Trump. Prezydent Biznesmen (I)

chat-dymki
0

Prezydent: Biznesmen

Ostatnich 10 prezydentów Stanów Zjednoczonych udało mi się wytypować bezbłędnie.  Teraz też wierzę w szczęśliwą gwiazdę mego faworyta.

Logika wyborców

Począwszy od prezydenta nr 35. Johna Kennedy’ego (1960), prawidłowo odczytywałem logikę amerykańskich wyborców. Wytypowałem „trafnie” nawet prezydenta, który formalnie wyborów nie wygrał: mam na myśli Al Gore’a. Do dziś mam wątpliwości, co do sposobu, w jaki George W. Bush został gospodarzem Białego Domu. I chociaż wtedy, w listopadzie 2000 roku poleciałem na ochotnika do Tallahasse liczyć głosy, które pomogły mu pokonać Gore’a, z perspektywy czasu wolałbym, żeby zwyciężył największy ekologiczny krętacz XXI wieku, niż farbowany konserwatysta, jeden z najgorszych prezydentów w dziejach USA; człowiek, który nieodpowiedzialnymi wojnami i „ratowaniem” gospodarki przed kryzysem przyspieszył zjazd Stanów Zjednoczonych po równi pochyłej.

W typowaniu zwycięzców opierałem się na kryterium najprostszym: wyobraziłem sobie, co w kwestii kandydata na prezydenta myśli przeciętny Amerykanin. Dzisiaj dobrze wiem, że nie było to kryterium najszczęśliwsze, ale liczy się przecież skuteczność. Oto moje typy:

  1. Kennedy – wygrał, bo był przystojny i był faworytem zwykłego Joe Doe.
  2. Johnson – został z automatu spadkobiercą Kennedy’ego.
  3. Nixon, ponieważ w czasach kryzysu naftowego potrzebny był ktoś twardy,

doświadczony.

  1. Ford z automatu zastąpił pohańbionego Nixona.
  2. Carter – był pacyfistyczną odpowiedzią Ameryki zmęczonej okrucieństwami wojny w Wietnamie.
  3. Reagan, to mocny człowiek, który postawił na Amerykę, posprzątał bałagan po słabym, choć sympatycznym Carterze;
  4. George H.W. Bush (ojciec) był dziedzicem wspaniałej ery Reagana.
  5. Clintona wybrali hippiesie, którzy właśnie doszli do głosu.
  6. George W. Bush (syn) – w obu kadencjach był konserwatywnym odreagowaniem przez Amerykę, w pierwszej, obscenicznego Clintona, potem libertynów spod znaku jednopłciowych małżeństw.
  7. Obama to poważny flirt USA z socjalizmem, zapoczątkowany pod pretekstem

tolerancji rasowej zbudowanej na rapie i muzyce hip hop.

Z 45. prezydentem sprawa nie jest już taka prosta, i chociaż jestem przekonany, że znowu zwycięży[1]mój osobisty faworyt, czyli Donald J. Trump, polskiemu Czytelnikowi mamionemu przez lewicowe media narodowe i nienarodowe należy się w tej kwestii pewne wyjaśnienie.

images-1

Trump a sprawa polska

Co nas, Polaków obchodzi Donald Trump? Co my będziemy z niego mieć? – spytał mnie kilka dni temu przyjaciel. Myślę, że podobne pytanie postawić może większość obywateli Polski.

Sam Donald J. Trump, budowniczy, inwestor, ambitny biznesmen może i znaczy niewiele, choć pewnych ludzi na pewno interesuje i on. Pamiętajmy jednak, że przynajmniej od końca II wojny światowej, a na pewno od czasów Reagana jesteśmy ze Stanami Zjednoczonymi niejako „spowinowaceni”. Gdy Ameryka kicha, Polska ma grypę. Gdy ma się ona lepiej, lepiej mamy się i my.

Trump to nie jest polska bajka, my nie lubimy ani bogatych, ani samowystarczalnych. Chcielibyśmy żyć ich życiem, ale gdy nas na to nie stać, szczerze ich nienawidzimy. Widać to chociażby po reakcji naszych mediów na kandydaturę Donalda Johna Trumpa. Polskie publikatory piszą o kandydacie Republikanów dwojako: źle, albo bardzo źle. Chociażby z tego powodu książka ta powinna być okazją do skonfrontowania, w jakim stopniu prasa, radio czy tv robią z nas (a właściwie z siebie) balona.

Co ciekawe, szablon, wedle którego przebiega charakterystyka republikańskiego kandydata na prezydenta jest właściwie jeden, bez względu na to, czy chodzi o tzw. obóz liberalny, czy narodowy i „prawicowy”, wszyscy jak w dym popierają p. Clintonową. Dlaczego? Bo ona pasuje do nas: obiecuje wyborcom programy socjalne, kłamie, pochyla się nad tzw. biednymi, żyje z establishmentu, no i jest słabą kobietką. Co innego, Trump, który apeluje by zakasać rękawy i wziąć się do pracy, bez względu na to, czy jest się biednym czy bogatym. Takich ludzi nigdzie się nie lubi, zwłaszcza gdy – jak on – prowadzą duży biznes, są zamożni, a do sukcesu doszli własną pracą.

O ile jednak w Stanach Zjednoczonych, w miarę zbliżania się 8 listopada 2016, o Trumpie pisze się czy mówi coraz mniej napastliwie, a niekiedy wręcz zaczyna pisać pozytywnie, o tyle w Polsce Trump do dzisiaj (10 września 2016) jest uważany za dopust Boży.

– Zamiast wypatrywać takiego człowieka nad Wisłą – mówi mgr Edyta Malinowska, pracownik samorządowy, która wielokrotnie pracowała w sztabach wyborczych różnych ugrupowań, różnych szczebli – nasi publicyści prześcigają się w krytyce biznesmena. Tym, co ich drażni najbardziej jest jego zamożność i niezależność.

Piotr Kraśko w Dzień Dobry TVN siecze Trumpa bezlitośnie: On robi eksperyment na narodzie amerykańskim. Może być tak, że mroczne czasy nadchodzą. Nie wierzę w to, że ktoś, kto wybudował taką korporację, byłby kompletnym szaleńcem. Myślę, że to gra pod publiczkę. Zawładnął umysłami Amerykanów…Straszeniu Polaków Trumpem nie towarzyszą  argumenty, czy fakty: Eksperyment? Jaki eksperyment? Dlaczego aż taki straszny? I jak udało mu się kimkolwiek zawładnąć? Ani słowa wyjaśnienia. W ten sposób, panie redaktorze, to się dzieci straszy.

      Publicysta telewizji śniadaniowej, Marcin Prokop, nie ujmując Trumpowi talentów i skuteczności, porównuje go bez zastanowienia do…..Andrzeja Leppera. To tak jakby porównać Katarzynę Cichopek z Meryl Streep.

Perspektywą zwycięstwa miliardera straszy w audycji TOK FM, nieukrywający swej dezaprobaty dla kandydatury Trumpa, a może nawet nią przerażony, red. Jacek Żakowski.

– To człowiek, który już teraz podzielił Amerykę, a szczególnie Partię Republikańską. Spośród najważniejszych przedstawicieli republikanów jest tylko jedna osoba, która go popiera, wszyscy inni są absolutnie przerażeni perspektywą jego zwycięstwa – tyle ma do powiedzenia o Trumpie prowadzący program tv ONET, liberalny Tomasz Lis, redaktor naczelny polskiej edycji amerykańskiego Newsweeka.

Nawet prof. Zbigniew Lewicki, amerykanista z UKSW, człowiek zdawałoby się znający amerykańską scenę polityczną daje na łamach Polsat News dowody swej stronniczości, nazywając Trumpa „tragedią dla świata pokoju”. W wywiadzie dla TVN 24 mówi wręcz: „Każdy, tylko nie Trump! Na szczęście – dodaje prof. Lewicki – Trump wyborów nie wygra”.

Chętnie bym się z profesorem założył. I to o grube pieniądze. Obawiam się jednak, że prof. Lewicki takich pieniędzy nie ma i być może właśnie stąd wypływa jego niechęć do kandydata, którą – o dziwo! – uzasadnia jego perfidnym talentem przedsiębiorczym, umiejętnościami przywódczymi, ciężką pracą i zajmowaniem się sprawami bolesnymi dla z zwykłych ludzi.

Taka mimowolna niekonsekwencja charakteryzuje większość ludzi owładniętych demonem poprawności politycznej, wiernością skompromitowanym ideałom lewicy, a przede wszystkim zwykłą zawiścią będącą fundamentem socjalizmów, demokracji i innych kolektywizmów. Niezbadane są meandry podziału ideologicznego w Polsce. Rację ma prof. Balcerowicz mówiąc, że mamy w kraju dwie lewice; prawicową, i lewicową. Obie one  umiłowały sobie kokietowanie miernot i słabeuszy, z równoczesnym atakowaniem ludzi przedsiębiorczych, dzięki czemu nieudaczni politycy czują się potrzebniejsi, a tym samym lepsi. Na pewno rację ma Malinowska mówiąc, że zwykły Kowalski nie ma świadomości, iż w Polsce do władzy pchają się przeważnie ludzie bez pieniędzy, bez pomysłu na siebie, pozbawieni wyobraźni, a co gorsza bez wiedzy i doświadczenia. Czy to jest jedyny powód, dla którego perspektywa prezydenta – miliardera tych ludzi drażni?

Z niechęci do bogatych – pisze Ludwig von Mises[2] – ludzie wolą rządy miernot gwarantujących wszystkim powszechną równość w biedzie i socjalizmie niż perspektywę wolności dającej chętnym i pracowitym niemal nieograniczone szanse zdobycia bogactwa.

Świadectwem takiej postawy są rezultaty ostatnich polskich wyborów parlamentarnych i prezydenckich, po których Polska zawróciła z drogi do kapitalizmu i wraca powoli do PRL.

Jan M Fijor

Na prośbę Czytelników zamieszczamy powyższy fragment książki Donald Trump Prezydent Biznesmen.

pobrane

Wielu ludzi sądzi, że mam z mediami jakiś tajemny pakt. Może i mam, czasami, jednakże ktoś, kto wierzy, że potrafię wykorzystać media dla swoich celów, jest w błędzie. Prasy nie da się wykorzystać w taki sposób. Jest na to za duża, zbyt obszerna. Dla mnie najważniejsza jest budowa odpowiedniej relacji z dziennikarzami, z reporterami – znam wielu, których szanuję. W grupie najwartościowszych ludzi, jakich znam, jest masa dziennikarzy. Są uczciwi, przyzwoici, pracowici – własną postawą i pracą przynoszą zaszczyt swej profesji. Jeśli coś mi nie wyjdzie, jeśli popełnię błąd – piszą o tym dokładnie, uczciwie, tak jak było. Nie mam z tym żadnego problemu. To moje błędy mnie drażnią, a nie pisanie o nich.

Moim zdaniem często zdarza się jednak, że w stosunku do ludzi takich jak ja, czy w odniesieniu do spraw, o których piszą, media nadużywają swojej władzy. Kluczowym słowem jest w tej kwestii dokładność, rzetelność. W dziennikarstwie, tak jak w każdej innej profesji, spotkać można ludzi, którzy nie przynoszą swojej pracy zaszczytu. Ta zasada dotyczy całej prasy, bez względu na pozycję, jaką zajmują w niej poszczególni ludzie. Zacnych ludzi spotkałem na wszystkich szczeblach medialnej machiny; łobuzów napotykałem na najwyższym, ale i na najniższym etapie „łańcucha pokarmowego”. Były wśród nich prawdziwe kanalie. Ludzie okropni, nieuczciwi, dla których kłamać w żywe oczy było niczym splunąć. Piszę o tym, żeby zwrócić uwagę, iż to nie tylko brak kompetencji był powodem nierzetelności ich przekazu.

Wizja, jaką wykreowałem za pośrednictwem mediów, pozwoliła mi zbudować jedną z najbardziej luksusowych marek w świecie. Ludzie kupują wybudowane przeze mnie apartamenty, kupują mój szyld, korzystają ze zbudowanych przeze mnie pól golfowych, ponieważ wiedzą, że skoro opatrzyłem te przedsięwzięcia swoim znakiem firmowym, jest to produkt najwyższej klasy. Jak myślicie, dlaczego sieć NBC zdecydowała się nadawać mój program Praktykant (The Apprentice)? Zrobili to, ponieważ sam siebie uczyniłem najlepszym kandydatem do tego programu, kreując się na potężnego i twardego pracodawcę. W efekcie powstał jeden z najpopularniejszych programów w dziejach telewizji. Jestem jedynym szefem na świecie, który wspiera swoich pracowników, wyrzucając ich z pracy.

Prawda czasami boli, często jednak jest to jedyny sposób, aby poprawić swoje życie. Wielu widzów zwierzało mi się, że dzięki oglądaniu tego programu nauczyli się, w jaki sposób lepiej pracować, a w konsekwencji – nie stracić pracy.

