tani pieniądz

Amazon cierpi na tę samą chorobę, co reszta amerykańskiej gospodarki, w tym omawiany powyżej sektor detaliczny. Są one ofiarą polityki kreowania przez bank centralny (FED) taniego pieniądza/kredytu, czego efektem są m.in. zaburzenie procesu wyceny przedsiębiorczej, malinvestment ( nietrafione inwestycje), oraz marnotrawstwo wywołane błędną alokacją zasobów. W przypadku sektora handlu detalicznego oznacza to kierowanie kapitału nie tam, gdzie jest potrzebny najbardziej. Taka polityka gospodarcza niewiele różni się od polityki realnego socjalizmu. Stąd podobieństwo skutków, czyli pojawiające się w Stanach Zjednoczonych puste półki.

Do podobnych efektów doprowadzić może proponowana przez rząd polski ustawa o wspieraniu rodzin wielodzietnych, znana jako „500+”. Rozwiązanie to różni się wprawdzie od forsowanej przez Bank Rezerw Federalnych czy Europejski Bank Centralny polityki QE, czyli produkowania pieniędzy zamiast towarów, jest jednak bardzo do niego podobne. Polega  bowiem na zastępowaniu sił produkcyjnych (pieniędzy zabranych jednostkom produkującym i pracującym) i rozdawanie ich nieproduktywnym adresatom (dzieciom). Kapitał produktywny i praca zostają zamienione na nieproduktywny papier (pieniądz, podatek), ludzie tworzący majątek są karani, a konsumenci nagradzani. Co gorsza, brakujące do programu 500+ środki zostaną, jak zapowiada rząd, dodrukowane na podobieństwo QE. To jest recepta na gospodarczą katastrofę.

Chyba, że polski rząd zrozumiał prawdziwą istotę wielodzietności, która rośnie w miarę ubożenia ludności. Dla nikogo nie jest przecież tajemnicą, że znacznie liczniejsze są rodziny w Bangladeszu, czy Mali, niż w Luksemburgu, albo Singapurze.

pobrane (1)

Wierzę jednak, że rozsądek (albo brak środków) zwycięży i uda nam się powstrzymać szkodliwy i niesprawiedliwy podatek 500+, że okiełznamy utopię państwa opiekuńczego, w którym wielu z nas dorastało. Tym bardziej, że już raz nam się to udało. Jeśli uda i tym razem, to mamy szanse, że wkrótce Amerykanie będą przyjeżdżać do Polski oglądać uginające się od produktów półki sklepowe. Bo cudów nie ma. Bogactwo produktów nie powstaje w wyniku drukowania pieniędzy czy ich redystrybucji, lecz z realnej pracy i produkcji.

Jan M Fijor

www.fijor.com

[1] Piszę te słowa 2 lutego 2016, po znacznym spadku notowań akcji AMZN; mimo to wskaźnik P/E dla akcji spółki Amazon wynosi dziś ok. 460.

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. ZQW pisze:

    Piszesz Janku o amazonie. Ale chyba najbardziej jaskrawym przykładem absurdu, jest firma ZALANDO.
    Sama koncepcja jest chora – wysyłanie na własny koszt kobietom ciuchów, które mogą ubrać raz czy dwa, a potem zwrócić na koszt firmy lub kupić, oczywiście płacąc po jakimś czasie. Obroty rosną z roku na rok, rentowność zawsze była ujemna, a inwestorzy np. kanadyjskie fundusze emerytalne zawsze się znajdują, bo akcje rosną w cenie, a alternatywnych lokat jest mało.
    Kobiety są oczywiście wniebowzięte, ale sam pomysł na taki biznes jest po prostu chory. Nie uwzględnia natury kobiecej. Co gorsza, ostatnio okazało się, że w RFN masowo wysyłali ciuchy do osób w obozach dla uchodźców i obecnie nie sposób tych osób znaleźć, bo wyjechały w markowych ciuchach za tysiące euro z powrotem do Kosowa czy Bośni. Biznes możliwy tylko przy prawie darmowym i obfitym finansowaniu. W normalnych warunkach nie miałby racji bytu.
    A co do dorobienia klucza, to podaję link do filmu, gdzie widać, jak możesz sam stworzyć duplikat klucza :

    http://www.focus.de/kultur/videos/nie-wieder-schluesseldienst-so-einfach-koennen-sie-sich-selbst-einen-schluessel-nachmachen_id_5255305.html

    Pzdr

  2. Jan M Fijor pisze:

    Ja jestem Zalando zachwycony. Kupiłem za małe buty, zwróciłem szybciej niż kupiłem. Kupiłem nowe, potem rodzina kupiła kilka rzeczy. Wysokiej klasy serwis nie jest przyczyną bańki spekulacyjnej. W Amazonie jest inaczej. Tam serwis jest fenomenalny, ale wysoka cena akcji nie ma z tym wiele wspólnego. AMZN posiada w sobie kilka firm, które stwarzają pozory raju dochodowego i wzrostu, a są wydmuszką. Dużo by pisać, ale sam serwis nie dałby Amazonowi wskaźnika P/.E na poziomie 500 . ukłony

  3. silesius pisze:

    Panie Janie, gratuluję artykułu, czas bić na alarm, bo obecna władza realizuje swój wyboczy program „Polska w ruinie” z wyjątkową pasją !

  4. Mateusz pisze:

    Wspomina Pan, że Rząd zapowiedział dodruk brakujących pieniędzy na program 500+. Czy mógłby Pan podać źródło tych informacji?

    Pozdrawiam
    M. Wawrzonek

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Mówił o tym p. Paweł Szałamacha, jeszcze zanim został mianowany na ministra finansów. Ukłony

  6. Janku, słucham, a raczej odsłuchuję regularnie Twoich audycji na kontestacja.com. Gdybym ten artykuł przeczytał nie znając Cię lub gdyby napisał go ktoś inny pomyślałbym że gość zwariował. Nieprawdopodobne, nie chce się wierzyć że w USA ludzie mogą mieć prozaiczne problemy z nabyciem cytryny czy super glue…
    Coś na pewno wisi w powietrzu, dolar się umacnia, zloto i srebro idzie do góry, akcje topnieją…

  7. Jan M. Fijor pisze:

    Kto by się spodziewał.
    w dużych miastach tego jeszcze nie widać, ale na prowincji
    jest dokładnie jak napisalem.

    ukłony

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *