Newsletter

Zostaw E-mail, a będziemy cię informować o nowościach na stronie.

Imię:

Nazwisko:

E-mail:

Archiwum kategorii: ‘MOJE PODRÓŻE’

Kongo (III)

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 09 sty 2010 }

Symbioza

         W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak bardzo uzależniony od tubylców, jak właśnie w Afryce. W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak obcy, zagubiony, ale i wdzięczny miejscowym za to że są obok.

           Honore, który podjął się roli mego przewodnika w drodze z Rwandy do wschodniego Kongo wyznał w czasie jazdy, że choć białych w Afryce na ogół się nie lubi, każdy czarny czuje się przy nich bezpieczniej. Biały, siedzący w samochodzie obok prowadzącego murzyna, jest niejako gwarancją, że byle policjant pojazdu nie zatrzyma. Ledwie to powiedział, gdy jak spod ziemi wyłonił się rosły „Długi”[1] i machnął nam lizakiem przed szybą.

Więcej »

Ukraina 2010 (I)

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 03 sty 2010 }
Tags : , ,
Kategoria : MOJE PODRÓŻE

       Nastroje na Ukrainie są ponure, a sytuacja na większości terytorium tego potężnego kraju przypomina późny PRL. Po chwilowej poprawie w latach 1993 – 1999, gospodarka naszego wschodniego sąsiada zjeżdża po równi pochyłej. Nadchodzące wybory prezydenckie niewiele zmienią. Bez względu na barwy zwycięzcy, pomarańczową lub błękit, nowy prezydent sprawować będzie władzę pod dyktando totalitarnej oligarchii. Problem w tym, że bez wolnego rynku i kapitalizmu – na które oligarchowie pozwolić nie chcą – Ukraina nie ma nadziei ma lepsze życie?

Rynek polityczny

          Łada Karima rozpada się. Trudno się dziwić. Samochód ma 26 lat. Karoseria jest przerdzewiała na wylot, z rury wydechowej bije smuga oleju zmieszanego z sadzą, rozbite są reflektory, nie działają hamulce, a koła przypominają kształtem piłkę do rugby. Mimo to Karim ma ważny dowód rejestracyjny z pieczątką upoważniającą jego pojazd do poruszania się po ulicach Ukrainy i ładą jeździ. Więcej »

Mandalay Express (I)

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 15 lis 2009 }
Tags : , ,
Kategoria : MOJE PODRÓŻE

Mandalay Express (I)

           Mandalay. Drugie co do wielkości i ważności miasto Birmy, kraju znanego też jako Burma, a ostatnio Myanmar owiane jest legendami, których ukoronowaniem – jak głoszą przewodniki po tym pięknym i niezwykłym kraju – powinien być rejs luksusowym statkiem The Road to Mandalay (Droga do Mandalay) po rzece Irawadi z Mandalay do Pagan, stolicy antycznego Imperium Myanmaru (w latach 1044 – 1286). Problem w tym, że rejs trwający cztery dni kosztuje od 3500 dolarów od osoby wzwyż. Nawet jak na tak wyjątkowy kraj, jakim jest Birma, była to dla mnie cena absurdalnie wysoka. Za dwa procent tej kwoty można dotrzeć do Pagan w 12 – 14 godzin, tyle że w mniej luksusowych warunkach. Mój stateczek, w przeciwieństwie do swego szlacheckiego rywala, był prymitywną łajbą pamiętającą czasy kolonialne i to we wczesnym ich okresie. Zresztą luksusy to nie jest sprawa, dla której należy odwiedzać Birmę. Tym bardziej, że połowa ceny biletu na The Road to Mandalay trafia i tak do kieszeni któregoś z generałów, wyjątkowo szkodliwej, złośliwej i głupiej junty rządzącej Birmą od prawie 50 lat.

 Bojkot

          Początek 2008 roku był dla Birmy jednym z najcięższych. Brakowało żywności, lekarstw, pracy, prądu elektrycznego a nawet benzyny, mimo iż Birma siedzi na ropie, a samochód wciąż stanowi przedmiot wyrafinowanego luksusu. Jakby tych nieszczęść było mało, prawie cały rok 2007 rok panowała susza. Nadchodzące zbiory ryżu nie zapowiadały zmiany na lepsze. Głód dotknął nawet mnichów buddyjskich, którzy przecież jedzą niewiele. Na ulice Rangunu, Mandalay, Bago wylegli żebracy, każdego ranka służby porządkowe zbierały ciała ludzi zmarłych z głodu i wycieńczenia. Po kolejnych groźbach uwięzienia noblistki i najbardziej znanej przeciwniczki rządu wojskowych, Aung San Suu Kyi, którą dotąd przetrzymywano w arszcie domowym, nawet tolerancyjne wobec generałów Chiny ograniczyły do minimum pomoc humanitarną. Nasilił się bojkot Birmy na arenie międzynarodowej, którego dokuczliwym skutkiem był prawie kompletny brak turystów. Zamarła współpraca gospodarcza z zagranicą. Cudzoziemcy przestali Birmę odwiedzać, dając tym po części wyraz oburzeniu, po części obawie o własne bezpieczeństwo. Reżym w kraju buddyjskim, który nie waha się prześladować „posłańców bogów”, najbardziej podziwianych, szanowanych i kochanych obywateli kraju nie zawaha się stosować represji wobec przybyszów zagranicznych. Zresztą niechęć była obopólna. Junta zaostrzyła wymagania wizowe, nasilając równocześnie kampanię wymierzoną w dyskryminujący ją Zachód.

      W rezultacie takiej polityki, bankrutowały biura podróży, restauracje, a nawet firmy jubilerskie i fabryki mebli, sztandarowe branże przemysłowe Birmy. Reprezentacyjne hotele stolicy, pięciogwiazdkowe Governor’s Residence i Summit Parkview, u podnóża kapiącej złotem pagody Szwe Dagon, mimo obniżki ceny do poziomu „trzech gwiazd”, świeciły pustkami. W Boeingu 737 linii Bangkok Airways, którym przyleciałem ze stolicy Tajlandii leciało osiem osób; małżeństwo brytyjskich dyplomatów pracujących  w Rangunie, czterech mnichów buddyjskich z Kambodży, lecących do Mandalay na kongres teologiczny, jakiś oficjał tajlandzki i niżej podpisany. Zresztą nie lepiej było kilka dni później w czasie lotu ze stolicy do Mandalay.

Więcej »

Kongo (II)

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 05 lis 2009 }
Tags : , ,
Kategoria : MOJE PODRÓŻE

Kompleksy

 

        Kongo, zwłaszcza wschodnia jego część to dziś jeden z najmniej bezpiecznych obszarów na Ziemi. Nie jest tam, co prawda, tak groźnie jak w Somalii czy Darfurze, choć kto wie.  Opowiadał mi w czasie lotu z Kigali do Entebbe belgijski dyplomata, pracujący w Mogadiszo, że w Somalii biały człowiek cieszy się respektem i, poza drobnymi kradzieżami czy postrzeleniem przez zabłąkaną kulę jakiegoś watażki, nic poważniejszego mu nie grozi. W Kongo nawet takiego szacunku ze strony miejscowych nie ma.

 

Kompleks reportera

 

        Po co więc pojechałem do kraju, w którym – poza garstką goryli w rezerwacie Virunga, jeśli ma się szczęście – niczego ciekawego obejrzeć nie można, niczego wartościowego kupić, gdzie są nawet problemy z codziennym wyżywieniem, a przy tym koszty pobytu – ze względu na drogie bilety lotnicze, brak bezpieczeństwa i inne niedogodności, które trzeba pokonywać na każdym kroku są porównywalne z tym, co by się wydało w cudownym Rzymie czy na Fiji? Wiem, co mówię. I w jednym i w drugim miejscu byłem tuż przed wyjazdem do Kongo.

      Ja do Kongo pojechałem na wojnę. Po prostu chciałem coś przeżyć. Zrobiłem to z pełną świadomością, z zabezpieczeniem, ale nie ukrywam, że ta podróż była „szukaniem guza”. Dlaczego? Aby leczyć się z kompleksu.

     Nigdy nie byłem korespondentem wojennym. Facetem z dużą ilością adrenaliny i charakteru, który nie waha się pakować na linię strzału jakichś rozjuszonych rebeliantów z Timoru Wschodniego, czy talibów z Pakistanu. Który każdego dnia, tygodnia, ba, godziny ryzykując życie, niewygody i cierpienia przebija się przez linie wroga, żeby móc na żywo przekazać jakiś szczegół na temat stanu zabitych i rannych w danej potyczce. Z zazdrością czytałem doniesienia korespondentów wojennych czy sprawozdawców z walki z narcotraficantes z najbardziej niedostępnych i niebezpiecznych rejonów globu. Sam nie miałem takiego „szczęścia” i, co najwyżej, koło wojny przejeżdżałem (Bośnia, Chorwacja, Salwador), handlarzy narkotyków widziałem z okna autokaru w Copocabana w Boliwii i w Tijuana (Meksyk), a świadkiem trzęsienia ziemi (Kostaryka) czy zamachu bombowego (Argentyna, 1978) stałem się przez czysty przypadek i to mimo woli.

       Chciałem więc chociaż raz uczestniczyć w takiej akcji, albo przynajmniej być w jej pobliżu. Mniej więcej rok temu byłem tuż tuż, ale w ostatniej chwili ominęła mnie („ze względu na wysokie zagrożenie utratą życia” – napisał organizator, jedna z amerykańskich organizacji dziennikarskich) „wycieczka” do Mogadiszu; do Iraku czy Afganistanu nie mam szans wyjechać, poza tym tamtejsza wojna pozbawiona jest krzty romantyzmu, w Darfurze i Erytrei nie miałem kontaktów, a z braku innych bliższych wojen, najbliższa, jaką mogłem zobaczyć z bliska, rozgrywała się w Kongo.

      Więcej »

Kongo (I)

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 23 paź 2009 }
Tags : , ,
Kategoria : MOJE PODRÓŻE

Kongo (I)

KONGO 2009 131 Więcej »

Środek Afryki środkowej (VI)

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 05 paź 2009 }
Kategoria : MOJE PODRÓŻE

Podróż do Burundi (III)

Przypadek Kingi Choszcz uczy, że z komarami, malarią i tropikami żartów nie ma. Właściwie poza szczepieniem na żółtą febrę (Rwanda, Burundi, Kongo) i tyfusem, w większość krajów afrykańskich, nie mówiąc o Azji i Ameryce Południowej, jakichś szczególnych wymagań profilaktycznych nie ma. Rozsądek jednak radzi, aby ewentualnych chorób tropikalnych nie lekceważyć. Więcej »

Środek Afryki środkowej (V)

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 29 wrz 2009 }
Tags : , ,
Kategoria : MOJE PODRÓŻE

Podróż do Burundi cz. II

Znalezienie hotelu Amahoro (co zarówno w obowiązującym w Burundi języku kirundi, jak i po kinyarwandyjsku znaczy „pokój”, ale nie hotelowy, tylko ten “międzynarodowy”) nie było trudne. Co prawda, ilość flag i proporczyków powiewających przed wejściem wydała mi się podejrzanie duża, ale na pytanie, czy są wolne pokoje, recepcjonista odparł niespeszony: Więcej »

Polska misja – Kibeho

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 29 wrz 2009 }
Tags : , ,
Kategoria : MOJE PODRÓŻE

Poniższą informację dedykuję tym libertarianom, którzy wiedzą, że indywidualna dobroczynność i pomoc udzielana słabszym jest składnikiem systemu wolnorynkowego i etyki wolności. Ci, którzy jeszcze tego nie wiedzą, niech mają okazję do refleksji. Więcej »

Środek Afryki środkowej (IV)

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 29 wrz 2009 }
Kategoria : MOJE PODRÓŻE

Podróż do Burundi cz. I

Być w Rwandzie i nie odwiedzić Burundi, to grzech, ale i wyzwanie. To niewielkie państewko zlokalizowane w sercu Afryki może budzić niepokój białego podróżnika, o czym świadczą chociażby liczne komunikaty dotyczące stanu bezpieczeństwa podróży do Burundi. Nie przesadzę, jeśli powiem, że z niewielkimi przerwami, kraj ten obłożony jest alertami bezpieczeństwa od ponad 10 lat. Jak nie wojna domowa, to rebelianci z sąsiedniej Rwandy lub Kongo i chociaż wpisy na www.lonelyplanet.com świadczą, że od czasu do czasu ktoś się do Burundi wybiera i wraca, ryzyko jest spore. Doradzono mi, abym w kwestiach ewentualnych zagrożeń spytał kierowców linii autobusowej Kigali – Bujumbura (stolica Burundi). Jeśli autobusy kursują, znaczy można jechać. Kursowały, więc pojechałem. Więcej »

Środek Afryki środkowej (III)

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 22 wrz 2009 }

Hobe i Kibeho

W niedzielę, tuż przed poranną Mszą św., kiedy właśnie miałem się połączyć się z Internetem i dopisać „kawałek” do swojego afrykańskiego bloga, wyłączono nam nie tylko Internet, ale i prąd elektryczny. Myśleliśmy, że to jakaś awaria, kiedy jednak okazało się, że w sąsiedniej parafii, dwieście metrów od nas, mają nie tylko prąd, ale i Internet, ks. Honore zainteresował się sprawą bliżej. Okazało się, że powodem wyłączenia prądu, a w konsekwencji także Internetu był niezapłacony rachunek. W Kigali prąd kupuje się podobnie, jak u nas benzynę na stacjach benzynowych. Idziesz do elektrowni, płacisz określona kwotę i dopóki jej nie wykorzystasz, masz prąd.  Nasza przedpłata by wystarczyła, gdyby nie nieuważny pracownik drukarni, która mieści się na parterze budyneczku, w który mieszkamy, wychodząc z pracy w piątek zapomniał wyłączyć kilka maszyn, które „zdrowo” podciągnęły nasz pobór. Po uzupełnieniu przedpłaty prąd i Internet zaczęły działać; wróciliśmy do cywilizacji. Więcej »