Krytyka mi nie przeszkadza. Ludzie uważają, że jestem przewrażliwiony, ale to nieprawda. Skórę mam grubą. Mam piękną i cudowną żonę. Mam miliardy dolarów. Moje dzieci są wyjątkowo inteligentne, nauczyły się pracować ze mną. Na moim biurku piętrzy się sterta wielkich projektów, które czekają na realizację. Na każdym kroku napotykam ludzi, którzy entuzjastycznie wierzą w to, że nasz kraj stanie się liderem. Czy w takiej sytuacji mogę obawiać się krytyki? Przecież mnie ona nie rani. Mam władzę, mam pieniądze, nadszedł właściwy czas, aby pomóc ludowi odzyskać głos, aby ten głos był słyszalny. I robię to, aby ponownie uczynić nasz kraj najpotężniejszym.

Nie tak znów dawno temu wielu mędrców i tak zwanych autorytetów pytało mnie, czy ja to robię na poważnie. Moim zdaniem to było źle postawione pytanie. Prawidłowe pytanie powinno brzmieć: czy ja na poważnie chcę lepszej przyszłości dla swojego kraju? Wtedy odpowiedziałbym: w moim życiu nigdy nic nie było dla mnie poważniejsze.

W wyścigu o jak najlepsze wyniki oglądalności każdy program medialny stara się być na ustach wszystkich. Problem w tym, że w tej pogoni za statystykami często nie wykonuje on dobrej roboty. Nie dba się w nim o właściwe informowanie widzów, słuchaczy, czytelników, zamiast tego gra się w jakąś grę: „Mam cię!”.

Jak już wcześniej stwierdziłem, niektóre media polityczne nie są uczciwe. Prawda ich nie interesuje. Cytują sformułowania wyrwane z kontekstu. Nie zależy im wcale na tłumaczeniu tego, co w danej chwili miałem na myśli. Wiedzą, co powiedziałem; wiedzą, w jakim kontekście to powiedziałem; zmanipulują czy zinterpretują jednak moją wypowiedź tak, aby znaczyła coś innego.

Przypomniałem sobie o tym postępowaniu 16 czerwca 2015 roku, kiedy w Nowym Jorku ogłaszałem swą wolę kandydowania na prezydenta. W czasie tej deklaracji mówiłem obszernie o wielu różnych problemach. Wymieniłem długą listę spraw, z którymi musimy się zmagać: nielegalna imigracja, bezrobocie, kurczący się PKB, starzejący się arsenał nuklearny, czy terroryzm islamski. Omówiłem wszystko z osobna. A na czym skupiły się media? Na moich słowach o Meksyku – że przez południową granicę przysyła do nas swój „najgorszy sort” ludzi. „Wysyłani są ludzie z problemami, z wieloma problemami – powiedziałem – i ci ludzie przynoszą swe problemy do nas”.

Potem usłyszałem, że wszyscy imigranci są kryminalistami. Ja tego nie powiedziałem, ale mediom lepiej się tak komponowało. Dzięki temu mieli krzykliwe nagłówki. Powiedziałem tylko, że pośród nielegalnych przybyszów z Meksyku jest wielu złych ludzi: są wśród nich gwałciciele, handlarze narkotyków, amatorzy życia na socjalu, czyli na koszt amerykańskich podatników, musimy więc zrobić wszystko, aby uszczelnić nasze granice przed takimi „nielegalnymi” ludźmi.

Ci, którzy mnie znają, dobrze wiedzą, że nigdy w życiu nie obraziłbym Latynosów, czy jakąkolwiek inną grupę ludzi. Robię z Latynosami biznes. Całe życie mieszkam w Nowym Jorku, więc dobrze wiem, jak wspaniała jest latynoska kultura i sami ludzie. Wiem, ile dobrego ludzie ci zrobili dla naszego kraju. Przez lata swojej działalności zatrudniam ciężko pracujących Latynosów. Mam dla tych ludzi wielki szacunek, ale o tym media nie donoszą.

Media wolą pisać, że TRUMP NAZYWA IMIGRANTÓW KRYMINALISTAMI, albo: TRUMP NAZYWA MEKSYKANÓW GWAŁCICIELAMI!

Totalne szaleństwo.

Jednym z problemów, jakie mają ze mną polityczne media, jest to, że ja się ich nie boję. Inni płaszczą się, błagają o atencję – ja nie. Ludzie podzielają moje idee. Wystarczy, że na okładce magazynu pokaże się moja twarz, a sprzedaż rośnie. Podobnie jest z programami telewizyjnymi: przyciągam znacznie więcej widzów niż zwykłe programy. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że wzrost poczytności czy oglądalności media osiągają poprzez krytykowanie MNIE.

Amerykanie zaczynają ten fenomen rozumieć. Widzą, że wiele mediów o charakterze politycznym nie stara się przekazać ludziom rzetelnego obrazu najważniejszych spraw, które ich dotyczą. Zamiast tego robią wszystko, żeby ludźmi i wyborami manipulować, opowiadając się za kandydatem, którego akurat popierają. Te firmy medialne są w rękach miliarderów. To nie są głupi ludzie. Oni dobrze wiedzą, który z kandydatów przyda im się w medialnym biznesie; wiedzą też, w jaki sposób wesprzeć osobę, którą akurat chcieliby widzieć na urzędzie.

Nie jestem nawet w stanie oszacować, ile razy media ze mną rozmawiały, ile razy, i ilu ludzi przeprowadzało ze mną wywiady. Nie wiem nawet, na ilu okładkach ilu magazynów znalazła się moja podobizna.

Nie tak dawno odbyłem rozmowę z gospodarzem konserwatywnego programu radiowego, Hugh Hewittem. Nazwał ją „najlepszym wywiadem w Ameryce”. Oto, co się wtedy wydarzyło.

W trakcie programu prowadzący zadał mi serię pytań dotyczących irańskiego generała i różnych przywódców terrorystycznych. „Zastanawiam się, kto będzie kolejnym dowódcą, stąd chcę się zorientować, kim jest Hassan Nasr Allah, Zawahiri, al-Julani, al-Baghdadi. Czy znasz kogoś, kogo jeszcze nie wymieniłem?”.

Co za idiotyczne pytanie! Nie uważam, żeby znajomość nazwisk wszystkich przywódców ugrupowań terrorystycznych, na rok przed wyborami, była testem moich kwalifikacji przywódczych. Tym bardziej że nie występowałem w „Wielkiej Grze”, czy innym quizie. Wszystkie pytania, jakie zadawał mi Hugh, były tego typu. Pominął on jednak niemal całkowicie kwestie dotyczące naszej polityki gospodarczej, czy propozycji reform systemu podatkowego – a więc spraw, na których skupiam się przez całe swoje życie. Zamiast tego stawiał mi pytania „teleturniejowe”. Po co? Aby mieć satysfakcję, że przyłapał mnie na ignorancji? Dowiódł tym samym, że potrafi wymówić prawidłowo kilka obco brzmiących nazwisk. Czy ktoś sądzi, że George W. Bush czy Barack Obama potrafiliby wymienić nazwiska przywódców wszystkich organizacji terrorystycznych? (Zakładając, że właśnie to byłby jakiś standard).

Mimo tych absurdów ludzie dostrzegają prawdziwy sens. Widzą, że mamy rzeczywiste problemy, że ja o nich mówię, że wiem, jak je naprawić, media zaś prowadzą swoje ograne sztuczki. Ostatecznie Hugh Hewitt okazał się fajnym facetem, który od czasu tamtego wywiadu wyraża się o mnie z uznaniem.

Każde pytanie, które padało podczas wspomnianej rozmowy, miało dowodzić, że oto zostałem przyłapany na niewiedzy. Na wszystkie z nich udzielałem najlepszych z możliwych odpowiedzi. Zdałem sobie sprawę, że za rok tych wszystkich ludzi może już nie być wśród żywych. Dodam przy okazji, że jeśli Ameryka nie stanie na wysokości zadania, to i z nami może być za rok nieciekawie.

Pozwolę sobie tutaj na pewną dygresję: ilekroć muszę się czegoś dowiedzieć, robię to. Kiedy zdecydowałem się na budowę najwspanialszego pola golfowego świata, w Aberdeen w Szkocji, nie znałem nazwisk wszystkich szkockich oficjeli, którzy wezmą udział w moim projekcie. Z chwilą gdy przystąpiliśmy do budowy, znałem każdą osobę, którą powinienem znać. Co więcej, z większością z nich spotkałem się osobiście. Zanim rozpocznę jakikolwiek projekt, dowiaduję się wszystkiego, co powinienem o nim wiedzieć. Dopiero wtedy uważam, że wiem, co powinienem uczynić, aby projekt realizowany był zgodnie z moimi wymogami. Posiadam przy tym silną grupę zarządców i dyrektorów, którzy wiedzą – co sugerują chociażby ich tytuły zawodowe – jak rządzić i kierować.

 

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *