Czy państwo jest niezbędne, czyli natura bestii

chat-dymki
0

pobrane(…) Aby mieć przedsmak tego, co usłyszycie Państwo 18 – 19 czerwca 2016 roku, przeczytajcie fragment wspomnianej książki Douga Casey’a, Inwestowanie w trudnych czasach, która w przededniu seminarium ukaże się nakładem naszej oficyny wydawniczej.

(…) NATURA BESTII

Ontolodzy (badający naturę bytów) i epistemolodzy (studiujący ludzkie poznanie) poświęcili zaskakująco mało uwagi państwu. Badania nad nim prawie nigdy nie dotyczą tego, czy państwo powinno istnieć, a tylko tego, jakie powinno ono być. Istnienie państwa przyjmuje się bez zastrzeżeń co do jego istoty.

A co stanowi istotę państwa?

Jeśli pominąć retorykę, dwójmyślenie i zasłonę dymną altruizmu, okaże się, że istotą państwa jest siła oraz przekonanie, że ma ono prawo inicjować stosowanie siły, gdy tylko tego potrzebuje. Państwo to także organizacja posiadająca monopol, pomijając drobną konkurencję, na użycie siły na danym terytorium. Jak to ujął Mao Tse-tung, „władza rządu bierze się z lufy działa”. Nie ma dobrowolności przestrzegania przepisów. Przyzwolenie większości rządzonych może pomóc państwu w uzyskaniu łagodnego oblicza, ale nie jest niezbędne i w rzeczywistości rzadko bywa entuzjastyczne.

Poglądy danej osoby na państwo dają znakomity wgląd w jej charakter. Poglądy polityczne odzwierciedlają pogląd danej osoby na to, jak ludzie powinni się do siebie odnosić; pozwala przekonać się, co dany człowiek myśli o ludzkości w ogólności, i o sobie w szczególności.

W dowolnej sytuacji ludzie mogą mieć tylko dwa typy relacji: dobrowolne lub przymusowe. Prawie każdy obywatel, poza jawnymi socjopatami, deklaruje – przynajmniej –  przywiązanie do idei dobrowolności, mimo to z jakiegoś nieznanego powodu pozwala z niej wyłączyć instytucję państwa.

Powszechnie sądzi się, że grupa posiada przywileje i prawa niedostępne zwykle jednostkom.

Ale jeśli to prawda, Ku Klux Klan (KKK), Irlandzka Armia Republikańska (IRA), Organizacja Wyzwolenia Palestyny (OWP) czy jakakolwiek inna grupa, od wściekłego tłumu po rząd, posiada prawa, których jednostki są pozbawione. W istocie wszystkie takie grupy wierzą, że mają prawo inicjować stosowanie siły, kiedy tylko uznają to za konieczne. O ile uchodzi im to na sucho, działają jak państwa.

TERRORYŚCI, MAFIE I PAŃSTWA

Można wysunąć kontrargument, że istotną różnicą pomiędzy KKK, IRA, OWP, zwykłym tłumem a państwem jest to, że te pierwsze nie są „oficjalne” ani „legalne”. Pomijając koncept common law, prawa zwyczajowego, legalność jest uznaniowa. Poza gruntem prawa zwyczajowego jedynym rozróżnieniem pomiędzy „prawami” rządu a poczynaniami „ad hoc” nieformalnych zgromadzeń, takich jak tłum lub bardziej formalnych grup w rodzaju KKK, jest siła, jaką dana grupa potrafi zmobilizować dla narzucenia swej woli innym.

Prawa nazistowskich Niemiec i ZSRS uchodzą dziś powszechnie za przestępcze fantazje urzeczywistnione na wielką skalę. Ale w czasach, gdy reżimy te miały władzę, darzono je takim samym respektem jak każdy inny system prawny.

Państwa stają się legalne czy też oficjalne zdobywając władzę. Fakt, że każde państwo powstało w oparciu o rażące łamanie prawa swojego poprzednika – wojnę lub rebelię – rzadko stanowi problem. Siła jest istotą państwa. Posiadanie monopolu na siłę sprawia jednak, że terytorium jest niemal niezbędne, zaś utrzymanie kontroli nad terytorium uważa się za test na skuteczność rządu. Czy jakakolwiek organizacja „terrorystyczna” byłaby bardziej „legalna”, gdyby miała własny kraj? Zdecydowanie. Czy tym samym stałaby się mniej nienawistna i zbójecka? Nie, jak pokazuje przykład większości współczesnych państw świata  – zwłaszcza postkomunistycznych oraz kleptokracji Trzeciego Świata. Rządy bywają znacznie bardziej niebezpieczne od tłumów dających im początek. Znakomicie ilustruje tę tezę jakobiński reżim w rewolucyjnej Francji.

Rousseau, chyba jako pierwszy spopularyzował bujdę o powstaniu państwa, nauczaną dziś na lekcjach wiedzy o społeczeństwie. Głosi ona, że ludzie zebrali się i racjonalnie wymyślili koncepcję państwa jako sposobu rozwiązania problemów, z jakimi mieli do czynienia. Tymczasem rząd Stanów Zjednoczonych był pierwszym sformowanym w sposób mający cokolwiek wspólnego z ideałem Rousseau. Nawet wówczas daleko mu było do jednomyślnego poparcia ze strony trzech milionów kolonistów, których rzekomo reprezentował. W końcu rząd Stanów Zjednoczonych wyrósł z nielegalnego spisku w celu obalenia i zastąpienia istniejącego rządu. Nie ma wątpliwości, że jego rezultat był o rząd wielkości lepszym projektem państwa niż jakikolwiek opracowany wcześniej.

Większość amerykańskich Ojców Założycieli wierzyła, ze głównym zadaniem państwa jest ochrona poddanych przed inicjacją przemocy przez kogokolwiek, w tym i samo państwo. Uczyniło to rząd Stanów Zjednoczonych niemal unikalnym w dziejach. Ta właśnie koncepcja – a nie zasoby naturalne, mieszanka narodowościowa imigrantów ani szczęście – sprawiła, że Ameryka stała się modelowa.

Początek państwa nie ma oczywiście nic wspólnego z bajką Rousseau ani pochodzeniem Konstytucji Stanów Zjednoczonych. W najbardziej realistycznym scenariuszu, grupa wędrownych bandytów stwierdza, że życie stanie się łatwiejsze, jeżeli osiedlą się w konkretnym miejscu i po prostu będą opodatkowywać mieszkańców na określoną stawkę (czy raczej haracz) zamiast okresowo dokonywać najazdów i zabierać wszystko, z czym zdołają uciec. Nieprzypadkowo klasy rządzące mają wszędzie pochodzenie wojskowe. Rodziny królewskie to nikt inny jak skuteczni maruderzy, którzy początki swego bogactwa zakamuflowali romantycznymi legendami.

Nadawanie państwu romantycznej otoczki, upodabnianie go do zamku Camelota, zamieszkanego przez dzielnych rycerzy i dobrotliwych królów, przedstawianych jako szlachetnych i uszlachetniających brodaczy, pomaga ludziom zaakceptować ich jurysdykcję. Państwo, podobnie jednak jak większość rzeczy, ukształtowała jego historia. Chyba najlepiej ujął to Rick Maybury w książce Whatever Happened to Justice?:

(…) Zamek był nie tyle luksusowym pałacem, co komendą obozu koncentracyjnego. Obozy te, zwane feudalnymi królestwami, ustanowili barbarzyńcy, podbijając i niewoląc miejscową ludność. Kiedy taki zamek odwiedzisz, poproś, by ci pokazano nie tylko eleganckie sale i komnaty, ale też lochy i izby tortur. W zamku mieli siedzibę odziani w jedwab gangsterzy, okradający bezbronnych ludzi pracy. Król był „władcą”, bo miał w ręku pałę; rościł sobie „boskie prawo” do użycia siły wobec niewinnych. Fantazje o przystojnych książętach i pięknych księżniczkach są niebezpieczne; wybielają prawdę. Stwarzają u dzieci wrażenie, że władza polityczna to coś cudownego (…).

CZY PAŃSTWO JEST NIEZBĘDNE?

Prawie każdy zgadza się, co do agresywnej, nieuczciwej natury państwa. Było tak od niepamiętnych czasów; równie długo narzekano na polityków, tworząc satyry i szydząc z ich przywar. Niemniej prawie wszyscy to ignorują; większość nie tylko toleruje, ale wręcz aktywnie wspiera farsę opiekuńczego państwa. Jest tak, bo wielu wierzy, że państwo jest złem koniecznym (warto rozważyć szerszą kwestię, czy jakiekolwiek zło jest konieczne i czy cokolwiek koniecznego może być złem, ale to nie jest właściwe forum dla takiej dyskusji).

Tym, co (rzekomo) czyni państwo niezbędnym jest potrzeba ochrony przed innymi, jeszcze niebezpieczniejszymi państwami. Moim zdaniem można dowieść, że nowoczesna technika rozwiązuje kwestię tej funkcji. Jeden z najbardziej kłamliwych mitów odnośnie państwa głosi, że promuje ono porządek na swoim terenie, powstrzymuje różne grupy przed ciągłą wojną ze sobą nawzajem i w jakiś sposób tworzy wspólnotę i harmonię. W istocie jest wręcz przeciwnie. Nie ma żadnego kosmicznego imperatywu, który nakazywałby różnym ludziom powstać przeciwko sobie – o ile nie są zorganizowani w ugrupowania polityczne. Znakomitego przykładu dostarcza Bliski Wschód, najbardziej żyzny grunt dla nienawiści na świecie.

Muzułmanie, chrześcijanie i żydzi żyli pokojowo w Palestynie, Libanie i Afryce Północnej przez setki lat, zanim po pierwszej wojnie światowej ich sytuacja została upolityczniona. Do tego momentu pochodzenie i wierzenia jednostki były jej osobistymi atrybutami, a nie casus belli. Państwo istniało w najłagodniejszej formie, jako mało skuteczna dokuczliwość, zajmując się głównie wymuszaniem podatków. Ludzie zajmowali się najmniej szkodliwą ze wszystkich czynności: zarabianiem pieniędzy.

Polityka nie zajmuje się jednak ludźmi, jako jednostkami. Grupuje ich w partie i narody.

W sposób nieunikniony któraś z grup w końcu wykorzystuje władzę państwa (z początku nawet robi to „niewinnie” lub „sprawiedliwie”), żeby narzucić pozostałym własne wartości i pragnienia, co, jak łatwo przewidzieć, przynosi niszczycielskie skutki. To, co w przeciwnym razie stanowiłoby interesujący kalejdoskop ludzkości, układa się po liniach najmniejszego wspólnego mianownika dla danego czasu i miejsca. Czasem oznacza to podziały religijne, jak w przypadku muzułmanów i hindusów w Indiach albo katolików i protestantów w Irlandii; albo narodowościowe, jak z Kurdami i Irakijczykami na Bliskim Wschodzie bądź Tamilami i Syngalezami na Sri Lance; czasem głównie rasowe, jakie odkryli w Afryce biali i Hindusi w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku czy Azjaci w Kalifornii w latach siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku.

Bywają podziały czysto polityczne, o czym w bliższych nam czasach przekonali się Argentyńczycy, Gwatemalczycy, Salwadorczycy i inni mieszkańcy Ameryki Łacińskiej. Czasem rzecz sprowadza się do osobistych przekonań, jak dowiodła era maccartyzmu w latach pięćdziesiątych czy procesy w Salem w latach dziewięćdziesiątych siedemnastego wieku. Przez całą historię państwo służyło organizowaniu nienawiści i opresji, nie przynosząc korzyści nikomu poza tymi, którzy byli dość ambitni i bezlitośni, by je opanować. Nie oznacza to wcale, że państwo od czasu do czasu nie pełniło żadnych pożytecznych funkcji. Role te mógłby jednak znacznie lepiej spełnić rynek.

Pierwszy krok do rozwiązania problemu to przestać go czynnie wspierać.

(…)  Wielu Amerykanów intuicyjnie zorientowało się, że państwo stanowi problem i przestało głosować. Wielu ludzi nie głosuje, co najmniej, z pięciu powodów:

 

  1. Głosowanie w wyborach politycznych jest nieetyczne. Proces polityczny polega na zinstytucjonalizowanym przymusie i sile; jeśli się na to nie zgadzasz, nie powinieneś w tym uczestniczyć, nawet pośrednio;
  2. Głosowanie pozbawia cię prywatności. Dodaje twoje nazwisko do jeszcze jednej państwowej bazy danych;
  3. Głosowanie, podobnie jak wpisanie się na listę wyborców, wymaga przebywania w urzędach i zadawania się z biurokratami niskiego szczebla. Większość ludzi potrafi zrobić ze swoim czasem coś znacznie przyjemniejszego lub bardziej produktywnego;
  4. Głosowanie zachęca polityków. Głos przeciw jednemu kandydatowi – ważna i dość zrozumiała przyczyna, dla której wiele osób głosuje – zawsze jest interpretowany jako głos na jego przeciwnika. Nawet jeśli głosujesz na mniejsze zło, pozostaje ono złem. Jest to równoznaczne z daniem kandydatowi cichego przyzwolenia na narzucanie własnej woli społeczeństwu.
  5. Twój głos się nie liczy. Politycy lubią twierdzić, że się liczy, ponieważ zaangażowanie wszystkich jest dla nich korzystne. Statystycznie rzecz biorąc, jeden głos pośród dziesiątek milionów ma niewiele więcej znaczenia niż pojedyncze ziarnko piasku wpływa na wygląd plaży. Nie wspominając już o tym, że oficjele oczywiście robią co zechcą, nie to, czego ty chcesz, gdy tylko obejmą urząd.

Niektóre z tych myśli mogą sprawiać wrażenie nieco „niepatriotycznych”; z pewnością nie takie są moje intencje. Niestety nawet Ameryka nie jest już tym, czym była kiedyś. Stany Zjednoczone wyewoluowały z kraju wolnych obywateli i siedlisko ludzi mężnych w coś bliższego krajowi zasiłków i sądowych pieniaczy. Bardzo libertariańskie idee, na jakich zbudowano Stany Zjednoczone, zostały całkowicie wypaczone. Ojcowie Założyciele przeprowadziliby drugą rewolucję przeciwko temu, co dziś uchodzi za tradycję.

Ten przykry, niekiedy straszny stan rzeczy stanowi jeden z powodów, dla których niektórzy podkreślają wagę przyłączenia się do procesu, do „pracy w ramach systemu” i „wyrażenia opinii”, by powstrzymać czarne charaktery. Ludziom wydaje się, że rosnąca liczba wyborców poprawi jakość ich wyborów. Argument ten przekonuje wielu uczciwych obywateli, którzy w przeciwnym razie nie marzyliby nawet o przymuszaniu swych sąsiadów do udziału w procesie politycznym. Wzmaga on jednak tylko władzę polityków i rządzących, dając uzasadnienie ich istnieniu i tym samym czyniąc ich potężniejszymi.

Oczywiście każdy, kto się angażuje, coś na tym zyskuje, czy to psychologicznie, czy finansowo.

Polityka daje ludziom poczucie przynależności do większej całości, ma więc szczególny powab dla tych, którzy nie są z siebie zadowoleni.

Zadziwia nas entuzjazm okazywany Hitlerowi na gigantycznych wiecach, ale czy tu i teraz sprawy mają się inaczej? Co prawda, nic nie zdarza się dwa razy, ale bezmyślne rzucanie sloganów, kult jednostki i pewność mas, że „ich” kandydat poprawi ich życie jest identyczna. A jeśli nawet wybrany kandydat im nie pomoże, przynajmniej zadba, by inni nie dostali za wiele. Polityka to zinstytucjonalizowana zawiść, głosząca: „masz rzecz, którą chcę, jeśli jej nie dostanę, zabiorę ci. Jeśli nie dostanę, zniszczę ją, żebyś też jej nie miał”.

Udział w polityce to bankructwo etyczne.

Klucz do przekonania wyborców i sponsorów tkwi w mówieniu ogólnikami tak, by brzmiało to konkretnie i stwarzało wrażenia szczerego i troskliwego, ale zdecydowanego. Mdłych, sprzedajnych partyjnych cwaniaczków można przerobić na kandydatów dających się zaakceptować. Ludzie lubią się oszukiwać, że głosują na „człowieka” albo „idee”. Mało która „idea” stanowi jednak więcej niż slogan w ładnym opakowaniu. Głosowanie „na człowieka” też nie pomaga wiele, bo kandydaci są staranniej wyuczeni i wyćwiczeni niż jakikolwiek zawodowy aktor.

Dzisiaj jest to zapewne bardziej prawdziwe niż kiedykolwiek, bo wybory wygrywa się w telewizji, zaś telewizja nie jest dobrym miejscem do wyrażania skomplikowanych koncepcji i filozofii. Sprzyja sloganom i wygadanym osobnikom o aparycji i elokwencji prezenterów teleturnieju. Ludzie z naprawdę „nowymi ideami” nawet nie marzą o wprowadzeniu ich do polityki, bo wiedzą, że idei nie da się wyjaśnić w sześćdziesiąt sekund.

Nie proponuję, by ludzie odcięli się od swoich społeczności, grup towarzyskich czy innych dobrowolnych organizacji; wręcz przeciwnie, te ich relacje stanowią krwiobieg społeczeństwa. Ale proces polityczny ani państwo nie są synonimami społeczeństwa ani nawet go nie uzupełniają.

Państwo jest katem społeczeństwa.

Douglas Robert Casey Inwestowanie w trudnych czasach

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *