<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Fijorr Publishing &#187; PUBLICYSTYKA</title>
	<atom:link href="http://www.fijor.com/category/publicystyka/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.fijor.com</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Fri, 30 Jul 2010 20:28:47 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0</generator>
		<item>
		<title>Z pamiętnika agenta</title>
		<link>http://www.fijor.com/z-pamietnika-agenta/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/z-pamietnika-agenta/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 30 Jul 2010 20:28:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[PUBLICYSTYKA]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=2180</guid>
		<description><![CDATA[  Natchniony dniem mych urodzin, ciągle jeszcze fizycznie i umysłowo sprawny,  zacząłem sięgać pamięcią do lat przeszłych, aby me wspomnienia przelać na papier. Ze starych listów i własnej pamięci starałem się odgrzebać pierwsze zdarzenia, które 50 lat później doprowadziły mnie do dnia dzisiejszego i mej emigracyjnej, amerykańskiej teraźniejszości. Doszedłem do wniosku, że tymi przełomowymi były [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p> </p>
<p>Natchniony dniem mych urodzin, ciągle jeszcze fizycznie i umysłowo sprawny,  zacząłem sięgać pamięcią do lat przeszłych, aby me wspomnienia przelać na papier. Ze starych listów i własnej pamięci starałem się odgrzebać pierwsze zdarzenia, które 50 lat później doprowadziły mnie do dnia dzisiejszego i mej emigracyjnej, amerykańskiej teraźniejszości. Doszedłem do wniosku, że tymi przełomowymi były zdarzenia związane z mym pierwszym wyjazdem z Polski  do Finlandii i Szwecji w roku 1960. Ponieważ pamięć  jest ulotna, a moje listy i notatki  poginęły w czasie wielokrotnych przeprowadzek, pomyślałem sobie, że cześć mojej historii może znajdować się w polskim Instytucie Pamięci Narodowej, IPN.</p>
<p><span id="more-2180"></span></p>
<p>Parafrazując cyniczne powiedzenie pracowników KGB/UB i komunistycznego wymiaru „ludowej sprawiedliwości”; „Człowiek jest paragraf się znajdzie”, pomyślałem sobie , że jeśli ” IPN jest, to i pamięć (moja)  się tam znajdzie”. I rzeczywiście z dokumentów IPN dowiedziałem się wiele zaskakujących rzeczy o sobie samym a również nieco o najbliższych. Oto wyjątki z raczej obszernych ponad 200 stron liczących akt Urzędu Bezpieczeństwa na mój temat, które, być może zachęcą (albo zniechęcą) czytelników do zajrzenia do własnych akt zdeponowanych w IPN-ie.<strong></strong></p>
<p>Do dnia, 5 kwietnia 2010 roku, nie zdawałem sobie sprawy, że przez klika lat – w latach sześćdziesiątych – byłem… angielskim szpiegiem. Zrozumiałem stopień mego zaangażowania w szpiegowską, krecią robotę przeciw Ludowej Ojczyźnie dopiero wtedy, kiedy przeczytałem raporty oficerów Służby Bezpieczeństwa o mojej szpiegowskiej działalności, otrzymane z polskiego Instytutu Pamięci Narodowej. Owszem, w dzieciństwie, chciałem być szpiegiem, jednak nie jakimś tam chłopcem na posyłki w stylu Jamesa Bonda, ale szefem całej organizacji. Najlepiej CIA! Niestety, żaden z prezydentów USA nie prosił mnie o przyjęcie tego urzędu w czasach, kiedy byłem stosunkowo młody i sprawny, bym bronił Stany Zjednoczone przed knowaniem KGB. Ten braku konsultacji ze mną skutkował tym, że Ameryka uwikłała się w wojnę najpierw w Wietnamie, a dzisiaj w kolejne dwie, z góry przegrane wojny w Iraku i Afganistanie. No cóż, ich strata! Amerykanów, rzecz jasna. Może kiedyś rząd amerykański zrozumie swój błąd.</p>
<p>Moja działalność jako agenta brytyjskiego wywiadu była tak tajna, że ja sam o niej nie wiedziałem. To już nie jest zwykła konspiracja, to jest szczyt konspiracji! Byłem widocznie pionkiem na szachownicy globalnych rozgrywek i dla utajnienia całej operacji nie powiadomiono mnie o celach i zadaniach mej działalności. Obawiano się widocznie, że gdybym poddany został torturom, to wszystko wygadam, z czym trudno mi się nie zgodzić. Mam niski poziom odczucia bólu – nie wytrzymałbym zatem żadnych cierpień, nawet podtapiania na desce, co jest specjalnością naszych, amerykańskich tajnych agencji.</p>
<p>Na dowód tego, że moje opowiadanie nie jest fantazją człowieka chorego, postaram się przytoczyć kilka raportów dotyczących mej „szpiegowskiej działalności”.</p>
<p> Z poniższego dokumentu MSW (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych) wynika, że ówczesnym moim kryptonimem był „Czek”. Gdybym wiedział o mojej tajnej misji w Polsce, to chyba dzisiaj przenigdy nie ułożyłbym takiego adresu mailowego, który zawierałby w sobie ten kryptonim, a który brzmi: „JanCzek”. Pewnie dla niektórych jest to dziwny i zarazem podejrzany zbieg okoliczności, wymagający dalszego rozpracowania, tym razem przez naszą, „demokratyczną”, Agencję Domowego Bezpieczeństwa (Homeland Security Agency). Życzę im powodzenia!</p>
<p>Proszę zwrócić uwagę na zapis gramatyczny, fleksyjny i stylistyczny dokumentów (starałem się zbytnio nie ingerować w ten specyficzny język), na zastosowanie w nich nowomowy, tak charakterystycznej dla okresu PRL-u, a służb Urzędu Bezpieczeństwa w szczególności. </p>
<p><strong>TAJNE</strong>Wrocław, dnia 27 marca 1961 r.</p>
<p><strong>Notatka Informacyjna:</strong></p>
<p>W związku z przekazaniem przez kapt. „Czesława” informacji wskazujących na to, że ob. Czekajewski Jan odmówił powrotu do kraju z wyjazdu służbowego do Finlandii i obecnie przebywa w Szwecji, w dniu dzisiejszym przeprowadziłem ustalenie, w wyniku czego stwierdziłem, że informacja ta polega na prawdzie. Czekajewski Jan faktycznie odmówił powrotu do kraju i przebywa w Sztokholmie. Z żoną koresponduje, lecz nie podaje miejsca zamieszkania. Żona wysyła listy na adres zakładu pracy, gdzie Czekajewski ma pracować.</p>
<p>W wyniku wywiadu ustaliłem, że ob. Czekajewska E. (<em>ówczesna</em> <em>żona – przyp. autora</em>) w chwili obecnej ma kochanka, który u niej przebywa i który w otoczeniu uchodzi za kuzyna. Jest nim: ob. B. Z.,  s. Stanisława i Jadwigi, z domu Piniło, ur. 1926 r. w woj. tarnopolskim, zamieszkały – Wrocław, ul. Żelazna. Ob. B. Z. pracuje na uniwersytecie oraz prowadzi Klub Motorowy przy Komitecie Wojewódzkim ZMS. <span style="text-decoration: underline;">Jest on b. pracownikiem Służby Bezpieczeństwa i pracował na terenie woj. katowickiego.</span></p>
<p>Podpis:</p>
<p>St. Oficer Operacyjny Wydz. II, Jan Krochmalczyk, ppor.</p>
<p><strong>TAJNE</strong></p>
<p>Wrocław, dnia 30 sierpnia 1961 r.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>Notatka Informacyjna z rozmowy przeprowadzonej z obywatelką Czekajewską E.:</strong></p>
<p>W dniu dzisiejszym przeprowadziłem rozmowę operacyjną z obywatelką Czekajewską E. na temat jej męża, Czekajewskiego Jana. Na rozmowę się zdecydowałem, gdyż posiadam informację, że stosunki małżeńskie w/w są w całkowitym rozkładzie, praktycznie małżeństwo to nie istnieje. Wedle żony Czekajewskiego Jana w roku 1959 we Wrocławiu przebywał Szwed, Beckman ze Sztokholmu. Był własnym samochodem i miał aparat fotograficzny. Jan był zawsze w jego towarzystwie, oddał do jego dyspozycji swoje drugie mieszkanie przy ul. Powstańców Śląskich (numeru nie zna). Ponadto Czekajewski utrzymywał kontakt z inż. P. K., zam. Wrocław, Podwale 52 m 2., któremu załatwił praktykę w Szwecji, ale ten nie otrzymał paszportu. Ponadto wie, że Czekajewski pisał do Odulińskiego Romualda. Tenże Oduliński stara się o wyjazd do Anglii, gdzie w Londynie ma trzech braci ojca. Istnieją wątpliwości, czy do kraju wróci, ponieważ jednocześnie do Anglii wyjeżdża jego narzeczona (nazwiska nie zna), która otrzymała już paszport.</p>
<p>W świetle udzielonych informacji uważam, że Czekajewska E. była szczera. Na mężu jej nie zależy, gdyż jak oświadczyła, nie przebaczy mu zdrady. Deklaruje również pomoc Służbie Bezpieczeństwa w tej sprawie. Za szczerą chęć podziękowałem, ale nie wykluczam możliwości skorzystania z tej oferty.</p>
<p><strong>Informacja dodatkowa:</strong></p>
<p>Wspomniany Beckman, jak wynika z innych informacji, współpracuje z ośrodkiem polskiej emigracji, z Lisińskim Michałem z Wolnej Europy. O tym, że Czekajewski pracował na stoisku szwedzkim, informacje są pierwiastkowe.</p>
<p>Podpis:</p>
<p>St. Oficer Operacyjny Wydz. II, J. Krochmalczyk, ppor.</p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>TAJNE</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wrocław, dnia 13 września 1961 r.</p>
<p><strong>Wniosek o założenie sprawy dot. operacyjnego sprawdzenia:</strong></p>
<p>Ja, Starszy Oficer Operacyjny Wydziału II, ppor. Krochmalczyk Jan, proszę o zezwolenie na założenie sprawy operacyjnego sprawdzenia mgr inż. Czekajewskiego Jana.</p>
<p><strong>Podstawa:</strong></p>
<p>W okresie letnim 1960 roku we Wrocławiu przebywał na zaproszenie ZSP działacz Narodowego Związku Studentów w Sztokholmie, dr Beckman. Z bliżej niewiadomych powodów mgr inż. Czekajewski wszedł w kontakt z dr Beckmanem, którego zakwaterował we własnym mieszkaniu. W maju 1961 r. w Sztokholmie przebywał kapitan „Czesław”, który skontaktował się z doktorem. Z przeprowadzonego rozeznania wynika, że dr Beckman jest powiązany z ośrodkiem wywiadowczym Szymaniaka. Skontaktował on bowiem „Czesława” z dr Lisińskim Michałem. Lisiński Michał jest znany jako naczelny redaktor Radia „Wolna Europa” i jest powiązany z ośrodkiem wywiadowczym majora Szymaniaka.</p>
<p><strong>Uzasadnienie Założenia Sprawy:</strong></p>
<p>W świetle posiadanych informacji nasuwa się uzasadniony wniosek, że mgr inż. Czekajewski Jan, podczas pobytu za granicą, mógł zostać zwerbowany przez obcy wywiad. Wskazują na to powyższe fakty (<em>powinien chyba napisać „poniższe” fakty? </em>– <em>przyp. autora)</em>:</p>
<p>1. Kontakt z dr Beckmanem. Niewątpliwie ci ludzie pomagali Czekajewskiemu w uzyskaniu pracy i mogli to uczynić za cenę udzielanych informacji o Polsce.</p>
<p>2. Z materiałów wynika, że mgr inż. Czekajewski nosił się z zamiarem odmowy powrotu do kraju. Ponieważ wrócił jednak do kraju, chociaż po długim pobycie, mógł to uczynić na polecenie ośrodka wywiadowczego.</p>
<p>3. Mgr inż. Czekajewski ma zapewniony powrót do Szwecji celem habilitacji doktoratu, który ma składać. Może to być forma pozyskania go do współpracy przez obcy wywiad.</p>
<p>4. Po powrocie do kraju, Czekajewski Jan, wybitnie omija Wrocław, gdzie jest znany szerszemu gronu ludzi, co by wskazywało, że chce utrudnić możliwość jego obserwacji.</p>
<p><strong>Proponuję:</strong></p>
<p>1. Przeprowadzić z nim rozmowę operacyjną i odebrać na piśmie informacje o jego pobycie w Szwecji w celu poddania ich analizie.</p>
<p>2. Porozumieć się z Wydz. XI depart. II MSW, czy posiadają materiały na Czekajewskiego Jana z okresu jego pracy w pawilonie szwedzkim na Międzynarodowych Targach Poznańskich.</p>
<p>3. Przy pomocy ob. O. R. przeprowadzić penetrację notatek Czekajewskiego Jana w celu wyłowienia adresów krajowych i zagranicznych.</p>
<p>4. W najbliższych dniach na praktykę do Szwecji wyjedzie mgr P. K. Zachodzi możliwość, że Czekajewski Jan poprosi P. K. o przewiezienie korespondencji. Należy się porozumieć z Grupą Specjalną, aby P. K. korespondencję tę przejął i przed wyjazdem doręczył nam do kontroli.</p>
<p>5. W dalszym ciągu opracowywać korespondencję krajową i zagraniczna mgr inż. Czekajewskiego w celu ustalenia kontaktów. W tym samym celu opracować telefon przez wydział „T”.</p>
<p>6. Przez b.t.w. „Kaczmarka”, zebrać charakterystykę Czekajewskiego z okresu pracy w Instytucie Badań Lotniczych (<em>winno być „Instytucie Medycyny Lotniczej” </em>– <em>przyp. autora)</em> i ustalić kierunek pracy, jaki tam prowadził i do jakich tajemnic był dopuszczony.</p>
<p>7. Zwrócić się z pismami do Wydz. II KM MO <em>(Komenda Miejska Milicji Obywatelskiej – przyp. autora)</em> w Łodzi w celu zabezpieczenia pobytu Czekajewskiego w Łodzi u swej kochanki.</p>
<p>Powyższe przedsięwzięcia zostaną dokonane do dnia 1 października 1961 r.</p>
<p>Podpis:</p>
<p>St. Oficer Operacyjny, Wydz. II, J. Krochmalczyk, ppor.</p>
<p><em>(notatka sporządzona pismem odręcznym </em>– <em>przyp. autora)</em></p>
<p>Do dnia 20 września b.r. ponownie opracować zadania dla O. R. i P. K. pozostających w kontakcie z Grupą Specjalną. <span style="text-decoration: underline;">Z materiałów wynika, że figurant Czekajewski lubi „dziewczynki”, dlatego proponuję podstawić mu dobrą agentkę. Do naszego biura wysłać próbki pisma figuranta i poprosić, aby przechwytywaną korespondencję poddawali badaniom chemicznym.</span></p>
<p>Podpis:</p>
<p>Szymański, 19.09.1961 r.</p>
<p><strong><em>Komentarz własny „figuranta” Jana Czekajewskiego:</em></strong></p>
<p><em>Jak pamiętam, Grupa Specjalna nie wykonała w pełni rozkazu oficera Szymańskiego, gdyż nie skierowała do mnie, do „wykorzystania”, żadnej agentki specjalnego poruczenia. Widocznie pula agentek, jakimi dysponował Wydział Specjalny we Wrocławiu nie obejmowała takich, o biuście porównywalnym do biustu mej kochanki, Zofii Królikowskiej z Łodzi. Zagrożenie dla mej działalności szpiegowskiej istniało, ale na skutek oszczędności kadrowych w dziedzinie rekrutacji agentek, udało mi się uniknąć dekonspiracji</em></p>
<p><em> Co do doktora Beckmana, którego w życiu na oczy nie widziałem, sprawę wyjaśnia do pewnego stopnia raport z wywiadu z moją byłą żoną, której chyba się pomyliło nazwisko mego gościa, Szweda, Lars`a Inge Hedberg`a z nazwiskiem doktora Beckmana. Moim gościem był student matematyki, późniejszy wybitny naukowiec, profesor Lars Inge Hedberg. Pomyłka zadała kontrwywiadowi Polski Ludowej niemożliwe do wykonania zadanie znalezienia między mną a doktorem Beckmanem jakiegoś związku. Być może, że moja była żona kryła osobowość Szweda, Lars`a Inge Hedberg’a, ponieważ, jak zaobserwowałem w kinie, wyżej wymieniony trzymał ją czuje za rękę. Gdzie Lars trzymał drugą rękę, nie mogę zaświadczyć, bo w kinie było ciemno. Do dzisiaj pozostaje niewyjaśnione pytanie, dlaczego moja była żona próbowała koniecznie połączyć mój los z osobą mi nieznaną, czyli niejakim doktorem Beckmanem. </em></p>
<p><strong>TAJNE</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Wrocław, dnia 14 września 1961 r.</p>
<p><strong><em>Komentarz własny autora:</em></strong></p>
<p><em>Tę informację sporządzono na bazie mojego sprawozdania dotyczącego pobytu w Instytucie Fizyki w Uppsali</em>. <em>Na końcu dokumentu znajdują się następujące informacje:</em></p>
<p><strong>Informacja:</strong></p>
<p>Niniejsze dane otrzymałem od figuranta sprawy Czekajewskiego, rozpracowywanego przez tow. Krochmalczyka z Grupy VII-ej tut. Wydziału. Otrzymane od niego informacje są raczej charakteru ogólnego. Odniosłem wrażenie, że nie wszystko nam podaje, co by nas interesowało. Uwidacznia się to szczególnie przy charakteryzowaniu przez niego osób, które wyjechały z Polski na pobyt czasowy.</p>
<p>Dodaję, że przedstawione materiały nie stanowią dla nas żadnej wartości. Czekajewski w początkowej rozmowie na ten temat Polaków za granicą nie zgadzał się ze mną, a nawet lekko dał mi do zrozumienia, że czuje się obrażony. Czekajewski w rozmowie ze mną próbował się upewnić, czy nic mu  się nie stanie, jeśli nadal będzie prowadzić szeroką korespondencję prywatną i naukową z zagranicą. Dałem mu do zrozumienia, iż nie widzę w tym żadnego przewinienia, nadmieniając mu równocześnie, że pytanie to uważam za niewłaściwe.</p>
<p>Proponuję<strong>:</strong></p>
<p>1. Podtrzymać w dalszym ciągu kontakt z Czekajewskim i w rozmowach z nim kapturowo zmierzać do uzyskania interesujących nas danych. Wytwarzać przy nim atmosferę zaufania.</p>
<p>2. Ponieważ sprawę prowadzi tow. Krochmalczyk, proponuję, aby Czekajewskiego przekazać mu do ewentualnego kontaktu.</p>
<p>3. Przyspieszyć wykonanie planu operacyjnego sprawdzenia zmierzającego między innymi do penetracji rzeczy Czekajewskiego posiadanych u Odulińskiego.</p>
<p><span style="text-decoration: underline;">5. Odpowiednią jednostkę z agentury kobiecej przy pomocy O. R. pozostającego w kontakcie z SGW, doprowadzić do zapoznania z figurantem.</span></p>
<p>Po akceptacji przez kierownictwo tut. Wydziału powyższych przedsięwzięć, wykona je tow. Krochmalczyk.</p>
<p>Opracował:</p>
<p>J. Szamański, kpt.</p>
<p><em>(ręczny dopisek </em>– <em>przyp. autora</em>)</p>
<p>Przekazać 1 egz. majorowi.</p>
<p><strong>Doniesienie:</strong></p>
<p>Źródło: „Oda”, Wrocław, 29.09.61 r.</p>
<p>Przyjął: Kniaziuk J.</p>
<p><em> </em></p>
<p><strong><em>Komentarz własny autora:</em></strong></p>
<p><em>To doniesienie jest dokładną transkrypcją donosu jaki ja sam skomponowałem, a który był moją charakterystyką psychologiczną. Donos ten Reniek Dulińsk przekazał służbom SB. Dokument znalazł się w tajnych aktach pod kryptonimem „Oda”.</em></p>
<p><em> </em></p>
<p><strong>Informacja dodatkowa:</strong></p>
<p>Obywatel Karol P. twierdzi, że Czekajewski jest zbyt wielkim tchórzem, aby podjąć się jakieś roboty „na niekorzyść”.</p>
<p>Podpis:</p>
<p>Inspektor Samodzielny Grupy Specjalnej, Józef Kniaziuk, KW <em>(Komenda Wojewódzka – przyp. autora)</em> MO, Wrocław</p>
<p><strong>TAJNE</strong></p>
<p>Warszawa dnia 7 października 1961 r.</p>
<p><strong>Polska Rzeczypospolita Ludowa</strong></p>
<p><strong>Ministerstwo Spraw Wewnętrznych</strong></p>
<p><strong>Nr ODH-IIIEM/01769/61</strong></p>
<p>(<em>godło państwowe, orzeł bez korony – przyp. autora</em>)</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Do Naczelnika Wydz. II Służby Bezpieczeństwa</p>
<p>Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej we Wrocławiu</p>
<p>W związku z pismem Nr OZ-05786/547/61 z dnia 1 września 1961 r. dot. mgr inż. Jana Czekajewskiego, s. Franciszka, komunikuję, że wymieniony zatrudniony był w okresie XXX MTP (Międzynarodowych Targów Poznańskich) w szwedzkiej firmie  „AB Lars Ljungberg” w charakterze tłumacza. Zatrudnienie nastąpiło bez pośrednictwa Dyrekcji MTP. <span style="text-decoration: underline;">Wobec wystawców wykazywał służalczość</span>.</p>
<p>Podpis:</p>
<p>Naczelnik Wydziału XI depart. II MSW, Mirosław Milewski, ppułk.<strong></strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>TAJNE</strong></p>
<p>Warszawa dnia 23 grudnia 1961 r.</p>
<p><strong>Polska Rzeczypospolita Ludowa</strong></p>
<p><strong>Ministerstwo Spraw Wewnętrznych </strong></p>
<p>(<em>godło państwowe, orzeł bez korony – przyp. autora</em>)</p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Do Naczelnika Wydz. II Służby Bezpieczeństwa Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej</p>
<p>we Wrocławiu</p>
<p>(do rąk własnych)</p>
<p>W nawiązaniu do nadesłanego meldunku specjalnego z dnia 10 października 1961 r. dot. figuranta Czekajewskiego Jana informujemy, iż w wyniku sprawdzania znalezionych notatek, okazało się, że depart. II posiada informacje odnośnie Dudy Stanisława. Jak wynika z zeznań aresztowanego w latach ubiegłych agenta wywiadu angielskiego, Dubielaka, Duda Stanisław był werbowany z zadaniem szpiegowskim na Białorusi.</p>
<p>Zawarte w nadesłanym meldunku informacje wskazują na to, że Czekajewski Jan ze względu na swoje kontakty i miejsce pracy jest osobą zasługującą na wyjątkowo aktywne zainteresowanie operacyjne, dlatego też w sprawie tej naszym zdaniem należy niezwłocznie opracować szczegółowy plan operacyjnych przedsięwzięć, przy pomocy których można by dokonać głębszego rozeznania osoby figuranta i ewentualnego jego powiązania z obcym wywiadem.</p>
<p>O zamierzonych przedsięwzięciach, jak i również sposobie ich realizacji i uzyskanych wynikach, proszę systematycznie informować Wydz. VI. depart. II MSW.</p>
<p>Podpis:</p>
<p>T. Gaweda, ppułk.</p>
<p><strong><em>Komentarz własny autora:</em></strong></p>
<p><em>Stanisława Dudę poznałem w Uppsali, studiował geofizykę, ale mój znajomy miał tyle wspólnego z Dudą – szpiegiem amerykańskim, co z innym Dudą, tym razem Dudą-Graczem (słynny malarz), mój kolega z dzieciństwa. Z nadgorliwości coś się towarzyszom SB-owcom w głowie popieprzyło.</em></p>
<p><strong>TAJNE</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Lublin, dnia 16 października 1962 r.</p>
<p><strong>Analiza sprawy operacyjnego sprawdzenia osoby pod kryptonimem „Fizyk”:</strong></p>
<p>(wyjątek)</p>
<p><em>(„Fizyk” to chyba mój nowy lubelski kryptonim </em>– <em>przyp. autora)</em></p>
<p><span style="text-decoration: underline;"> </span></p>
<p><strong>Źródło „Czesław”, dnia 30 maja 1961 r.:</strong></p>
<p>Przebywając od 10 maja 1961 r. do 25 maja 1961 r. w Szwecji „Czesław” umówił spotkanie z Czekajewskim Janem w Sztokholmie. Na spotkanie Czekajewski Jan przybył i zaprowadził „Czesława” do Związku Studentów Uniwersytetu w Sztokholmie, mieszczącego się przy ul. Holendergatan 32. W tym samym czasie skontaktował „Czesława” ze studentem szwedzkim, Krystianem Beckmanem, który w roku 1960, latem, wraz z Brigittą Orkberg przebywał w Polsce na zaproszenie Uniwersytetu Wrocławskiego. Beckman zabrał „Czesława” do swego mieszkania, gdzie po upływie około 10 minut zjawił się stary pan. Po zapoznaniu został zaproszony przez wspomnianego pana i odwieziony jego samochodem do miejsca zamieszkania. Wymienionym panem okazał się dr Michael Lisiński, pracownik Radia „Wolna Europa”.</p>
<p>„Czesław” przebywał z nim w pomieszczeniach redakcji „Wolna Europa” oraz w prywatnym mieszkaniu Lisińskiego. Przy jego pomocy został skontaktowany z b. generałem WP Z. Przyjałkowskim. (<em>Genarał Zdzisław Przyjałkowski dowodził obroną Bydgoszczy, a także brał udział we wrześniu 1939 roku w bitwie nad Bzurą i dowodził obroną Warszawy </em>– <em>przyp. autora</em>).</p>
<p><strong>Źródło „Ela”, dnia 30 sierpnia 1961 r. </strong><em>(moja była żona – przyp. autora)</em>:</p>
<p>Z dokumentów wynika, że w 1959 roku Czekajewski Jan gościł u siebie Szweda, Beckmana ze Sztokholmu, któremu oddał swoje mieszkanie i towarzyszył w czasie jego pobytu w PRL.</p>
<p><em>(w następnym paragrafie – przyp. autora)</em></p>
<p>„Ela” podaje, że do Wrocławia przybył obywatel szwedzki, Lars Hedberg, student matematyki. Lars Hedberg przebywał w Polsce około miesiąca. Posiadał własny samochód, pozostawał na utrzymaniu Czekajewskiego.</p>
<p><strong><em>Komentarz własny autora:</em></strong></p>
<p><em>No i jak tu wierzyć kobietom? To kto w końcu był moim gościem, Lars czy Beckman? Do dzisiaj tego nie wiem. Co do agenta polskiego wywiadu o pseudonimie „Czesław”, mam „operacyjne” wątpliwości, bo nie przypominam sobie, abym kiedyś kogoś zaprowadzał do klubu studenckiego w Sztokholmie i poznawał go z doktorem Kristian Beckmanem, którego też nigdy nie widziałem na oczy. Kontrwywiad SB winien rozpracować kapitana o pseudonimie „Czesław”, zamiast wyraźnie trwonić pieniądze robotników i chłopów na zagraniczne rozjazdy i fabrykowanie fałszywych raportów. Nic dziwnego, że PRL się zawaliła i wpadła w ręce imperialistów.</em></p>
<p><em>Całą sprawę odegrano wedle tego samego scenariusza, na którym oparto następną komedię dwadzieścia pięć lat później, tym razem w Ameryce. Zagrał ją wówczas amerykański kontrwywiad naukowo-przemysłowy, Exodus. Ja wystąpiłem wtedy w roli sowieckiego szpiega nasłanego do USA w celu kradzieży amerykańskich superkomputerów. Agentom wówczas „umknęło uwadze”, że komputery te były produkowane na Tajwanie i były słabą kopią IBM-PC. Nawet Bułgarzy produkowali wtedy dużo lepsze klony IBM-PC. </em></p>
<p><em> </em></p>
<p><em> </em></p>
<p><strong>TAJNE</strong></p>
<p>Lublin, dnia 14 stycznia 1963 r.</p>
<p>Do Naczelnika Wydz. II BPZ <em>(Biuro Paszportów Zagranicznych – przyp. autora)</em></p>
<p>Ministerstwo Spraw Wewnętrznych</p>
<p>w Warszawie</p>
<p>W operacyjnym zainteresowaniu Wydz. II w Lublinie pozostaje pracownik naukowy tut. UMCS, mgr inż. Jan Czekajewski, który aktualnie przebywa na praktyce naukowej w Szwecji. Poczynił on starania zakończone wynikiem pozytywnym u tamtejszych władz umożliwiające jego znajomej, Królikowskiej Zofii, zam. w Łodzi, odbycie podobnej praktyki z zakresu medycyny. Ponieważ Wydz. II we Wrocławiu interesował się w przeszłości osobą Czekajewskiego, zastrzegł swego czasu wyjazd Królikowskiej do tego kraju, w związku z czym i BPZ ustosunkowało się do niego również negatywnie.</p>
<p>Z uwagi na to, że jednostka nasza, terytorialnie kompetentna, planuje w stosunku do Czekajewskiego określone czynności operacyjne, za którymi stoi w sprzeczności odmowa prawa wyjazdu Królikowskiej do Szwecji, prosimy o anulowanie wniesionego w stosunku do niej przez Łódź i Wrocław zastrzeżenia oraz zezwolenie jej na czasowy wyjazd do tego kraju.</p>
<p>Z-ca Naczelnika Wydz. II, St. Sobalski, kpt.</p>
<p><strong><em>Komentarz własny autora:</em></strong></p>
<p><em>Co za „czynności operacyjne” mieli w stosunku do mnie „moi kontrolerzy” z Lublina, pozostanie do końca  dla mnie tajemnicą.</em><strong> </strong><em>Poniżej odmowa wydania mi paszportu. A zatem był to koniec mego romansu z PRL-em.</em></p>
<p><em> </em></p>
<p><em> </em></p>
<p><em> </em><strong></strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p><strong>TAJNE SPECJALNEGO ZNACZENIA</strong></p>
<p>Warszawa, dnia 27 marca 1969 r.</p>
<p><strong>Postanowienie o zakończeniu i przekazaniu sprawy do archiwum depart. I, Biura „C”:</strong></p>
<p>Ja, st. sierżant Janina Nowaczyk, podoficer oper. Wydz. VII. depart I MSW, rozpatrzywszy materiały sprawy operacyjnego sprawdzenia nr 1263 rejestracja KW MO Lublin nr Wydz. I Biura „C” MSW-I-13851 z dnia 26 marca 1966 r. stwierdzam, że sprawa się nie kwalifikuje do dalszego prowadzenia ze względu na <span style="text-decoration: underline;">nielojalny stosunek figuranta do problemu współpracy</span>. Proszę o zaniechanie dalszego prowadzenia sprawy operacyjnego sprawdzania.</p>
<p><strong><em>Komentarz autora:</em></strong></p>
<p><em>Może chodziło im o to, że przed wyjazdem o zgodę na emigrację nie poprosiłem „odnośnych władz krajowych”? Podczas gdy st. sierżant Janina Nowaczyk decydowała o moim<br />
„konspiracyjnym losie”, ja byłem już od roku stałym rezydentem Stanów Zjednoczonych. Przyczyną takiego niezgrania w czasie była wyraźna opieszałość PRL-owskich agentów, ślamazarnie rozpracowujących mnie na terenie Szwecji. Dlatego uważam, że zasługują oni na naganę z wpisaniem do akt Instytutu Pamięci Narodowej</em><em>.</em></p>
<p><em> </em></p>
<p><em> </em></p>
<p><strong>JAWNE SPECJALNEGO ZNACZENIA</strong></p>
<p>Columbus w Ohio, 1 maja 2010 r. (Dzień Święta Klasy Robotniczej)</p>
<p>Dzisiaj, jedząc obiad w towarzystwie mej amerykańskiej żony, Laury, wyznałem jej, że dręczy mnie pytanie, jakie to szpiegowskie zadania przewidywał dla mnie PRL-owski wywiad. Laura przerwała moje kontemplacje uwagą:</p>
<p><em>– </em>Janie, masz teraz  ważniejsze zadania..  W szufladzie przeznaczonej na twoje czyste gacie, jest pusto? Te które sa w  koszu na brudną bieliznę, są brudne. Wrzuć je do pralki!”</p>
<p>W taki więc logiczny sposób Laura zredukowała moją niedoszłą rolę asa komunistycznego wywiadu do moich brudnych gaci.  Co za wspaniała kobieca zdolność do logicznej syntezy?</p>
<p>I rzeczywiście , z perspektywy minionych lat  moje potyczki z  komunistyczną agenturą wyglądają dzisiaj komicznie, a raczej tragikomicznie. Wtedy z tych potyczek wyszedłem obronną rękom. Innym się to nie udało. Wielu niewinnym ludziom zniszczono życiowe kariery a drudzy stracili zdrowie w UB-owskich kazamatach, skazani  na lata więzienia na podstawie wyssanych z palca zarzutów. . Tym ludziom trudno się z tamtych czasów śmiać.</p>
<p>Powyższe opowiadanie jest częścią mej książki pod tytułem: „Do Sukcesu Pod Wiatr”, wydanej w Częstochowie przez wydawnictwo:</p>
<p> <a href="http://www.emedia-wydawnictwo.pl/">http://www.emedia-wydawnictwo.pl/</a></p>
<p>Jan Czekajewski (autor)</p>
<p>Columbus, Ohio, USA</p>
<p><a href="mailto:janczek@aol.com">janczek@aol.com</a></p>
<p><a href="http://www.czekajewski.blogspot.com/">www.czekajewski.blogspot.com</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/z-pamietnika-agenta/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Znikająca (duża) kasa</title>
		<link>http://www.fijor.com/znikajaca-kasa/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/znikajaca-kasa/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 19 Jul 2010 11:44:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[PUBLICYSTYKA]]></category>
		<category><![CDATA[przywłaszczenia]]></category>
		<category><![CDATA[system bankowy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=2171</guid>
		<description><![CDATA[      Przelew pieniędzy z konta bankowego, wykonany on-line 3 czerwca 2010 znalazł się na koncie adresata, dopiero 4 – 5 dni później. W dniu dyspozycji (3 VI) kwota przelewu zniknęła z salda właściciela, by pojawić się na saldzie odbiorcy przelewu 4 a czasem nawet 5 dni później. Co działo się z tymi pieniędzmi przez ten [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>      Przelew pieniędzy z konta bankowego, wykonany on-line 3 czerwca 2010 znalazł się na koncie adresata, dopiero 4 – 5 dni później. W dniu dyspozycji (3 VI) kwota przelewu zniknęła z salda właściciela, by pojawić się na saldzie odbiorcy przelewu 4 a czasem nawet 5 dni później. Co działo się z tymi pieniędzmi przez ten czas? Do kogo one należały? Kto  korzystał z tej </p>
<p><span id="more-2171"></span></p>
<p>znikającej kasy?</p>
<p>       Opisany przypadek jest skrajny; w dniach 3-6 czerwca 2010 miał miejsce tzw. długi weekend.. Standardowo, zakładając maksymalny pośpiech banku, między zniknięciem pieniędzy z konta osoby dokonującej przelewu a pojawieniem się ich na koncie adresata mija średnio od 36 – 48 godzin. Przyjmując, że gros banków księguje swoje wpłaty między 12 w południe a 18.00, a także, że duża część przelewów ma miejsce przed weekendem, który okres oczekiwania na pieniądze wydłuża o 1-2 dni, średni <em>lapse</em> między dyspozycją a jej pełną realizacją wynosi co najmniej 48 godzin. Przykładowo, pieniądze wysłane we środę ok. godziny 12.00 w południe, a więc w czasie, gdy przelewów jest najwięcej, na koncie adresata znajdą się o północy z czwartku na piątek, a że banki wtedy nie pracują, zostaną zaksięgowane dopiero ok. południa w piątek.</p>
<p>       W przypadku transakcji gotówkowych opóźnienie jest niewielkie lub go nie ma, jednakże takie nawet takie transakcje są księgowane kilka czy kilkanaście godzin po dokonaniu depozytu, poza tym, polskie banki dość często obciążają depozyty gotówkowe swoistą karą, czyli prowizją z tytułu wpłaty gotówki.</p>
<p>        Wracając do naszego przykładu, z chwilą pojawienia się w systemie dyspozycji przelewu, powiedzmy, kwoty 2000 złotych, z konta podmiotu dokonującego ten przelew pieniądze znikną natychmiast. Ponieważ banki nie wypłacają odsetek za część dnia, dysponent pieniędzy otrzymuje odsetki od tych 2000 zł przelanych we środę, do wtorku, włącznie. Za środę już ich nie dostaje, mimo iż przez pół dnia był ich właścicielem. Odsetek nie otrzymuje za środę także adresat przelewu, i to nie tylko za środę, za czwartek także. Oprocentowanie przelanych na jego konto pieniędzy rozpocznie się najwcześniej od piątku. Innymi słowy, znikają odsetki za środę i  czwartek. Przy sprzyjającym dla klientów bankowych układzie, pieniądze znikają na 3 dni. I tej informacji będziemy się trzymać przy dalszych obliczeniach.</p>
<p>        3 dni, to 1/122 cześć roku, albo 0,82 procenta roku. Przez taką część roku pieniądze bezgotówkowe (przelewy) wędrujące z konta na konto nie należą do swoich właścicieli, lecz do banków. W przypadku naszej hipotetycznej kwoty 2000 zł właściciel traci ok. 16,4 zł w skali roku. Od takiej kwoty nie przysługują mu odsetki, które zabiera bank. Przy oprocentowaniu rzędu 4 procent jest to zaledwie 65 groszy rocznie. Czy</p>
<p>warto się o takie grosze upominać?<br />
        Z danych opracowanych przez Departament Systemu Płatniczego NBP wynika, że liczba transakcji realizowanych przez banki w systemach SORBNET i ELIXIR (a w tych systemach realizuje się gros transakcji bezgotówkowych) w złotych polskich, w ostatnim kwartale ubiegłego roku 2009, wynosiła ponad 5,1 milionów operacji dziennie, a łączna ich wartość przekroczyła 192 miliardy złotych. Znaczy to, że każdego dnia taka właśnie kwota zmieniła bezgotówkowo właściciela (oraz/lub adresata). Przyjmując, to co powyżej, że pieniądze te przez 3 dni w roku (czyli 0,082 proc. roku) należały do banków, a nie do ich klienteli, klientom bankowym znika, właśnie na okres od dyspozycji przelewu do zaksięgowania jego wpływu (tak jakby tych pieniędzy nie mieli) kapitał w wysokości ok. 157,4 miliona złotych dziennie. Rzecz jasna oni tych pieniędzy nie tracą na zawsze. Są one jedynie od nich „wypożyczone na chwilę”; chwilówka  bez oprocentowania. Tym, co realnie klienci banków tracą są odsetki od przymusowej pożyczki. Trzymając się konserwatywnego założeniu, co do kosztu pieniądza, wynoszącego 4 procent w skali roku, właściciele kont bankowych tracą każdego dnia 6,3 miliona złotych z tytułu odsetek, których im banki nie wypłacają. Rocznie wynosi to</p>
