Kim pan jest, Mr. Trump

chat-dymki
2

Kim pan jest Mr. Trump?

images-1

Moja słabość wobec Donalda Trumpa – wyznał mi Nick Giambruno, redaktor jednego z najbardziej znanych blogów ekonomicznych, InternationalMan.com –  bierze się stąd, że działa on na nerwy dużej liczbie osób, których uważam za swoich osobistych wrogów.

Wypisz wymaluj, moja sympatia wobec Donalda Trumpa ma dokładnie takie samo podłoże.

Przyznaję jednak, że jeszcze rok temu miałem wobec p. Trumpa mieszane uczucia. Imponowała mi jego przedsiębiorcza przebojowość, ogólna skuteczność działania, przede wszystkim jednak niechęć do poprawności politycznej i odwaga w głoszeniu poglądów powszechnie uznawanych za niepopularne.  Mimo to, przez długi czas uważałem, że człowiek ten nie jest wzorcem do naśladowania, zwłaszcza dla ludzi miłujących wolność, wolny rynek i kapitalizm. A kogoś takiego socjalizującej Ameryce teraz właśnie potrzeba. Znacznie wyżej od Trumpa ceniłem kongresmena, Rona Paula, czy innego przedsiębiorcę, Steve’a Forbesa. Uważałem, że jeśli już nadarza się sposobność, aby prezydentem Stanów Zjednoczonych został liberał czy libertarianin, niech nim zostanie któryś z nich, byle nie Donald Trump.

Mimo iż podobało mi się wiele z tego, co robił Trump, na przykład jego świetna książka, „The Art Of Deal” podziwiałem sposób, w jakim wystrychnął na dutka najpotężniejsze banki świata, z rad autora raczej nie korzystałem. Dlaczego? Wydawały mi się one jakieś nierealne, nieszczere, słowem: nie miałem do niego zaufania. Trump wyglądał mi na kogoś zbyt płytkiego, zbyt narcystycznego i samolubnego; ot, bufon, który szuka poklasku i popularności, aby mi miał pomagać w biznesie. Tak o nim wciąż myśli większość, która – tak jak to się zdarzyło mnie – uważa, że wszystko co pisze kandydat jest too good to be true[1].

Dlaczego tak myślą? Bo nie zadali sobie trudu poznania człowieka, o którym wiedzieli jedynie to, co im sączyły natrętne, stronnicze i nieprofesjonalne media.

Zdaniem establishmentu, a zwłaszcza mediów, krytykowanie i wyśmiewanie Trumpa jest w dobrym tonie. Kompletna aberracja, a jednak. Ja sam, po oglądnięciu kilku odcinków Praktykanta byłem programem zachwycony, a mimo to mówiłem o autorze, że „ignorant nie z mojej bajki”. Co zawiść potrafi zrobić z człowieka?! Na szczęście mnie minęło. Pamiętam nawet, w jakich okolicznościach to się odbyło.

Otóż, miało to miejsce 8 lipca 2015 roku, gdy Donald Trump, świeżo upieczony kandydat na prezydenta[2] Stanów Zjednoczonych pojawił się niezapowiedziany w salach Planet Hollywood w Las Vegas, gdzie odbywała się konferencja Freedom Fest, największe na świecie zgromadzeniu poświęcone problemom wolności, wolnego rynkowi i kapitalizmu. Mark Skousen, twórca i prezes Freedom Fest poprosił Trumpa o kilka słów. Już po 5 minutach tego ognistego wystąpienia wiedziałem, że facet, nie tylko ”może, ale i powinien zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych”. Czułem, że podniosły nastrój udziela się też pozostałym uczestnikom zgromadzenia. Początkowo niechętnie, z rezerwą, jakby ociągając się, jakby się swej reakcji wstydzili, chłonęli każde słowo Trumpa aż wreszcie owacjami na stojąco podziękowali Donaldowi Trumpowi za to co powiedział. Bo to nie był tani popis próżnego i zakochanego w sobie bogacza, lecz wypowiedź męża stanu…I chociaż jego programowi można zarzucić brak znajomości ekonomii, czy uproszczenia, jest najlepszym kandydatem, na jakiego Ameryka może się dzisiaj zdobyć.

Wyzwanie

Początki kampanii Trump miał trudne.

Przez pierwsze miesiące jej trwania przeważało niedowierzanie i przekonanie, że prezydentura Donalda Trumpa to jakiś niesmaczny żart, w najlepszym przypadku: kaprys, który mu przejdzie. Wprawdzie mówiło się, że jest to kandydat antyestablishmentowy, że krytykuje rząd, którego większość Amerykanów ma dość, brakowało mu jednak argumentów pozytywnych. Występowanie przeciwko systemowi jest niby słuszne, ale nie wystarczy.

W pierwszych po 45 latach koszmaru komuny, relatywnie wolnych wyborach do Sejmu udział wzięło niewiele ponad połowa mieszkańców Polski.

Każdy polityk krytykuje swoich poprzedników, oponentów, konkurentów. Nie znaczy to, że gdy znajdzie się na ich miejscu, sam potrafi czy chce coś poprawić. Krytykować cudze błędy jest łatwiej niż je unikać czy naprawić. Tym bardziej, gdy się zważy, z jakimi problemami musi się zmierzyć 45. prezydent Stanów Zjednoczonych. Oto garść z nich:

W 45 lat po Bretton Woods i zniesieniu przez Nixona standardu złota, amerykańska gospodarka napędzana jest emitowanym przez banki pieniądze papierowym, który często zastępuje produkcję i zmienia rynek w kasyno. Jak to w hazardzie bywa, „kasyno zawsze jest górą”. Tym bardziej, gdy główny krupier, jakim jest bank centralny, Federal Reserve Board, nie tylko nie ma pomysłu jak poruszyć gospodarkę zahamowaną kryzysem z lat 2007-2008, ale wręcz sam stoi na granicy upadłości. Od ponad 30 lat, dzięki chorej polityce monetarnej i tworzeniu pieniądza z powietrza, rosną bańki spekulacyjne, mnożą się nietrafione inwestycje dezinformując przedsiębiorców i kierując ich na pola minowe, jak to ma miejsce chociażby w przypadku gazu ziemnego oraz ropy naftowej z pokładów łupkowych. Gdyby nie tani pieniądz (czyli tani kredyt) wielu inwestorów powstrzymałoby się przed ropą przekierowując kapitał w inne, bardziej rentowne dziedziny. Zwłaszcza, że nadmiar inwestycji w sektorze energetycznym doprowadził do spadku cen surowca, co odbiło się na spadku rentowności inwestycji.

W podobnie irracjonalny deformacją gospodarki zachowuje się rynek papierów wartościowych. Giełda notuje rekordy, w czasie, kiedy wzrost gospodarczy się ślimaczy. Propaganda rządowa i będące na jej usługach media informują o spadku bezrobocia do poziomu poniżej 5 proc., podczas gdy w rzeczywistości – gdy się zaniecha machinacji statystykami – jest ono dwukrotnie, a może nawet czterokrotnie wyższe. Świadczy o tym chociażby spadek realnych dochodów, które w 2016 roku znajdują się na poziomie sprzed roku 2000. Katastrofalne jest zadłużenie: w sektorze publicznym zbliża się ono do ok. 20 bilionów dolarów, czyli dawno przekroczyło 110 procent PKB. Tylko w czasie siedmiu lat prezydentury Baracka Obamy (2008 – 2015), dług publiczny powiększył się o więcej niż wynosi łączne zadłużenie rządów powstałe w trakcie rządów 43 poprzedników Obamy. Dochody podatkowe nie starczają na utrzymanie rządu i odsetki od długu, a gdzie świadczenia emerytalne, rentowe, czy inne ustawowe zobowiązania władzy. Zadłużenie gospodarstw domowych jest jeszcze wyższe.

Sytuację pogarsza absurdalna polityka stóp procentowych prowadzona bezpardonowo przez FED. Majątek netto blisko 40 procent gospodarstw domowych Stanów Zjednoczonych – liczony w cenach realnych – nie przekracza…100 (sto) złotych. Gdyby nie uprzywilejowana pozycja dolara Ameryka już dzisiaj byłaby niewypłacalna, brakowałoby podstawowych towarów, a półki sklepowe przypominały sklepy WSS z okresu poprzedzającego stan wojenny w PRL. Biedni, zdesperowani ludzie domagają się pomocy państwa, co pogłębia deficyty. Socjalizm, a wraz z nim socjal rosną w tempie niespotykanym nawet w Ameryce Łacińskiej. Wolny rynek staje się coraz bardziej fikcją. Gospodarką rządzi już nie 1 procent, ale 0,1 procent elity finansowej, głównie banksterów. Coraz głośnie mówi się o abolicji gotówki. Pod nieobecność cashu obywatele Stanów Zjednoczonych pozostaną na łasce, a raczej niełasce, banków. Nasila się aparat represji, rośnie przestępczość, tylko w Chicago w ciągu pierwszych 7 miesięcy 2016 roku zamordowano prawie 500 osób; więcej niż w okresie porachunków gangów z czasu prohibicji.

Rosną podatki. Podatek korporacyjny (CIT) w USA już dziś należy do najwyższych (35%) w świecie. Amerykański przemysł staje się niekonkurencyjny, wskutek czego ucieka zagranicę. Potęga Chin została zbudowana została na, niegdyś amerykańskim przemyśle, który zwyczajnie z USA wyemigrował. Po ostatniej reformie, a właściwie po upaństwowieniu jej, spada skuteczność, niegdyś najlepszej w świecie, amerykańskiej służby zdrowia. W takich warunkach produkowanie wrogów (np. Rosji) wydaje się pociągnięciem roztropnym: odciąga uwagę od bieżących trudności. Lęk ludu był zawsze sojusznikiem władzy. W rozmowach z Amerykanami, po raz pierwszy od upadku Sowietów, słyszy się odgłosy wojny. Narasta hegemonia sektora militarnego, a jednocześnie spada morale armii i jej siła zbrojna. Termin: racketeering[3], stosowany niegdyś wyłącznie do opisu działań mafii czy KGB. Dzisiaj stał się częścią codziennej mowy. Morale, wysoka etyka pracy, solidność – z których Ameryka słynęła jeszcze 20 lat temu – ustępują miejsca cwaniactwu, cynizmowi i zwykłym oszustwom.

Znalezienie właściwego kandydata jest w takich warunkach niezwykle trudne, czego dowodem są chociażby dwaj ostatni prezydenci: George W., oraz Barack Obama. Nie tylko choroby nie uleczyli, nie tylko nie zrozumieli diagnozy, ale co gorsza, problemy pogłębili.

Stany Zjednoczone znalazły się na krawędzi ruiny finansowej i gospodarczej. Donald Trump wydaje się być jedynym człowiekiem, który może ten ponury stan rzeczy przerwać. Który może przywrócić szacunek dla konstytucji, i wyrwać kraj z oków socjalizmu. Zmiana (change) proponowana Ameryce blisko 8 lat temu przez Obamę skończyła się pogłębieniem zła, i dodaniem do niego jeszcze więcej poprawności politycznej, jeszcze więcej regulacji, jeszcze więcej ekoterroryzmu.

Militaryzacja polityki zagranicznej, irracjonalna i wręcz przestępcza polityka monetarna, zachęcająca do powiększania długu, nieustanne obniżanie siły nabywczej pieniądza, nieskrępowana kreacja pieniądza z powietrza, wysokie podatki, oraz rosnące potrzeby demokratycznego państwa opiekuńczego oto rak, jaki toczy dzisiaj Stany Zjednoczone. Nowy, 45.  prezydent staje przed nie lada wyzwaniem: musi przynajmniej zacząć tę chorobę leczyć.

 

Program dla Ameryki

 

Przewaga republikańskiego kandydata – uważa Doug Casey, człowiek, który ma na swym koncie masę spełnionych proroctw gospodarczych – polega na tym, iż nie jest on…Hillary Clinton.

O ile „doświadczona” pani Clinton kontynuować musi politykę, która do kryzysu doprowadziła, o tyle jedyną szansą na jej zmianę jest outsider, człowiek spoza establishmentu, wręcz jego wróg, Donald J. Trump. Mimo braku doświadczenia politycznego, a raczej dzięki temu, że jest politycznym debiutantem, tylko on może istniejące status quo zmienić, poprawić.

Po pierwsze, kandydat republikański dąży do deregulacji, włącznie z odetatyzowaniem systemu edukacji; po drugie, jest za decentralizacją: zapowiada iż troską jego rządu będzie poszerzenie zakresu swobód – zarówno wolności jednostki, jak i niezależności poszczególnych stanów. Po trzecie, Trump zamierza ograniczyć wydatki sektora militarnego; z jednej strony chce siły zbrojne unowocześnić, z drugiej, zmusić sojuszników do partycypowaniu w wydatkach obronnych ponoszonych przez USA. Zamiast konfrontacji z Rosją, pragnie współpracy. Po czwarte wreszcie, prezydent – przedsiębiorca, jako doświadczony biznesmen stawia na wolny rynek; domaga się więcej swobody dla działań gospodarczych, poprzez – chociażby – zmniejszenie obciążeń podatkowych i ingerencji rządu. Słowem, filary programu politycznego Trumpa sprowadzają się do zasady wypowiedzianej dwa wieki temu przez J.B. Saya: „wolność wewnątrz kraju i pokój poza jego granicami.” Czyż nie tego Ameryce potrzeba najbardziej?!

Wprawdzie Donald Trump nie ujawnia w jaki sposób zamierza sobie poradzić z gigantycznym deficytem finansów państwa, można domniemywać, że jednak nie będzie tolerował państwa na sterydach, dalszego zadłużania go, dominacji gospodarki przez sektor bankowy, czy kokietowania wyborców coraz hojniejszymi wydatkami publicznymi. Trump domaga się przy tym zaprzestania ZIRP, polityki zerowych stóp procentowych i samowoli FED-u. Jest to dokładne przeciwieństwo polityki proponowanej przez Hillary Clinton, która – co tu ukrywać – jest powiązana siecią interesów z wielkimi korporacyjnymi, bankierami, lobbystami i krytykami konstytucji.

O szczerości intencji Trumpa świadczy jego sprzeciw wobec establishmentu, doktryny poprawności politycznej oraz niezależność finansowa kandydata. Jest on pierwszym, i jak dotąd jedynym politykiem w dziejach Stanów Zjednoczonych, który swoją kampanię prezydencką finansuje z własnych środków.

Można mieć do Trumpa pretensje, że nie zamierza reformować bismarckowskiego systemu emerytalnego; że nie zamierza likwidować państwowych kolosów w rodzaju Medicare i Medicaid[4], ale jego oponentka też tego nie chce. Trump nie wyklucza jednak równowagi budżetowej, do której jego administracja będzie usilnie dążyć. Inna sprawa, czy mu się to uda, jednakże sam pomysł zrównoważenia budżetu jest już krokiem we właściwym kierunku.

Ronald Regan czy Margaret Thatcher podawani za przykład wielkich reformatorów gospodarczych tak naprawdę w kierowanych przez siebie państwach zmienili niewiele; Reagan ściął marginalny przedział podatkowy z ponad 70 procent do niespełna 30 procent, deregulując transport, banki i kilka innych sektorów gospodarki; Thatcher zaś, sprywatyzowała podupadające górnictwo, BP i linię lotniczą British Airways. Oboje przyłożyli też rękę do osłabienia monopolu związków zawodowych. Czy można to nazywać rewolucją?

Żeby podnieść poziom życia ludzi nie trzeba gospodarki nicować. Wystarczy kilka decyzji uwalniających ją od nadmiaru rządu. Pod tym względem plan Trumpa podobny jest do doktryny Thatcher/Reagan. Co prawda, sławny builder głosi swoje poparcie dla syndykatów pracowniczych, jest ono jednak w sprzeczności z resztą postulatów gospodarczych kandydata.

Trumpa wojna o wolny handel jest nie tyle przejawem protekcjonizmu, co reakcją Amerykanina, który nie może się pogodzić z tym, iż jego kraj tak łatwo oddał konkurentom swój przemysł. Z chwilą, gdy 45. prezydent zorientuje się, że prawdziwym powodem exodusu amerykańskich fabryk do Azji czy Ameryki Łacińskiej jest obowiązująca w Stanach Zjednoczonych ustawa podatkowa, luźna polityka kredytowa, oraz brak kotwicy w postaci standardu złota, ten quasi protekcjonizm ustąpi miejsca liberalizmowi, tak fiskalnemu, jak i monetarnemu.

Zasady Keynesa ustąpią wtedy miejsca prawu Say’a.

Czy więc Donald J. Trump jest kandydatem idealnym, albo chociażby wymarzonym?

Oczywiście, że nie. Trump jest ekonomicznym ignorantem, albo trafniej: pojmuje ekonomię w sposób intuicyjny. Nie jest to jakiś szczególny grzech. Tak rozumuje gros polskich, ale i amerykańskich ekonomistów akademickich, dla których ekonomia nie jest nauką, a co najwyżej sztuką robienia interesów, czy maszynką do manipulowania pieniądzem wedle życzeń władzy.

David Stockman, minister d/s budżetu w rządzie Ronalda Reagana uważa, że w przypadku kandydata Republikanów, taka ułomność może być nawet pożądana. Zdaniem Stockmana to właśnie w trakcie najbliższej prezydentury dojdzie do krachu gospodarki. Gdyby kryzys zaskoczył p. Clinton, dla ratowania gospodarki (czyli kolesiów), sięgnęłaby ona po narzędziach znane z książki Michela Lewisa, Big Short czy filmu Curtis Hansona,  opowiadającego o upadku banku Lehman Brothers (Too Big to Fail). Gospodarny Trump na takie rozwiązanie nie pójdzie. Zanim wyda dolara podatnika na ratowanie upadających kolosów: GM, IBM czy Goldman Sachs, FED, macherzy od stymulusów, zwalczania recesji i zerowych stóp procentowych zapłaczą się ze zgryzoty, dając tym samym gospodarce okazję do samoregulacji i wyjścia z kryzysu o własnych siłach. Naród odetchnie, mogąc pieniądze przeznaczane dotąd na ratowanie gospodarki i biznesu przeznaczyć na własny cel, a równocześnie uratować gospodarkę.

 

Nieodpowiedzialny?

Niedoświadczony?

 

Czy powyższy programu Trumpa stanowi jakieś szczególne zagrożenia dla Ameryki, a nawet dla świata? Bo to mu właśnie zarzucają oponenci, podkreślając przy tym, że jest on niedoświadczony, nieodpowiedzialny, arogancki.

Odpowiedzmy sobie najpierw na pytanie, które z dwojga, Clinton czy Trump, chętniej naciśnie na atomowy guzik? Sojuszniczka wojennego skrzydła Ameryki, czy przyjaciel Rosji i Putina?  Przypomnę też, że za swojej niefrasobliwej kadencji, pani sekretarz stanu Hillary Clinton dopuściła do śmierci personelu placówki dyplomatycznej USA w Benghazi (Libia).

A kto z dwojga kandydatów jest bardziej doświadczony i odpowiedzialny w zapewnieniu Ameryce prosperity? Kobieta, która nonszalancko traktuje tajemnicę państwową, dba chętniej o własną kasę niż o interes państwa i jego obywateli, która nie waha się ściemniać, kręcić, kłamać w najświętszej sprawie wolności? Czy facet, który żyje ze służenia konsumentowi,  dealowania, a przede wszystkim wie, że gdy się w interesach powie A, to trzeba powiedzieć B, C etc. bo bez tego nie będzie efektu końcowego, czyli wiechy!

Innym popularnym zarzutem wobec Donalda Trumpa jest jego niekiełznane mówienie prawdy prosto w oczy. Co w tym złego?

To prawda, że Trump działa jak taran. Nie brak mu agresji, może nawet impertynencji, jest jednak pewnym siebie, skutecznym negocjatorem, który nie lubi przegrywać. W przeciwieństwie do elit strojących swe argumenty w słodkie słówka i puste obietnice, on wali prosto z mostu; nie boi się mówić prawdy, stroni od pochlebstw, a przy tym ma w sobie coś z niegrzecznego, lecz szlachetnego łobuza. Dlatego tak go one nie cierpią. W swej nienawiści, a może też ze strachu przed Trumpem, starają się za wszelką cenę – i to solidarnie: z lewa (Obama, Soros, Clooney i reszta Hollywood), i z prawa (McCain, Romney, czy rodzina Bushów) – przykleić mu etykietę człowieka nie nadającego się do władzy, groźnego szaleńca, który chce zniszczyć świat. Nawet w Polsce establishment medialny (Kraśko, Pieńkowska, Lis, cały zespół TVN) go nienawidzi i dyskredytuje.

Jeśli nawet miłującego wolność człowieka rażą pomysły kandydata, jak wojna z imigrantami, czy restrykcje w handlu zagranicznym, to przecież program pozytywny Trumpa jest znacznie bardziej atrakcyjny, niż jego przeciwniczki, Hillary Clinton, która porusza się na smyczy establishmentu finansowego i sektora militarnego, sama nie będąc w stanie zdecydować się, kim właściwie jest. Nie mówiąc o tym, że powyższa retoryka Trumpa jest bardziej symboliczna niż dosłowna. Trudno mu odmówić racji, że państwo, które nie jest w stanie strzec swych granic, nie potrafi należycie zadbać o bezpieczeństwo swych obywateli. Właśnie o to ostatnie mu chodzi.

(fragment wstępu do autobiografii politycznej zatytułowanej: Donald Trump =-Prezydent Biznesmen. 

Jan M Fijor

 

[1] Too good to be true z ang. Coś, co jest mało prawdopodobne; coś, co wygląda za dobrze na to, aby było prawdziwe.

[2] Było to jedno z pierwszych wystąpień Trumpa w kampanii, którą ogłosił zaledwie 16 czerwca 2015 roku.

[3] Racketeering z ang. machloja, kant, oszustwo, wymuszenie.

[4] Finansowane z budżetu firmy ubezpieczeniowe, wzór naszego NFZ; Medicare świadczy usługi dla emerytów;  Medicaid dla bezrobotnych i pozostających na zasiłkach pomocy społecznej.

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Maciej Makaruk pisze:

    Trump spadł z nieba, no może nie do końca, bo ciągle gdzieś był, tylko mało kto brał go na poważnie, bagatela bardzo poważnego biznesmena. Pytanie rodzi się następujące, czy uda mu się być prezydentem na miarę Lincolna i Kennediego, a jeśli tak to czy dożyje konca prezydentury?

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Nie daj Boże! Lincoln zniszczył ideę zjednoczonych, niezależnych stanów Ameryki.
    Tworząc sil ny rząd federalny zniszczył fundament USA.
    Co do Kennedy’ego, to gros ostatnich problemów Ameryki zaczęło się od zainicjowanej przez JFK wojny z nędzą, która 
    tylnymi drzwiami wprowadziła do USA socjalizm. A poza tym wszystko się zgadza. Ukłony

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *