Rzetelność bankiera

chat-dymki
0

imagesCezary Stypułkowski prezes zarządu mBanku w tekście: „Odpowiedź bankowca”       (http://dyskusja.biz/finanse/odpowiedz-bankowca-55496) informuje i wyjaśnia:

„W przypadku mBanku źródłem finansowania kredytów frankowych niemal w 100 proc. były pożyczki i kredyty zagraniczne. To oznacza, że wskutek aprecjacji franka o mniej więcej tyle samo wzrosła przeliczona na złote równowartość udzielonych kredytów frankowych oraz zobowiązań banku z tytułu zaciągniętego finansowania.” W związku z tym ” banki nic nie zyskały na aprecjacji franka.” Jeśli tak rzeczywiście postępowały banki udzielające polskim kredytobiorcom kredytów hipotecznych denominowanych w walutach zagranicznych a wypłacanych w polskich złotówkach to, aby bank mógł otworzyć u siebie rachunek depozytowy dla kredytobiorcy np. na 200 000 zł, powinien przy obowiązującym wówczas kursie złotego do franka wpłacić do NBP 100 000 franków, aby w zamian otrzymać 200 000 zł.
Przy 5,5 punktu procentowego różnicy pomiędzy stopami oprocentowania kredytów w złotówkach i we frankach, jaka występowała w okresie największego popytu na kredyty frankowe, mogło się więc kredytobiorcom wydawać, że banki udzielając takich kredytów, stały się po prostu instytucjami charytatywnymi. Dlatego „Kredytobiorcy zamiast zadłużać się w Polsce na ponad 6% rocznie plus marża banku, zaczęli pożyczać pieniądze od Szwajcarii, oprocentowane na zaledwie 0,25% plus marża banku. Wraz z odpływem kapitału ze Szwajcarii zaczęła rosnąć jego cena w tym kraju. Stopa procentowa odzwierciedla bowiem poziom równowagi pomiędzy poziomem oszczędności i inwestycji w danej gospodarce. Odpływ oszczędności powodował spadek notowań szwajcarskiej waluty i wzrost oprocentowania.

W połowie 2007 roku różnica pomiędzy oprocentowaniem kredytu w PLN i CHF spadła do zaledwie 2,25 punktu procentowego z początkowych 5,5 punktów (Wykres 1). To pokazuje dlaczego kredyty w CHF były tak atrakcyjne w latach 2004 – 2008.”(https://strefainwestorow.pl/artykuly/20160122/kredyty-we-franku-szwajcarskim-historia-prawdziwa ). Gdyby faktycznie wówczas polscy kredytobiorcy „pożyczali pieniądze od Szwajcarii”, to byłaby to rzeczywiście akcja charytatywna inicjujących i pośredniczących w niej banków.  Banki niewiele na niej by zarabiały, natomiast mocno dynamizowałyby rozwój polskiej gospodarki. Dlaczego więc zaangażowały się w udzielanie kredytów w polskich złotych ale denominowanych w szwajcarskich frankach? A no dlatego, bo wcale nieprawdą jest, jak to przekonuje Cezary Stypułkowski, że „źródłem finansowania kredytów frankowych niemal w 100 proc. były pożyczki i kredyty zagraniczne.”

pobrane

Przede wszystkim należy wyjaśnić, jak to jest możliwe, że zagraniczne banki mogły udzielać polskim kredytobiorcom kredyty w polskich złotówkach i tylko formalnie denominowanych w szwajcarskich frankach. Otóż każda gospodarka, która znajduje się w fazie wzrostu, wytwarza nadwyżkę podaży towarów w stosunku do wartości popytu określonego przychodami/dochodami otrzymywanymi z realizowanych procesów, w których są wytwarzane i dostarczane na rynek towary . Właśnie na tę nadwyżkę banki handlowe kreują kredyty oraz emitują pieniądz kredytowy pod tzw. częściowe pokrycie w posiadanej rezerwie kapitału płynnego, czyli pieniężnego. Wysokość tej rezerwy określa bank centralny w zależności od stopnia płynności na rynku pieniężnym. Jeżeli popyt na pieniądz jest wysoki, a jego podaż jest ograniczona, to częściową rezerwę pod kreację kredytowego pieniądza bank centralny określa na bardzo niskim poziomie, nawet do wysokości 4-5 procent. Bank zagraniczny działający w Polsce, aby emitować kredytowe złotówki nie musi posiadać rezerw w polskiej walucie; wystarczy, że ma odpowiednią wartość wolnych rezerw w walucie swego kraju. A nawet jeśli nie ma takich rezerw, to może je pożyczyć w NBP np. pod zastaw papierów dłużnych emitowanych przez polski rząd na pokrycie deficytowych wydatków budżetowych, które bank ten wcześniej kupił i udzielił w ten sposób polskiemu rządowi kredytu. Po prostu wcześniej to bank zagraniczny udzielił polskiemu rządowi kredytu, a teraz polski bank centralny udziela kredytu temu bankowi, aby mógł on z kolei udzielać dalszych kredytów polskim podmiotom gospodarczym, gospodarstwom domowym oraz również rządowi.

Gdy bank handlowy udziela kredytu pod częściowe pokrycie kapitałem własnym czy pożyczonym i emituje na tej podstawie pieniądz kredytowy w złotówkach i niezależnie w jakiej walucie obcej kredyt ten jest nominowany, zawsze bank ten przywłaszcza sobie nadwyżkę podaży, która jest wytwarzana przez wszystkich tych członków danej społeczności, które są zaangażowane w procesach produkcji. Przywłaszczoną przez udzielone kredyty nadwyżkę podaży banki komercyjne, zarówno o kapitale zagranicznym jak i krajowym, traktują jako kapitał własny i pobierają stosowne oprocentowanie, które jest w większości kapitalizowane i dlatego powoduje systematyczne narastanie długów prywatnych i publicznych (państwowych). Ponadto fakt, że banki komercyjne mają prawo kreowania kredytów na poczet upłynniania nadwyżki podaży i w ten sposób przywłaszczania społecznego kapitału, umożliwia im z realizowanego oprocentowania od tego kapitału płacenia dla kadry kierowniczej wysokich, dużo wyższych od przeciętnych wynagrodzeń oraz wielomilionowych a nawet miliardowych bonusów!

Jeżeli nawet, jak to stara się dowodzić Cezary Stypułkowski źródłem kredytów we frankach „były pożyczki i kredyty zagraniczne”, to na pewno nie w 100 proc., a jedynie w tzw. rezerwie cząstkowej. Natomiast cały wypożyczany polskim kredytobiorcom kapitał, był po prostu upłynnianą, nadwyżką podaży, jaką wtedy wytwarzała i nadal wytwarza dynamicznie rozwijająca się gospodarka polska. Udzielając  kredytów w walucie polskiej i formalnie denominowanych we frankach banki w ten sposób przywłaszczyły sobie polski kapitał. Teraz, gdy kurs franka w stosunku do złotego wzrósł dwukrotnie, żądają, aby polscy kredytobiorcy pomnożyli im ten kapitał jeszcze dwukrotnie. Uważam, że Komisja Nadzoru Finansowego powinna sprawdzić, czy rzeczywiście udzielane „kredyty frankowe” miały 100 proc. czy tylko cząstkowe pokrycia we frankach! Sądzę miał miejsce tylko ten drugi przypadek, bo ten pierwszy nie byłby dla banków żadnym interesem, a wręcz stratą!

Leon Orlikowski

 

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *