O słabnącym tempie wzrostu produktywności w USA

chat-dymki
0

          1.Rafał Woś w tekście pt.: „Co zrobi Bernie” (w „Dziennik Gazeta Prawna”, 26-28 lutego 2016) informuje czytelnika polskiego o ekonomicznym programie Bernie Sandersa socjalisty ze stanu Vermontu, który przystąpił do ubiegania się o urząd prezydenta USA.

pobrane

Otóż „plan Sandersa idzie generalnie w trzech kierunkach. Po pierwsze, zakłada wielkie programy (finansowane z wydatków publicznych) w dziedzinie infrastruktury, edukacji, upowszechnienia ochrony zdrowia oraz ekologii. Po drugie, pieniądze na ten cel chce pozyskać z mocnych i progresywnych podwyżek podatkowych. Po trzecie, Sanders chce wprowadzić takie regulacje, które wzmocnią siłę przetargową pracownika i wymuszą podwyżki płac dla słabo i średnio zarabiających.” Tak sformułowany program Sandersa jest niczym innym jak prostą emanacją z doktryny Keynesa, która zaleca, „że jak gospodarka znajduje się w stanie stagnacji to zadaniem państwa jest dostarczenie decydującego ożywczego impulsu. Chodzi o wyrwanie kraju z zaklętego kręgu, w którym ci, którzy mają kapitał, nie chcą go inwestować, bo nie widzą na rynku dobrych możliwości osiągania sensownego zwrotu (czyli zysków – LO). A ponieważ nie inwestują, to tych możliwości nie ma.” Keynes postulował, aby ten bezczynnie zalegający, „zabunkrowany” kapitał prywatny wypożyczało państwo na warunkach komercyjnych, czyli poprzez sprzedaż na rynku finansowym państwowych papierów dłużnych, i finansowało nim wydatki publiczne w rodzaju tych wymienionych w pierwszym punkcie programu Sandersa. Sanders natomiast chce, aby państwo w ogóle nie pozwalało na tworzenie takiego bezczynnego kapitału prywatnego i przejmowało go w postaci mocnego progresywnego opodatkowania. Pozyskiwane środki pieniężne z progresywnego opodatkowania i wydawane przez budżet państwa będą według jego zamysłu stymulowały stały wzrost gospodarczy, dzięki któremu wzrosną dalsze wpływy podatkowe oraz zmniejszą się wydatki socjalne, bo spadnie bezrobocie. A ponadto wraz ze wzrostem produkcji będą spadały też jej koszty, co będzie przekładało się wzrost produktywności. Bo „im więcej produkujemy, tym produkcja pojedynczego towaru jest tańsza. Dzieje się tak z powodu istnienia w każdej firmie pewnego kosztu stałego, którego nie sposób wyeliminować. Ten koszt firma musi ponosić. Niezależnie od tego, czy produkuje dużo, czy mało. A skoro tak, to opłaca się zawsze produkować więcej niż mniej. Prawda?” Więc „państwo powinno dbać o to, by poziom produkcji był jak największy. I przeciwdziałać zmniejszaniu produkcji.”

Należy się dziwić, że tak sformułowany program mógł w ogóle kogoś w USA zainteresować, a tym bardziej ekonomistów. Tymczasem, jak to podaje Rafał Woś: „Kilku ekonomistów (między innymi były szef Fedu w Minneapolis w stanie Minnesota – Narayana Kocherlakota) zwróciło uwagę, że swoim planem Sanders nieświadomie trafił w inna czarną dziurę amerykańskich dysput o gospodarce. A zwłaszcza w tę o słabnącym od lat tempie wzrostu produktywności. Różnie widziano już wyjaśnienia tego niebezpiecznego zjawiska”. Niestety, żadne nie jest przekonujące, bo nie potrafi dotrzeć do prawdziwej jego istoty. „Nikt (więc) jednak nie powiedział, jak sobie z tym radzić. Aż do Sandersa (sic! – LO), który (pewnie nieświadomie) nawiązał do nieco już zapomnianego prawa Verdoorna. Mowa tu o tezie zgłoszonej pod koniec lat 40. przez holenderskiego ekonomistę Petrusa Johannesa Verdoorna. Głosi ona, że jeżeli udałoby się nam znacząco  zwiększyć poziom produkcji w gospodarce, to w ślad za tym musi nastąpić wzrost produktywności”.

2.Problem jest jednak w tym, że program Sandersa jest zupełnie sprzeczny w swoich założeniach. Jeżeli proponuje się mocne progresywne opodatkowanie, to znaczy, że im podmiot gospodarczy realizuje wyższy dochód, tym podlega on wyższej stopie opodatkowania, to faktycznie takie prawo blokuje dalszy wzrosty dla indywidualnych dochodów na stosunkowo wysokim ich etapie. Z reguły progresywnego opodatkowania wynika bowiem, że takie prawo podatkowe nakłada pewną opłacalną granicę dla wzrostu produkcji w przedsiębiorstwie, granicę, której przekroczenie byłoby nieopłacalne, bo na skutek progresji podatkowej stopa dochodowości z inwestycji spadałby poniżej tej, jaką dają kapitały zainwestowane w mniejszych przedsiębiorstwach. W rezultacie program Sandersa proponuje nie wzrost produktywności a jej stagnację. Wprawdzie globalna produkcja mogłaby wzrastać, ale na skutek tego, że wzrastałaby tylko ogólna ilość przedsiębiorstw, których rozmiary nie przekraczałyby opłacalnej granicy opodatkowania. A więc przy takich regułach opodatkowania przedsiębiorstwa nie realizowałyby, bo faktycznie nie chciałyby realizować efektów, jakie daje większa skala produkcji. Opłacało by się bowiem „produkować mniej niż więcej”!

Z programu Sandersa wynika też, że znikłby całkowicie wzrost produktywności z wynalazczości, z możliwości wdrażania postępu technicznego i nowych technologii. Do wdrażania nowej techniki jest niezbędny venture capital, czyli kapitał wysokiego ryzyka. Kapitał ten jest i musi być gromadzony z wysokich dochodów. Tylko właściciele wysokich dochodów mogą ryzykować i angażować swoje kapitały w niesprawdzone jeszcze w praktyce przedsięwzięcia produkcyjne, które zamiast przewidywanego dochodu mogą przynieść stratę. Wystarczy przypomnieć, że „do fazy inwestycji przechodzi średnio (tylko) 1% projektów.” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Venture_capital). Konsekwencją przejmowania poprzez opodatkowanie wysokich zysków przez państwo, musiało by być też finansowanie z budżetu wdrażania postępu technicznego i technologicznego. Praktyka państwowego inicjowania oraz wdrażania postępu technicznego i technologicznego zupełnie nie sprawdziła się w byłych krajach komunistycznych, które bazowały nie na własnej myśli wynalazczej, bo do rozwijania takiej nie było tam wystarczających bodźców materialnych, a przede wszystkim na podkradaniu poprzez świetnie zorganizowany własny wywiad gospodarczy techniki i technologii rozwijanej i wdrażanej w krajach wysoko rozwiniętego kapitalizmu.

images

3 .  Ponadto słabnące od lat tempo wzrostu produktywności w USA jest przede wszystkim skutkiem zmiany struktury produkcji, jaka w tym kraju dokonuje się  od lat 80. ubiegłego wieku, kiedy to pod wpływem doradców z chicagowskiej szkoły monetarystycznej  nowo wybrany w 1981 r. prezydent Ronald Reagan zdecydował się na radykalne obniżenie podatków, które w zamyśle tych doradców miało przełożyć się na wzrost inwestycji, zdynamizować produkcję oraz podnieść tempo wzrost dochodu i tym samym zwiększyć wpływy podatkowe do budżetu. W ten sposób wpływy podatkowe z niższego opodatkowania od przyszłych realizowanych wyższych dochodów  rekompensowałyby  z nadwyżką dotąd realizowane wpływy z wyższego opodatkowania od dochodów wzrastających w niższym  tempie. Niestety, te prognozy monetarystycznych doradców okazały się zupełnie chybione. Wprawdzie radykalna obniżka stopy opodatkowania przełożyła się na wysoki wzrost zysków i ich akumulacji, jednak nie były one inwestowane w USA, a poczęły masowo odpływać zagranicę, do krajów gospodarek wschodzących, w których stopy zwrotu od zainwestowanego kapitału były i nadal są kilkakrotnie wyższe do stopy zwrotu inwestycji w Stanach Zjednoczonych. Dalszą konsekwencją prezydenckiej decyzji obniżenia stopy podatkowej był zupełnie nieprzewidywalny przez jego „chicagowskich” doradców olbrzymi wzrost deficytu budżetowego, którym był stymulowany nie tylko „reaganowski” wzrost koniunktury w USA w latach 80. XX wieku ale i w krajach o nowo wschodzących gospodarkach. Albowiem nie tylko znaczna część akumulowanych zysków była wywożona z kraju i inwestowana zagranicą, ale i przeważająca część nowo kreowanego kapitału płynnego (pieniądza) odpływała zagranicę tytułem regulowania płatności za import do USA tanich towarów z krajów gospodarek wschodzących. W ten niezamierzony sposób „reaganomika” spowodowała powstanie oraz rozwój procesu globalizacji. Zarówno dochodowość z inwestycji w gospodarkach wschodzących jak i konkurencyjność ich produktów na rynku amerykańskim, ale i w  innych krajach wysokorozwiniętych, stała się tak bardzo wysoka, że opłacało się tam inwestować nie tylko akumulowane zyski, ale i przenosić też do nich z krajów wysokorozwiniętych całe funkcjonujące już tam zakłady produkcyjne. Wielokrotne niższe wynagrodzenia za pracę w krajach gospodarek wschodzących umożliwiają bowiem na realizowanie z produkcji w zakładach do nich przenoszonych wielokrotnie wyższe zyski od tych, jakie dawały one, gdy funkcjonowały i produkowały w krajach macierzystych, w których koszty pracy są wysokie.
Skutkiem masowego przenoszenia zakładów produkcyjnych z krajów wysokorozwiniętych do gospodarek wschodzących jest  zachodząca zmiana struktury produkcji w tych obszarach. Przede wszystkim w krajach wysokorozwiniętego kapitalizmu systematycznie spada udział produkcji przemysłowej w produkcji globalnej. W USA w 1950 r. udział przemysłu w globalnej produkcji świata wyniósł aż 44 procent. Niewątpliwie ten wysoki udział produkcji przemysłowej USA wynikał wówczas z olbrzymich zniszczeń, jakich dokonała II wojna światowa w gospodarkach Europy i krajów Azji Południowo-Wschodniej, a zwłaszcza w Japonii.  Powojenna odbudowa a następnie przyspieszony rozwój gospodarek na tych obszarach przełożyły się na obniżenie do 27 procent udziału produkcji przemysłu USA w produkcji światowej w 1970 roku.  Obecnie wskaźnik udziału przemysły USA w produkcji świata wynosi tylko ok. 20 procent. Na uwagę i porównanie zasługuje równoległe kształtowanie się udziału dochodu (PKB) USA w agregacie nominalnych dochodów krajów świata.  W 1950 roku wynosiły one ok. 31 procent i spadły do ok. 25 procent w 1970 r. oraz do 22,45 proc. w 2014 r. ( https://pl.wikipedia.org/wiki/Lista_pa%C5%84stw_%C5%9Bwiata_wed%C5%82ug_PKB_nominalnego ). Z powyższych danych wynika, że do „reaganomiki” udział amerykańskiego przemysłu był wyższy od udziału w światowym dochodzie o ponad 2 p-ty procentowe, a w roku 2014 udział ten spadł i jest z kolei niższy o ok. 2,5 p-tu procentowego.
Przemysł jest tą dziedziną działalności gospodarczej, w której samej nie tylko dokonuje się największy postęp  technologiczny, ale która również decyduje o wdrażaniu postępu technicznego oraz wzroście produktywności we wszystkich innych dziedzinach działalności gospodarczej. W rolnictwie, budownictwie, transporcie oraz szeroko pojętych usługach o wydajności i efektywności decydują materialne środki produkcji wytwarzane i dostarczane z przemysłu. Nawet w medycynie najbardziej precyzyjna aparatura umożliwiająca przeprowadzanie skomplikowanych zabiegów i operacji musi być wyprodukowana przez przemysł. Kraje wysokorozwinięte przenosząc zagranicę swoje zakłady przemysłowe, a zwłaszcza te przetwórcze, w których koncentruje się największa efektywność z wdrażania nowej techniki produkcji, tym samym przyczyniły się do spadku tempa wzrostu produktywności we własnych krajach. Problemu spadku produktywności z powodu przeniesienia znacznej części zakładów przemysłowych zagranicę nie pozwalają też rozwiązać na coraz szerszą skalę stosowane manipulacje cenowe polegające na tym, że importowaną produkcję zaopatrzeniową z własnych zagranicą funkcjonujących przedsiębiorstw sprzedaje się w kraju po zaniżonych, nawet niższych od kosztów wytworzenia cenach. Oczywiście jest to sprawdzona i skuteczna forma wyzysku siły roboczej w krajach o gospodarkach wschodzących, ale nie może podnieść produktywności w krajach macierzystych importerów, albowiem wcześniej lub później spotka ich zagraniczna konkurencja. W każdym przypadku jednak zyskają finalni konsumenci, bo będą mogli w końcu kupić oferowane dobra po najniższej konkurencyjnej cenie. W efekcie globalizacja, która z jednej strony spowodowała przenoszenie zakładów przemysłowych do gospodarek wschodzących i tym samym do obniżenia tempa wzrostu produktywności w gospodarkach wysokorozwiniętego kapitalizmu, z drugiej strony przyczyniła się do wywierania nacisku na hamowanie a nawet względny spadek cen produktów finalnych, w tym dóbr konsumpcyjnych, przede wszystkim w krajach wysokorozwiniętych. Tak więc spadek produktywności w krajach wysokorozwiniętych ma jak najbardziej charakter względny/ w zależności od tego, z której strony się go ujmuje.

4.Niemniej szkodliwą propozycją w programie Sandersa jest chęć wprowadzenia takich regulacji, „które wzmocnią siłę przetargową pracownika i wymuszą podwyżki płac dla słabo i średnio zarabiających”. Wbrew twierdzeniom populistów współczesny przedsiębiorca wcale nie jest zainteresowany, aby warunki pracy i płacy utrzymywać na najniższym poziomie. Nawet w warunkach istniejącego wysokiego bezrobocia na rynku pracy wśród pracodawców zawsze panuje konkurencja o pozyskiwanie najbardziej kwalifikowanych i wydajnych pracowników. To bowiem od ich umiejętności i zaangażowaniu w pracy zależą efekty produkcyjne i wyniki ekonomiczne przedsiębiorstwa. Ale nie tylko. Również zasadniczy wpływ na to, jak prosperuje dane konkretne przedsiębiorstwo, decyduje jego wyposażenie techniczne. Nawet zainwestowana najnowocześniejsza technika z upływem czasu starzeje się i w warunkach ciągle dokonującego się postępu technicznego jest coraz mniej wydajna w stosunku do tej techniki, która jest inwestowana w następnych późniejszych latach. Stąd występują nie tylko względne ale i bezwzględne niższe efekty ekonomiczne w przedsiębiorstwach eksploatujących stare urządzenia techniczne od tych, które eksploatują te najnowocześniejsze. Stosownie do tego są też  różne możliwości wynagradzania za pracę w przedsiębiorstwach wyposażonych w różnie wydajną technikę. W tych warunkach „wymuszanie podwyżek płac dla słabo i średnio zarabiających” będzie musiało prowadzić do przedwczesnej upadłości tych wszystkich przedsiębiorstw, które eksploatują starszą technikę od przeciętnej, bo będą produkować w warunkach względnie wysokich kosztów krańcowych. Można domniemywać, że to właśnie sami pracownicy zatrudniani w takich przedsiębiorstwach będą dążyć do ich upadłości, bo będą zainteresowani, aby przechodzić na zasiłki socjalne, do których przecież  zawsze będą mogli coś dorobić w tzw. szarej strefie.

  1. W tym miejscu należy też przypomnieć i podkreślić, że im w danej gospodarce występuje wyższe tempo wzrostu gospodarczego, tym występują też nie tylko większe rozbieżności w dochodach pomiędzy pracą a kapitałem , ale również i w wysokości wynagrodzeń w przedsiębiorstwach wyposażonych w starą i nową technikę. Przyczyną większych rozbieżności w dochodach pomiędzy pracą i kapitałem jest to, że w warunkach wysokiego tempa wzrostu w strukturze produkcji jest większy udział wartości środków produkcji od udziału dóbr konsumpcyjnych. Aby taka struktura produkcji mogła być reprodukowana właściciele kapitału muszą realizować stosunkowo wyższy udział w dochodach od tego, jaki realizowali przy niższej stopie wzrostu, z kolei udział pracy w ogólnych dochodach musi odpowiednio obniżyć się w stosunku do tego, jaki jest realizowany przy niższym tempie wzrostu. Prawidłowości tej nie są w stanie zmienić nawet najbardziej demagogiczne zaklęcia zawarte w tak opasłych tomiskach jak u  Thomasa Piketty’ego w „Kapitale XXI wieku”. Natomiast, jeżeli podstawą wysokiego tempa wzrostu produkcji i dochodu jest wysokie tempo wdrażania nowej techniki, to skutkiem tego jest i musi być, wysoka rozbieżność w wydajności pracy pomiędzy przedsiębiorstwami wyposażonymi w stosunkowo starszą i nową technikę. Stad też mogą i muszą występować w nich różne możliwości płacowe.

Jednym słowem z wyżej przeprowadzonej analizy wynika, że wdrożenie takiego programu gospodarczego, jakiego w swej kampanii prezydenckiej prezentuje Bernie Sanders, to prosta droga do głębokiej zapaści gospodarki Stanów Zjednoczonych. LO

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *