Pod sufitem prezesa

chat-dymki
0

By David Stockman

images

Mario Draghi ma nierówno pod sufitem[1]. Z taką diagnozą zgadza się coraz głośniej protestująca grupa ekonomistów i polityków niemieckich, dla których jest oczywiste, że polityka prowadzona przez szefa europejskiego banku centralnego wykańcza nie tylko zwykłych ciułaczy, ale i firmy ubezpieczeniowe, fundusze emerytalne a także banki. O tym, że zarzuty Niemców wobec Draghiego są jednak słuszne, świadczy niedawna riposta prezesa EBC, który mówił, że

(…) Naszym obowiązkiem jest stabilizacja cen w całej strefie euro, a nie tylko w Niemczech, a powinnością działanie zgodne z prawem, a nie z wolą polityków, bo my jesteśmy niezależni”.

To zdanie jest całym uzasadnieniem monetarnego szaleństwa. jakie Draghi i jego rodzina z banków centralnych, ku zagrożeniu świata, spuścili ze smyczy.  Twierdzą oni, że ich statut formalny daje im prawo do tworzenia gospodarczego odpowiednika placka z jabłkami, jakim niewątpliwie jest “stabilność cen”, której prostym i niepodważalnym wnioskiem logicznym i monetarnym ma być szaleństwo negatywnego oprocentowania na rynku pieniężnym, na poziomie minus 0,4 procenta oraz wydawanie miesięcznie  dla podtrzymania go 90 miliardów dolarów na zakup obligacji.

Tymczasem, nie ma żadnego naukowego dowodu na taki związek , prócz ideologicznej zgody wywodzącej się z keynesowskim modelu popytowego, który sowietowi bankierów centralnych deleguje całą władzę nad pieniądzem. Tak, jak w przypadku amerykańskiej ustawy Humphreya-Hawkinsa, ustawa nakładająca na Europejski Bank Centralny obowiązek czuwania nad stabilnością cen – nie definiuje  w żaden ilościowy sposób, jak ta stabilność miałaby wyglądać i na czym polegać – nie wyszczególnia ani poziomu inflacji , jaki można akceptować, ani długości okresu jej trwania. Kiedy Rada Gubernatorów Europejskiego Banku Centralnego usiłowała sformułować kryteria ilościowe definicji stabilności cenowej, precyzja, z jaką to uczyniła pozostawiała wiele do życzenia: określono poziom inflacji gdzieś między zerem a 2 procentami  w skali roku.

Stabilnością cenową nazywamy roczny (r-d-r) wzrost Zharmonizowanego Indeksu Cen Konsumenckich (HICVP) dla strefy euro na poziomie poniżej 2 procent”.

Stąd, opierając się na swej własnej definicji, strefa euro nie odczuwa żadnego zagrożenia ze strony deflacji, czy nawet niskiej inflacji (lowflation). Przez ostatnie 16 lat, główny indeks HICP oscylował wokół średniej w wysokości 1.5 procent, zaś w ostatnim roku (2015), kiedy rzekomo pułap deflacyjny się obniżał, twardy indeks cen konsumenckich wzrósł o 1 procent.

Widać z tego, że powoływanie się na “prawa”, których trzeba rzekomo przestrzegać, jest śmiechu wartym zaciemnianiem obrazu.  Oczywiście, “Mario wraz jego grupą zwolenników NIRP” nie sugerują, że tak radykalna polityka monetarna, która jeszcze 10 lat temu byłaby nie do pomyślenia, usprawiedliwiona jest tym, że twarda inflacja jest czasowo na poziomie zaledwie 50 punktów procentowych (0,5 procenta) poniżej swego długoterminowego trendu; albo, że powinna być mierzona w tygodniach i miesiącach, a nie w latach; albo, że EBC powinien błogosławić konsumentów Unii Europejskiej za globalny spadek cen importowanej ropy naftowej a także inflację w sferze surowcowej.

Prawda w istocie rzeczy jest banalnie prosta. Rezultaty prawie wszystkich sub-trendów wskaźnika cen konsumenckich (CPI) w ciągu ostatniego roku zawdzięczać należy praktycznie blisko trzyprocentowemu spadkowi cen dóbr importowanych.  Oraz temu, że odbyło się to z wyraźną korzyścią dla gospodarki europejskiej!

Mario, zdziwiony tym, że jego dęte argumenty o zagrożeniu deflacją nie olśniły Niemców oburzonych niszczącym wpływem jego polityki, nie tylko tych ostatnich nie uspokoił, ale właściwie jeszcze bardziej ich rozzłościł. Równocześnie okazało się, że stanowisko Draghiego jest słabe i pozbawione rzeczowych argumentów. Z braku argumentów, zagroził, że jeśli ludzie nie przestaną się naigrywać z jego polityki to – dla podtrzymania swego autorytetu – gotów będzie sięgnąć  po cięższe środki monetarne:

„Kiedykolwiek wiarygodność banku centralnego poddawana jest pod wątpliwość, rezultatem są opóźnienia w osiąganiu wyznaczonych celów, a to narzuca konieczność zastosowania znacznie większej  ekspansji”

 powiedział podniesionym głosem na konferencji prasowej we Frankfurcie, szef Europejskiego Banku Centralnego, dodając, że

nasza polityka jest skuteczna, trzeba jedynie dać nam trochę czasu.

Proszę bardzo: pan prezes się obraził!

A wszystko w imię prymitywnego przekonania ekonomicznego, w które wierzy tylko ktoś, kogo wykarmiło włoskie ministerstwo skarbu, a następnie wysłało na lekcję do Goldmana Sachsa. Chodzi w nim mianowicie o to, że eliksirem wzrostu wszystkich gospodarek i źródłem bogactwa narodów jest rzekomo nieustanne zadłużanie się.  Jak chodzi o ścisłość, Mario święcie wierzy w to, że służy wiernie wzrostowi gospodarczemu. Robi to za pośrednictwem narzędzi pompowania coraz większych ilości kredytu w gospodarkę strefy euro, bez względu na to, czy jest to usprawiedliwione, czy nie.  Sądzi przy tym, że żadne oprocentowanie kredytu nie jest zbyt niskie, o ile służy dalszej ekspansji kredytowej. Oto, co w tej sprawie powiedział ostatnio:

“Nasza polityka monetarna służy wspieraniu wzrostu….Pomijając nieliczne wyjątki, ta polityka monetarna jest w ciągu ostatnich czterech lat jedynym środkiem wspierającym wzrost gospodarczy…Środki monetarne wykorzystane w naszej polityce po czerwcu roku 2014 wyraźnie poprawiły warunki kredytowania firm i gospodarstw domowych, dostarczając również lewarowania dla całej strefy euro…Kredyt się rozwija i jest solidny, co wraz z dramatycznym spadkiem oprocentowania i rosnącym wolumenem pożyczek sprawia, że środki jakie zastosowaliśmy są tak bardzo skuteczne.”

pobrane

A no zobaczmy, jak z tym kredytem jest.

Wolumen istniejących pożyczek udzielonych sektorowi prywatnemu, w lutym b.r. , w strefie euro, wynosił 10,69 bilionów euro, w porównaniu do 10.60 bilionów euro o rok wcześniej.  Oznacza to wzrost

aż o…..0.6 procenta! Żeby jednak nie zostać oskarżonym o to, że w czasie liczenia aniołów na ostrzu igły straciliśmy je z pola widzenia, spójrzmy na ten problem inaczej.

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Mario Draghi dostrzega skuteczność zbawiennego eliksiru kredytowego już nawet wtedy, gdy zdoła on zmienić jedynie statystykę na dalekim miejscu po przecinku:

Ogólne warunki finansowania w strefie euro uległy dalszej poprawie. Skutki stymulowania firm i gospodarstw domowych, w postaci polityki monetarnej, widoczne są chociażby poprzez wzmocnienie sektora bankowego.….Kredyt bankowy rośnie nieprzerwanie od początku drugiego kwartału 2014 roku. Spadła liczba przypadków odmowy kredytowania. To wszystko dowodzi, że nasze środki są istotnie najskuteczniejsze.”

A zatem, jeśli nawet europejskie biznesy i gospodarstwa domowe potrzebowały pożyczyć więcej pieniędzy, co akurat nie miało miejsca, Europejski Bank Centralny gotów był  doprowadzić do wściekłości i rozpaczy ciułaczy i emerytów, tylko w imię tego, żeby poprawić statystyki o ułamek (0,6) procenta?

Jest tu jeszcze inny problem, mianowicie to, że dwa lata wcześniej, kiedy EBC inicjował politykę, a nawet cztery lata temu, zanim  Draghi odgrażał się, że taka polityka zostanie uruchomiona „za wszelką cenę”, europejski sektor prywatny wstrzymywał się wcale od kredytu dlatego, że jego oprocentowanie było zbyt wysokie. Jak chodzi o ścisłość, od połowy 2012 roku, LIBOR w strefie euro był zasadniczo w granicach błędu pomiarowego. Przekonanie, że różnica między oprocentowaniem w wysokości +0,2 procenta, a – 0,2 procenta (po uruchomieniu QE) zarówno dla biznesu, jak i dla gospodarstw domowych jest właściwie warte śmiechu.

Powodem, dla którego wzrost wolumenu kredytu w strefie euro jest tak mizerny jest to, że jej sektor prywatny jest już w szczycie rekordowego zadłużenia.  Bowiem boom kredytowy odbywał się w strefie euro 7-15 lat wcześniej.  Mimo to tempo tego wzrostu, po roku 2000 wynosiło ok. 5 procent rocznie.

Tymczasem rzeczywistym powodem tego, że Europa się nie rozwija, a jej bank centralny nie może sobie z tym poradzić jest coś całkiem innego.  Otóż, 19 rządów krajów wchodzących do strefy euro oraz super rząd w Brukseli uznały rozwój gospodarczy za….nielegalny. Jeśli chcecie Państwo wiedzieć, dlaczego rozwój gospodarczy w strefie euro jest taki mizerny, przestudiujcie chociażby , z jakimi barierami rządowymi zmagać się musi tamtejszy rynek pracy oraz przedsiębiorcy: podatki, rozrzutny system świadczeń socjalnych, kolesiostwo, subsydia, przywileje, korupcja, protekcjonizm na rynku pracy i wiele innych utrudnień o charakterze politycznych.

Innymi słowy, problemem strefy euro nie jest zbyt drogi, czy trudno dostępny  kredyt dla sektora prywatnego; problemem jest państwo o rozmiarach lewiatana, które  druzgocze czynniki mające wpływ  na przedsiębiorczość, a tym na samym na wzrost sektora produkcyjnego.  Z chwilą, gdy państwo konsumuje połowę PKB, a jego macki regulacyjne i interwencjonizm dławią całą resztę, prasy drukarskie banku centralnego są już bez znaczenia.

Tymczasem, jak głosi popularne porzekadło, dla kogoś, kogo jedynym narzędziem jest młotem wszystko inne wygląda jak gwóźdź.  Dlatego, należy się spodziewać, że Draghi oraz jego NIRP-owie[2] nie przestaną drukowania pieniędzy dopóki nie doprowadzą strefy euro do katastrofy.

Zacietrzewiony Włoch nie ma bladego pojęcia o tym, że stworzona przez niego gigantyczna bańka spekulacyjna na rynku obligacji  jest wyraźnym dowodem na to, do czego mogą doprowadzić państwowe prasy drukarskie.  Teraz usiłuje przekonać Niemców, żeby uwierzyli, iż on przecież z tym niskim oprocentowaniem nie ma nic wspólnego:

To jasne, że fundusze emerytalne i wszystkie inne, oraz firmy ubezpieczeniowe dotknięte zostały boleśnie polityką niskiego oprocentowania, przestrzegam ich jednak przed tym, by o wszystko, co w ich sektorze sprawia kłopoty, nie oskarżali niskich stóp procentowych…Niskie oprocentowanie pieniądza jest symptomem niskiego tempa rozwoju i niskiej inflacji. Jeśli chcemy powrócić do wyższego oprocentowania musimy powrócić do wyższego wzrostu gospodarczego i wyższej inflacji.

Czy ten kompletny dureń naprawdę myśli, że obalił prawo popytu i podąży? Że EBC może się angażować każdego miesiąca w zakupy obligacji na sumę 90 miliardów euro, nie wpływając przy tym na cenę długu? Co gorsza, czyż nie widzi on, że masowa interwencja banku centralnego na rynku papierów dłużnych wywoła dynamikę drugie rzędu, która tylko wzmocni to szkodliwe działanie? Mam na myśli, tych wszystkich dawnych strażników rynku obligacji, którzy przedzierzgnęli się dzisiaj w dostarczycieli długu,  zarabiających góry pieniędzy na instrumentach repo. Mogą to robić, gdyż wiedzą z góry że Mario i jego drużyna  NIRPów będą nadal obligacje kupować.

Dwa dni temu (tekst opublikowany przez autora 21 kwietnia 2016 – przyp. FP), 10. letnie, niemieckie obligacje skarbowe osiągnęły rentowność 0,13 procenta, włoskie zaś 1,4 procenta. Obie te liczby nie mają żadnego sensu ekonomicznego/gospodarczego, i nie ma to nic wspólnego z niskim tempem wzrostu ich gospodarek. Przeciwnie, ceny obligacji zostały wywindowane do poziomu stratosfery przez bank centralny (EBC), który hojnie za nie płaci, oraz tych wszystkich, którzy dzięki prezesowi Draghi, działającemu jak  ich zaprzyjaźniony krupier, mogą na spadku kosztu pieniądza robić kokosowe interesy.

Jest jednak jeden problem: największy szarlatan monetarny współczesnego świata jest już wyprztykany ze środków działania.  Z jednej strony, pod presją Niemców musiał się wycofać z rozrzucania pieniędzy ze swego helikoptera, z drugiej zaś, nie może zejść ze stopami procentowymi dużo niżej, gdyż na przeszkodzie stoi sklerotyczny, socjalistyczny system bankowy Starego Kontynentu. Gdyby Draghi wykorzystał mechanizm TLTRO[3] i zszedł ze stopami procentowymi jeszcze niżej, złagodziłby presję marginalną na banki europejskie, nie byłby jednak w stanie stworzyć skutecznej zachęty dla gospodarstw domowych i biznesów, aby pożyczały.

Ta idiotyczna wiara w eliksir dłużny ma prowadzić z jednej strony do wzmożenia apetytu na dług, z drugiej zaś tworzy presję inflacyjną budując bańkę spekulacyjną na rynku obligacji.  Nie ma takiej możliwości, aby EBC udało się wyjść z tego niebezpiecznego narożnika obronną ręką. Kiedy bowiem czołówka graczy z kasyna zorientuje się, że Draghi nie chce już więcej kupować obligacji europejskich, rynek obligacji załamie się, a jego ceny spadną z hukiem; nastąpi wyprzedaż obligacji w celu szybkiego wycofania zysków, oraz likwidacja finansowania transakcjami repo.

W ulu pod sufitem Draghiego pszczoły się zbuntują, jak głosi niemieckie przysłowie, przywołane na wstępie.

David Stockman

Źródło:  www.davidstockmanscontracorner.com

Copyright © 2015 Subsidium LLC . All Rights Reserved.

[1] Niemieckie powiedzenie, odpowiadające polskiemu „mieć nierówno pod sufitem” brzmi: „mieć pszczoły pod czepkiem”.

[2] NIRP, od pojęcia Negative Interest Rate Policy – polityka negatywnych stóp procentowych –

[3] TLTRO od ang. Targeted longer-term refinancing operations – operacje finansowe mające na celu „utrzymanie stabilności cen” (autorstwa prezesa EBC), poprawiające mechanizm transmisji polityki pieniężnej poprzez akcję kredytową dla sektora prywatnego. Chodzi w nich o (a) o serię ukierunkowanych dłuższych operacji refinansujących (TLTRO), które przez dwa lata mają wzmacniać napływ kredytów do niefinansowego sektora prywatnego strefy euro [1] (oprócz kredytów mieszkaniowych dla gospodarstw domowych). Oraz Zintensyfikować przygotowania do bezwarunkowych zakupów papierów wartościowych zabezpieczonych aktywami (ABS).

 

 

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *