<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Fijorr Publishing &#187; MOJE PODRÓŻE</title>
	<atom:link href="http://www.fijor.com/category/moje-podroze/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.fijor.com</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Fri, 30 Jul 2010 20:28:47 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0</generator>
		<item>
		<title>Radio Erewań (dokończenie)</title>
		<link>http://www.fijor.com/radio-erewan-dokonczenie/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/radio-erewan-dokonczenie/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 15 Jul 2010 16:31:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[MOJE PODRÓŻE]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=2165</guid>
		<description><![CDATA[           Kłopoty ze znalezieniem hotelu to tylko początek serii armeńskich rozczarowań. Komuno wróć!            Manvel, z którym po krótkim odpoczynku jedziemy zwiedzać okolice Erewania, po dojechania do końca trasy (czyli do Geghard) odmawia powrotu po wcześniej uzgodnionej cenie, grożąc że jeśli nie zgodzimy się na podwyżkę, on nas zostawi. Przystajemy na nową cenę, nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>           Kłopoty ze znalezieniem hotelu to tylko początek serii armeńskich rozczarowań.</p>
<p>Komuno wróć!</p>
<p>           Manvel, z którym po krótkim odpoczynku jedziemy zwiedzać okolice Erewania, po dojechania do końca trasy (czyli do Geghard) odmawia powrotu po wcześniej uzgodnionej cenie, grożąc że jeśli nie zgodzimy się na podwyżkę, on nas zostawi. Przystajemy na nową cenę, nie mamy wyjścia. Manvel jest jedynym człowiekiem w Armenii, który wie, jak nazywa się nasz hotel i gdzie się znajduje. Ma to ogromne znaczenie. Wprawdzie taksówki nie są w Erewaniu drogie i moglibyśmy wziąć inną, kłopot w tym, że taksówkarze słabo znają miasto. Wyjeżdżając z Armenii do Gruzji ledwie zdążyliśmy na pociąg, bo wynajęty taksówkarz nie był w stanie odnaleźć stołecznego dworca kolejowego. Jest to rzecz dziwna, jako że erewański „centralny”, to potężna budowla, przypominająca konstrukcją Uniwersytet Łomonosowa w Moskwie, o wielkości połowy Pałacu Kultury i Nauki. Po 20 minutach bezradnego kluczenia, taksówkarz poddał się, zostawiając nas na ulicy. Na szczęście, dworzec był w zasięgu wzroku i doszliśmy doń pieszo. </p>
<p><span id="more-2165"></span>   </p>
<p>       Porzekadło, mające oddać handlowe talenty Ormian w Armenii można włożyć między bajki. Uchodzący w świecie za ludzi prężnych i przedsiębiorczych, we własnej ojczyźnie, Ormianie się pogubili. Słowem najlepiej oddającym tamtejszy stan umysłów jest: marazm. Zasadniczym pomysłem na życie młodszej części mieszkańców Armenii jest emigracja z kraju. Dobra jest każda okazja. Galik, konduktor „spalnego” wagonu, w drodze do Tbilisi, przedstawia nam swoje CV: z zawodu szewc, umie też prowadzić pojazdy ciężkie, pyta, czy możemy mu załatwić pracę z Polsce i po ilu latach dostanie stały pobyt. Możliwości wyjazdu szuka Galina, kelnerka jednego z barów. Spędziła w Polsce 10 lat. W latach 90. miała w Bełchatowie swoje stoisko, ale po wejściu Polski do Unii została deportowana. Mimo to chętnie by wróciła. O zaproszenie do Polski, czystą polszczyzną błaga nas – na poły klęcząc &#8211; barman jednego z reprezentacyjnych hoteli stolicy, a nawet emerytowana nauczycielka. Wielu Ormian uczy się języka polskiego. Czując, że jesteśmy im życzliwi widzą nad Wisłą swoje okno na świat. Ci, którzy rezygnują z opcji emigracyjnej, tęsknią za powrotem…komuny.</p>
<p>          Teim prowadzi stoisko z warzywami i przyprawami na Rynku nr 1 w centrum Erewania już prawie 40 lat. Biznes mu kuleje, bo ludzie są biedni i liczą się z każdym <em>dramem(1 dolar ok. 380 dramów)</em>. Teim przeklina swój los. Tęskni za starymi czasami. Za sowietów zarabiał miesięcznie prawie tysiąc dolarów i był <em>panisko</em>. Dzisiaj musi płaszczyć się przed byle emerytką, która zostawia u niego dolara czy dwa. Wprawdzie po dokładniejszej analizie przychodów, jaką na nim wymuszam, okazuje się, że miesięczny dochód stoiska Teima jest dziś czterokrotnie wyższy niż przed laty, jego to nie przekonuje.</p>
<p>- Kiedyś byłem bogaty, liczyłem pieniądze, dzisiaj jestem nikim i muszę ciężko harować!</p>
<p>          Teim nie może się pogodzić z tą niesprawiedliwością.</p>
<p>- Dlaczego jednym wolno szaleć z dziewczynami, szpanować w mercedesach i lexusach, sączyć drinki w Marriocie, a ja muszę tu warować od rana do nocy?!</p>
<p>       Straganiarz Teim z Rynku nr 1 w Erewaniu też chce być z siebie dumny. W nowych warunkach ekonomicznych dumy i dobrego samopoczucia brakuje mu bardziej niż pieniędzy. To zawiść wyparła dumę i samozadowolenie z duszy Teima. Kiedyś być straganiarzem, znaczyło: być kimś ważnym. Współcześni piękni, bogaci i ważni to już zupełnie inni ludzie. Ta świadomość boli wielu Ormian. Więc wyobrażają sobie, że wystarczy wyjechać z Armenii, by znowu mogli być z siebie zadowoleni. Tak myśli konduktor Galik, Araik, policjant z dworca centralnego, a nawet emerytowana nauczycielka z miasteczka Kapan, która co prawda sama jechać już nigdzie nie chce, prosi nas jednak o przysłanie zaproszenia do pracy w Polsce dla jej syna, geodety z zawodu.</p>
<p>Radio Erewan</p>
<p>          O ile rząd dokonał w Armenii kilka ciekawych reform, z których poruszyła mnie najbardziej prywatyzacja państwowej poczty, szpitali, a także bliska prywatyzacja kolei, o tyle sami obywatele w budowie kapitalizmu zawiedli na całej linii. W kraju, w którym wali się co trzeci budynek mieszkalny, gdzie nieczynna jest połowa fabryk, a faktyczne bezrobocie sięga 40 procent ludności, idole Teima, nieliczna oligarchia i jej naśladowcy śmigają, w modnych w Armenii mercedesach G 500, po dziurawych, brudnych ulicach Erewanie z anorektycznymi dziewczynami, przebranymi w dezajnerskie ciuchy od Louis Vittona, wykręcającymi sobie na połamanym trotuarze stopy obute w wysokie obcasy, najszybciej rozwijającą się branżą gospodarki jest hazard; kasyna, salony gier i biura bukmacherskie. To oni dyktują stereotyp <em>ormiańskiego</em> kapitalizmu, w którym dominującą wartością jest niecierpliwość, duża kasa, zabawa i brak zasad. Trudno się dziwić, że komunizm cieszy się tam większą sympatią niż wolny rynek i konkurencja.</p>
<p>         Przedsiębiorczy z natury Ormianie nie są w stanie wykorzystać szansy, jaką dał im upadek ZSRS i odzyskanie niepodległości. Armenia jest swą wolnością zmęczona. Gospodarka kraju dołuje, rośnie bezrobocie i bieda. Chętnie wróciliby pod skrzydła Rosji i wcale tego nie ukrywają. Skłóceni z wszystkimi (prócz Gruzji), czekając aż sowieci znowu zajmą Kaukaz i przywrócą człowiekowi – jak mówi straganiarz Teim – jego tradycyjną dumę i wartość. Kiedyś wszystkie swe słabości tłumaczyli Ormianie pechowym położeniem geopolitycznym, pod nieobecność Imperium Otomańskiego i ZSRS, skarżą się na kapitalizm. Zanim jednak powróci stare, stają na głowie, żeby sobie tę krzywdę zrekompensować. Jak? Po staremu: pisaniem donosów, biurokracją, zawiścią.</p>
<p>         Pociąg relacji Erewań – Tbilisi, pokonuje odległość ok. 300 kilometrów w 10 – 15 godzin, w zależności od tego, czy jest donos, czy nie ma.</p>
<p>- A to pech – szepcze przerażona emerytka z Kopan – ktoś na pewno na nas napisał.</p>
<p>A ponieważ nie wiadomo, na kogo napisał, służby celne trzepią wszystkich. Z wyjątkiem nas, bo my jesteśmy cudzoziemcami. Skąd wiedzą, że jesteśmy cudzoziemcami pozostanie ich słodką tajemnicą? Zresztą, co nam z takiego wyróżnienia, skoro pociąg i tak musi stać aż przeszukają wszystkich. A armeńscy celnicy są wyjątkowo skrupulatni. Kierownictwo  kończyło studia celnicze w czasach sowietów, młodsze pokolenie celne szybko się od nich uczy. Nie interesuje ich ani stan toalet, ani brud na korytarzach, całą swą energię kierują w podróżnych. Każdy but, skarpetka, tubka pasty do zębów, czy pudełko kremu obwąchiwane są, obmacywane, obsłuchiwane. Nad emerytkami z naszego przedziału pastwią się godzinę. Nie znajdują nic, puszczają je wolno.</p>
<p>- Uff – oddycha uradowana, sprawdzając stan swoich bagaży. Ser jest, jajka na twardo są, papryczki też nie skonfiskowali – mamy szczęście. Dojadą do swojego resortowego sanatorium w Batumi, bez konieczności wydawania cennych dewiz. Pod pojęciem dewiz należy rozumieć gruzińskie <em>lari</em>, których nie kwotuje żadne światowe <em>currency board</em>. Zresztą kursu armeńskiej <em>dram-y</em> też się na giełdach nie notuje.</p>
<p>- A czego ci celnicy szukali? – pyta Michał, mój towarzysz podróży wstrząśnięty tym, co widział – Jest li u was swobodnyj rynok?</p>
<p>- Już oni dobrze wiedzą, czego szukają – tłumaczy jedna z nauczycielek.</p>
<p>- Ich święte prawo, jest przecież wojna z terroryzmem – dodaje posłusznie druga. Wyciągają z torby owczy ser, jajka, niezwykły, cienki jak papier, ormiański chleb <em>lawasz</em>, pomidory, ogórcy i zapraszają nas do stołu:</p>
<p>- Cztoby innostrańce znali, że Ormianie gościnni i ludziom życzliwi.</p>
<p>        Chętnie na zaproszenie przystajemy. Od wieczora nie mieliśmy nic w ustach. Wagon restauracyjny był restauracyjnym tylko z nazwy, trudno bowiem <em>kuszać</em> papierosy czy zaspokajać pragnienie samą wódką. A do tych specjałów ograniczało się menu placówki. W Tbilisi wysiadamy z pociągu z ulgą, nie wiedząc jeszcze, że Radio Erewań odezwie się w drodze powrotnej.</p>
<p>Wiza</p>
<p>             Do wiz mam stosunek ostrożny, żeby nie powiedzieć, niechętny. Wiza jest zawsze jakąś przeszkodą, jest to bat na przekraczającego granicę cudzoziemca. Wizy wymagane są dzisiaj w państwach Trzeciego Świata, gdzie są niekiedy główną pozycją w budżecie kraju, albo wobec obywateli państw Trzeciego Świata przez rządy krajów rozwiniętych, które (rzekomo) chronią swoje rynki pracy przed konkurencją. Obywatel polski musi posiadać wizę wjazdową do Armenii. Wizę tę – zgodnie z informacją zamieszczoną na forach internetowych &#8211; wręcza za niewielką opłatą (ok. 8 dolarów) <em>pogranicznik</em>. Odbywa się to praktycznie na lotnisku Zvartnots w Erewaniu, chyba że ktoś wjeżdża do Armenii od strony Gruzji drogą lądową, ale tego akurat nie radzę. Pozostałe drogi wjazdowe, od strony Turcji i Azerbejdżanu są zamknięte. Armenia, jak wspomniałem, znajduje się z tymi państwami w stanie zimnej wojny.</p>
<p>          Co prawda, erewański pogranicznik początkowo odmówił mi wizy, twierdząc że w moim paszporcie „brak jest odpowiedniej ilości miejsca na wizę”, co mogło się skończyć deportacją, dał się jednak ubłagać i w końcu plakietkę wizy wkleił. Jeden wjazd i wyjazd; wizy wielokrotnej nie dostałem, mimo iż poinformowałem pogranicznika, że z Armenii jedziemy do Gruzji, więc w drodze powrotnej (wracaliśmy do Polski samolotem z Erewania) znowu przekroczę granicę Armenii. W tej sytuacji miałem dwa wyjścia: postarać się o nowy paszport z „wystarczającą ilością miejsca na wizy”, albo przekroczyć granicę gruzińsko – armeńską w tranzycie, a więc bez obowiązku wizowego. Wybrałem ten drugi sposób; taniej i szybciej.</p>
<p>         Z Tbilisi lecieliśmy do Erewania samolotem Air Armenia. Tam mieliśmy się przesiąść na linie czeskie i już z Czechami wrócić do kraju. Wystarczyło zatem, że odprawiający  pracownik Air Armenia w Tbilisi prześle nasz bagaż do Warszawy i wyda kartę pokładową na lot z Erewania via Praga do Polski i sprawa załatwiona; wizy do tego nie trzeba. Niestety, awaria lotniskowego komputera w Gruzji taką kombinację uniemożliwiła. W tej sytuacji, poinformował nas pracownik Air Armenia, odbierzecie bagaż w Erewaniu i odprawicie go do Warszawy. Wszystko w tranzycie. Nie bezpakojties!</p>
<p>        Na lotnisku w Erewaniu okazało się, że wprawdzie my jesteśmy w tranzycie, ale nasz bagaż już niekoniecznie. Aby go odebrać potrzebna jest wiza. Problem w tym, że ja wizy otrzymać nie mogę, więc i bagażu nie odbiorę. Nie mam też dostępu do stanowiska odpraw, czyli do karty pokładowej. Jakie jest wyjście z tego pata? Nie wiem – odparł erewański <em>pogranicznik</em>. Czy to znaczy, że mamy na lotnisku spędzić resztę życia? Nie wiem…być może – odparł spokojnie. Po chwili wrócił jednak ze swoim przełożonym, który też nie wiedział, co z nami zrobić. Teraz on zadzwonił po swego przełożonego. Ten też nie wiedział. Po dwóch godzinach ten pierwszy wrócił, mrugnął na nas, dając znak, żeby iść za nim. Pokrętnymi korytarzami, zakamarkami i lochami portu lotniczego przeszliśmy do hali bagażowej, wzięli czym prędzej plecaki i biegiem wrócili do poczekalni. Mamy już bagaże, mamy za sobą <em>pograniczników</em>, ale nie mamy karty pokładowej. Z bagażem, do tego bez karty na pokład nas Czesi nie wpuszczą. Obsługę portu, bo w tranzycie należymy już do jej kompetencji, prosimy o kontakt z przedstawicielem czeskich linii lotniczych. Ale oni też mają nas w nosie – informuje po dwóch godzinach poszukiwań, pośredniczący w kontakcie „inspektor lotniska” – choć to przecież ich obowiązek. W końcu, jesteśmy pasażerami czeskich linii. One za nas odpowiadają. Czesi są odmiennego zdania i dlatego już nigdy z nimi nie polecę.</p>
<p>       Jest 2 nad ranem, nasz samolot odlatuje o 5.15 rano. Nadal pat: gdybym miał więcej miejsca w paszporcie, mógłbym otrzymać wizę, ale miejsca nie mam. To znaczy mam, ale „nie wystarczającą ilość” i wizy nie dostanę. Zmęczeni kładziemy się na podłodze i zasypiamy. Budzą nas porządkowi. Problem powraca. – <em>Pogranicznicy</em> popełnili błąd, nie możemy niczego zmienić – tłumaczy tym razem dyrektor zmiany lotniska Zvartnots, bezradnie rozkładając ramiona. Sytuacja robi się dramatyczna. Zastanawiamy się nad nielegalnym przejściem do sali odpraw. Niestety, jesteśmy inwigilowani, każdy nasz krok śledzony. Mija 4.15. Nadal jedynym wyjściem jest kwarantanna, a potem pewnie głodówka protestacyjna. Decyduję się na krok ostateczny; wyciągam legitymację prasową i pokazuję ją dyrektorowi zmiany, uświadamiając równocześnie, że jeśli nam pomoże, gotowi jesteśmy puścić zdarzenie w niepamięć. Na twarzy dyrektora maluje się troska i cień iluminacji. Waha się przez dłuższą chwilę, po czym bierze nasze paszporty, plecaki i znika na pół godziny. Bardzo długie 30 minut. Wraca z kartami pokładowymi i dowodem nadania bagażu.</p>
<p>- Nikomu o tym nie mówcie – szepcze przyciskając palec do ust – Nie wolno mi tego robić, ale nie chciałem, żebyście wyjechali z Armenii z poczuciem krzywdy.</p>
<p>         Ściskamy się na pożegnanie. – Odwiedźcie nas znowu – mówi wzruszony dyrektor nocnej zmiany lotniska Zvartnots. Na pewno odwiedzimy. Na pewno!</p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p>P.S. Ktoś wpadł na pomysł, żeby od lipca 2010 latał do Erewania polski LOT, w myśl zasady: co lot, to knot.</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/">www.fijor.com</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/radio-erewan-dokonczenie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Radio Erewań (I)</title>
		<link>http://www.fijor.com/radio-erwan-i/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/radio-erwan-i/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 13 Jul 2010 10:16:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[MOJE PODRÓŻE]]></category>
		<category><![CDATA[Armenia]]></category>
		<category><![CDATA[Kaukaz]]></category>
		<category><![CDATA[Ormianie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=2158</guid>
		<description><![CDATA[Radio Erewan (I)       Wykorzystując rzadkie w rejonie Kaukazu chwile pokoju, wyjechałem z kolegą w końcu czerwca 2010 roku do Armenii i Gruzji, aby przyjrzeć się z temu bliskiemu, a zarazem egzotycznemu kawałkowi globu.    Stereotypy         Oto garść prawd obiegowych, krążących na temat Ormian, czyli mieszkańców pradawnej Armenii.         Prawda I: Ormianie to prastary [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Radio Erewan (I)</p>
<p>      Wykorzystując rzadkie w rejonie Kaukazu chwile pokoju, wyjechałem z kolegą w końcu czerwca 2010 roku do Armenii i Gruzji, aby przyjrzeć się z temu bliskiemu, a zarazem egzotycznemu kawałkowi globu. </p>
<p><span id="more-2158"></span> </p>
<p>Stereotypy</p>
<p>        Oto garść prawd obiegowych, krążących na temat Ormian, czyli mieszkańców pradawnej Armenii.</p>
<p>        Prawda I: Ormianie to prastary naród, którego dzieje sięgają potopu. Ślady arki Noego znaleźli uczeni u podnóża świętej góry Ormian, Araratu. Jeśli nawet nie była to arka biblijna, historia Armenii i tak sięga, co najmniej, 5000 lat, czyniąc ten kaukaski kraik jedną z najstarszych państwowości na Ziemi. Nie tylko wiek ma znaczenie. W I wieku p.n.e. Armenia była ponadto najpotężniejszym państwem Azji Mniejszej, rozciągającym się od morza (Kaspijskiego) do morza (Śródziemnego), od Mezopotamii po Kaukaz. Potem swój mocarstwowy status utraciła, stając się na kilkaset lat ważną stroną w rywalizacji między Rzymem a Partami (Persami).</p>
<p>         Prawda II: Armenia przyjęła chrześcijaństwo już w 301 roku i była pierwszym krajem, w którym nowe wyznanie stało się obowiązującą religią państwową. Od tego czasu Ormianie słyną, jako naród tolerancyjny i szczerze miłujący Boga.</p>
<p>          Prawda III: Pobożni Ormianie, to naród znany z wyjątkowej przebiegłości i pomysłowości. Jeden Ormianin – głosi stare porzekadło – potrafi sprzedać trzech Greków, jeden Grek zaś trzech Żydów. Słowem: jeden Ormianin jest w stanie sprzedać (czytaj: oszwabić: dziewięciu Żydów). Zawdzięcza to wyjątkowemu (w skali globu) talentowi do handlu, i przedsiębiorczości. Wśród największych krezusów świata Ormianie zajmują czołową pozycję, nawet przed Żydami. Wymieńmy tylko garstkę: Kirk Kerkorian trząsł przez ostatnie ćwierć wieku Chryslerem, Edwardo Eurenkian jest właścicielem wszystkich lotnisk w Argentynie, Daniel Ustian prezesuje Navistarowi, Calouste Gulbenkian założył Shella, a Dawid Shakarian, GNC, światową sieć sklepów ze zdrową żywnością; czołowe stanowiska menedżerskie w gospodarkach Rosji i Ukrainy zajmują biznesmeni ormiańscy, którzy zdominowali rynek finansowy, metali kolorowych, diamentów, ropy naftowej etc. Wbrew stereotypom, wielu z nich budowało swe miliardy od zera. Dobrym przykładem jest Artem Mikoian, założyciel firmy Mikoian, produkującej myśliwce MIG.     </p>
<p>        Prawda IV: Jednocześnie, jest to naród, który ucierpiał z rąk prześladowców – najpierw Turków, potem Sowietów, ostatnio też Azerów &#8211; jak żaden inny. Świadczą o tym rozmiary ormiańskiej diaspory, która przez wieki ustępowała tylko żydowskiej. Od powstania Izraela Ormianie (relatywnie do ogółu populacji) są największym wychodźstwem na świecie. Poza granicami Armenii (w USA, Argentynie, Rosji, Gruzji i na Ukrainie) żyje blisko 70 procent narodu, którego populację ocenia się na 11 milionów. Ormianinem jest prezydent Gruzji, Saakashvili, piosenkarz francuski, Charles Aznavour, główny technolog Apple Computer, Avadis Tevanian itp. </p>
<p>        Czy zatem można zaryzykować tezę, że ostatnia demokratyzacja Turcji, względny pokój na Kaukazie, a przede wszystkim rozpad Związku Sowieckiego wywrą na współczesną Armenię zbawczy wpływ, mobilizując miliony uchodźców do powrotu do kraju? </p>
<p>        Oto, jak wygląda konfrontacja powyższych prawd obiegowych z  realiami życia we współczesnej Armenii.</p>
<p>Znikające dzieje</p>
<p>       Co prawda, Ararat jest nadal świętą górą Ormian, problem w tym, że znajduje się ona na terenie Turcji, co jest dla dumnych Ormian faktem upokarzającym, nie tłumaczy jednak dlaczego ten liczący 50 wieków naród, niewątpliwie przywiązany do bujnej tradycji, o silnym poczuciu suwerenności, nie może się poszczycić żadnym znaczącym śladem swej długiej historii. W kraju, w którym chrześcijaństwo stało się religią narodową ponad 1700 lat temu, z trudem można natrafić na czynny kościół, zaś większość mieszkańców r rozmowach z cudzoziemcami podkreśla swój ateizm. Najważniejszy zabytek kraju, średniowieczna świątynia w Garni, to ograbiony do gołego kamienia, przypominająca miniaturę świątyń greckich konstrukcja składająca się z granitowych bloków. Jest jeszcze monastyr w Geghardzie, ale to też nic specjalnego; ot, zwykły klasztor. Innych zabytków praktycznie nie ma. Trudno bowiem uznać za zabytek wymieniane na forach internetowych, jako atrakcję Armenii, jezioro Sevan. W promieniu 100 km od Erewania (i Araratu) nie ma żadnego ważniejszego świadectwa przeszłości. Dalej też ich właściwie nie ma. Tak jakby tych 5000 lat w ogóle nie było.</p>
<p>        Oficjalnie, pomniki dziejów zniszczone zostały przez sowietów, w rzeczywistości sprawa jest chyba trochę bardziej skomplikowana. Nie twierdzę, że Kraj Rad słynął z troski o świadectwa przeszłości czy tym bardziej, o budownictwo sakralne, trudno jednak zrozumieć, dlaczego sowieci niszczyli wyłącznie zabytki Armenii, oszczędzając je w Gruzji, Azerbejdżanie, Kazachstanie czy na Litwie.</p>
<p>         Natomiast dumni Ormianie z ogromną i trudną do zrozumienia pieczołowitością pielęgnują budownictwo okresu leninizmu, stalinizmu i innych formacji ideowych dominujących na Kaukazie w latach 1917 – 1992. Co krok natknąć się więc można na rozpadające się szkielety gigantycznych hoteli, szpitali, stadionów, dworców, fabryk i innych budowli publicznych, których budowniczowie, nagle w połowie prac konstrukcyjnych tracili zapał i ochotę do kontynuowania swego dzieła, pozostawiając w miastach i wsiach Armenii tysiące wypalonych, zrujnowanych kamiennych widm.</p>
<p>           Z powyższych względów Armenia jest dla przybyszów z innych stron świata jednym wielkim rozczarowaniem. W kraju, który mógłby z powodzenie być chętnie odwiedzaną destylacją, turystów zagranicznych jak na lekarstwo. W ciągu kilku godzin pobytu w Garni, które jest armeńską Mekką, wymienianą we wszystkich bedekerach jako najważniejszy zabytek kraju, napotkaliśmy raptem dwudziestu Katalończyków z „klubu globtroterów”, piątkę Włochów i rodzinę amerykańskich Ormian przybyłych z Los Angeles w odwiedziny ukochanej ojczyzny po raz pierwszy od 37 lat, to znaczy od momentu, gdy Leonid Breżniew zezwolił im na emigrację.</p>
<p>Jak Kuba Armenii, tak Armenia Kubie</p>
<p>         Na taką ignorancję ze strony światowego turyzmu, Ormianie nie pozostali obojętni, w myśl zasady: Jak Kuba Armenii, tak Armenia Kubie.</p>
<p>          Mimo wcześniejszej, parokrotnie potwierdzanej rezerwacji on-line „w hotelu pod adresem Charents 4-47, opodal kina Nairi” pokoju dla nas nie ma. Powód? Właściwie są dwa powody; agentka z biura podróży SacVoyage (podaję nazwę, żeby na nie nie liczyć) zamiast adresu hotelu, w którym dokonaliśmy rezerwacji, podała nam z roztargnienia adres swojej agencji. Nie byłoby z tym problemu, gdyby nie fakt, że przylecieliśmy do Erewanie o 4 nad ranem, zaś biuro otwierają się o 10.00. Ale i z hotelem można by sobie poradzić, gdyby udało nam się odnaleźć kilka innych, wynotowanych z Internetu miejsc rezerwowych; guesthousów, hostali czy schronisk młodzieżowych. Po dwóch godzinach jazdy po wyludnionym o tej porze mieście, erewański taksówkarz przeprasza, ale on nie ma pojęcia gdzie te hotele są. Nasza wina; nazwy hoteli zapisaliśmy literami łacińskimi, których on, najprawdopodobniej nie znał. A poza tym chce wracać do domu, bo jest śpiący. Tłumaczymy, błagamy &#8211; że przecież nie chcemy za darmo; że nam też się chce spać, nie udało się go przekonać. Poprosił energicznie o uregulowanie rachunku i, zostawiwszy nas na środku ulicy, odjechał w sobie tylko znanym kierunku.</p>
<p>        W tym miejscu chcę przypomnieć, że alfabet armeński (około 40 liter) jest jednym z najstarszych alfabetów świata. Doskonalony w ciągu 3000 lat swego istnienia stał się super skomplikowanym szyfrem, do którego dostęp mają wyłącznie Ormianie, jak się później okaże, też nie wszyscy. Nazwy ulic, szyldy sklepowe, neony hoteli, plakaty z repertuarem stołecznej opery, tablice pamiątkowe, rozkład jazdy pociągów, restauracyjne <em>menus,</em> a nawet nazwy drużyn występujących na Mundialu zapisuje się tam (niemal) wyłącznie przy pomocy robaczków, harmonijek i haczyków, które dla większości cudzoziemców są mniej czytelne niż pismo chińskie lub egipskie hieroglify.</p>
<p>          Z daleka przypominamy na erewańskiej ulicy stertę śmieci; trzy plecaki, kilka toreb, zaspani, głodni z podłymi minami. Ignoruje nas nawet patrol policji. Sytuacja robi się poważna. I wtedy nagle pojawia się Manvel, sympatyczny facet zajmujący się akwizycją gości dla sieci hoteli „na godziny”. Zatrzymuje swoją zardzewiałą ładę i zaprasza do samochodu. Ładujemy się i jedziemy. Wschodzi słońce. Miasto budzi się ze snu. Dochodzi 6.30. Już dwie godziny później, po czterech godzinach niedoli, Manvel znalazł nam spanie. Właściciel hotelu, którego nazwy niestety nie udało nam się nigdy poznać, i chyba dobrze, wręcza mu działkę. Umawiamy się z Manuelem na zwiedzanie miasta, na 13.00. Odjeżdża. Niestety pojawia się nowy problem; doba w hotelu rozpoczyna się dopiero o 11.00. Mówiący z wielkim trudem menedżer hotelu, któremu talibowie w Afganistanie, gdzie służył jako oficer armii czerwonej, przestrzelili gardło wycharczał z siebie, że „albo wrócimy po 11.00, albo zapłacimy za brakujące do pełnej doby 2,5 godziny, jak za pełną dobę”. Bez zmrużenia oka płacimy. Znalezienie hotelu w Erewaniu to zajęcie trudne i kosztowne. Pierwszy hotel w stolicy Armenii otwarto dopiero w 2001 roku. Z globtroterskiego obowiązku informuję, że pokój w tym „cudzie” sztuki hotelarskiej kosztuje nas 80 dolarów za dobę, czy jak kto woli, 240 dolary za 2 noce.</p>
<p>Cdn.</p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/">www.fijor.com</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/radio-erwan-i/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kongo (III)</title>
		<link>http://www.fijor.com/kongo-iii/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/kongo-iii/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 09 Jan 2010 14:28:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[MOJE PODRÓŻE]]></category>
		<category><![CDATA[biali]]></category>
		<category><![CDATA[czarni]]></category>
		<category><![CDATA[Gisenyi]]></category>
		<category><![CDATA[Goma]]></category>
		<category><![CDATA[Kongo]]></category>
		<category><![CDATA[Nyiragonga]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=1965</guid>
		<description><![CDATA[Symbioza          W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak bardzo uzależniony od tubylców, jak właśnie w Afryce. W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak obcy, zagubiony, ale i wdzięczny miejscowym za to że są obok.            Honore, który podjął się roli mego przewodnika w drodze z Rwandy do wschodniego Kongo wyznał w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Symbioza</p>
<p>         W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak bardzo uzależniony od tubylców, jak właśnie w Afryce. W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak obcy, zagubiony, ale i wdzięczny miejscowym za to że są obok.</p>
<p>           Honore, który podjął się roli mego przewodnika w drodze z Rwandy do wschodniego Kongo wyznał w czasie jazdy, że choć białych w Afryce na ogół się nie lubi, każdy czarny czuje się przy nich bezpieczniej. Biały, siedzący w samochodzie obok prowadzącego murzyna, jest niejako gwarancją, że byle policjant pojazdu nie zatrzyma. Ledwie to powiedział, gdy jak spod ziemi wyłonił się rosły „Długi”<a href="http://www.fijor.com/wp-admin/#_ftn1">[1]</a> i machnął nam lizakiem przed szybą.</p>
<p><span id="more-1965"></span>Zdaniem policjanta, Honore wywołał zagrożenie na drodze, narażając na niebezpieczeństwo idące do szkoły dzieci. Gdyby to było w Kongo, Burundi czy w Ugandzie, sprawa byłaby jasna; chodzi o łapówkę, ale w Rwandzie policja jest nieprzekupna (sic!). Żartów nie ma, tym bardziej, że Honore, który &#8211; jak sam twierdzi &#8211; do plemienia Hutu nie należy, wygląda jak podręcznikowy przypadek „Krótkiego”. Na szczęście skończyło się na surowej reprymendzie stróża porządku i strachu. Honore był przekonany, że policjant puścił nas wolno właśnie z szacunku dla mnie, czyli dla białego. Niech mu będzie. Nie kłóciłem się, choć dobrze wiedziałem, że gdyby nie moja pospieszna modlitwa do Anioła Stróża, pewnie by nas skasował na duże pieniądze. Mandaty drogowe w Rwandzie sięgają ekwiwalentu kilkuset dolarów, co przy pensji miesięcznej rzędu 80 &#8211; 100 dolarów robi wrażenie.</p>
<p>        Ruszyliśmy w drogę, ponieważ jednak Honore nie było pewny, czy ma się cieszyć z pobłażliwości policjanta, czy wstydzić swoich analiz filozoficznych, aby poprawić nastrój zauważyłem, że osobiście czuję się dzięki jego obecności pewniej i spokojniej, dodając w duchu: na tyle, na ile można się czuć pewnie i spokojnie dojeżdżając do granicy z wschodnim Kongo. Zresztą w niczym nie przesadziłem. Napaść murzyna na białego, któremu towarzyszy inny murzyn &#8211; nawet w LA Central czy w Chicago South<a href="http://www.fijor.com/wp-admin/#_ftn2">[2]</a> &#8211; należy do rzadkości. W Afryce Murzyn jest dla „białasa” gwarancją bezpieczeństwa. Tym bardziej w kontaktach z funkcjonariuszami i urzędnikami. Miałem okazję przekonać się o tym po raz kolejny na przejściu granicznym między Rwandą a Kongo, w miasteczku Gisenyi. Piszę o tym, by ostrzec ewentualnych śmiałków, którym przyjdzie do głowy diabelski pomysł przekroczenia granicy z Kongo bez eskorty czarnego.</p>
<p>       Europejczycy mieszkający w Afryce z nieskrywaną dumą chełpią się tym, że każdy murzyn chce mieć swojego białego. I to jest fakt. Murzyn posiadający białych przyjaciół, cieszy się statusem porównywalnym do tego, jaki posiadał Polak z PRL, który miał rodzinę na Zachodzie. Sprawiedliwiej jednak byłoby stwierdzić, że korzyść jest obopólna. Biali, zwłaszcza zamieszkali na stałe w Afryce, to wyjątkowo nieprzyjemna rasa ludzi; nadęte, aroganckie bubki przekonane o swej rzekomej wyższości. Najgorsi są pracownicy agencji rządowych i instytucji pomocowych, którzy przeważnie zapominają, że nie tylko afrykańskie kacyki, do których trafia gros funduszy pomocowych z Europy, USA, Japonii, a ostatnio także z Chin, lecz również oni sami żyją z pieniędzy białych podatników przekazywanych rzekomo dla ratowania Afryki. Ojciec George, amerykański pastor od Adwentystów Dnia Siódmego z Kisoro w Ugandzie rzucił mi się z radością na szyję, gdy z uśmiechem odpowiedziałem na jego pozdrowienia. W Afryce do rzadkości należy biały, który się drugiemu białemu odkłoni. Czy trudno się potem dziwić murzynom, że patrzą na nas spojrzeniem nienawistnych gburów? Wystarczy jednak uśmiechnąć się, powiedzieć: halo, how are you? by te nieufne na pozór istoty odpowiedziały szczerym uśmiechem i poczęstowały nas swym ostatnim bananem bądź plastrem mango.</p>
<p>      <br />
Granica</p>
<p> </p>
<p>       Honore jest Kongijczykiem. Mieszka od 10 lat poza krajem, najpierw uczył się w Kenii, teraz pracuje w Rwandzie. W Goma mieszka całe jego rodzeństwo, dwie siostry i trzech braci, a szczególnie brat Leon. Leon jest dumą rodziny, jej kasą i mózgiem finansowym. Bo Leon jest celnikiem, i to właśnie na przejściu w Gisenyi. Jakie to ma znaczenie, napiszę za chwilę. Co prawda, gdyby Honore nie miał brata celnika, tylko na przykład cieślę albo elektryka, też byśmy granicę przekroczyli, ale trwałoby to co najmniej o trzy, cztery godziny dłużej, kosztowało sporo nerwów, strachu i ze sto dolarów w gotówce więcej. Zresztą, kto tam wie, jakie inne koszty trzeba by ponieść. Grupce niemieckich turystów, którzy bez eskorty miejscowego przewodnika wybrali się do Kongo na goryle, skradziono pożyczony samochód i bagaże, zanim jeszcze wjechali na teren Virunga National Park. Osobiście winien jestem Leonowi wdzięczność za to także, że poświęcił mi czas, cierpliwość i gościnę, pokazując swoje miasto, opowiadając o jego losach i rozjaśniając mroki afrykańskich zawiłości.</p>
<p>         Przejście z Gisenyi do Goma pełni rolę strategiczną &#8211; między Unią Wschodniej Afryki a rejonem Wielkich Jezior. Turystycznego znaczenia właściwie nie ma, choć odkąd Rwandyjczycy podnieśli opłatę za wejście do rezerwatu goryli w parku Virunga do 500 dolarów od osoby (i to bez gwarancji zobaczenia bliskiego przodka), coraz więcej turystów korzysta z wejścia od strony kongijskiej, gdzie goryle są o 400 dolarów tańsze. Co prawda, w Kongo należy się liczyć z ryzykiem ostrzału ze strony rebeliantów, który może te inteligentne stworzenia wypłoszyć na droższą, rwandyjską stronę, ostatnio jednak chroni szlaku prywatna policja turystyczna, z którą rebelianci zadzierać nie chcą.</p>
<p>         Przejście graniczne z Rwandy do Goma to szlak przemytników, złodziei i handlarzy bronią. Wszystko, co w Kongo cenne, przerzucane jest tą właśnie trasą. Znany globtroter, redaktor Robert Mazurek z <em>Wprost</em>, napisał niedawno, że aż 90 procent czarnego rynku kongijskich diamentów przechodzi przez rynek rwandyjski. W Kigali przecinają się szlaki handlarzy uranem, licencjami na wydobycie ropy naftowej, złotem i innymi surowcami naturalnymi, od których w Kongo aż się roi. Już choćby z tego powodu granica, którą przekraczaliśmy to żyła złota. Leon twierdzi, że gdyby nie kontrabanda i towarzyszące jej profity, celnicy, „wopiści” i inni funkcjonariusze graniczni już dawno by z posterunku zeszli i granicę zamknęli. Tym bardziej, że coraz częściej zdarza się, iż pogranicznicy nie otrzymują zapłaty za swoją pracę przez dwa, trzy miesiące.</p>
<p>- Gdybym żył z pensji – wyznał mi Leon po trzech piwach – moje dzieci już by z głodu pomarły. I dlatego, Leon i jego koledzy granicy pilnują, jak swego własnego biznesu. W ich kieszeniach ląduje połowa opłat wizowych, sięgających od 100 do 30 dolarów od osoby &#8211; za trzydniową wizę. Jako znajomy Leona zapłaciłem najniższą stawkę. Do celników należą opłaty celne, skonfiskowane przedmioty i drobna kontrabanda. Poważni przemytnicy, oficerowie sił pokojowych ONZ i inne VIP-y, jak choćby Honore i ja, przechodzą granicę poza kontrolą i kolejnością.</p>
<p>          Formalnie do Kongo samochodem wjechać może każdy, pod warunkiem, że jego cudzoziemski właściciel zapłaci opłatę tranzytową, sięgającą niekiedy ceny tego samochodu. Z tego powodu większość zmotoryzowanych zostawia samochody na przygranicznym parkingu. Zresztą gdyby nawet takiej opłaty nie było, kongijskie drogi i zachłanna policja są skuteczną barierą odstręczającą od wjazdu. Na granicy czekał na nas przyjaciel Leona, Bonifacy z potężnym Land Cruiserem. Z Bonifacym czułem się znowu pewniej.</p>
<p>  </p>
<p>Wikt i opierunek</p>
<p> </p>
<p>       W normalnym kraju, niech to będzie nawet Birma czy Boliwia, znajdujesz hotel na każdą kieszeń, o dowolnym standardzie higienicznym. Są też bary, pizzerie, restauracje, dzięki którym z głodu nie zejdziesz. Jeśli nawet zorganizowanej gastronomii chwilowo nie ma, są bazary, rynki, targowiska, na których każdy znajdzie coś do zjedzenia.</p>
<p>        Jednakże Afryka, jak się pewnie zorientowaliście, normalnym światem nie jest. O hotelach już pisałem przy okazji wizyty w Burundi. Nie jest z nimi łatwo, bo albo bardzo drogie, albo bardzo złe, ale jednak są. Gorzej z jedzeniem. Poza większymi skupiskami ludzkimi restauracji o standardzie porównywalnym z naszym przeważnie brak. Ludzie nie maja tam pieniędzy, po knajpach nie chodzą, a jeśli już, to przeważnie od święta, żeby wypić i pohulać. Tanie bary roją się od robactwa i gryzoni, targowiska zlokalizowane są na odległych peryferiach, w miejscach dla turysty niedostępnych i niebezpiecznych, więc znalezienie czegoś zjadliwego – ze względu na lokalne gusta i obyczaje kulinarne trudne. Żyzne Kongo, które mogłoby być zapleczem żywnościowym świata przedstawia pod tym względem wyjątkowe wyzwanie.<br />
       Od wyjazdu z Kigali minęło sześć godzin. Skończyła nam się woda i kupione w stolicy płatki ziemniaczane. Pragnienie współzawodniczy z głodem. Upalna pogoda wzmaga dyskomfort. Zatrzymujemy się przy budzie z szyldem <em>Fanta</em>. Jest tylko ciepłe piwo i żywy drób. Z odrażą rezygnujemy z jednego i drugiego. Dwa kilometry dalej sytuacja się powtarza. Z żywej kury rezygnuję, ale z ciepłego piwa już nie. Ulga jest niewielka, bo pół minuty później, całe piwo wsiąknęło w mojego T-shirta. Pod katedrą sprzedają wodę, kupujemy dużą butlę, znika w czeluściach gardeł trzech mężczyzn. Głodu wciąż nie mamy gdzie zaspokoić. W końcu jest barak z napisem „Restaurante”. Z szaszłyczków piekących się na prymitywnym grillu przed barakiem wydobywa się dość przyjemny aromat. Proponuję, żeby tu coś przekąsić. Bonifacy odradza, proponując jakieś „swojskie miejsce” poza miastem. Udaję, że nie słyszę. Honore też. Jesteśmy już naprawę głodni.</p>
<p>- Spytaj go z czego ten szaszłyk – rzucam kompromisowo. Bonifacy pyta. Kucharz – nastolatek coś odpowiada.</p>
<p>- Co powiedział?</p>
<p>- Że z mięsa…</p>
<p>- No, dobrze, spytaj go, z jakiego zwierzęcia to mięso? Bonifacy pyta.</p>
<p>- Chłopiec mówi, że nie wie. Bonifacy tłumaczy.</p>
<p>- No, to niech chociaż powie, jakie zwierzęta wchodzą w grę – upieram się, chociaż jeść mi się chce jak diabli. Bonifacy pyta. Chłopiec odpowiada. Bonifacy dziwnie na mnie patrzy.<br />
- I co ci powiedział? Że jakie zwierzęta?</p>
<p>- Nie chciałbyś wiedzieć jakie wymienił. Kucharz widząc moje zakłopotanie zawołał radośnie:</p>
<p>- This is good! Very good!</p>
<p>      Nie uwierzyłem mu. Przełknąłem ślinę, wsiedliśmy do Land Cruisera i głodni odjechali. Godzinę później, w jakiejś wiosce w drodze pod wulkan Nyiragonga zatrzymujemy się przy podobnym grillu. Bonifacy z dumą pokazuje, że to jest właśnie to „jego miejsce”. Nie chcę mu robić przykrości, rezygnuję z przesłuchania kucharza; zjadamy po trzy szaszłyczki. Są dość smaczne. Staram się nie myśleć z jakiego zwierzątka zostały sporządzone. Na wszelki wypadek proponuję zakupić butelkę dobrej irlandzkiej whisky, którą po powrocie z wycieczki obficie dezynfekujemy systemy trawienne.<br />
      Duch święty nad nami czuwał. Następnego ranka, w schludnym pensjonacie miejscowych pallotynów zbudził mnie zapach jajecznicy na boczku, dopiero co ubitego masła, pachnącego chleba i świeżo parzonej kongijskiej kawy.</p>
<p>       Jeśli się wie gdzie, nawet w Kongo można dobrze zjeść.</p>
<p> </p>
<p>Cdn.</p>
<p> </p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/">www.fijor.com</a></p>
<p> </p>
<p> </p>
<p> </p>
<hr size="1" /><a href="http://www.fijor.com/wp-admin/#_ftnref1">[1]</a> Jest to oględne – a właściwie poprawne politycznie &#8211; określenie na członka plemienia Tutsi używane przez białych w rejonie „wielkich jezior”. W przeciwieństwie do długich, ludzie Hutu są nazywani „krótkimi”.</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/wp-admin/#_ftnref2">[2]</a> Zarówno LA Central, jak i Chicago South są dzielnicami niemal w stu procentach zamieszkałymi przez czarnych, słynącymi z wysokiej przestępczości.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/kongo-iii/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ukraina 2010 (I)</title>
		<link>http://www.fijor.com/ukraina-2010-i/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/ukraina-2010-i/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 03 Jan 2010 13:07:32 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[MOJE PODRÓŻE]]></category>
		<category><![CDATA[reket]]></category>
		<category><![CDATA[Ukraina]]></category>
		<category><![CDATA[wybory]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=1959</guid>
		<description><![CDATA[       Nastroje na Ukrainie są ponure, a sytuacja na większości terytorium tego potężnego kraju przypomina późny PRL. Po chwilowej poprawie w latach 1993 – 1999, gospodarka naszego wschodniego sąsiada zjeżdża po równi pochyłej. Nadchodzące wybory prezydenckie niewiele zmienią. Bez względu na barwy zwycięzcy, pomarańczową lub błękit, nowy prezydent sprawować będzie władzę pod dyktando totalitarnej oligarchii. Problem [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>       Nastroje na Ukrainie są ponure, a sytuacja na większości terytorium tego potężnego kraju przypomina późny PRL. Po chwilowej poprawie w latach 1993 – 1999, gospodarka naszego wschodniego sąsiada zjeżdża po równi pochyłej. Nadchodzące wybory prezydenckie niewiele zmienią. Bez względu na barwy zwycięzcy, pomarańczową lub błękit, nowy prezydent sprawować będzie władzę pod dyktando totalitarnej oligarchii. Problem w tym, że bez wolnego rynku i kapitalizmu – na które oligarchowie pozwolić nie chcą &#8211; Ukraina nie ma nadziei ma lepsze życie?</p>
<p>Rynek polityczny</p>
<p>          Łada Karima rozpada się. Trudno się dziwić. Samochód ma 26 lat. Karoseria jest przerdzewiała na wylot, z rury wydechowej bije smuga oleju zmieszanego z sadzą, rozbite są reflektory, nie działają hamulce, a koła przypominają kształtem piłkę do rugby. Mimo to Karim ma ważny dowód rejestracyjny z pieczątką upoważniającą jego pojazd do poruszania się po ulicach Ukrainy i ładą jeździ.<span id="more-1959"></span> Kosztowało go to 400 hrywien, a więc równowartość 140 złotych; 300 hrywien wziął inspektor drogówki, 100 hrywien warsztat, który wystawił zaświadczenie o dobrym stanie technicznym łady. I chociaż wartość pojazdu nie przekracza 600-700 hrywien,  Karimowi operacja kalkuluje się. Dzięki łapówce nie musi przez najbliższy rok wydawać kilkudziesięciu tysięcy na nowy. Tym, co go martwi są słowa prezydenta Wiktora Juszczenko, który zapowiada, że po wygranej w wyborach 17 stycznia 2010 odbierze drogówce monopol na dowody rejestracyjne.</p>
<p>- Gdzie ja wtedy znajdę właściwego biorcę? – chmurzy się Karim.</p>
<p>       Na Ukrainie za pieniądze można załatwić wszystko.</p>
<p>       Duże sprawy – jak zezwolenie na wyłączność w regionalnym hurcie papierosów, zwolnienie z podatku czy kontrakt na remont siedziby ministerstwa &#8211; kosztują duże pieniądze. I na te stać oligarchów, czyli byłą wierchuszkę komuny, która wraz z <em>reketem</em> &#8211; opanowała gospodarkę kraju w okresie przemian, po rozpadzie ZSRS. Na przykład, pod kontrolą najpotężniejszej, czyli wywodzącej się z aparatu komunistycznego grupy donieckiej znajduje się urząd premiera Ukrainy, urząd pierwszego wicepremiera i ministra finansów, ministrów ds. kompleksu paliwowo-energetycznego, prezesów i przewodniczących rad nadzorczych Ukrtelekomu, Naftohaz Ukraina, kombinatów metalurgicznych, zakładów zbrojeniowych. Podziemne media ukraińskie nie wykluczają, że ludzie ci mają także wpływy we wrogim mu rzekomo pałacu prezydenckim, a także w parlamencie. Takich wpływowych grup jest kilkadziesiąt i chociaż liczba ich powoli rośnie, co mogłoby sugerować demonopolizację władzy, jest to zmiana pozorna. Elita władzy obejmuje wciąż tę samą grupę ok. 50 tysięcy osób, które zmieniają szyldy, barwy partyjne, dzielą się na frakcje, bądź powołują do życia nowe sojusze. Najświeższy z nich to Euro 2012.</p>
<p>        Reket, to aparat wymuszania, postkomuniści, którzy nie znaleźli dla siebie miejsca w gospodarce. Oni pełnią rolę „alternatywnej” hierarchii władzy, chroniącej skwapliwie interesów oligarchów. Obie grupy żyją w symbiozie i lojalnie się wspierają. Mer stolicy oblasti (region) w biednym jak mysz kościelna Równem jeździ najnowszym modelem mercedesa, podobnie, jak odpowiadający mu rangą prezes „Doneckyjeho enerhozawoda”. Obaj jeżdżą na narty do Szwajcarii, obaj ubrani są w markowe ciuchy, markowo odżywieni, obu otacza mieszanina czci i strachu hamująca na Ukrainie wolny rynek, na rzecz rynku politycznego, na którym „panowie Ukrainy” wyznaczają standard życia ludu. Taka hierarchia władzy ciągnie się poprzez powiat, merostwo, policję, tajne inspekcje i urzędy kontrolne, aż po pogranicznika i celnika. Oni też mają swoje ceny. Są wprawdzie niższe, ale równie dokuczliwe. Jazda po pijanemu – 2000 hrywien, ułaskawienie skazanego od 1000 euro wzwyż. Płaci się za lepszą pracę, a więc za możliwość zrobienia ok. 1500 hrywien, czyli mniej niż 600 złotych, za pozwolenie na otwarcie lokalu z wyszynkiem (haracz wynosi 10 procent obrotu), za miejsce na państwowej uczelni wyższej (od kilkuset do 5000 euro), a nawet za…polską wizę.</p>
<p>        Płacisz, i mimo tego nie jesteś pewien, czy przypadkiem reket nie zmienił nagle zdania i w połowie „amortyzacji” twojej łapówki nie unieważni niepisanej umowy. W tym świecie – tłumaczył mi urzędnik magistratu z Kowla – nie ma reguł, a lojalność ogranicza się do ochrony własnego tyłka. Siatka biorców jest szczelna, mają własny wywiad i system wymiany informacji. Nie ma sądu, a miejsce sprawiedliwości pełni zemsta sprawców i cierpienie ofiary. Olga, obywatelka Łucka, mimo wręczenia sowitej łapówki, zezwolenia na budowę domu nie otrzymała. Oburzona niedotrzymaniem słowa przez urzędników merostwa postanowiła złożyć skargę na policji. Tydzień później nieznani sprawcy pobili jej męża, a syn został usunięty z prestiżowego instytutu informatycznego. Macki mścicieli sięgnęły nawet polskiego konsulatu, który odmówił kobiecie wizy na wjazd do Polski, zostawiając Olgę i jej rodzinę bez środków do życia.</p>
<p>        Z jednej strony korupcja demoralizuje, z drugiej jest jedynym ratunkiem na paraliżującą kraj biurokrację będącą pochodną obowiązujące wciąż systemu quasi-sowieckiego.</p>
<p> </p>
<p>Milczące dusze</p>
<p>        Przypadek Olgi to wyjątek. Większość Ukraińców przeżywa upokorzenie w milczeniu. Nauczyli się z tym żyć – tłumaczy mi ktoś – jeszcze za czasów panowania tu Polaków. Potem byli Sowieci, Stalin, nacjonaliści, ich własny aparat, a dzisiaj Kijów, Donieck, szef okręgu, powiatu, komendant posterunku policji, czy celnik.</p>
<p>        Na granicy w Dorohusku, po stronie polskiej, kolejka TIR-ów czekających na wjazd na Ukrainę sięga sześciu kilometrów. Kilka dni później, w Liubomi, po stronie ukraińskiej, mimo iż jest akurat niedziela, sznur ciężarówek ma siedem kilometrów długości. Wasilij, jadący z Równego po części do turbin w okolice Gdańska, bez śladu skargi w głosie, ocenia, że do Polski wjedzie we środę nad ranem. Do południa załaduje ciężarówkę i wróci do Równego w poniedziałek. Łącznie przejedzie około 1200 km, zabierze mu to osiem dni; 150 km dziennie. Cierpliwie czeka, podsypiając między kolejnymi podjazdami, jakby to była część jego pracy.</p>
<p>       W trochę lepszej sytuacji są pojazdy pasażerskie. W niedzielę 13 grudnia 2009 jest ich niewiele ponad 120. Dwie trzecie to samochody ukraińskie, pozostałe, z Polski, z Rosji, kilka z Białorusi. Stoimy i czekamy. Celnicy też czekają. Palą, rozmawiają, jakby byli obrażeni na tę kolejkę. I nie ma znaczenia czy dzieje się to po stronie polskiej, czy ukraińskiej. Po obu stronach panuje ten sam standard. Kompletne ignorowanie przekraczających granicę. O ile winę za kilometrowe kolejki TIR-ów i panującą na granicy dezorganizację ponoszą służby ukraińskie, o tyle pod względem chamstwa i złośliwości Polacy są jednak górą. Z boku przyglądam się żenującemu widowisku.</p>
<p>        Specjalnym pasem, poza kolejnością podjeżdża wypełniony po brzegi mikrobus „rejsowy” z Łucka do Lublina. Znudzeni, ospali polscy strażnicy graniczni polscy ożywiają się nagle. Kierowca mikrobusu przez okno podaje paszporty, głównie ukraińskie, pogranicznik przegląda, dyskretnie wyciąga coś spomiędzy dokumentów, rozgląda się, wkłada do kieszeni, stawia stempel i z uśmiechem żegna podróżnych. Kierowca stojącego na początku ogonka zdezelowanego opla na rejestracji ukraińskiej uruchamia silnik w nadziei, że teraz odprawią jego. Mundurowy daje mu jednak znak, że jest jeszcze nie gotowy. Gasi papierosa i znika w służbowej budce. Pojawi się za 10 minut w towarzystwie kolegi. Odprawią trzy pojazd i znowu znikną na kwadrans.</p>
<p>- Cały ten cyrk ma na celu wymuszenie haraczu – tłumaczy młoda dziewczyna z ukraińskim akcentem – Kierowcy mikrobusów zbierają od pasażerów, opłacą pograniczników, to i odprawa nie potrwa długo.</p>
<p>         Potwierdzają to, Oksana ze Lwowa i kilka jej koleżanek, które w Lublinie sprzątają mieszkania. Do Polski przyjeżdżają co dwa, trzy miesiące na miesiąc, za każdym razem opłacając się na granicy – dwa razy Ukraińcom, i dwa Polakom. Litości nie ma. Zniżek też nie. Podróżni nie protestuje, bo i po co? Każdy ma coś do stracenia. Polacy przeważnie przewożą alkohol, papierosy, ot, drobny przemyt. Ukraińcy też przemycają, ale głównie jadą do Polski zarobić. Nieoficjalne statystyki mówią, że co trzecia rodzina na Zachodniej Ukrainie żyje dzięki pracy w Polsce. Łatwo nie jest – wiza kosztuje i coraz trudniej ją otrzymać. Polskie władze w obawie przed wzrostem bezrobocia wydały konsulatom dyrektywy – hamować, utrudniać, odmawiać ile się da. Oficjalnie jest życzliwość, wsparcie dla uboższego brata, nieoficjalnie obojętność i wrogość urzędników. Co gorsza, wokół konsulatu kręci się grupka darmozjadów, którzy za pieniądze załatwiają. Odpowiedź na pytanie: jak to możliwe?, pozostawiam ministrowi Radkowi Sikorskiemu, tym bardziej, że proceder jest wredny i kompromituje polską dyplomację.</p>
<p>- To skandal – klnie ktoś z głębi kolejki, rozglądając się pospiesznie, w obawie, czy przypadkiem któryś z pograniczników nie dosłyszał.</p>
<p>- Tak ludzi upokarzać. Tyle godzin czekania! – puszczają nerwy komuś innemu &#8211; Nieroby jedne! – syczy pod adresem funkcjonariuszy służb granicznych.</p>
<p>- Muszą pilnować, kto do kraju wjeżdża – odzywa się protekcjonalnie właściciel hondy, następny w kolejce do odprawy – Do agencji towarzyskich jadą, na drogach Tir-y zaczepiają.</p>
<p>- Podatków nie płacą. Traci skarb państwa – wtrąca pasażer obok.</p>
<p>        Nagle opinie milkną. Przerywa je pojawienie się celnika o zimnym, niewidzącym i wrogim spojrzeniu:</p>
<p>- Czy ma pan coś do oclenia? – rzuca, i nie czekając na odpowiedź nakazuje kierowcy hondy, zjechać na bok i otworzyć bagażnik. Przegląda pobieżnie zawartość, po czym daje sygnał do odjazdu.</p>
<p>- Dał mu w łapę – komentuje zazdrośnie sąsiad – albo miał szczęście.</p>
<p>- Szczęście? Coś pan! Czy ten celnik wyglądał na wyrozumiałego?</p>
<p>Oczekujący w kolejce wybuchają śmiechem.</p>
<p>- Zimą, dwa lata temu – opowiada jeden z mężczyzn, ten sam, który oburzał się na morale ukraińskich gastarbeiterem &#8211; polski celnik wskoczył do lodowatej rzeki w pościgu za przemytnikiem ukraińskim przewożącym cztery kartony papierosów.</p>
<p>- Szkoda, że się nie utopił, świnia jedna &#8211; słyszę głos kobiety – skąd oni takich ludzi biorą?!</p>
<p>      Od wejścia Polski do Schengen, odkąd wschodnia granica Polski stała się rubieżą Unii Europejskiej, celnicy na granicy z Ukrainą i Białorusią stają na głowie, żeby swej lekkiej, dobrze płatnej, a co gorsza, zbytecznej pracy nie stracić. Pod pozorem bezpieczeństwa granic, z wypiętą z dumy piersią, nabijają kasę państwu i sobie, zubożając miliony zwykłych obywateli…</p>
<p> </p>
<p>Cdn.</p>
<p> </p>
<p>Jan Bereta</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/ukraina-2010-i/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mandalay Express (I)</title>
		<link>http://www.fijor.com/mandalay-express-i/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/mandalay-express-i/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 15 Nov 2009 14:53:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[MOJE PODRÓŻE]]></category>
		<category><![CDATA[Birma]]></category>
		<category><![CDATA[junta]]></category>
		<category><![CDATA[mnisi buddyjscy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=1900</guid>
		<description><![CDATA[Mandalay Express (I)            Mandalay. Drugie co do wielkości i ważności miasto Birmy, kraju znanego też jako Burma, a ostatnio Myanmar owiane jest legendami, których ukoronowaniem – jak głoszą przewodniki po tym pięknym i niezwykłym kraju – powinien być rejs luksusowym statkiem The Road to Mandalay (Droga do Mandalay) po rzece Irawadi z Mandalay do [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Mandalay Express (I)</p>
<p>           Mandalay. Drugie co do wielkości i ważności miasto Birmy, kraju znanego też jako Burma, a ostatnio Myanmar owiane jest legendami, których ukoronowaniem – jak głoszą przewodniki po tym pięknym i niezwykłym kraju – powinien być rejs luksusowym statkiem <em>The Road to Mandalay</em> (Droga do Mandalay) po rzece Irawadi z Mandalay do Pagan, stolicy antycznego Imperium Myanmaru (w latach 1044 – 1286). Problem w tym, że rejs trwający cztery dni kosztuje od 3500 dolarów od osoby wzwyż. Nawet jak na tak wyjątkowy kraj, jakim jest Birma, była to dla mnie cena absurdalnie wysoka. Za dwa procent tej kwoty można dotrzeć do Pagan w 12 – 14 godzin, tyle że w mniej luksusowych warunkach. Mój stateczek, w przeciwieństwie do swego szlacheckiego rywala, był prymitywną łajbą pamiętającą czasy kolonialne i to we wczesnym ich okresie. Zresztą luksusy to nie jest sprawa, dla której należy odwiedzać Birmę. Tym bardziej, że połowa ceny biletu na The Road to Mandalay trafia i tak do kieszeni któregoś z generałów, wyjątkowo szkodliwej, złośliwej i głupiej junty rządzącej Birmą od prawie 50 lat.</p>
<p> Bojkot</p>
<p>          Początek 2008 roku był dla Birmy jednym z najcięższych. Brakowało żywności, lekarstw, pracy, prądu elektrycznego a nawet benzyny, mimo iż Birma siedzi na ropie, a samochód wciąż stanowi przedmiot wyrafinowanego luksusu. Jakby tych nieszczęść było mało, prawie cały rok 2007 rok panowała susza. Nadchodzące zbiory ryżu nie zapowiadały zmiany na lepsze. Głód dotknął nawet mnichów buddyjskich, którzy przecież jedzą niewiele. Na ulice Rangunu, Mandalay, Bago wylegli żebracy, każdego ranka służby porządkowe zbierały ciała ludzi zmarłych z głodu i wycieńczenia. Po kolejnych groźbach uwięzienia noblistki i najbardziej znanej przeciwniczki rządu wojskowych, Aung San Suu Kyi, którą dotąd przetrzymywano w arszcie domowym, nawet tolerancyjne wobec generałów Chiny ograniczyły do minimum pomoc humanitarną. Nasilił się bojkot Birmy na arenie międzynarodowej, którego dokuczliwym skutkiem był prawie kompletny brak turystów. Zamarła współpraca gospodarcza z zagranicą. Cudzoziemcy przestali Birmę odwiedzać, dając tym po części wyraz oburzeniu, po części obawie o własne bezpieczeństwo. Reżym w kraju buddyjskim, który nie waha się prześladować „posłańców bogów”, najbardziej podziwianych, szanowanych i kochanych obywateli kraju nie zawaha się stosować represji wobec przybyszów zagranicznych. Zresztą niechęć była obopólna. Junta zaostrzyła wymagania wizowe, nasilając równocześnie kampanię wymierzoną w dyskryminujący ją Zachód.</p>
<p>      W rezultacie takiej polityki, bankrutowały biura podróży, restauracje, a nawet firmy jubilerskie i fabryki mebli, sztandarowe branże przemysłowe Birmy. Reprezentacyjne hotele stolicy, pięciogwiazdkowe Governor’s Residence i Summit Parkview, u podnóża kapiącej złotem pagody Szwe Dagon, mimo obniżki ceny do poziomu „trzech gwiazd”, świeciły pustkami. W Boeingu 737 linii Bangkok Airways, którym przyleciałem ze stolicy Tajlandii leciało osiem osób; małżeństwo brytyjskich dyplomatów pracujących  w Rangunie, czterech mnichów buddyjskich z Kambodży, lecących do Mandalay na kongres teologiczny, jakiś oficjał tajlandzki i niżej podpisany. Zresztą nie lepiej było kilka dni później w czasie lotu ze stolicy do Mandalay.</p>
<p><span id="more-1900"></span><!--more--></p>
<p>       Bezpośrednim powodem izolacji Birmy na płaszczyźnie międzynarodowej była masakra, jakiej dopuściła się junta we wrześniu 2007. Generałom puściły nerwy i w odpowiedzi na wolnościowe protesty ludności, poparte tym razem przez liczącą pół miliona osób społeczność duchownych buddyjskich, dopuścili się bezprecedensowego świętokradztwa, nawet jak na warunki brutalnej dyktatury. Wymierzyli lufy swych karabinów w mnichów buddyjskim, uważanych w Birmie za ludzi świętych i uosobienie niebiańskiego spokoju. W trakcie serii manifestacji w Rangunie zginęło ponad 100 duchownych, setki innych znalazły się w więzieniach. Represje były dla zdesperowanych Birmańczyków wstrząsem. Milczącego poparcia odmówiła juncie nie tylko pagoda, lecz także nieliczne, choć dość dotąd wpływowa i tolerancyjna wobec władzy, grupa przedsiębiorców i właścicieli ziemskich. Pojawiły się próby organizowania opozycji, a nawet czynnego oporu, zjawiska w tym buddyjskim kraju wyjątkowe.    Odpowiedzią reżymu było zaostrzenie, trwającego w kraju od początku lat 60. ubiegłego wieku, stanu wyjątkowego, w tym częste wyłączenia prądu, delegalizacja Internetu, podsłuch telefoniczny i inne przejawy aktywności służ specjalnych.</p>
<p> Podróż do Mandalay</p>
<p>        W tak napiętej i nerwowej atmosferze wylądowałem w stolicy Birmy wraz z czwórką mnichów buddyjskich, z którymi zdążyłem się zaprzyjaźnić w trakcie godzinnego lotu. Zapraszali mnie, żebym zatrzymał się z nimi w klasztorze przy Pagodzie Sule, ale nie mogłem. Miałem swoje zobowiązania, toteż umówiliśmy się nazajutrz. I tu należy się krótkie wyjaśnienie.</p>
<p>      Do żadnego wyjazdu w życiu, nawet do emigracji do Ameryki, nie przygotowywałem się tak skrupulatnie i długo, jak do podróży do Birmy. Czytałem szperałem, szurfowałem Lonely Planet tygodniami. Przypadek sprawił, że w trakcie tych poszukiwań natrafiłem na Dan San San, właścicielkę hoteliku Yoma w Rangunie, który parę lat wcześniej odziedziczyła po swoim były szefie. Whimpu, który gościom Yoma Hotel umożliwiał kupno kamieni szlachetnych – Birma słynie z legendarnych rubinów i równie pięknych szafirów – pewnego dnia zabrany został na przesłuchanie, z którego już nie wrócił. A że wcześniej Dan San San miała z nim córkę, hotel przeszedł na własność rodziny San. To jej pomocy i życzliwości zawdzięczam tę podróż; Dan opłaciła urzędniczkę Ministerstwa Hoteli i Turystyki i oficera na lotnisku, dzięki czemu na moją wizę patrzyli przez palce. Na przykład, czwórkę moich przyjaciół mnichów &#8211; z których dwaj to rodowici mieszkańcy Kambodży, a pozostała dwójka to Birmańczycy, od lat żyjący i nauczający w Phnom Penh – bezceremonialnie zatrzymano na uciążliwe przesłuchanie. Udając się następnego dnia do klasztoru Sule nie byłem pewny czy ich tam w ogóle zastanę. Na szczęście byli i jak to buddyjscy mnisi serdecznie się uśmiechali radując, że żyją.</p>
<p>       Następną dzień i noc spędziłem już w klasztorze. Korzystanie z hotelu w warunkach braku prądu i niedziałającej klimatyzacji nie miało sensu. Pokoje klasztorne są bez okien, a że klimatyzacji nie było tam nigdy, mnisi radzili sobie z wentylacją w sposób tradycyjny – wykorzystuj przeciąg wiejący przez szpary w deskach prowizorycznych ścian. Stąd w klasztorze było znacznie przyjemniej niż w hotelu, a jedyną uciążliwością było dostosowanie się do obowiązującego rozkładu dnia, ale jakoś sobie radziłem. Najpierw, o 5 rano była modlitwa, z której naturalnie byłem zwolniony, o szóstej rano zjedliśmy wspólnie ryż z owocami, całkiem przyzwoity, i popili wodą. Potem towarzyszyłem im w odwiedzinach patronów, czyli sponsorów kolejnego posiłku. Fryzjer dał nam kalarepę, sklepikarz mleko sojowe i kawałem kurczaka, na poczcie dostaliśmy pomidory i mąkę, ja sam kupiłem marchewkę, cebulę i parę innych jarzyn. W ten sposób, po dwóch godzinach chodzenia po prośbie mieliśmy pięć dużych naczyń wypełnionych żywnością, co z nawiązką wystarczyło dla jedenastu mnichów, jacy w owym czasie zamieszkiwali klasztor. O 11-tej był drugi posiłek – pyszny gulasz z kalarepy, cebuli i marchwi &#8211; i….koniec! Szlus! Do następnego dnia rano.</p>
<p>       Trzymałem się mniej więcej do 18.00. W końcu uznałem, że nawet chęć zrzucenia kilku dodatkowych kilogramów nie uzasadnia takiej tortury. Pomyśleć, że Ross tak żyje od 22 lat, Bunthan prawie 20 lat, a najstarszy Kyi ponad 45 lat. Pod wieczór poddałem się i dyskretnie poszedłem do miasta, gdzie zgrzeszyłem kilkoma pierogami z nadzieniem kurczako &#8211; warzywnym. Do dziś pamiętam ten smak. Pyszny!. Może gdybym miał coś do roboty. Jakieś zajęcie, książkę, telewizor, komputer, to bym tę głodówkę przetrzymał. Książkę wprawdzie miałem, jednakże w sali, w której mieszkaliśmy z braku prądu było ciemno. Oni recytowali swoje religijne dzieła, odmawiali pobożne formuły, a ja się potwornie nudziłem. Okazało się, że Bunthan, który z jedenastki mnichów najlepiej znał angielski, jest w klasztornej hierarchii wyrocznią. Pełniąc więc rolę arbitra w kwestiach religijnych, nie miał chwili czasu na rozmowę ze mną. Nuda, jak wiadomo, stymuluje uczucie głodu. Zwłaszcza gdy zewsząd dochodzi woń smakowitych potraw Indochin.</p>
<p>      Rankiem, po pierwszym śniadaniu, w trakcie kwesty żywności na drugie śniadanie, Bunthan zauważył, że mam anioła stróża. Za namową mnichów, po obejrzeniu Złotej Pagody (Szwe Dagon) i kolekcji złota w stołecznym muzeum, bo Sule znałem już jak własną kieszeń, zdecydowałem się rankiem dnia następnego polecieć do znacznie mniej represyjnego Mandalay. Tym bardziej, że i tak pobyt w Mandalay miałem w swoich planach. W noc poprzedzającą wylot, jeden z mnichów zaprowadził mnie do podziemnej (dosłownie; znajdowała się pod piwnicą dużej kolonialnej kamienicy) kawiarenki internetowej, gdzie po ogromnych trudach, polegających na sprytnych obejściu rządowej blokady połączeń, dokonałem on-line rezerwacji hotelu Mandalay City w Mandalay. Na miejscu okazało, że ten mój zeszłonocny wysiłek poszedł na marne. Wskutek wyłączenia prądu w Mandalay całą pocztę elektroniczną diabli wzięli, a wraz z nią moją rezerwację. Na szczęście z braku turystów pokoi hotelowych było pod dostatkiem. Dzięki awarii miałem także okazję poznać rikszarza: Mo Go.</p>
<p>Cdn</p>
<p> </p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/">www.fijor.com</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/mandalay-express-i/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kongo (II)</title>
		<link>http://www.fijor.com/kongo-2/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/kongo-2/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 05 Nov 2009 15:01:01 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[MOJE PODRÓŻE]]></category>
		<category><![CDATA[Kongo]]></category>
		<category><![CDATA[politycy]]></category>
		<category><![CDATA[wojna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=1883</guid>
		<description><![CDATA[Kompleksy           Kongo, zwłaszcza wschodnia jego część to dziś jeden z najmniej bezpiecznych obszarów na Ziemi. Nie jest tam, co prawda, tak groźnie jak w Somalii czy Darfurze, choć kto wie.  Opowiadał mi w czasie lotu z Kigali do Entebbe belgijski dyplomata, pracujący w Mogadiszo, że w Somalii biały człowiek cieszy się respektem i, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Kompleksy</p>
<p> </p>
<p>        Kongo, zwłaszcza wschodnia jego część to dziś jeden z najmniej bezpiecznych obszarów na Ziemi. Nie jest tam, co prawda, tak groźnie jak w Somalii czy Darfurze, choć kto wie.  Opowiadał mi w czasie lotu z Kigali do Entebbe belgijski dyplomata, pracujący w Mogadiszo, że w Somalii biały człowiek cieszy się respektem i, poza drobnymi kradzieżami czy postrzeleniem przez zabłąkaną kulę jakiegoś watażki, nic poważniejszego mu nie grozi. W Kongo nawet takiego szacunku ze strony miejscowych nie ma.</p>
<p> </p>
<p>Kompleks reportera</p>
<p> </p>
<p>        Po co więc pojechałem do kraju, w którym – poza garstką goryli w rezerwacie Virunga, jeśli ma się szczęście &#8211; niczego ciekawego obejrzeć nie można, niczego wartościowego kupić, gdzie są nawet problemy z codziennym wyżywieniem, a przy tym koszty pobytu – ze względu na drogie bilety lotnicze, brak bezpieczeństwa i inne niedogodności, które trzeba pokonywać na każdym kroku są porównywalne z tym, co by się wydało w cudownym Rzymie czy na Fiji? Wiem, co mówię. I w jednym i w drugim miejscu byłem tuż przed wyjazdem do Kongo.</p>
<p>      Ja do Kongo pojechałem na wojnę. Po prostu chciałem coś przeżyć. Zrobiłem to z pełną świadomością, z zabezpieczeniem, ale nie ukrywam, że ta podróż była „szukaniem guza”. Dlaczego? Aby leczyć się z kompleksu.</p>
<p>     Nigdy nie byłem korespondentem wojennym. Facetem z dużą ilością adrenaliny i charakteru, który nie waha się pakować na linię strzału jakichś rozjuszonych rebeliantów z Timoru Wschodniego, czy talibów z Pakistanu. Który każdego dnia, tygodnia, ba, godziny ryzykując życie, niewygody i cierpienia przebija się przez linie wroga, żeby móc na żywo przekazać jakiś szczegół na temat stanu zabitych i rannych w danej potyczce. Z zazdrością czytałem doniesienia korespondentów wojennych czy sprawozdawców z walki z <em>narcotraficantes </em>z najbardziej niedostępnych i niebezpiecznych rejonów globu. Sam nie miałem takiego „szczęścia” i, co najwyżej, koło wojny przejeżdżałem (Bośnia, Chorwacja, Salwador), handlarzy narkotyków widziałem z okna autokaru w Copocabana w Boliwii i w Tijuana (Meksyk), a świadkiem trzęsienia ziemi (Kostaryka) czy zamachu bombowego (Argentyna, 1978) stałem się przez czysty przypadek i to mimo woli.</p>
<p>       Chciałem więc chociaż raz uczestniczyć w takiej akcji, albo przynajmniej być w jej pobliżu. Mniej więcej rok temu byłem tuż tuż, ale w ostatniej chwili ominęła mnie („ze względu na wysokie zagrożenie utratą życia” – napisał organizator, jedna z amerykańskich organizacji dziennikarskich) „wycieczka” do Mogadiszu; do Iraku czy Afganistanu nie mam szans wyjechać, poza tym tamtejsza wojna pozbawiona jest krzty romantyzmu, w Darfurze i Erytrei nie miałem kontaktów, a z braku innych bliższych wojen, najbliższa, jaką mogłem zobaczyć z bliska, rozgrywała się w Kongo.</p>
<p>      <span id="more-1883"></span>   Co tam korespondentem wojennym! Ja nie byłem nigdy nawet regularnym korespondentem pokojowym. Do wyjazdu z Polski w 1985 roku nie wysłano mnie w charakterze korespondenta zagranicznego żadnej gazety, radia czy telewizji. Moi przełożeni nie brali mnie do takiej roli pod uwagę, mimo iż do tej pracy chyba się nadaję. Znam języki, łatwo nawiązuję kontakty, jestem uparty, pomysłowy, znam świat i, co ważniejsze, mam tzw. szczęście. Wychodziłem z nie lada opałów; z peruwiańskiego więzienia, śmiertelnego cyklonu na meksykańskiej wysepce, z zasadzki na turystów przygotowanej przez bandziorów w pobliżu Sabana Grande w Caracas, czy z szarży oszalałego słonia w Johor Bahru (Malezja).</p>
<p>      Przez całe swoje dziennikarskie życie, jeśli kiedykolwiek nadawałem jakieś relacje zagarniczne, to tylko wtedy, gdy sam je sobie zorganizowałem. Nawet na Mundiale do Argentyny, Hiszpanii i w Meksyku wyjechałem za swoje pieniądze. Wprawdzie raz obiecano mi wyjazd jako sprawozdawcy „Słowa Powszechnego” towarzyszącego pielgrzymce Jana Pawła II do USA, ale gdy przyszło co do czego, pojechał ktoś inny. Nie miałem szczęścia? Nie wierzyli we mnie? Pewnie też. Może byłem za słaby, może nie umiałem się do przełożonych umizgiwać, zabiegać o ich względy, przekonywać.</p>
<p>       Wtedy w 1979 roku też, to ja miałem więcej doświadczenia, a zwłaszcza udany chrzest reporterski na Mundialu w Argentynie, gdzie nie dość że sam za siebie płaciłem, to jeszcze organizowałem sobie akredytację, hotele, kontakty, a nawet połączenie teleksowe. Mimo to zamiast mnie wysłali za papieżem faceta, który był tłumaczem tekstów teologicznych i którego przerażała perspektywa wyjazdu w delegację do Białej Podlaskiej. Efekt był taki, że w ciągu siedmiodniowej pielgrzymki ani raz papieża nie widział. W czasie, gdy Ojciec Święty był w Bostonie, „korespondent” oczekiwał Go Nowym Jorku, gdy papież poleciał do Filadelfii, korespondent szukał Jana Pawła II w Bostonie, w końcu po trzech dniach takiej zabawy w papieża i myszkę załamał się, ugrzązł w którymś z hotelików przy 42nd Street i Times Square, gdzie pił na okrągło do końca pielgrzymki. Po powrocie napisał potężny materiał, który okazał się być plagiatem reportażu z Osservatore Romano.</p>
<p>       W czasach, w których mogłem wyjeżdżać, nie brano mnie pod uwagę, bo nie pasowałem do klucza. Kiedy już mogłem pasować, wyjechałem z Polski. Nosiłem w sobie kompleks niespełnionego reportera. Dlatego możliwość wyjazd do Kongo potraktowałem jak swoisty chrzest bojowy. Co prawda, od późnej wiosny 2009, tocząca się tam od dwóch lat wojna domowa nieco przycichała, świadomość zagrożenia jest wciąż duża. Zetknąłem się z nią już w Burundi, gdy wybrałem się z Bujumbura drogą prowadzącą do granicy z Kongo wzdłuż jeziora Tanganika, by obejrzeć z bliska stado hipopotamów i krokodyli zamieszkujące graniczną rzekę Ruzizi (na zachód od Bujumbura). Do Konga jednak nie dojechałem, nie widziałem nawet dzikich zwierząt w rezerwacie, gdyż właśnie tam, w końcu września (2009) pojawiły się „pojedyncze oddziały rebeliantów” spod znaku rwandyjskiego FNL, którzy w trójkącie Bukavu-Goma-Gisenyi urządzili sobie bazę wypadową, skąd już od kilku lat paraliżują prawie dwa miliony zamieszkujących tam ludzi. I nie ma znaczenia czy to Hutu terroryzują Tutsi, czy odwrotnie, z braku możliwości zajęcia się czymś pożytecznym liczą się zrabowane łupy i „rozkosz” zabijania. Informował o tym podróżujących strażnik rzecznego rezerwatu hipopotamów i tabliczka z napisem „Danger! Zone Protegee!” umieszczona kilka kilometrów za miasteczkiem Gatumba, opodal granicy z Kongiem.</p>
<p>      Mimo to nie dałem za wygraną i kiedy dwa tygodnie później nadarzył się wyjazd do Goma, z entuzjazmem się nań zgłosiłem.</p>
<p> </p>
<p>Kompleks militarny</p>
<p> </p>
<p>      Pytają mnie nieraz znajomi, czy nie boję się dzikich zwierząt. Nie, nie boję się.</p>
<p>      Poza wężami, a i to trzeba mieć pecha, żeby trafić na okaz jadowity, a dodatkowo zdeterminowany do ataku na tyle, by chciało mu się tracić energię na atak na człowieka, zwierzęta zachowują się na ogół „racjonalnie”. Jeśli są głodne, to chcą coś zjeść. Przy czym nawet żarłoczne rekiny za ludziną nie przepadają. Wolą zdecydowanie dziczyznę, a z niej mięso swoich roślinożernych sióstr i braci. Jeśli ktoś lub coś je wystraszy, to albo uciekają w popłochu, albo w popłochu atakują. To samo, gdy ktoś im dokuczy albo zburzy spokój ogniska rodzinnego lub sjesty. Atakujące zwierzę działa impulsywnie, nie jest jednak mściwe. Stara się usunąć przyczynę „dyskomfortu” najmniejszym nakładem energii i czasu. Tylko pojedynki godowe, walka o samicę może trwać dłużej albo do ostatniej kropli krwi. Szarżująca, rozwścieczona lwica – czy to ze strachu czy, częściej, w obronie potomstwa &#8211; pacnie zagrażającego jej człowieka i jeśli nie ma szczególnego apetytu, ryknie kilkakrotnie i odejdzie. Chyba, że została dodatkowo przez swego nieprzyjaciela zraniona. Wtedy szaleje i w tym napadzie szału może nawet zabić. Opowiadał mi amerykański pastor Lane Custor, misjonarz z Kisoro w Ugandzie, że w świecie zwierząt tylko raniony nosorożec, hipopotam i oszalały z samotności słoń atakują z mściwą pasją i nawet po zabiciu swej ofiary jeszcze się nad jej zwłokami pastwić. Ale nawet w takiej sytuacji zabijają humanitarnie; szybko i sprawnie. Żeby ofiara się nie męczyła?</p>
<p>      Co innego człowiek. Ten jest nieprzewidywalny. Zanim tuzin rozwrzeszczanych bandytów zabił w końcu Ndole, wieśniaczkę z Keshero na przedmieściach Goma i jej rocznego synka, znęcali się nad dziewczyną kilka godzin, gwałcąc ją, kopiąc i oblewając uryną. Nie pomagały błagania matki o śmierć, żeby tylko zostawili w spokoju dziecko. Nie zostawili. Dla zabawy? Z głupoty, a może okrucieństwa? Nikt tego nie wie. Dlatego pewnie Arkady Fiedler mówił, że żadne zwierzęcia nie jest tak groźne jak człowiek.</p>
<p>     Nie skarżę się, nie. Nie uważam też, że ludzie są dzicy czy źli. Bo nie są, czego dowodem jest chociażby fakt, że z każdej podróży wracam cały i zdrowy. Po prostu przekazuję obserwację. Agresja wstępuje najczęściej u tych, którzy mają pilnować porządku i pomagać innym; wojsko, policję, urzędników granicznych i innych przedstawicieli państwa. To oni agresję organizują i podsycają. W imię walki politycznej, idei, rasy którą reprezentują. Nie trzeba jechać do Afryki czy Ameryki Południowej, żeby się o tym przekonać.</p>
<p>      Gdyby świat sprywatyzować, zabrać z rąk polityków i przekazać biznesowi nie byłoby wojen. Czy izraelski piekarz strzelałby do swoich palestyńskich klientów? Albo sklepikarz z Goma, czy byłby w stanie podpalić wieśniakom z Kibati dom i zgwałcić ich córki, wiedząc, że oni przecież mogą być klientami jego sklepu z dżinsami? Najlepszy dowód, że między biznesami, jeśli nie liczyć wojen konkurencyjnych, agresywnych wojen nie ma. Nie zdarzyło się, jak dotąd, żeby zarząd Hondy wydał rozkaz zbombardowania fabryk BMW, albo „McDonald’s” zatruł wodę „Burger Kingowi”. Za dużo mają do stracenia. Nie dość, żeby poszkodowani wzięli ich do sądu i zażądali gigantycznych odszkodowań, to na dodatek, o takich praktykach dowiedziałaby klientela i natychmiast od nich odsunęła. Co to za biznes, który nie potrafi funkcjonować na zasadach fair play? A jakie konsekwencje ponosi rząd,  prezydent tego czy innego państwa, który bez wahania wysyła na bój swoich żołnierzy, aby zabijali wojaków prezydenta innego kraju.</p>
<p>       Biznes nie jest agresywny, politycy tak, bo biznes na zabijaniu swoich potencjalnych klientów traci, a politycy nie. Nie tylko nie tracą, oni na wojnie zyskują. George W. Bush, w nagrodę za wywołanie dwóch agresywnych wojen został wybrany na drugą kadencję! Dla niego, dla Hugo Chaveza, do niedawna też dla Fidela Castro agresja była okazją do pokrycia swej nieudolności i miernoty. Argentyńscy generałowie w 1983 roku napadli na Wyspy Falklandzkie należące do Wielkiej Brytanii, aby odwrócić uwagę od kryzysu gospodarczego targającego krajem. Putin, Arafat, czy junta birmańska w działaniach agresywnych usiłuje ukryć własne grzechy i zbrodnie. Po „zwycięskiej” wojnie dostaną order, po śmierci, a czasem nawet wcześniej, rozpalony „patriotyzmem” i szowinistyczny tłum zbuduje im pomniki.</p>
<p>      Wojna, z politycznego punktu widzenia jest intratnym zajęciem. Opowiadał mi kiedyś w Kanadzie pewien Serb, z zawodu krawiec, że wojna na Bałkanach, w której brał udział, wybuchła – podobnie zresztą jak niemal wszystkie wojny &#8211; z biedy i beznadziei:</p>
<p>- Nie mieliśmy pracy, pieniędzy, zainteresowań, więc dla zabicia czasu i trochę dla rozrywki zabijaliśmy i gwałcili. Wstawało się rano, myło, goliło i ubierało, i zamiast do pracy, szliśmy powalczyć. Postrzelać sobie do żywego człowieka.</p>
<p>         Politycy dorobili mu ideologicznego usprawiedliwienia dla łajdactwa. Z krawca stał się zabijaką. Szyć nie było dla kogo, ale on miał zajęcie. Nie dość tego, był podziwiany. Ludzie częstowali go śliwowicą, dawali jedzenie, czasem nawet odstępowali sypialnię wraz z córką lub małżonką, bo uważali, że walczy za ich sprawę. Kiedy był krawcem nikt go nawet nie zauważał, a tak stał się bohaterem! Karadżić, Miloszewicz byli zdziwieni, kiedy im zarzucono zbrodnię ludobójstwa. Jakie ludobójstwo!? Chronili świat przez islamem, Jugosławię przed rozpadem. Co tu się dziwić Afrykanom, że z takim entuzjazmem do siebie strzelają, skoro od wieków robią tak Europejczycy, ostatnio także Amerykanie. Prezydent Obama w czasie kampanii prezydenckiej, kiedy jeszcze nie wierzył w swoje zwycięstwo powiedział, że „wojna jest dla rządu Busha przykrywką do walki z kryzysem gospodarczym”. Nie jest przyczyną kryzysu, lecz dobrodziejstwem, które ma go zredukować. Po wyborze Barracka Obamy na prezydenta niewiele się nie zmieniło. Obietnica zakończenia wojny pozostaje obietnicą. Tajemnicą poliszynela jest to, że w obliczu dwucyfrowego bezrobocia Biały Dom nie wie, co zrobić z trzystoma tysiącami zdemobilizowanych żołnierzy, doradców, kontraktorów, dostawców i pracującym na ich potrzeby zapleczem militarnym. I dlatego mami się opinię publiczną „potrzebą kontynuowania budowy demokracji w Iraku”. Wystarczyło jednak dać Irakijczykom, Afgańczykom swobodę, postawić na ich przedsiębiorczość, chciwość i pracowitość; pozwolić im się bogacić i zapomnieć o demokracji. Tak jak to uczynili po II wojnie światowej najpierw Niemcy, Japonia, potem Hongkong, Tajwan, Singapur, a ostatnio Chiny.<br />
      Ale skąd prezydent Bush, Obama, Blair, Barroso, czy Brown mają to wiedzieć, jeśli nie przepracowali w swoim życiu ani godziny na swoim. To samo dotyczy tysięcy doradców, personelu wojskowego, dyplomatów i tym podobnych etatystów – nieudaczników. Oni nikogo przedsiębiorczości czy wolności nie nauczą. Zamiast tego uczą ich salonów, biurokracji, poprawności politycznej, czy takich wynalazków Zachodu jak feminizm i gejowskich małżeństw. Trzeba ludzi zająć pracą, handlem, spekulacją, a nie polityką i zabijaniem.  Czy trudno się dziwić, że w Bagdadzie, Gomie, Bujumbura czy Mogadiszu nie ma wody, światła, pracy, jest za to przemoc i beznadzieja.</p>
<p> </p>
<p>Cdn.</p>
<p> </p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/">www.fijor.com</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/kongo-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kongo (I)</title>
		<link>http://www.fijor.com/kongo-i/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/kongo-i/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 23 Oct 2009 10:55:12 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[MOJE PODRÓŻE]]></category>
		<category><![CDATA[bandyci]]></category>
		<category><![CDATA[Goma]]></category>
		<category><![CDATA[wojna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=1813</guid>
		<description><![CDATA[Kongo (I) Kupa gruzu Z potężnej katedry pozostała tylko jedna ściana Bonifacy i siostra Małgorzata Nawet z globtroterskiego punktu widzenia Gomę można sobie darować. No, chyba, że ktoś ma w sobie temperament misjonarza lub korespondenta wojennego. Lawa Kongo, krajobrazowo, to jeden z najpiękniejszych krajów świata, a Kongijczycy ludzie ciepli i rozśpiewani. Goma w czasach kolonialnych [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Kongo (I)</p>
<p><img class="aligncenter size-medium wp-image-1816" title="KONGO 2009 131" src="http://www.fijor.com/wp-content/uploads/2009/10/KONGO-2009-131-300x225.jpg" alt="KONGO 2009 131" width="300" height="225" /><span id="more-1813"></span>Kupa gruzu</p>
<p><img class="aligncenter size-medium wp-image-1817" title="KONGO 2009 108" src="http://www.fijor.com/wp-content/uploads/2009/10/KONGO-2009-108-300x225.jpg" alt="KONGO 2009 108" width="300" height="225" /></p>
<p>Z potężnej katedry pozostała tylko jedna ściana</p>
<p><img class="aligncenter size-medium wp-image-1818" title="KONGO 2009 112" src="http://www.fijor.com/wp-content/uploads/2009/10/KONGO-2009-112-300x225.jpg" alt="KONGO 2009 112" width="300" height="225" /></p>
<p>Bonifacy i siostra Małgorzata</p>
<p>Nawet z globtroterskiego punktu widzenia Gomę można sobie darować. No, chyba, że ktoś ma w sobie temperament misjonarza lub korespondenta wojennego.</p>
<p>Lawa</p>
<p>Kongo, krajobrazowo, to jeden z najpiękniejszych krajów świata, a Kongijczycy ludzie ciepli i rozśpiewani. Goma w czasach kolonialnych była perełką Kongo; luksusowym kurortem nad brzegiem jeziora Kivu, majestatycznego lustra wody rozlanego pośród wulkanicznych wzgórz i dolin. Dzisiaj trudno to sobie nawet wyobrazić. Miasto jest wyniszczone, wygląda groźnie i ponuro. Pokryte jest skamieniałą lawą pochodzącą z ostatniej erupcji wulkanu Nyiragonga, jaka miała miejsce osiem lat temu, gdy ziemia wypluła z siebie miliony ton piekielnej mazi, w której Goma zatonęła po raz kolejny.</p>
<p>Mimo upływu czasu połowa domostw rozpada się, reszta to albo zgliszcza, albo walące się budy sklecone z desek i zardzewiałej blachy. Jakby tych nieszczęść było mało, miasto – a raczej to co z niego pozostało – udzieliło „gościny” obozom dla ponad 80 tysięcy uchodźców z toczącej się od prawie 20 lat wojny domowej. Z monumentalnej katedry mogącej pomieścić ponad 2500 wiernych pozostała goła ściana i plac pokryty strupem lawy. W Goma nie ma ani jednej normalnej, równej ulicy. Nawet główną arterią miasta, Aleją Niepodległości, jeździ się jak po ścieżce na Kondratową. Brakuje prądu. Jedyna elektrownia w promieniu dwustu kilometrów ma moc 50 megawatów, z których pracuje najwyżej jedna trzecia. Instytucje rządowe, nieliczne hoteliki mają własne generatory, a ci, których na to stać, załatwiają sobie dostawy energii bezpośrednio w elektrowni, za łapówkę, a i to nie częściej niż dwie trzy godziny dwa razy na dobę. Reszta żyje jak sto lat temu. Nie ma prądu, to nie ma i wody, i kanalizacji, nie ma kin, teatrów, Internetu, a nawet telewizji i telefonów stacjonarnych. Po górach zastygłej lawy uganiają się szczury i głodne, pół nagie i bose dzieci. Takiej biedy nie widziałem nawet w okolicach Potosi, w Boliwii, które dotychczas uważałem za Olimp nędzy. Nie dość, że wszędzie brud i skrajne ubóstwo, to na dodatek wciąż toczy się tam wojna domowa.</p>
<p>W rejonie Goma wataszki z Rwandy i Ugandy, występujące pod buńczucznymi szyldami armii wyzwoleńczych, a ostatnio także żołnierze regularnej armii kongijskiej, która rzekomo z buntownikami walczy, urządzili sobie tutaj strzelanie do żywego człowieka. Nie pomaga piętnastotysięczny korpus wojsk ONZ, kosztujący nas, podatników ponad 5 milionów dolarów dziennie, czyli mniej więcej tyle, ile mieszkańcy Gomy wydają na życie tygodniowo. Pół biedy jeśli akurat panuje zawieszenie broni. Wystarczy jednak, że wojsko i rebelianci, czyli pospolici bandyci schodzą do miasta, bo przyszła im ochota postrzelać i pokraść, albo poczuli wolę Bożą i chcą sobie pogwałcić, wtedy „błękitne hełmy” znikają w koszarach i schronach, skąd – jak mówią świadkowie – mierzą z karabinów w niebo, żeby wystrzelać swój przydział amunicji. Bonifacy, który służy mi za przewodnika, wcale im się nie dziwi. Przyjechali tu z Urugwaju, Indii, Egiptu i kilku innych krajów o „tradycjach” militarnych i są szczęśliwi, jeśli uda im się „turnus” w – nomen omen – Demokratycznej Republice Kongo przeżyć.</p>
<p>Spojrzenie Murzyna</p>
<p>Po co więc pojechałem do Goma?</p>
<p>Z dwóch powodów. Pierwszym była z pewnością ciekawość. Miejsce jest egzotyczne. Wyjątkowe. Trudno dostępne. Przeklęty los i ludzkie cierpienia zawsze przyciągają uwagę i zainteresowanie. Kongo jest do tego mało znane. Nawet podróżnicy omijają ten kraj wielkim łukiem. Dla globtrotera taka charakterystyka to wyzwanie, które wzbudza pragnienie przeżycia przygody. Zwłaszcza, że z wjazdem do Kongo nawet akredytowani dziennikarze mają problemy. Dariusz Rosiak z „Rzeczpospolitej” ewakuował się po dniu pobytu, podobnie jak dwóch – poznanych po rwandyjskiej stronie &#8211; dziennikarzy kanadyjskich. Wszystkim im groził proces o szpiegostwo. Powód? Robili zdjęcia w miejscach publicznych. Szpiegostwo to w Kongo częste i ciężkie przestępstwo, za które grożą srogie kary, z karą śmierci włącznie. Dwóch norweskich przedsiębiorców, którzy w maju 2009 roku przyjechali do Konga rekrutować pracowników dla firmy ochroniarskiej mającej strzec bezpieczeństwa pracowników firmy poszukującej na terenie kraju złóż nafty, skazano za szpiegostwo na karę 500 milardów (sic!) euro, z zamianą na…karę śmierci. Po procesie, który nawet kongijska prasa nazwała farsę, od dwóch miesięcy oczekują w Kinszasie na jej wykonanie. Mam nadzieję, że się dogadają z sędzią i skończy się na jakiejś rozsądnej kwocie łapówki. W Kongo łapówka jest formą wynagrodzenia pracowników publicznych, na których pensje nie ma pieniędzy. I można się targować. Przekonałem się o tym już w godzinę po przybyciu do Goma.</p>
<p>Podjechaliśmy właśnie pod bogato zaopatrzony sklep z alkoholem. Bonifacy, Kongijczyk, mój przewodnik wszedł do środka, ja zostałem na zewnątrz fotografować. Wiedziałem od Rosiaka i Kanadyjczyków, że robienie zdjęć jest w Kongo niebezpieczne, ale jak tu się powstrzymać, kiedy okoliczności tak niepowtarzalne. Na wprost Toyota wyjeżdżająca z dziury o głębokości leja po bombie, z lewej garstka dzieci obsiadła pojazd z napisem UN i nie chce z niego zejść nawet po groźbą karabinu, a na placu po prawej, przed prowizorycznym sklepem dwie Murzynki karmią piersią parę niemowląt. Wszystko w jednym kadrze.</p>
<p>Zwróciłem uwagę na tych dwóch facetów w białych koszulach. Oni też mi się przyglądali. Byłem już przyzwyczajony do tych zagadkowych spojrzeń, jakimi obrzucają Murzyni białego. Pewnie tak lubią &#8211; pomyślałem. Zresztą wszędzie w Afryce na białego w taki sposób patrzą. Nie jest to zaciekawienie, zdziwienie, ani tym bardziej podziw czy wrogość. To coś innego. Patrzą tak, jakby chcieli cię przeszyć wzrokiem, ale nie mogli. Jakby pragnęli zaglądnąć ci w serce bez twojej zgody. Początkowo myślałem, że to spuścizna kolonialna; patrzą z wyrzutem, aby wzbudzić w <em>mosongo</em> poczucie winy? Ale nie, oni nie myślą o nas w kategoriach winy i rekompensaty. Zauważyłem, że w identyczny sposób patrzą się Murzyni na Hindusa, Chińczyka, a nawet na czarnoskórego inżyniera ze Stanów Zjednoczonych. Dopiero w Kongo uświadomiłem sobie, o co z tym patrzeniem chodzi.</p>
<p>Dyskretnie kontrolowałem co się wokół mnie dzieje. Byłem biały, na dodatek sam. Musiałem być czujny. Kątem oka przyglądałem się też tym dwóm. Stali i coś między sobą szeptali. Gdy Bonifacy wyszedł z zakupów z flaszką rzucili się w jego stronę z wrzaskiem w miejscowym narzeczu, wymachując kawałkiem pomiętej kartki papieru i pokazując coś w moim kierunku. Chyba nie chcą mu ukraść whisky? – pomyślałem.</p>
<p>Mimo iż mój cicerone dawał mi znaki, żebym się nie ruszał i czekał, ruszyłem mu na odsiecz. I to był błąd. Wyższy z dwójki podbiegł do mnie, szarpnął za pasek aparatu fotograficznego, usiłując zerwać go z szyi. Udało mi się go powstrzymać. Złodzieje? – przemknęła mi myśl. Wtedy drugi sięgnął po komórkę, odgrażając się już po francusku, że dzwoni po policję.</p>
<p>- Może wezwę tego żołnierza z Toyoty? – spytałem przez zęby.</p>
<p>Bonifacy spojrzał na mnie jak zraniony nosorożec, wykrzykując:</p>
<p>- Are you nuts?! Nie wystarczy ci, że mamy do przekupienia dwóch tajniaków!?</p>
<p>W mgnieniu oka wcisnął jednemu z nich garść banknotów, jakie zostały mu po zakupach, dając znak do ucieczki.</p>
<p>- Ile mu dałeś? – spytałem, gdy dobiegliśmy zdyszani do samochodu.</p>
<p>- Półtora tysiąca – odparł opanowany.</p>
<p>- Dolarów? – wykrzyknąłem przerażony. Nawet, gdybym chciał, to takiej kwoty p;rzy sobie nie miałem.</p>
<p>- Coś, ty! Dałem im resztę ze sklepu; tysiąc pięćset franków kongijskich.</p>
<p>- To znaczy…dwa dolary?</p>
<p>- Dwa, a po cóż ja się z nimi tak długo targowałem? – mruknął zadowolony z siebie &#8211; Na przyszłość w takiej sytuacji do mnie nie podchodź. Oni nie lubią świadków. I nie rób więcej zdjęć.</p>
<p>Już w samochodzie, w drodze do pensjonatu zapytałem Bonifacego o to dziwne spojrzenie:</p>
<p>- No, właśnie! Na przyszłość musisz uważać, na czarnych, którzy szacują cię wzrokiem. Musisz wiedzieć, że on ci się przyglądają, licząc w duchu ile mogą na tobie trafić.</p>
<p>I wtedy dotarło do mnie. Murzyni patrząc na białego szacują go wzrokiem. I to jest cała tajemnica ich spojrzenia. Wyobraziłem sobie, co by mnie czekało, gdybym do miasta udał się sam.</p>
<p>Zresztą nawet z Bonifacym nie byłem bezpieczny. Jeśli nawet wykupisz się za grosze nieopłacanemu od roku policjantowi czy żołnierzowi, który z braku żołdu musi zdobyć na utrzymanie sam, to w lasach czyhają na ciebie bandy uzbrojonych po zęby rabusiów, którzy co kilka miesięcy schodzą do miast i rabują dobytek cywilnej ludności, pozwalając na krótkie zawieszenia broni tylko po to, by ci ostatni mieli czas na odbudowanie splądrowanych domów, kupienie mebli, garnków, roweru, a niekiedy nawet komputera czy telewizora. Życie toczy się tutaj od rabunku do rabunku. Mimo iż wszyscy wiedzą, że ich dorobek zostanie prędzej czy później zrabowany, uparcie go odbudowują. Dlaczego?</p>
<p>- Ludzie mają nadzieję, że kiedyś to piekło się skończy! – wyjaśnia siostra Małgorzata, polska zakonnica – lekarz, prowadząca od kilku lat, założony przez polskie pallottynki, ośrodek zdrowia. Bez tej nadziei już dawno by stąd odeszli.</p>
<p>A dokąd by poszli? – chciałem zapytać siostrę Małgorzatę, ale ugryzłem się w język.  Problem w tym, że Afrykanie nie mają gdzie się wyprowadzić!</p>
<p>Cdn.</p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/">www.fijor.com</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/kongo-i/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Środek Afryki środkowej (VI)</title>
		<link>http://www.fijor.com/srodek-afryki-srodkowej-vi/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/srodek-afryki-srodkowej-vi/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 05 Oct 2009 09:06:46 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[MOJE PODRÓŻE]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=1740</guid>
		<description><![CDATA[Podróż do Burundi (III) Przypadek Kingi Choszcz uczy, że z komarami, malarią i tropikami żartów nie ma. Właściwie poza szczepieniem na żółtą febrę (Rwanda, Burundi, Kongo) i tyfusem, w większość krajów afrykańskich, nie mówiąc o Azji i Ameryce Południowej, jakichś szczególnych wymagań profilaktycznych nie ma. Rozsądek jednak radzi, aby ewentualnych chorób tropikalnych nie lekceważyć. Do [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Podróż do Burundi (III)</p>
<p>Przypadek Kingi Choszcz uczy, że z komarami, malarią i tropikami żartów nie ma. Właściwie poza szczepieniem na żółtą febrę (Rwanda, Burundi, Kongo) i tyfusem, w większość krajów afrykańskich, nie mówiąc o Azji i Ameryce Południowej, jakichś szczególnych wymagań profilaktycznych nie ma. Rozsądek jednak radzi, aby ewentualnych chorób tropikalnych nie lekceważyć.<span id="more-1740"></span></p>
<p>Do obszarów wysokiego ryzyka, które znam, zaliczam: całą Afrykę, z Azji najgorsze są Indie, Półwysep Malajski i Indochiński, Indonezja, a także Bliski Wschód, w Ameryce Łacińskiej: wybrzeże Peru i Ekwadoru, Karaiby (Jukatan, wybrzeże Hondurasu, Dominikana, Haiti), Południe Brazylii. Ku mojemu zaskoczeniu, w stolicy Amazonii, Manaus, komarów jest bardzo niewiele. Są jednak w dorzeczu Amazonki, w Peru, np. w okolicach Iquitos, ale na ten temat najlepiej może się wypowiedzieć autorytet z tamtego regionu, Wojciech Cejrowski.</p>
<p>Najpoważniejszą i najczęściej spotykaną chorobą roznoszoną przez komary jest malaria. Komary malarii nie wywołują, one są jedynie „pośrednikami” między osobami dotkniętymi chorobą a nowymi kandydatami do niej. Przy wyjazdach do miesiąca, dwóch wystarczy profilaktyka. Najskuteczniejszym lekiem jest tu produkowany przez Roche, Lariam. Pastylkę tego specyfiku bierze się na tydzień przed wyjazdem, i potem w odstępach tygodniowych, w miarę regularnie, ostatni raz w tydzień po powrocie. Problem w tym, że Lariamu w Polsce dostać normalnie nie można, ponieważ jest to lek nie uznawany przez ministerstwo zdrowia i kupienie go wymaga skomplikowanej procedury. Lekarz pierwszego kontaktu wypełnia  specjalny formularz, który można pobrać na Internecie, do tego potrzebnych jest dziesięć podpisów ministerialnych radców, lekarzy wojewódzkich, po czym czeka się aż władze dokonają „celowego importu”, co trwa około miesiąca. Na szczęście kilka stołecznych aptek (np. na Dworcu Centralnym) ma lek w swojej ofercie i okres oczekiwania można skrócić.</p>
<p>Co prawda, kilka prywatnych klinik otrzymało jakimś cudem prawo do wystawiania ważnych recept na Lariam bez konieczności ministerialnej bieganiny. Jako monopoliści liczą sobie za to słono, starając się przy tym minimalnie. Dostanie się do specjalisty, który łaskawie receptę wypisze trwa nieraz dłużej niż zdobywanie podpisów w Ministerstwie Zdrowia. Do tego, sam producent, Roche, prowadzi wyjątkowo perfidną politykę cenową, fiksując ceny na terenie każdego kraju. I tak w Niemczech Lariam (8 pastylek) kosztuje ok. 59 euro, w Polsce ok. 43 euro, w Belgii niewiele ponad 30 euro, a w USA mniej niż 30 dolarów (21 euro). Wszędzie poza Polską wystarczy recepta. Jeśli ktoś nie ma czasu, albo cierpliwości wałęsać się po ministerstwach, może kupić „substytut” Lariamu, lek zwany Malarone, na który wystarczy recepta. Malarone kosztuje w Polsce 207 zł (50 euro) za 12 tabletek, jest jednak tylko z pozoru tańszy od Lariamu, gdyż pełną skuteczność zapewnia zażywanie go co dwa dni. Aptekarze tego nie mówią, więc zwracam uwagę.</p>
<p>Osobom, które wybierają się na dłuższy pobyt specjaliści doradzają najpierw Larami, a potem, po przyjeździe do kraju docelowego, lek który na danym terenie jest najskuteczniejszy i czyni najmniej spustoszeń w organizmie. Niestety, większość lekarstw antymalarycznych pogarsza wzrok i niszczy wątrobę. Pocieszające jest to, że malaria (dzięki powrotowi niektórych krajów m.in. do stosowania DDT!) jest w odwrocie. W centralnej Afryce zachorowalność na tę okropną chorobę spadła w ciągu ostatnich 10 lat od 40 (Kongo) do 65 procent (Rwanda, Burundi, Kamerun, Ghana, Kenia). Ponadto moskity roznoszące malarię są w znakomitej mniejszości. Gros latających bestii stanowią zwykłe komary, które co prawda malaryczne nie są ale wystarczą by zatruć najpiękniejszy pobyt w karaibskim czy afrykańskim raju. Jest jednak na nie kilka sposobów; poniżej dekalog środków komarobójczych, które sprawdziłem osobiście.</p>
<p>a. najpopularniejszym środkiem są repelenty w spray’u (lub sztyfcie), takie jak np. Off czy Raider, nie każdy jednak dobrze je znosi. Są lepkie, śmierdzą  i wywołują alergie;</p>
<p>b. ostatnią „rewelacją” jest belgijski preparat Mugga, który – uwaga – można kupić wyłącznie w Polsce, głównie na Internecie, ale także w sklepach wędkarskich i dla myśliwych. Obszedłem pół Brukseli w poszukiwaniu Mugga i nikt nawet o niej nie słyszał. Producent, belgijska firma Jaico pokazuje się na Internecie, ale nie odpowiada na mejle. Wygląda to na jakieś „jajco…belgijskie”. Osobiście, co prawda, jakichś wyjątkowych skutków Muggi nie zauważam, ale być może nie stosowałem preparatu dostatecznie długo. Mugga jest dość droga i stosunkowo słabo wydajna;</p>
<p>c. w okolicach, w których roi się od komarów doradzam spanie przy zapalonym świetle. O ile rzecz jasna jest tam prąd;</p>
<p>d. elementem odstraszającym jest włączony wentylator;</p>
<p>e. prąd jest konieczny także do uruchomienia rozpylaczy (repelentów), a więc substancji, których komary nie znoszą. Można je dostać w płynie, można w pastylce. Producentów tych środków jest wiele, najbardziej znany i dostępny niemal wszędzie, jest Raid. Najskuteczniejsze jednak znalazłem w Indiach (nazywał się zdaje się Knight Rider) i produkowane w Meksyku (nazwy nie pamiętam). Dlatego dobrze jest spytać miejscowych ludzi. Oni wiedzą najlepiej;</p>
<p>f. podobno komary reagują negatywnie na witaminę B. Próbowałem tego sposobu, ale jakichś rewelacyjnych rezultatów nie dostrzegłem. Być może wymaga on dłuższego zażywania witaminy;</p>
<p>g. dość skutecznym sposobem, zwłaszcza dla osób reagujących alergicznie jest wysmarowanie ciała oliwką Baby Johnsona (tej dla dzieci);</p>
<p>h. na ostatnim miejscu wymieniam środek, który wręcz kojarzy się z unikaniem komarów, mam na myśli moskitierę. Ja stosuję ją w ostateczności, jeśli nie ma prądu i jest naprawdę źle. Moskitiera słabo przepuszcza powietrze, jest pod nią duszno, często zakładana jest niewłaściwie, skutkiem czego komary dostają się do środka i tną bezkarnie, a jeśli nawet nie do środka, to znakomicie sobie radzą z wciśnięciem swego miniaturowego ryjka między oka moskitiery. Zwłaszcza, jeśli jest ona niewielka i opina nasze ciało;</p>
<p>i. należy trzymać czysto i sucho zwłaszcza pomieszczenia toalety i łazienki. Koniecznie trzymać drzwi do toalety zamknięte;</p>
<p>j. wbrew pozorom, szczelne zamknięcie pomieszczenia, w którym mieszkamy, a zwłaszcza sypialnia nie jest dobrym rozwiązaniem. Spałem kiedyś na karaibskiej plaży i byłem mniej pogryziony, niż noc później w hotelu. Podobno komary lubią dwutlenek węgla wydzielany przez śpiącego człowieka. Przy otwartym oknie, łatwiej jest pomieszczenie wentylować, pozbywając się nadmiaru CO2.</p>
<p>Poważnym źródłem zagrożenia zdrowia w tropikach jest zakażona woda, a także brud i choroby zakaźne. Co do wody sprawa jest prosta. Trzeba za wszelką cenę unikać picia (a nawet do mycia zębów i naczyń) wody źródlanej, ze studni, a nawet z wodociągów. Jeśli nie dysponujemy wodą butelkowaną, trzeba wodę przegotować a potem schłodzić. Zwracam uwagę na świeże owoce i jarzyny, często podawane na surowo, często przed podaniem spłukane. Niestety, znawcy medycyny tropikalnej uważają, że ameby przenosi się najczęściej właśnie na sałatach. Trzeba wyjątkowo uważać na kostki lodu służące do schładzania płynów, które są robione przeważnie z wody wodociągowej. Niektóre bakterie są w stanie przeżyć okres hibernacji i po rozpuszczeniu się zaatakować. Chyba, że kostek lodu używa się do schładzania alkoholu, który jest dość skutecznym środkiem bakteriobójczym.</p>
<p>Większość chorób zakaźnych, to choroby brudnych rąk. W tropikach mycia rąk nigdy za dużo, zwłaszcza przed jedzeniem i po powrocie z &#8222;miasta&#8221;. Czynnikiem sprzyjającym przenoszeniu się chorób zakaźnych jest także tubylczy &#8211; zwłaszcza w Afryce &#8211; obyczaj podawania ręki, w Ameryce Łacińskiej zaś, całowania na powitanie w policzek. O AIDS i innych tego typu chorobach wspominam tylko z reporterskiego obowiązku, powstrzymując się od opisu technologii ich przenoszenia.</p>
<p>Szczepienia są zwykle mało skuteczne, gdyż wirusy i bakterie – na co zwrócił uwagę sam Stanisław Lem – są znacznie bardziej inteligentne od uczonych, którzy starają się z nimi walczyć. Świadczy o tym chociażby pojawienie się kilka lat temu nieznanych wcześniej szczepów bakterii eboli i cholery (Uganda, Kongo, Kenia) czy sepsy (Ameryka Centralna). Epidemiom sprzyja niski poziom higieny, a także często beznadziejny stan miejscowej służby zdrowia. Liczenie w takiej sytuacji na szczęście jest dowodem dużej naiwności.</p>
<p>Jeśli znacie jakieś inne skuteczne sposoby zachowania zdrowia w tropikach, podzielcie się tą wiedzą z nami.</p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p>www.fijor.com</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/srodek-afryki-srodkowej-vi/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>7</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Środek Afryki środkowej (V)</title>
		<link>http://www.fijor.com/srodek-afryki-srodkowej-v/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/srodek-afryki-srodkowej-v/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 29 Sep 2009 14:38:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[MOJE PODRÓŻE]]></category>
		<category><![CDATA[komary]]></category>
		<category><![CDATA[malaria]]></category>
		<category><![CDATA[stres]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=1732</guid>
		<description><![CDATA[Podróż do Burundi cz. II Znalezienie hotelu Amahoro (co zarówno w obowiązującym w Burundi języku kirundi, jak i po kinyarwandyjsku znaczy „pokój”, ale nie hotelowy, tylko ten &#8222;międzynarodowy&#8221;) nie było trudne. Co prawda, ilość flag i proporczyków powiewających przed wejściem wydała mi się podejrzanie duża, ale na pytanie, czy są wolne pokoje, recepcjonista odparł niespeszony: [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Podróż do Burundi cz. II</p>
<p>Znalezienie hotelu Amahoro (co zarówno w obowiązującym w Burundi języku kirundi, jak i po kinyarwandyjsku znaczy „pokój”, ale nie hotelowy, tylko ten &#8222;międzynarodowy&#8221;) nie było trudne. Co prawda, ilość flag i proporczyków powiewających przed wejściem wydała mi się podejrzanie duża, ale na pytanie, czy są wolne pokoje, recepcjonista odparł niespeszony:<span id="more-1732"></span></p>
<p>- Chyba tak, zaraz sprawdzę.</p>
<p>I sprawdzał ze 40 minut aż Bujumburę zasnuła sadza równikowej  nocy, bo w mieście nie ma latarń ulicznych, po czym rzekł:</p>
<p>-  Sorry, mamy wszystko zajęte, bo jest u nas kongres trenerów od badmingtona. Musisz sobie znaleźć jakieś inne lokum – powiedział z uśmiechem.</p>
<p>- A gdzie mogę znaleźć?</p>
<p>Rozłożył ręce w debilnym geście bezradności, oddając się rozkoszy oglądania meczu Inter &#8211; Napoli.</p>
<p>Jestem wściekły, bo przecież to właśnie czułem od samego początku. Zmarnowałem tyle czasu, żeby się dowiedzieć tego, co raczej było jasne. Guesthouse’u u Anglikanów nie znalazłem, a raczej przestałem go szukać, poddając się po tym, jak o mały włos nie wpadłem w nieosłonięty, nie oznakowany rów głębokości dwóch metrów, który podobno służy do odprowadzania wody w czasie ulewy. W porze suchej można w nim skręcić kark, w porze deszczowej można utonąć.</p>
<p>Z każdą minutą sylwetka katedry ginie w czeluściach szybko nadchodzącego zmroku. Kieruję się jednak w stronę smukłej wieży zakończonej niewielkim krzyżem, licząc na to, że kogoś pobliżu świątyni spotkam, kto pomoże mi znaleźć siedzibę misjonarzy. Innego pomysłu na znalezienie noclegu w Bujumbura już nie miałem, bo w mojej sytuacji innego pomysłu po prostu nie było. Zresztą następnego dnia dowiedziałem od O. Pawła, polskiego misjonarza ze Zgromadzenia Karmelitów Bosych, że nawet Robert Mazurek, dziennikarz i podróżnik słynący z niezależności i indywidualizmu korzystał z noclegu u misjonarzy. Jazda nocą do Club Tanganika Hotel jest zbyt ryzykowna.</p>
<p>Komary</p>
<p>Bujumbura położona jest o ponad 700 metrów niżej niż Kigali (ok. 1480 m n.p.m), a co gorsza, leży nad potężnym jeziorem Tanganika, które pod względem głębokości (Tanganika ma 1435 metrów) ustępuje tylko największemu zbiornikowi słodkiej wody, jakim jest jezioro Bajkał (1680 metrów). Z tych dwóch powodów w Bujumbura jest goręcej i wilgotniej niż w Kigali, a to są wymarzone warunki do lęgu chmar paskudnych moskitów, które swą największą aktywność osiągają właśnie wieczorem. Wtedym, kiedy ja szukałem noclegu.</p>
<p>Niewielu podróżników potrafi stawić czoła temu okropnemu i co tu ukrywać, niebezpiecznemu stworzeniu, które w najlepszym razie jest w stanie zatruć najpiękniejszą wyprawę czy przygodę. Skarżył na nie Ryszard Kapuściński, skarżyl Tony Halik, nawet nieustraszony Arkady Fiedler miał z ich powodu kłopoty zdrowotne. Mnie komary zatruły niejedną noc na wyspie Holbox, rejs po rzece Iguazu i w dżunglach Panamy, przez nie zrezygnowałem z wyprawy po wschodnim Hondurasie, ograniczając penetrację Goa do absolutnego minimum. Nie mam na nie siły. Nie jestem w stanie ich znieść, zwłaszcza w tropikalną noc, gdy krąży mi taki jeden nad uchem i bzyka. Żyć mi się wtedy nie chce. Dostaję nerwów, a to jeszcze sytuację pogarsza. Zresztą nie muszę wcale nigdzie jechać. Dopadną mnie wszędzie, nawet późną jesienią w Tatrach. Swoistym rekordem było ukąszenie mnie przez zabłąkanego komara w śnieżną listopadową noc w Chicago. Pewnym ratunkiem stały się dla mnie ostatnio repelenty w płynie, który rozpylane są przy pomocy zmyślnego urządzenia podłączonego do kontaktu, ale poddaję się bezradnie, gdy jestem w Bujumbura, Aguas Calientes, czy Chetumal, gdzie akurat prąd eletryczny wyłączono. Mocno reklamowana, belgijska Mugga, o której dalej napiszę nieco więcej w warunkach afrykańskich zupełnie się nie sprawdza.</p>
<p>Nie trudno zrozumieć, dlaczego od lat obserwuję zachowanie się tych „drapieżników”, jestem nawet autorem swojej prywatnej teorii na ich temat. I to teorii nie byle jakiej. Moja teorii, kilka miesięcy temu, została potwierdzona przez uczonych brytyjskich. Wyjaśnia ona, dlaczego w sytuacji, gdy jest w pobliżu setka osób do kąsania, one właśnie pastwią się nade mną. Bo jestem wybitnie ulubionym obiektem ataków komarów. Wystarczy, że w jakimś pomieszczeniu będzie jeden komar i tuzin osób, jedyną którą zaatakuje będę ja.</p>
<p>Dlaczego właśnie ja? Dlaczego komary wolą jednych ludzi od innych? Moim zdaniem, wynika to z charakteru człowieka. Ludzie łatwiej poddawani stresom, potocznie zwani bardziej „nerwowymi”, wydzielają coś, co te małe bestie są w stanie doskonale zlokalizować i posmakować. Komary bowiem mają wyjątkową zdolność rozpoznawania zapachów. Spośród tych, które potrafią rozpoznać, najsympatyczniejszy wydaje im się właśnie zapach wydzielany przez osoby niespokojne, podniecone, bardziej pobudliwe niż inni.</p>
<p>Zaproszono mnie kiedyś na piknik na rzece La Plata w okolicach Buenos Aires. Przed przyjazdem na jacht, którym tam popłynęliśmy ktoś mnie w hotelu okradł. Byłem tym faktem wyjątkowo zbulwersowany, gdyż wśród skradzionych przedmiotów był obiektyw do aparatu. Na wyspie byłem świadkiem, jak chmary, ale dosłownie, stada komarów bezkarnie owiewały zaproszonych, gryząc wyłącznie mnie. Ten stres, może adrenalina, czy jakieś inne substancje chemiczne wydzielane przez osoby pobudzone to ulubionych ich pokarm.</p>
<p>Uczeni z laboratorium Rothamsted Research z Wielkiej Brytanii potwierdzili ten wniosek, ekstrahując spośród setek związków wydzielanych przez ciało człowieka kilka substancji,  które moskitom szczególnie smakują. Gros z nich powstaje w wyniku reakcji stresowej organizmu. Przecież, ja to właśnie odkryłem w 1984 roku na wysepce na La Placie.</p>
<p>Leci sobie taki komar i wącha. Wystarczy, że kompozycja zapachowa danej osoby różni się od kompozycji innych właśnie o ten jeden czynnik stresowy, on podlatuje i zaczyna kąsać, czyli wypijać krew. Nie wystarczy mu, że pasożytuje na moim życiodajnym płynie, że naraża mnie na niewygodę i choroby, to na dodatek zostawia po sobie bolesny ślad, który mnie swędzi od kilkunastu minut do kilkunastu godzin.</p>
<p>Komar, mając do wyboru kilku ludzi, z których wszyscy pachną mniej więcej jednakowo “spokojnie”, wybiera na chybił trafił. Jeśli jednak jest w pobliżu nerwus, atakuje jego. Nie trudno zrozumieć, dlaczego moskity mając do wybory tysiące zwierząt, ptaków, gryzoni, płazów i innych potencjalnych dostawców pokarmu, chętniej wybierają człowieka. Najlepszy dowód, że nie ani krowa ani hiena nie chorują na malarię, a człowiek tak. O ludzkim, a właściwie nieludzkim wkładzie w tę ciężką chorobę w kolejnym odcinku afrykańskiej przygody…</p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/">www.fijor.com</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/srodek-afryki-srodkowej-v/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>8</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Polska misja &#8211; Kibeho</title>
		<link>http://www.fijor.com/polska-misja-kibeho/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/polska-misja-kibeho/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 29 Sep 2009 08:09:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[MOJE PODRÓŻE]]></category>
		<category><![CDATA[Kibeho]]></category>
		<category><![CDATA[Laski]]></category>
		<category><![CDATA[s. Rafaela]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=1725</guid>
		<description><![CDATA[Poniższą informację dedykuję tym libertarianom, którzy wiedzą, że indywidualna dobroczynność i pomoc udzielana słabszym jest składnikiem systemu wolnorynkowego i etyki wolności. Ci, którzy jeszcze tego nie wiedzą, niech mają okazję do refleksji. (JMF) Europa ma takich miejsc wiele. Najbardziej znane to Lourdes, Fatima czy Częstochowa. W Afryce jest tylko jedno takie (oparte na objawieniach) sanktuarium Maryjne. Znajduje się w rwandyjskiej wiosce [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Poniższą informację dedykuję tym libertarianom, którzy wiedzą, że indywidualna dobroczynność i pomoc udzielana słabszym jest składnikiem systemu wolnorynkowego i etyki wolności. Ci, którzy jeszcze tego nie wiedzą, niech mają okazję do refleksji.<span id="more-1725"></span></p>
<p>(JMF)</p>
<p>Europa ma takich miejsc wiele. Najbardziej znane to Lourdes, Fatima czy Częstochowa. W Afryce jest tylko jedno takie (oparte na objawieniach) sanktuarium Maryjne. Znajduje się w rwandyjskiej wiosce Kibeho. Położone w sercu najbiedniejszej części tego niewielkiego kraju afrykańskiego, swoją światową sławę zawdzięcza objawieniom, jakie miały tu miejsce w 1981 roku. Trzem miejscowym uczennicom ukazała się postać Matki Boskiej, która przepowiedziała mającą wkrótce nadejść tragedię. W 1990 roku w Rwandzie wybucha wojna domowa, wkrótce potem w Kibeho powstaje największy (prawie 200 tysięcy osób) w Rwandzie obóz dla uchodźców wewnętrznych. W trakcie bratobójczych walk pomiędzy plemionami Hutu i Tutsi zginęło w nim ok. pięć tysięcy osób. Rok po zakończeniu walk, wojska rządowe wymordowały jeszcze pięćdziesiąt tysięcy.</p>
<p>Od początku jego istnienia, tym szczególnym miejscem modlitw opiekują się polscy misjonarze i misjonarki ze Zgromadzenia Pallotynów. Zbudowali tu szkoły, ośrodek zdrowia, a po wojnie utworzyli sanktuarium maryjne, której jest jednocześnie pomnikiem ofiar ludobójstwa i centrum pojednania narodowego. Od września 2008 roku działa także jedyny w tym rejonie Afryki, ośrodek wzorowany na podwarszawskim ośrodku dla dzieci ociemniałych w Laskach i prowadzony przez polskie zakonnice ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Uroczyste otwarcie placówki odbyło się 28 września 2009 roku. Wziął w nim udział minister spraw zagranicznych RP, Radosław Sikorski. Bohaterką uroczystości, jednocześnie inicjatorką ośrodka i jego dyrektorką była polska zakonnica, Warszawianka, siostra Rafaela Nałęcz.</p>
<p>Kim jest siostra Rafaela</p>
<p>Po maturze w Liceum s. Zmartwychwstanek w rodzinnej Warszawie, za namową siostrzenicy zainteresowała się pracą ośrodka w Laskach. Wkrótce zrozumiała, że ta praca jest jej życiowym powołaniem. Przybrała habit zakonny, uzupełniając wykształcenie w Instytucie Pedagogiki Specjalnej i poświęcając się pracy z niewidomymi dziećmi. Pracowała tam nieprzerwanie aż do wyjazdu na misje w 1989 roku.</p>
<p>Pomysł wyjazdu na misje pojawił się w planach s. Rafaeli już w końcu lat 1960., jednakże formalną zgodę przełożonych otrzymała dopiero w 1981 roku. Trudno się dziwić, była pierwszą misjonarką tego zgromadzenia. Miała jechać do Indii i organizować tam szkołę dla niewidomych dzieci, niestety, stan wojenny pokrzyżował plany. Zrealizowała je dopiero w 1988 roku. Po przyspieszonym kursie angielskiego, wylądowała w Delhi, kierując się do Banglore, gdzie własną energią i pomysłowością stworzyła wkrótce ośrodek podobny do tego, jaki opuściła w Polsce. Po siedmiu latach pracy w Indiach dowiedziała się, że belgijskie zakonnice pracujące w Siloe (na północy RPA) z ociemniałymi dziećmi, z braku nowych powołań, chcą placówkę zamknąć. Poleciała do Siloe, żeby im ten pomysł wyperswadować, oferując jednocześnie pomoc w kontynuowaniu pracy z dziećmi i przy kształceniu nowych nauczycieli. Ponieważ sędziwe Belgijki (prowadziły ośrodek przez ponad pół wieku) długi czas nie mogły się zdecydować, postanowiła szukać dalej. Przypadek zdarzył, że w 2006 roku przyjaciele poznali ją z ówczesnym arcybiskupem diecezji Kigali w Rwandzie, polskim lekarzem i misjonarzem, Henrykiem Hoserem, który namówił ją na przyjazd do Rwandy. Spakowała się i poleciała, nie czekając na to, aż Siloe przejdzie w ręce polskich franciszkanek, co ostatecznie nastąpiło już po jej wylądowaniu w Kigali w 2007 roku.</p>
<p>Dlaczego nie czekała i zdecydowała się jechać do kraju, w którym musiała zaczynać wszystko od zera? Afryka to wulkan – mówi s. Rafaela &#8211; pod którym żyje się od wojny do wojny. Chciałam mieć w razie czego jakiś rezerwowy przyczółek”.</p>
<p>Kibeho od pierwszej chwili stało się dla niej wyzwaniem; tragedia tego miejsca, jego charyzma, a równocześnie nędza, choroby i brak jakichkolwiek szans miejscowych ludzi. „Nie mogłam podjąć innej decyzji!”</p>
<p>Zakasała rękawy i wzięła się do pracy. Pamiętajmy, że była już po siedemdziesiątce. W pobliżu sanktuarium Palotynów znalazła puste pole, ale żeby je kupić, potrzebne były pieniądze. Skromnie licząc, ośrodek, jaki zamarzyła miał kosztować ponad 1,2 miliona euro. Skąd wziąć tyle pieniędzy? W placówce Zgromadzenia na Piwnej w Warszawie dali jej do zrozumienia, że zakon na taki wydatek nie stać. Nie zrażona poleciała do Polski kwestować wśród znajomych, osób bliskich z Polski, Stanów Zjednoczonych i z RPA. Pomoc w nawiązaniu kontaktów okazał sam Adam Michnik. „Zaczęłam żebrać po świecie” – mówi s. Rafaela. I tak, dzięki pomocy organizacji niemieckiej Kirche In Not (Kościół w Potrzebie) i ofiarności Polonii z chicagowskiej parafii pod wezwaniem św. Konstancji udało jej się zgromadzić kilkadziesiąt tysięcy dolarów na zakup ziemi w Kibeho. To była wprawdzie kropla w morzu, ale „na szczęście – mówi polska franciszkanka – nie miałam wyobraźni. Bo gdybym ją miała, pewnie bym się poddała”.</p>
<p>Przełomem stało się osobiste spotkanie z żoną prezydenta Kaczyńskiego, Marią, którą porwała energia i pomysłowość polskiej zakonnicy. Wprawdzie pani prezydentowi zastrzegła, że możliwości ma ograniczone, jej zachęta dawała nadzieję. Konkretne efekty spotkania  pojawiły się już kilka miesięcy później. W czasie rozmowy z jednym z dyrektorów wydziału pomocowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych obiecano pokryć całość wydatków na ośrodek. Łącznie 1,3 miliona euro</p>
<p>Budowę ośrodka w Kibeho rozpoczęła w styczniu 2007 roku, jeszcze zanim pojawiły się pieniądze. Już w lutym następnego roku placówka była gotowa na przyjęcie rwandyjskich  dzieci. Pierwszych czterech uczniów polskiej szkoły w Kibeho szukały zakonnice same, potem poszła fama. W ośrodku w krótkim czasie pojawiło się pozostałe 36 dzieci. Nieformalne otwarcie centrum nastąpiło we wrześniu 2008 roku, a oficjalne, 28 września rok później.</p>
<p>W Kibeho, cztery polskie franciszkanki pod wodzą swej niestrudzonej pasjonatki opiekują się czterdziestoma niewidomymi dziećmi, oferując im nie tylko naukę, ale i wyżywienie, odzież, opiekę medyczną i szansę na normalne życie. W planach powiększenie ośrodka do stu podopiecznych.</p>
<p>- Dajemy im wędkę, dzięki której staną się pełnoprawnymi ludźmi – tłumaczy siostra Rafaela Nałęcz &#8211; Tylko w taki sposób możemy realizować nasz ostateczny cel, jakim jest nauczanie Ewangelii. Działamy w myśl misyjnej zasady, że mówienie o Bogu człowiekowi głodnemu i bosemu jest głosem wołającego na puszczy.”</p>
<p>W ten sposób, wezwanie Matki Bożej od Słowa z Kibeho, wypowiedziane w 1981 roku nabiera szczególnego znaczenia. „Wołanie o pomoc z głębi Afryki -  przypomniał z okazji obchodzonego właśnie Jubileuszu 75. lecia parafii w Kibeho, rektor sanktuarium, polski Pallotyn, ks. Zbigniew Pawłowski &#8211; zostało usłyszane w dalekiej Polsce”.</p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p>www.fijor.com</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/polska-misja-kibeho/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
