Kompleksy
Kongo, zwłaszcza wschodnia jego część to dziś jeden z najmniej bezpiecznych obszarów na Ziemi. Nie jest tam, co prawda, tak groźnie jak w Somalii czy Darfurze, choć kto wie. Opowiadał mi w czasie lotu z Kigali do Entebbe belgijski dyplomata, pracujący w Mogadiszo, że w Somalii biały człowiek cieszy się respektem i, poza drobnymi kradzieżami czy postrzeleniem przez zabłąkaną kulę jakiegoś watażki, nic poważniejszego mu nie grozi. W Kongo nawet takiego szacunku ze strony miejscowych nie ma.
Kompleks reportera
Po co więc pojechałem do kraju, w którym – poza garstką goryli w rezerwacie Virunga, jeśli ma się szczęście – niczego ciekawego obejrzeć nie można, niczego wartościowego kupić, gdzie są nawet problemy z codziennym wyżywieniem, a przy tym koszty pobytu – ze względu na drogie bilety lotnicze, brak bezpieczeństwa i inne niedogodności, które trzeba pokonywać na każdym kroku są porównywalne z tym, co by się wydało w cudownym Rzymie czy na Fiji? Wiem, co mówię. I w jednym i w drugim miejscu byłem tuż przed wyjazdem do Kongo.
Ja do Kongo pojechałem na wojnę. Po prostu chciałem coś przeżyć. Zrobiłem to z pełną świadomością, z zabezpieczeniem, ale nie ukrywam, że ta podróż była „szukaniem guza”. Dlaczego? Aby leczyć się z kompleksu.
Nigdy nie byłem korespondentem wojennym. Facetem z dużą ilością adrenaliny i charakteru, który nie waha się pakować na linię strzału jakichś rozjuszonych rebeliantów z Timoru Wschodniego, czy talibów z Pakistanu. Który każdego dnia, tygodnia, ba, godziny ryzykując życie, niewygody i cierpienia przebija się przez linie wroga, żeby móc na żywo przekazać jakiś szczegół na temat stanu zabitych i rannych w danej potyczce. Z zazdrością czytałem doniesienia korespondentów wojennych czy sprawozdawców z walki z narcotraficantes z najbardziej niedostępnych i niebezpiecznych rejonów globu. Sam nie miałem takiego „szczęścia” i, co najwyżej, koło wojny przejeżdżałem (Bośnia, Chorwacja, Salwador), handlarzy narkotyków widziałem z okna autokaru w Copocabana w Boliwii i w Tijuana (Meksyk), a świadkiem trzęsienia ziemi (Kostaryka) czy zamachu bombowego (Argentyna, 1978) stałem się przez czysty przypadek i to mimo woli.
Chciałem więc chociaż raz uczestniczyć w takiej akcji, albo przynajmniej być w jej pobliżu. Mniej więcej rok temu byłem tuż tuż, ale w ostatniej chwili ominęła mnie („ze względu na wysokie zagrożenie utratą życia” – napisał organizator, jedna z amerykańskich organizacji dziennikarskich) „wycieczka” do Mogadiszu; do Iraku czy Afganistanu nie mam szans wyjechać, poza tym tamtejsza wojna pozbawiona jest krzty romantyzmu, w Darfurze i Erytrei nie miałem kontaktów, a z braku innych bliższych wojen, najbliższa, jaką mogłem zobaczyć z bliska, rozgrywała się w Kongo.
Więcej »