<p>23 miliarda złotych, a to już jest bardzo dużo.</p>
<p>         Nie tylko dużo, ale i nie wszystko. Jeśli naet niektóre transakcje rejestrowane są w czasie rzeczywistym, to przecież pominęliśmy tu znaczną ilość transakcji, które odbywają się w walutach obcych, a także transakcji gotówkowych, w których także powstaje <em>lapse</em> między wpłatą a pojawieniem się jej na koncie, czyli do momentu uruchomienia wypłaty odsetek. To się powinno kompensować.</p>
<p>        Jeśli mamy traktować banki na równi z innymi podmiotami gospodarczymi, a tego wymaga prawo, należy obowiązujący system zmienić, zakazując im takich darmowych wymuszonych pożyczek. Znaczy to, że saldo, z którego wypływają pieniądze ma być własnością osobny dokonującej przelewu do dnia fizycznego przesłania go na konto adresata przelewu. Saldo, na koncie adresata przelewu ma być oprocentowane od dnia pojawienia się pieniędzy w banku adresata. Każde inne postępowanie traktowane musi być jak usiłowanie przywłaszczenia sobie cudzych pieniędzy.</p>
<p>      Banki należą do najbogatszych organizmów gospodarczych, wyłudzanie przez nie groszy należących do znacznie uboższych deponentów (właścicieli kont) jest skrajną nieprzyzwoitością, żeby nie nazwać tego dosadniej. Podobnie zresztą, jak nieprzyzwoite i szkodliwe gospodarczo jest udzielanie systemowi bankowemu przywileju kreowania podaży pieniądza z powietrza, dysponowania pieniędzmi posiadaczy kont bez ich wyraźnej zgody, czy prawa do konfiskaty mienia klientów bez wyroku sądowego. Jeśli tego nie zrozumiemy i nie potraktujemy banków, jak każdego innego biznesu, do wyżej wyliczonych kosztów dojdzie jeszcze konieczność ratowania banków przed upadkiem, a tego już możemy finansowo nie wytrzymać.</p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/">www.fijor.com</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/znikajaca-kasa/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mój scenariusz</title>
		<link>http://www.fijor.com/moj-scenariusz/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/moj-scenariusz/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 01 Jul 2010 06:23:01 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[PUBLICYSTYKA]]></category>
		<category><![CDATA[wybory prezydenckie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/moj-scenariusz/</guid>
		<description><![CDATA[Mój scenariusz W trzech sondażach internetowych po II naradzie kandydatów prezydenckich, blisko 2/3 internautów uznało, iż bardziej przekonywujący był Jarosława Kaczyński. Kłóci się to wprawdzie z wynikiem wyborów z 2007 roku, kiedy to PO zwyciężyła tylko dlatego, że „ludzie mieli dość Kaczyńskiego”, ale niech tam. Obaj kandydaci są do bani, i co z tego? Polska [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Mój scenariusz</p>
<p>W trzech sondażach internetowych po II naradzie kandydatów prezydenckich, blisko 2/3 internautów uznało, iż bardziej przekonywujący był Jarosława Kaczyński. Kłóci się to wprawdzie z wynikiem wyborów z 2007 roku, kiedy to PO zwyciężyła tylko dlatego, że „ludzie mieli dość Kaczyńskiego”, ale niech tam.</p>
<p><span id="more-2134"></span>Obaj kandydaci są do bani, i co z tego? Polska konstytucja nie daje prezydentowi aż takiej władzy, żeby miał wpływ na kreowanie rzeczywistości gospodarczej, a ta jest najważniejsza. Pozwala mu jednak psuć i niszczyć. Bronisław Komorowski w kwestii rządzenia nie jest ani na jotę lepszy od Kaczyńskiego, ale ma za to lepszy, przyjemniejszy charakter; nie jest tak cyniczny i bezwzględny, nie ma też kompleksów (jak Kaczyński), które sprawiły że trzy lata temu  Polacy wyrzucili go z hukiem z premierostwa; Komorowskiemu ponadto brak zaciętości, jest ciepły, skromniejszy, tolerancyjny, rodzinny. Najważniejsze jednak, że pochodzi z ugrupowania rządzącego mniej niż sięgają ambicje władzy Kaczyńskiego i PiS, którzy chcą nami kierować od kołyski po grób.<br />
PO, przy wszystkich swoich niedomaganiach wynikających z natury rządu, jest ugrupowaniem znacznie bardziej liberalnym niż socjaliści Kaczyńskiego. I to jest ważna różnica. Tym bardziej, że zbliża się szybkimi krokami kolejny kryzys gospodarczy, kto wie czy nie większy od tego, który miał miejsce w 2008 roku. W starciu z sytuacją ekonomiczną i równocześnie z prezydentem – niszczycielem – ten rząd nie przetrwa. To, że polska gospodarka kwitnie w porównaniu z tym, co dzieje się na Zachodzie jest zasadniczo zasługą nas Polaków, którzy są narodem wyjątkowo przedsiębiorczym i gospodarnym, trzeba jednak pamiętać, że stosunkowo liberalna postawa rządu PO i Tuska miała tu znaczenie. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby rząd Tuska (tak jak to uczynili politycy angielscy, amerykańscy, francuscy etc.) nie oparł się naciskom lewicy i zaczął ratować gospodarkę i tworzyć miejsca pracy, co mu sugerowała opozycja pod szefostwem Jarosława Kaczyńskiego, a mielibyśmy się z pyszna.<br />
Co by nie mówić &#8211; rząd PO ma znacznie mniejsze tendencje do rządzenia niż ludzie z ugrupowania Kaczyńskiego, i to jest jego jedyna, lecz kluczowa zasługa w myśl zasady, że nikt nam tak życia nie zatruje jak politycy, jak państwo. Nam nie potrzeba polityków, którzy będą nami rządzić, lecz takich, którzy pozwolą nam rządzić samemu i nie będą w tym przeszkadzać. Pod tym względem Bronisław Komorowski lepiej rokuje. Jeśli Polacy tego nie widzą, jeśli wybiorą większe zło, czyli Jarosława Kaczyńskiego, należy się spodziewać, że w obliczu nadchodzącego kryzysu, PO przyszłorocznych wyborów parlamentarnych nie wygra i władzę odzyska PiS. Wróci IV Rzeczpospolita. Wejdziemy na ścieżkę intensywnego interwencjonizmu (żeby nie powiedzieć: faszyzmu) co jest prostą drogą do katastrofy.<br />
Rząd jest złem, ale mniej rządu, to zło mniejsze. Z dwojga złego mniejszym złem jest rząd liberalniejszy.</p>
<p>Jan M Fijor<br />
www.fijor.com</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/moj-scenariusz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Premier kontra premier</title>
		<link>http://www.fijor.com/premier-kontra-premier/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/premier-kontra-premier/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 10 Jun 2010 11:39:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[PUBLICYSTYKA]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=2129</guid>
		<description><![CDATA[         Kandydatura b. premiera Belki spotkała się z ostrym sprzeciwem koalicjanta, PSL, a szczególnie, szefa ludowców, b. premiera RP, Waldemara Pawlaka, który zarzucił kandydatowi: monetaryzm i liberalizm. Nie wiem,, dlaczego premier Pawlak nie lubi monetarystów i liberałów, ale z tego, co przesłuchującym go posłom na Sejm powiedział 9 czerwca 2010 o swoich poglądach premier [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p> </p>
<p>       Kandydatura b. premiera Belki spotkała się z ostrym sprzeciwem koalicjanta, PSL, a szczególnie, szefa ludowców, b. premiera RP, Waldemara Pawlaka, który zarzucił kandydatowi: monetaryzm i liberalizm. Nie wiem,, dlaczego premier Pawlak nie lubi monetarystów i liberałów, ale z tego, co przesłuchującym go posłom na Sejm powiedział 9 czerwca 2010 o swoich poglądach premier Belka, premier Pawlak nie ma powodu do obaw.</p>
<p><span id="more-2129"></span></p>
<p>        Dla mniej zorientowanych, przypomnę tylko: monetaryzm, to XVI. wieczna teoria, w myśl której ilość pieniądza w gospodarce „ma znaczenie”. Teorię tę spopularyzował współcześnie znakomity Milton Friedman.</p>
<p>        Pomijając taki drobiazg, że monetaryści są zwolennikami sterowania podażą pieniądza przez bank centralny, a więc przez rząd, czym podpadli liberałom – jak pisze znakomity znawca ekonomii, Henry Hazzlitt w „Inflacja, wróg publiczny nr 1” – należy im się szacunek chociażby za to, że zwrócili uwagę na znaczenie podaży pieniądza i są wrogami inflacji.</p>
<p>         Premier profesor Belka wrogiem inflacji nie jest. Powiem więcej, on uważa inflację, przynajmniej w niewielkim zakresie, za sojusznika. Dla niego niska inflacja (czyli spadek siły nabywczej pieniądza wywołany jego nadmierną podażą) jest dla gospodarki korzystna, gdyż  „sprzyja jej sile”. W swoim sejmowym wystąpieniu premier Belka podkreślił, że będzie kontynuować dotychczasową politykę monetarną, która polega na przestrzeganiu „progu inflacyjnego” w obecnej wysokości (czyli 25, procent plus/minus 1 procent rocznie), nie będzie powiększać podaży pieniądza poprzez druk pieniędzy (znaczy to, że będzie to robił w sposób znacznie bardziej wyrafinowany sposób: poprzez sprzedaż obligacji, bo to mniej widać i mniej obywateli boli), a także że będzie interweniował na rynku pieniężnym, czyli bronił parytetu złotówki w stosunku do innych walut. Już choćby to powinno premiera Pawlaka uspokoić, że premier Belka nie tylko monetarystą, ale i liberałem nie jest. Liberał, przypomnę, skłania się do tego, aby stopy procentowe ustalał rynek, czyli preferencje czasowe obywateli; uważa, że inflacja to okradanie obywateli z ich oszczędności, co przy celu inflacyjnym w wysokości 2,5 procent oznacza konfiskowanie Polakom połowy ich majątku co 28 lat; a także, że interwencje monetarne – mimo iż niektórym uczestnikom gospodarki mogą przynieść krocie – generalnie są szkodliwe, o czym przekonał się Bank Anglii, kiedy mu spekulant George Soros uszczknął parę miliardów funtów szterlingów w ciągu jednego dnia. Chyba, że mówiąc o korzyściach, miał premier Belka na myśli właśnie zyski kontrowersyjnego Węgra. Zapomniał jednak, że tenże sam p. Georgie Soros przejechał się na spekulacjach w południowo-wschodniej Azji (Tajlandii) i sporą część zysków zarobionych w Anglii stracił.</p>
<p>        Premier Pawlak nie ma się więc o co się martwić. My natomiast możemy zachodzić w głowę, dlaczego jest takim wrogiem monetaryzm i liberalizmu. Czyżby był zwolennikiem etatyzmu (keynesizmu)? Jeśli tak, to też żaden powód do zmartwienia. Premier Belka, tłumacząc posłom swoje podejście do polityki monetarnej potwierdził z całą stanowczością, że on również jest etatystą i zwolennikiem manipulacji pieniądzem. Ale ten fakt może martwić, co najwyżej, nas obywateli, podatników i ciułaczy. Wyrazem tej troski może być wynik sondażu internetowego na interia.pl, którego większość uczestników uznała, że premier Belka na szefa banku centralnego (NBP) się nie nadaje. No, tak, ale ich głos – w przeciwieństwie do głosu premiera Pawlaka – psa złu kulawą nogą nie obchodzi.</p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/">www.fijor.com</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/premier-kontra-premier/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kto jest najważniejszy?</title>
		<link>http://www.fijor.com/kto-jest-najwazniejszy/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/kto-jest-najwazniejszy/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 08 Jun 2010 05:03:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[PUBLICYSTYKA]]></category>
		<category><![CDATA[Jarosław Kaczyński]]></category>
		<category><![CDATA[Polacy]]></category>
		<category><![CDATA[slogan wyborczy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=2122</guid>
		<description><![CDATA[Polska jest najważniejsza. Osoba deklarująca, że Polska jest dla niej najważniejsza chce wzbudzać zaufanie. Chce wypaść dobrze, pokazać, że jest dobrym człowiekiem i szlachetnym patriotą. Trudno jednak wyobrazić sobie, żeby ktoś deklarował coś przeciwnego. Gdyby nawet tak myślał, to by się przecież z tym nie afiszował. Dlatego tego typu slogany więcej o deklarującym je człowieku [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Polska jest najważniejsza.</p>
<p>Osoba deklarująca, że Polska jest dla niej najważniejsza chce wzbudzać zaufanie. Chce wypaść dobrze, pokazać, że jest dobrym człowiekiem i szlachetnym patriotą. Trudno jednak wyobrazić sobie, żeby ktoś deklarował coś przeciwnego. Gdyby nawet tak myślał, to by się przecież z tym nie afiszował. Dlatego tego typu slogany więcej o deklarującym je człowieku mają ukryć niż powiedzieć.</p>
<p><span id="more-2122"></span>         Dla mnie hasło jest mało odkrywcze i mało ambitne. To już lepszy był slogan Gierka, „żeby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli”. Dlaczego lepszy? Bo mówił o ludziach, o Polakach. Pan Jarosław Kaczyński, który chce aby mu wierzyć, że Polska jest dla niego najważniejsza, mówi o jakimś abstrakcyjnym tworze, któremu trudno przypisać realne byty. Zapomina o tym, że dla każdego człowieka, to on i jemu najbliżsi są najważniejsi. Działanie w interesie kraju, jeśli nawet jest nim Polska, to puste słowa, abstrakcja. Człowiek działa w interesie innych ludzi!</p>
<p>         Bo, co to znaczy Polska? Kto jest tą Polską? Konsument czy producent? Przełożony czy podwładny? Państwo czy może obywatel? Pan Kaczyński, czy ja? Czy Polską jest polityk, który z dumą podkreśla, że nie ma konta bankowego, który nigdy nie pracował na swoim, i całe życie utrzymuje się z pieniędzy podatnika, czy może Polską jest Kowalski, który ma konto, i to nie jedno, jest z tego dumny, który z pracy na swoim, z własnej przedsiębiorczości utrzymuje siebie i rodzinę, i nikt mu niczego nie daje. Co więcej, musi ciężar ambicji politycznych pana Kaczyńskiego i innych polityków utrzymywać. Musi ponosić konsekwencje ich błędnych wyborów, preferencji, fanaberii, jak choćby płacić za bilety klasą biznes do Brukseli za pana europosła Adama Bielana, który brzydzi się latać z motłochem. Dlatego ważne jest, aby wiedzieć, czy Polską jest pan Kaczyński i jego zwolennicy, czy może tysiące ciężko pracujących Polaków, którzy ich utrzymują ze swojej pracy, płacąc wysokie podatki i walcząc z barierami, jakie ci pierwsi – w walce o iluzoryczne ideały i cyniczne cele &#8211; stawiają im na drodze.</p>
<p>           Czy na pewno Polska jest najważniejsza? A może jednak najważniejsza jest matka, ojciec, dzieci, żona – słowem rodzina. Znamy z historii postaci, które stawiały najwyżej swoje ojczyzny, wysławiając je „uber alles”, i do czego doszlo. A czy dla Polaka – katolika najważniejszy nie jest Bóg? Czy pan Kaczyński gotów jest umieścić na plakacie slogan, że „Polska jest ważniejsza od Boga?” A dlaczego nie wolność jest najważniejsza? Jeśli obóz pana Kaczyńskiego tak ostentacyjnie hołubi patriotyzm i zbrojne czyny Polaków, jeśli mieni się, jak powiedział jeden z uczestników procesji z relikwiami św. Jerzego Popiełuszki, spadkobiercą heroizmu zamordowanego księdza, dlaczego pomniejsza znaczenie ludzkiej wolności? Polski patriotyzm, dramat, heroiczna działalność księdza Jerzego to nic innego, jak pasmo walk o wolność, o człowieka, który musiał przeciwstawiać się politykom. Polska i patriotyzm to nie zmurszały dąb, władza, czy kartka z kalendarza, to wolny człowiek z krwi i kości.</p>
<p>           Chyba wiem, dlaczego dla p. Kaczyńskiego Polska jest najważniejsza? Bo dla niego Polska to on. Dlatego nie zadał sobie nawet trudu, by poznać słowa hymnu narodowego. Wystarczy, że Polska to państwo, któremu on chce przewodzić, wedle swoich wyobrażeń i złudzeń, w których mało jest miejsca dla ludzi myślących odmiennie, mających inne cele, inny styl życia. Gdyby tego nie chciał, nie byłby politykiem. Celem polityka jest rządzić wszystkim i wszystkimi. On, pan Polska, będzie rządzić nami, Polakami. I dlatego nie pisze na swoim sztandarze, że Polacy są najważniejsi. Ma za dużo pychy i za mało pokory na to, by przyznać, że Polska to nie on, to nie dąb Bartek, lecz my, ciężko pracujący, tworzący bogactwo narodu, starający się, rywalizujący z innymi i kochający Polacy. Nie robi tego, więc nie wie, jak ogromny wysiłek trzeba włożyć w to, by być w Polsce człowiekiem produktywnym, pożytecznym, człowiekiem budującym to bogactwo narodu. Jest dumny ze swej siermiężności zapominając o tym, że dostatek, prosperita jest nagrodą za to, że służy się innym. Dlatego tak chętnie dołuje Polaków, kwestionując nasze osiągnięcia, pomniejszając wysiłek, robiąc z nas nieudaczników, którzy nie wiedzą, jak żyć, jak działać, gdzie i za co pojechać na wakacje, którzy niewiele w życiu osiągnęli i dlatego potrzebują pana Polska, który im pokaże jak to zrobić. Zapomina jednak, że radzimy sobie całkiem nieźle, budując kraj, w którym Polską jesteśmy my.</p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p>www.fijor.com</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/kto-jest-najwazniejszy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Na straży prawa</title>
		<link>http://www.fijor.com/na-strazy-prawa/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/na-strazy-prawa/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 03 Jun 2010 05:51:29 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[PUBLICYSTYKA]]></category>
		<category><![CDATA[naduzycie władzy]]></category>
		<category><![CDATA[prawo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=2119</guid>
		<description><![CDATA[      Policjant, który pod koniec maja b.r. zastrzelił pod Stadionem (nomen omen) Narodowym nigeryjskiego handlarza tłumaczył się działaniem w ramach wyższej konieczności. Rzecznik stołecznej policji oświadczył na antenie TOK FM, że tą wyższą koniecznością, która stała się przyczyną interwencji policjanta, w wyniku której 36. letni Nigeryjczyk stracił życie, był obowiązek przestrzegania prawa. Zmarły handlarz, jak [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>      Policjant, który pod koniec maja b.r. zastrzelił pod Stadionem (nomen omen) Narodowym nigeryjskiego handlarza tłumaczył się działaniem w ramach wyższej konieczności. Rzecznik stołecznej policji oświadczył na antenie TOK FM, że tą wyższą koniecznością, która stała się przyczyną interwencji policjanta, w wyniku której 36. letni Nigeryjczyk stracił życie, był obowiązek przestrzegania prawa. Zmarły handlarz, jak go określa policja, zajmował się bowiem „handlem nielegalną odzieżą”. Nie wiem na czym polega nielegalność odzieży, ale polskie prawo fakt ten na pewno precyzuje. Trudno zatem, by strzegący prawa i bezpieczeństwa obywateli, polski policjant, przeszedł nad nielegalnością odzieży do porządku dziennego.</p>
<p><span id="more-2119"></span>        Przez dwa lata ciągał mnie urząd skarbowy po sądach za to, że nie złożyłem na czas deklaracji VAT. Nie ważne było to, że spóźnienie podyktowane było brakiem odpowiednich formularzy; że to państwo było mi winne pieniądze, a nie ja państwu, w związku z czym, opóźnienie działało na korzyść ministerstwa finansów i fiskusa; że deklarację złożyłem dobrowolnie, bez ponagleń, że urząd skarbowy odkrył moje przestępstwo w 3 lata po jego dokonaniu. Liczyło się tylko prawo, na straży którego urząd skarbowy i sądy stoją.</p>
<p>        Chodziło o 100 zł grzywny, której nie zgodziłem się zapłacić, uznawszy logicznie, że kara ta nie ma sensu, choćby dlatego, że nie doszło do przestępstwa, bo nie ma poszkodowanego. Jednakże prawo mówi kategorycznie, że deklarację składa się do 20 dnia miesiąca, a nie później. I oni tego prawa strzegą. Skutki tej ochrony prawa są przerażające. Tylko w mojej sprawie odbyło się 9 rozpraw, w tym dwie apelacyjne, musiałem wziąć adwokata, byłem badany przez biegłego psychiatrę, do tego dochodzi korespondencja, dojazdy, parkingi, zaświadczenia, czas, świadkowie etc. Wszystko po to, by po dwóch latach gehenny sprawa została umorzona z powodu przedawnienia.</p>
<p>        Od paru tygodni usiłuję poddać swój samochód przeglądowi technicznemu i nie mogę. Tym razem na straży prawa stoją pracownicy stacji kontroli pojazdów, którym nie podoba się mój zbiornik na gaz, a ściślej zaświadczenie stwierdzające, że zbiornik jest legalny. Otóż, zaświadczenie to wydano w trzech językach: po litewski, włosku i angielsku, stwierdza to co widać; jakiej pojemności jest zbiornik, jaki jest jego numer, nazwa producenta i data produkcji. Niestety, nie stwierdza tego w języku polskim, a wszystkie inne języki są dla inspektorów stacji kontroli podejrzane. Nawet liczby muszą być po polsku – powiedział mi jeden z inspektorów. Pomijając sam sens obowiązkowych przeglądów stanu technicznego samochodów, taka straż to nie tylko ból głowy, to dodatkowy podatek.</p>
<p>     Policjant, który w obronie państwa i prawa jest w stanie bez większych wahań zastrzelić człowieka za to, że handluje „nielegalną odzieżą”, nie potrafi zlokalizować sprawcy kradzieży mienia prywatnego, mimo iż posiada jego nazwisko, adres, numer telefonu, adres internetowy i dowody przestępstwa. Sędzia z tak ogromną determinacją chroni interesu skarbu państwa, że naraża je na straty przekraczające wielokrotność ewentualnej kary. Z podobną bezmyślnością, a może bezwzględnością działa pracownik stacji kontroli pojazdów, który zapomina, że ma przecież kontrolować pojazdy a nie dokumenty i przepisy prawa</p>
<p>      Ta pozorna dbałość o prawo to pretekst prowadzący do bezprawia. Sprawiedliwość oparta na bezmyślnej literze prawa staje się zwykłą zemstą. Zaś życie w takich warunkach to piekło.       Czy trudno się potem dziwić, że osaczony przez mścicieli, i zdezorientowany naród domaga się, aby do prawa dodać także sprawiedliwość, choć to przecież powinny być synonimy.</p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/">www.fijor.com</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/na-strazy-prawa/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Biznesmen czy spryciarz</title>
		<link>http://www.fijor.com/biznesmen-czy-spryciarz/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/biznesmen-czy-spryciarz/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 May 2010 10:48:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[PUBLICYSTYKA]]></category>
		<category><![CDATA[lista najbogatszych Forbes]]></category>
		<category><![CDATA[Slim Helu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/biznesmen-czy-spryciarz/</guid>
		<description><![CDATA[Najbogatszy spryciarz świata        Kontekst, w jakim dorobił się majątku i prowadzi swoje biznesy tegoroczny lider publikowanej przez magazyn Forbes listy najbogatszych ludzi świata za rok 2010, zaprzecza rzetelności samej listy. Majątek meksykańskiego krezusa, Carlosa Slim Helu, który już drugi rok z rzędu przewodzi rankingowi Forbesa, ma więcej wspólnego z układami politycznymi, tanim sprytem, znajomościami [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Najbogatszy spryciarz świata</p>
<p>       Kontekst, w jakim dorobił się majątku i prowadzi swoje biznesy tegoroczny lider publikowanej przez magazyn <em>Forbes</em> listy najbogatszych ludzi świata za rok 2010, zaprzecza rzetelności samej listy. Majątek meksykańskiego krezusa, Carlosa Slim Helu, który już drugi rok z rzędu przewodzi rankingowi <em>Forbesa</em>, ma więcej wspólnego z układami politycznymi, tanim sprytem, znajomościami i moralną słabością rządzących, niż z przedsiębiorczością i konkurencją.</p>
<p><span id="more-2113"></span> Kryterium</p>
<p>       Jedną z zasad tworzenia listy najbogatszych ludzi świata, publikowanej każdego roku przez magazyn <em>Forbes,</em> jest pomijanie na niej koronowanych głów i przywódców państw, a także osób, które – jak handlarze narkotyków, czy mafioso – dorobiły się majątku w sposób nieuczciwy, nielegalny bądź odrażający. Steven Forbes powiedział w wywiadzie udzielonym niżej podpisanemu, że jego lista jest formą promocji kapitalizmu, a więc wolnego rynku i przedsiębiorczości. Ma dowodzić, a tym samym uczyć, że bogactwo i sukces są możliwe i leżą w zasięgu każdego z nas. Dowodem prawdziwości tych słów jest fortuna zgromadzona przez dziadka i ojca obecnego włodarza Forbes Inc., Steven Forbesa, którzy – pomimo ogromnej konkurencji &#8211; dorobili się majątku dzięki własnej pracy, inicjatywie i kreatywności. Przykładami takiej postawy są postacie Sama Walton, założyciela największej na świecie sieci sklepowej, Wal-mart, który przewodził liście w latach 80., a także zdetronizowany przez tegorocznego lidera listy najbogatszych, meksykańskiego krezusa, Carlosa Slima Helu, założyciel Microsoftu, Bill Gates &#8211; najbogatszy człowiek świata w ostatnich 15 edycjach listy.</p>
<p>         Nominowaniem p. Helu na najbogatszego przedsiębiorcę świata, magazyn <em>Forbes</em> rzucił cień na największy atut swego imperium wydawniczego, jakim była zawsze rzetelność informacyjna oraz wierność regułom wolnego rynku i konkurencji. Jeśli <em>Forbes</em> zdecydował się umieścić na swej liście meksykańskiego nababa, mógł równie dobrze uczynić to samo z Vladimirem Putin, który dorobił się majątku dzięki inwestycjom w papiery wartościowe, czy kolumbijskiego potentata przemysłu „farmaceutycznego”, nie żyjącego dziś Pablo Escobara, szefa kartelu z Medellin w Kolumbii.   </p>
<p>Skąd te pieniądze?</p>
<p>       W Meksyku go nienawidzą. I trudno się dziwić. Każdy, kto korzystał kiedyś z usług meksykańskiego <em>telecomu</em> czuje się w jakimś stopniu upokorzony, żeby nie powiedzieć, okradziony. <em>Telmex</em>, albo jak kto woli, <em>Telefonos de Mexico</em>, to meksykański monopolista telekomunikacyjny, który robi z tamtejszym, ostatnio także z brazylijskim rynkiem telekomunikacyjnym, niemal co chce.</p>
<p>       Tegoroczny lider dorobił się fortuny dzięki bezprecedensowym w skali świata przywilejom monopolistycznym uzyskanym blisko dwadzieścia lat temu od rządu meksykańskiego. Ochrona ze strony skorumpowanych polityków i urzędników pomogła Telmexowi stać się czwartym pod względem wielkości dochodów (ale nie ilości abonentów) operatorem telefonii komórkowej na świecie. Właściciel firmy inwestuje ponadto w wydobycie ropy naftowej, produkcję kabli telefonicznych, opon, a od niedawna także w media; Slim Helu przejął właśnie pakiet kontrolny najbardziej wpływowego dziennika amerykańskiego, <em>New York Times</em>. Nie twierdzę, że najbogatszemu człowiekowi AD 2010 brak jest pomysłowości, energii i innowacyjności, uważam jednak, że nie tym cechom zawdzięcza on swój sukces. Umożliwił mu go niemal wyłącznie układ polityczny, który od samego początku był, co najmniej, podejrzany.</p>
<p>      Zaczęło się od spotkania Slima ze złej sławy, zbiegłym zaraz po zakończeniu kadencji eks-prezydentem Meksyku, Carlosem Salina de Gortari, na którego koncie znajduje się m.in. sprowokowanie krwawo stłumionego powstania Indian w Chiapas, a także podejrzenia o mordowanie przeciwników politycznych. Brat eks-prezydenta odsiaduje za morderstwo konkurenta politycznego, Luisa Colosio, wyrok 50 lat więzienia, sam prezydent zaś schronił się (podobno) na Kubie. To właśnie Salinas, w ramach programu „liberalizacji” gospodarki Meksyku, sprzedał meksykańskiemu biznesmenowi pochodzenia libańskiego, Carlosowi Slim Helu, Telmex nie tylko za relatywnie śmieszne pieniądze (1,7 miliarda dolarów, ekwiwalent mnij niż 5 miliardów złotych), lecz także z zapewnieniem, że przez kolejne lata (plotka głosi, że chodzi aż o 20 lat) żaden meksykański rząd nie pozwoli, by Slimowi stała się „krzywda” w postaci dopuszczenia do meksykańskiego rynku konkurencji zagranicznej. Od tamtego momentu, niezagrożony jakimkolwiek rywalem, stworzył Slim jeden z najgorszych i najdroższych telefonicznych systemów świata. Tak przynajmniej wyrażają się o meksykańskiej telefonii jej użytkownicy; sam przez trzy lata z Telmexu korzystałem, więc wiem co piszę. W walce o miano najgorszej firmy telefonicznej świata nie jest w stanie wyprzedzić Telmexu go nawet polska (francuska?) <em>TP S.A</em>., która powstała w dość podobnych okolicznościach.</p>
<p>       Dzięki bezprawnej ochronie ze strony państwa niezagrożony p. Slim Helu gromadził środki na pomnażanie zasobów swego imperium. Rosnąca potęga ekonomiczna, zamieszkałego przez 100 milionów mieszkańców, Meksyku, a także ponad 10.milionowa diaspora w USA, zmuszone praktycznie do korzystania z Telmexu wprowadziły go na Olimp najbogatszych ludzi globu. Nie mam cienia wątpliwości, że gdyby tylko pojawiła się tam (i w Polsce) konkurencja czy to z USA czy z Azji, <em>Telmex</em> ze swoim prezesem Slim Helu, podobnie jak i <em>Telekomunikacja Polska S.A</em>. z jej największymi akcjonariuszami, poszliby z torbami, a ich abonenci odżałowaliby ostatni swój grosz (czy peso) na Mszę świętą dziękczynną.</p>
<p>      <br />
Who is who</p>
<p>      Zasługą Slima jest to, że wyczuł właściwy moment i go nie zmarnował.</p>
<p>      Początek lat 1990., to w Meksyku, podobnie jak i w Polsce czas zamętu i zmian. Skorumpowany rząd, chaos wywołany kryzysem, jaki pojawił się w następstwie wejścia Meksyku do NAFTA, dewaluacja peso prawie o 60 procent, wybuch krwawo stłumionej przez Salinasa rewolucji indiańskiej w Chiapas, a także gwałtowne utarczki przedwyborcze w ramach rządzącej PRI, których ukoronowaniem było zamordowanie przez brata prezydenta, Raula Salinasa de Gortari, kandydata na najwyższy urząd w kraju, Luisa Colosio wszystko to było skuteczną zasłoną dymną dla dziwnych prywatyzacji. Pod tym względem sytuacja przypominała to, co działo się wtedy w Polsce, że wymienię tylko prywatyzację Elektrociepłowni Warszawskiej czy Telekomunikacji Polskiej S.A., które nie miały przecież całkiem „spontanicznego” charakteru.</p>
<p>        W takich to okolicznościach pojawia się na scenie gospodarczej, a właściwie politycznej, bliżej nieznany makler z Mexico City, niejaki Carlos Slim, nazwisko po matce: Helu. Majątek zgromadził zajmując się rzekomo skupem upadających firm meksykańskich. Być może tak było, choć jeszcze cztery, czy nawet pięć lat po przejęciu Telefonos de Mexico, Slim był postacią względnie mało znaną. Stał się człowiekiem nieco bardziej rozpoznawalny z chwilą zakupu firmy, która jest do tej pory uznawana raczej za porażkę inwestycyjną niż jego sukces, chodzi o sieć sklepów odzieżowych i kawiarni Sanborns. Wciąż jednak uchodził za uosobienie <em>frajera</em>. Na pewno jednak telefonami się jeszcze nie interesował, choć przecież powinien. Telmex – podobnie jak całe państwo meksykańskie, które minister skarbu za prezydenta Clintona, Robert Rubin cudem wykupił w 1994 roku, ratując przy okazji swoje własne pieniądze zainwestowane w firmie Goldman Sachs and Co., będącej największym posiadaczem zbankrutowanych obligacji skarbu państwa Meksyku – był ruiną na skraju bankructwa. Dla kogoś, kto skupuje upadające firmy, żeby zarobić na ich rewitalizacji, okazja wyśmienita. Ale Slim jej nie dostrzegł. Dlaczego? To pytanie zadają sobie analitycy meksykańscy, amerykańscy i polscy analizując metody prywatyzacji firm państwowych w latach 1990. Czy to nie dziwne?  Warrent Buffett, George Soros, Carl Icahn czy nawet Roman Karkosik nie czekaliby na ostateczny upadek firmy, w obawie, że wtedy konkurentów do wielkich pieniędzy będzie wielu. Slim zaryzykował? A może szukał dobrego dojścia?</p>
<p>        Ludzie z Wall Street, dla których najbogatszy człowiek świata był do niedawna zagadką uważają, że dopiero pełne bankructwo Telefonos zwróciło uwagę miejscowych polityków na firmę, którą rząd traktował dotąd jak kulę u nogi. Meksykański telecom, podobnie jak Pemex, państwowy monopolista na rynku ropy naftowej, były jedynymi w świecie firmami w swoich branżach, które przynosiły stratę. Dostrzegli w bankrucie potencjał dla siebie. Psa sprzedadzą kulawą nogą nie obejdzie fakt sprzedaży Telefonos de Mexico w ręce prywatne. Właśnie wtedy Slim Helu zaczął się pojawiać na dworze w Los Pińos, gdzie urzędował Carlos Salinas.    </p>
<p>Ekonomicznie i politycznie</p>
<p>        Ludzie pokroju Slima Helu to zakała kapitalizmu. W popularnej opinii traktuje się ich jak kapitalistów, podczas gdy w rzeczywistości są kombinatorami, którzy z wolnym rynkiem mają niewiele wspólnego. Nawet dzisiaj, kiedy jest już najbogatszych facetem świata, Slim ma opinię krwiopijcy, który słabo płaci, źle ludzi traktuje, żyłuje cen – i to nie tylko w Meksyku, taką strategią zdobył również największy rynek latynoski, jakim jest Brazylia. Jak to możliwe? A no możliwe, wszak nie obawia się konkurencji, przed którą chroni go układ prywatyzacyjny sprzed niespełna 20 lat.</p>
<p>      Slim Helu to nie jedyny „biznesmen”, który tak działa. Roi się od nich w Rosji i byłych demoludach. Palą długie cygara, kupują drogie jachty i drużyny futbolowe za pieniądze, których tak naprawdę nigdy nie zarobili.</p>
<p>       Upadek komunizmu, liberalizacja gospodarek większości rozwiniętych krajów świata, wypromowały swoisty rodzaj kapitalizmu, zwany interwencjonizmem. Jest to upolityczniona wersja gospodarki wolnorynkowej, nie mająca wiele wspólnego z klasyczną odmianą tego systemu. Wykorzystując moralną słabość rządu, a przede wszystkim rosnące w kosmicznym tempie wydatki budżetowe, za które władza kupuje spokój i przychylność mas, niektórzy z „biznesmenów” zorientowali się, że dużo korzystniej i bezpieczniej jest robić interesy nie bezpośrednio z rynkiem, lecz z państwem, czyli z politykami.</p>
<p>       Panowie Kulczyk, Krauze, Chodorkowski, Berezowski i kilkuset innych tworzyli swą zasadniczą przewagę konkurencyjną, dzięki której zbudowali fortuny i po części monopole, nie w oparciu o wybitne talenty przedsiębiorcze, innowacyjność, ciężką pracę i udowadniając, że służą konsumentowi lepiej od innych – jak Gates, Dell czy Witkowicz – lecz przy pomocy działań politycznych: umiejętności współpracy z politykami i dostosowaniu się do ich preferencji, które z rynkiem i gospodarką miały stosunkowo niewiele wspólnego. Chodorkowski, Abramowicz, Krauze brali udział w „manipulowanych” przetargach, do których pełny dostęp mieli tylko wybrani, albo które odbywały się wedle reguł uznaniowych określanych przez klasę polityczną. Jeśli nawet ktoś zakwestionował ich wiarygodność, nie oni ponosili konsekwencje mętnych układów, lecz podatnicy, którzy, jak choćby w przypadku PZU-Eureko, z własnej kieszeni zapłacili odszkodowanie za wadliwą albo oszukańczą procedurę przetargową.</p>
<p>       W przypadku Carlosa Slima przetarg też nie był otwarty, bo gdyby był, przegrałby go niechybnie z potężną konkurencją ze Stanów Zjednoczonych, Niemiec czy Chin. A gdyby nawet potrafił z konkurentami wygrać, nikt by mu nie zagwarantował ochrony na tak długie lata. Skorzystał dzięki polityce. Nie twierdzę, że ktoś, kto robi w ten sposób interesy jest złoczyńcą, lecz staram się pokazać, że taki biznes nie jest kapitalizmem. Co więcej, jest wrogiem kapitalizmu. Widać to chociażby z ostatniego sondażu &#8222;Gazety Wyborczej”, w którym aż 80 procent ankietowanych uważa, że w Polsce – co jest kompletną bzdurą &#8211; można się wzbogacić tylko na drodze przestępczej. Czy trudno się potem dziwić histerii, jaka owładnęła zwolenników Jarosława Kaczyńskiego, który nawet konta bankowego nie ma?</p>
<p>        Jeśli zatem magazyn Forbes mieni się ikoną kapitalizmu i wolnego rynku, powinien bardziej skrupulatnie dobierać kandydatów do swojej listy najbogatszych. W przeciwnym razie łatwo pomylić kapitalizm, a więc ustrój oparty na równych szansach, konkurencji, na pracy, pomysłowości i wolności, z cwaniactwem polegającym na korupcji, umiejętnościach porozumiewania się z elitami politycznymi, pozyskiwania dotacji finansowanych przez podatnika i lobbowania na rzecz własnych interesów kosztem konsumentów, czyli nas wszystkich. Taki ustrój to rzeczywiście horror.</p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/">www.fijor.com</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/biznesmen-czy-spryciarz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Biznes po niemiecku</title>
		<link>http://www.fijor.com/biznes-po-niemieck/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/biznes-po-niemieck/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 27 Mar 2010 20:46:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[PUBLICYSTYKA]]></category>
		<category><![CDATA[niemiecki biznes]]></category>
		<category><![CDATA[Real]]></category>
		<category><![CDATA[RWE]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=2092</guid>
		<description><![CDATA[Niektóre niemieckie firmy ubezpieczeniowe nadal wpisują do swych polis komunikacyjnych klauzulę zwalniającą je od odpowiedzialności w przypadku, gdyby posiadacz ubezpieczonego u nich pojazdu wyjechał nim do…Polski i tam miał miejsce wypadek lub kradzież auta. Powód? W Niemczech uważa się, że Polacy kradną. Real politik Nie twierdzę, że w Polsce nie kradną, uważam jednak, że jeśli [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Niektóre niemieckie firmy ubezpieczeniowe nadal wpisują do swych polis komunikacyjnych klauzulę zwalniającą je od odpowiedzialności w przypadku, gdyby posiadacz ubezpieczonego u nich pojazdu wyjechał nim do…Polski i tam miał miejsce wypadek lub kradzież auta. Powód? W Niemczech uważa się, że Polacy kradną.</p>
<p>Real politik</p>
<p>Nie twierdzę, że w Polsce nie kradną, uważam jednak, że jeśli uznać, że istnieje coś takiego jak „zbrodnia narodowa”, to kradzież jest i tak znacznie mniejszą zbrodnią niż łapanki, czy unicestwianie niewinnych ludzi w krematoriach, ale niech im będzie.</p>
<p><span id="more-2092"></span></p>
<p>Było minęło. Mnie samego rozbawił plakat reklamujący wakacje w Polsce: „jedź do Polski, twój samochód już tam czeka”. Skoro jednak oni nadal przestrzegają przed niebezpieczeństwami grożącymi Niemcom w Polsce, wyśmiewając się z polskiej gospodarki (Polnische Wirtschaft) to ja w drodze rewanżu też się po Niemcach przejadę. Tym bardziej, że mam powód. O perypetiach z opieszałą firmą ubezpieczeniową HDI pisałem kilka miesięcy temu. Teraz mam nowe kwiatki.</p>
<p>Wróciłem właśnie ze sklepu niemieckiej firmy Real, gdzie wystawiona na promocji butelka płynu do mycia Cif wraz ze szmatką gratis kosztuje 8,49 zł, a taka sama butelka „bez szmatki gratis”, kosztuje 8,29 zł. Wynika z tego, że po niemiecku gratis to 20 groszy. Czyli co? Kłamią! Albo taki Domestos, w tymże samym niemieckim sklepie, z kostką odświeżającą kosztuje 11,99 zł, w tym kostka 1 zł, natomiast bez kostki za 1 zł kosztuje 9,99 zł. Ponieważ jednak 11,99 minus cena kostki czyli 1 zł to 10,99 zł, a nie 9,99 zł, czy to przypadkiem nie znaczy, że znowu kłamią, licząc za kostkę dwukrotnie więcej?</p>
<p>Nie tylko Real ma problemy z trzymaniem się zasad. Dotyczy to także monopolisty w dziedzinie produkcji energii elektrycznej dla Warszawy, znany pod skrótem drogim jeszcze 20 lat sercu każdego Polaka, RWE (Radio Wolna Europa). To niemieckie RWE jednak ma niewiele wspólnego z wolnością i z Europą. Przykład: kilka miesięcy temu otrzymałem zawiadomienie, że zalegam z płatnościami za energię coś koło 60 zł. w związku wspólnego czym mam w ciągu 7 dni obowiązek należność zapłacić pod groźbą pociągnięcia mnie do odpowiedzialności sądowej.</p>
<p>Manko na koncie wywołane było zamieszaniem związanym z sześciomiesięcznym „szacunkowym” cyklem płatności, nie kwestionuję jednak, że byłem RWE winien te pieniądze i dwa dni po otrzymaniu wezwania, należność uregulowałem „z górką” na odsetki.</p>
<p>W wezwaniu nie było słowa o groźbie pozbawienia mnie energii elektrycznej, więc tym bardziej zdziwiło mnie, gdy jeszcze przed upływem 7 dni dostawca energii wyłączył prąd w moim mieszkaniu. Udałem się do punktu obsługi klienta, żeby sprawę wyjaśnić, gdzie mnie poinformowano, że co prawda dług na konto RWE wpłynął, jednakże pieniądze znalazły się na innym koncie niż to, które podano w wezwaniu i dlatego aby ponownie mieć energię elektryczną muszę zapłacić karę. Czy to jest uczciwe?</p>
<p>Nie mając wyboru, bo RWE jest monopolistą musiałem zapłacić 95 zł opłaty za przywrócenie serwisu, za który już raz zapłaciłem. Mimo moich protestów, że kara jest nieproporcjonalna do popełnionego wykroczenia, że została wymierzona przed terminem podanym w ostrzeżeniu, że jest bezpodstawna, bo z jednej strony w wezwaniu nie wspominano o ewentualności odcięcia energii elektrycznej, co ważniejsze, pieniądze na konto RWE wpłynęły w terminie, a jeśli to było „inne konto” i chcieli mnie ukarać, to należało mi omyłkową wpłatę zwrócić, albo przynajmniej mnie o tym zawiadomić, niemiecki monopolista stanął na stanowisku, że kara mi się należy i <em>schluss</em>. Mogłem, co prawda, iść do sądu i tam domagać się sprawiedliwości, ale mam już swoje lata i wątpię czy przy obecnym tempie działania wymiaru sprawiedliwości dożyłbym wyroku. Nie mówiąc o tym, że zatrudnienie adwokata kosztuje w Polsce ok. 15 – 20 razy więcej niż wysokość przeciętnego roszczenia. Podobnie jak większość naciągniętych przez taki nieuczciwy biznes (na kwotę niższą niż wynosi najniższe honorarium adwokackie), spuściłem uszy po sobie starając się innymi drogami dojść do prawdy.</p>
<p>Deutsche Wirtschaft</p>
<p>Jako zwolennik wolnego rynku, człowiek oddany prywatnej przedsiębiorczości, od lat walczący o jej prawa piórem zachodziłem w głowę, jak to możliwe, że RWE tak mało ceni sobie dobre stosunki ze swoimi klientami, że w sposób tak bezpardonowy potrafi mu przywalić w sam nos. W obecnej dobie, wyłącznie energii elektrycznej wiąże się z pozbawieniem człowieka podstawowych funkcji życiowych: telefon, ogrzewanie, gotowanie, przechowanie żywności, Internet i parę innych niedogodności. Nawet nie sprawdzili, czy w domu jest małe dziecko albo osoba niesprawna. W USA w wielu rejonach dostawcy elektryczności bywa monopolistą, a mimo to coś podobnego jest nie do pomyślenia. Amerykanie baliby się tak postąpić w obawie o reputację, nie mówiąc o odpowiedzialności za wyrządzone szkody. Niemcy się nie boją.</p>
<p>Rozumiem, że jestem recydywistą, że uchylam się złośliwie od płacenia rachunków, że mam fatalną historię kredytową, ale pod tym względem jestem czysty jak łza. Nigdy w życiu nic takiego mi się nie zdarzyło. A mimo to wyłączyli, bo tak chcieli. A chcieli, bo mogą. Dlaczego mogą? Bo są monopolistami. Nie zdobyli swego monopolu, jak np. Microsoft, dzięki wysokiej satysfakcji zapewnianej konsumentom, nie dzięki wyjątkowej jakości swych usług, lecz dlatego, że udzielili mu go niemądrzy, a może i nieuczciwi politycy. Urząd Regulacji Energetyki, który ma rzekomo chronić polskich obywateli przed niemieckim monopolem nie tylko nie odpowiedział na moje protesty, ale dodatkowo, godzi się m.in. na to, że zaprzyjaźniona ze mną warszawska firma płaci (podobno w majestacie prawa) za prąd po ok. 100 zł za 1 kWh czyli od 20-30 razy więcej niż średnia światowa. To ma instytucja państwowa chroniąca interesy obywateli?</p>
<p>Real też, może nas wprowadzać w błąd, bo inni politycy, rzekomo w trosce o tzw. drobny handel wstrzymali wydawanie zezwoleń na budowę nowych supermarketów, ograniczając tym samym konkurencję w handlu i zapewniając sklepom już istniejącym niezasłużony przywilej quasi-wyłączności.</p>
<p>Zostaliśmy osaczeni, porównanie do łapanki samo ciśnie się pod pióro: z jednej strony przez skorumpowane instytucje państwowe, z drugiej zaś przez bezwzględnych przedsiębiorców. To nie ma nic wspólnego z wolnym rynkiem, na który wspomniane firmy niemieckie się powołują. Ani tym bardziej z podstawową zasadą wymiany handlowej, która wymaga od stron – tak biznesu jak i konsumenta, wzajemnej uczciwości oraz szacunku.</p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p>www.fijor.com</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/biznes-po-niemieck/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jan Karol I Dzieciobójca</title>
		<link>http://www.fijor.com/jan-karol-i-dzieciobojca/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/jan-karol-i-dzieciobojca/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 07 Mar 2010 15:10:29 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[PUBLICYSTYKA]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=2088</guid>
		<description><![CDATA[Oświadczenie Klubu Konserwatywnego w Łodzi i Organizacji Monarchistów Polskich   Don Juan Carlos de Borbón y Borbón-Dos Sicilias, zwący się i zwany w „ukoronowanej” demokracji ateistycznej „Janem Karolem Pierwszym”, jako konstytucyjny szef Państwa, podpisał 5 marca b.r. (z datą 3 marca) przeforsowane przez rząd socjalistyczny nowe prawo aborcyjne, jeszcze bardziej niż dotychczas rozszerzające możliwość zabijania [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="center"><strong>Oświadczenie</strong></p>
<p align="center"><strong>Klubu Konserwatywnego w Łodzi</strong></p>
<p align="center"><strong>i Organizacji Monarchistów Polskich</strong></p>
<p> </p>
<p>Don Juan Carlos de Borbón y Borbón-Dos Sicilias, zwący się i zwany w „ukoronowanej” demokracji ateistycznej „Janem Karolem Pierwszym”, jako konstytucyjny szef Państwa, podpisał 5 marca b.r. (z datą 3 marca) przeforsowane przez rząd socjalistyczny nowe prawo aborcyjne, jeszcze bardziej niż dotychczas rozszerzające możliwość zabijania nienarodzonych dzieci w łonie matek.</p>
<p> <span id="more-2088"></span>Decyzją tą D. Juan Carlos (który nawet nie próbował stawić oporu zbrodniczej ustawie, mimo iż konstytucja Hiszpanii wcale nie nakłada na niego jednoznacznie obowiązku podpisanie każdej ustawy uchwalonej przez parlament) swoiście „uwieńczył” ciąg zdrad, których dopuścił się od czasu, gdy – po śmierci gen. Francisca Franco – z jego woli został proklamowany przez Kortezy Królem Hiszpanii. Przypomnijmy pokrótce najważniejsze:</p>
<p> - złamanie przysięgi na wierność (złożonej jako desygnowany do objęcia władzy Książę Hiszpanii) Ustawom Organicznym państwa katolickiego oraz Zasadom Ruchu Narodowego, poprzez zgodę na <em>transición</em> ku monarchii parlamentarnej i podpisanie ateistycznej konstytucji z 1978 roku;</p>
<p>- podpisanie prawa wprowadzającego rozwody;</p>
<p>- podpisanie pierwszej ustawy aborcyjnej;</p>
<p>- podpisanie ustawy wprowadzającej „małżeństwa” pomiędzy dewiantami seksualnymi;</p>
<p>- podpisanie ustawy edukacyjnej czyniącej ze szkół jaskinie perwersji.</p>
<p> Mimo tych wszystkich występków przeciwnych świętej wierze katolickiej, moralności, prawu naturalnemu i dobru wspólnemu narodów Hiszpanii, aktualny konstytucyjny szef Państwa używa nadal, pośród tytułów tradycyjnie przysługujących władcom Hiszpanii, tytułu Króla Katolickiego (<em>El Rey Católico</em>). W rzeczywistości kala on tron Hiszpanii i przekreśla dziedzictwo królów prawdziwie katolickich, jak Rekared, Pelayo, Alfons VII, Ferdynand III Święty, Alfons X Mądry, Izabela Katolicka, Karol I i Filip II. Swoim wielokrotnym przyzwoleniem na zło jawnie lekceważy przestrogę największego autorytetu chrześcijańskiej tradycji monarchicznej, Doktora Kościoła św. Tomasza z Akwinu: „Niech zatem zrozumie ten, kto przyjął królewską posługę, by był w królestwie tym, czym w ciele dusza i czym Bóg w świecie”, i „że do jego stanu należy, by kierować królestwem w imię Bożego sądu” (<em>De regno</em>, 13.4).</p>
<p> Tego zaś, który nie kieruje się Bożym prawem i sprawiedliwością, nie należy już zwać „królem”, tylko „tyranem”. Królowie (<em>reges</em>) bowiem – jak pisał już św. Izydor z Sewilli – „biorą swoją nazwę od dobrego postępowania (<em>recte agendo</em>), tak więc nazwa królów przysługuje dobrze czyniącym, a nie przysługuje grzesznikom” (<em>Sententiae</em>, ks. III, XLVIII, 7); tyran zaś – mówi Akwinata – jest jak bestia, „bo nie różni się od bestii człowiek, który kieruje nie zgodnie z rozumem, ale według rozpustnej woli swojej duszy” (<em>De regno</em>, 4.12).</p>
<p> Od tyranów dawniejszych, takich jak morderca Niewiniątek Herod czy Neron, tyranów nowoczesnych, jak Jan Karol Dzieciobójca, różni tylko jedno: tyrania tamtych, sprawujących rzeczywistą władzę, brała się z pychy; tyrania „malowanych królów” w demokracji bierze się z ich tchórzostwa. Motorem niegodziwości, na które przyzwalają jest strach, aby rządząca w imieniu „suwerennego ludu” oligarchia partiokratyczna nie pozbawiła ich również resztek tej czysto symbolicznej i reprezentacyjnej funkcji, którą im jeszcze dotąd łaskawie pozostawiono.</p>
<p> Nie możemy także nie wyrazić zdumienia stanowiskiem Konferencji Episkopatu Hiszpanii, która – ustami swego sekretarza generalnego, bpa Juana Antonio Martíneza Camino – pospieszyła z zapewnieniem, że D. Juan Carlos, w przeciwieństwie do polityków głosujących w parlamencie za ustawą aborcyjną, nie jest ekskomunikowany, jako że królowie nie podlegają tym samym ocenom moralnym. Trzeba powiedzieć jasno, że pogląd, który wyraził JE Bp Martínez, to nie chrześcijańska, lecz na wskroś pogańska koncepcja „króla-boga”, stojącego jakoby „poza dobrem i złem”. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie: królowie nie tylko że podlegają, jak wszyscy inni śmiertelnicy, tym samym normom moralnym oraz tym samym przepisom prawa kanonicznego, ale wręcz ponoszą większą odpowiedzialność z racji swojej godności. „Komu bowiem więcej powierzono, od tego więcej będzie się wymagać” (Św. Izydor, <em>Sententiae</em>, ks. III, L, 5); już Pismo św. mówi: „Mocnych czeka mocna kara” (Mdr 6, 6). Podpisując ustawę dozwalającą zabijanie jego niewinnych, potencjalnych poddanych, konstytucyjny szef Państwa bez wątpienia zaciągnął ekskomunikę <em>latae sententiae</em>, a przyjęcie przez niego (i podanie mu) Komunii św. byłoby potwornym świętokradztwem i zgorszeniem.</p>
<p> W samym już porządku dynastycznej „prawowitości pochodzenia” (<em>legitimidad de origen</em>) prawa D. Juana Carlosa do tronu nie były najmocniejsze; swoją intronizację zawdzięczał on raczej woluntaryzmowi gen. Franco i jego tragicznej pomyłce, że desygnowany nie okaże się liberałem. Teraz, po wspomnianym wyżej ciągu sprzeniewierzeń się powinnościom Króla Katolickiego, w szczególności tej ostatniej partycypacji w ustawodawczej zbrodni dzieciobójstwa, winno być oczywiste, że nie ma on moralnego prawa do tronu w porządku „prawowitości wykonywania” (<em>legitimidad de ejercicio</em>). Jedynym ratunkiem dla Hiszpanii byłoby skupienie się wszystkich prawych Hiszpanów przy tym Księciu, który nie tylko jest depozytariuszem legitymizmu monarchicznego i Strażnikiem Tradycji (<em>Abanderado de </em><em>la Tradición</em>), ale całym swoim życiem udowadnia nieustannie, że jest prawdziwym Księciem Katolickim, który na pewno nie promulgowałby dzieciobójczej ustawy – D. Sixto Enrique de Borbón y Borbón-Busset, księciu Aranjuezu, Infancie Hiszpanii, Regencie Wspólnoty Tradycjonalistycznej.</p>
<p> ¡Abajo del Usurpador, Juan Carlos!</p>
<p>¡Viva el Rey Legítimo, Sixto Enrique!</p>
<p> </p>
<p align="right"><strong>Prezes Klubu Konserwatywnego w Łodzi</strong></p>
<p align="right"><strong>Dr hab. Jacek Bartyzel</strong></p>
<p align="right"><strong> </strong></p>
<p align="right"><strong>Prezes Organizacji Monarchistów Polskich</strong></p>
<p align="right"><strong>Adrian Nikiel</strong></p>
<p> </p>
<p>Łódź – Wrocław, 6 marca A.D. 2010</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/jan-karol-i-dzieciobojca/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Apel o pomoc dla Chile</title>
		<link>http://www.fijor.com/apel-o-pomoc-dla-chile/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/apel-o-pomoc-dla-chile/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 05 Mar 2010 14:08:41 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[PUBLICYSTYKA]]></category>
		<category><![CDATA[Chile]]></category>
		<category><![CDATA[pomoc]]></category>
		<category><![CDATA[trzęsienie ziem]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=2085</guid>
		<description><![CDATA[Chile-Copiapo, 4 marca 2010 Kochani Rodacy:   Od czasu do czasu myślą i pamięcią przybywam do Ojczyzny. Pokonuję w ten sposób prawie 15 tys. km, by znaleźć się na polskim wybrzeżu i popatrzeć na słońce, które ukrywa swą nagość, zanurzając się w morskiej otchłani, przedzieram się przez kosodrzewinę, by wspiąć się po górskiej perci, towarzyszę [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="right">Chile-Copiapo, 4 marca 2010</p>
<p align="right">Kochani Rodacy:</p>
<p> </p>
<p>Od czasu do czasu myślą i pamięcią przybywam do Ojczyzny. Pokonuję w ten sposób prawie 15 tys. km, by znaleźć się na polskim wybrzeżu i popatrzeć na słońce, które ukrywa swą nagość, zanurzając się w morskiej otchłani, przedzieram się przez kosodrzewinę, by wspiąć się po górskiej perci, towarzyszę wzrokiem zimnym prądom, gubiącym się w meandrach Zawiśla, niekiedy zatrzymuję się, by wypić z przyjaciółmi dobrą kawę w kawiarence „Pod Słodką Borówką” na wrocławskim rynku, wsuwam się niepostrzeżenie w zacisze nawy gnieźnieńskiej katedry, by powierzyć Stwórcy wszystkich tych, którzy towarzyszą mojej misji.</p>
<p><span id="more-2085"></span>Należę do Zgromadzenia Misjonarzy Klaretynów. Od kilku lat żyję i pracuję na kontynencie Ameryki Południowej. Nade mną rozciąga się niebo  z Krzyżem Południa na pierwszym planie i całkiem  innymi konstelacjami gwiazd niż te, do których Wy jesteście przyzwyczajeni. Wokół  mnie góry, pod nogami  piach. Dziś chodzę po ulicach, których nazwy w niczym nie przypominają nazw ulic wrocławskich, brzmią obco  w językach Indian – np.   Copayapu czy Colipi. Zamiast  pięknej katedry ze strzelistymi iglicami widzę małe, odrapane domy, najczęściej zbudowane z adobe, czyli cegły zrobionej z budulca, którym jest błoto, woda i słoma lub sucha trawa. Na ulicach zamiast klombów kolorowych kwiatów spotykam, a czasami nawet potykam się o wałęsające się, bezpańskie psy. Horyzont z kolei wypełniają góry i pagórki, pomarszczone jak papier, przygnębiające jednostajną szarością. Za to niebo codziennie jest lazurowe, bez jednej chmury. To w jakiś sposób rekompensuje monotonię barw, do których przywykłem przecież w Ojczyźnie. Moje miasto nazywa się Copiapo i leży na skraju pustyni Atakama, najbardziej suchej ziemi na świecie, w kraju, o którym już na pewno wielokrotnie słyszeliście –  w Chile.</p>
<p>Gdy posłano mnie do Copiapo, musiałem jechać 12 godzin autobusem ze stolicy Santiago. Po przyjeździe oczom moim ukazał się widok, który na początku szokuje i przygnębia: bieda i ubóstwo otulone w kolor szarości. Tak  na pierwszy rzut oka wygląda pustynia i  miejscowości na jej obszarze. Deszcz pada u nas co 8 lat.</p>
<p>Chile jest jednak cudownym krajem, pięknym i bogatym, przy czym bogactwo należy do garstki ludzi, większość żyje bardzo ubogo. W hymnie narodowym śpiewamy, że Chile to „kopia Raju”. I tak jest  rzeczywiście – na obszarze, który ciągnie się przez prawie 5 tysięcy kilometrów (to odległość od Moskwy do Lizbony!), znajduje się wszystkiego po trochu: góry, pustynię, wulkany, ocean, jeziora, rzeki, lasy&#8230;</p>
<p>Natura jest dobrem, z którego korzysta wielu ludzi, nie zawsze jednak jej prawa pozwalają czuć się bezpiecznie i żyć spokojnie. Wszyscy Chilijczycy wiedzą, że żyją w „strefie ognia”, z którego nie spoób uciec, i przed którym nie zawsze da się uchronić. W swojej historii naród chilijski doświadczał wielu kataklizmów: trzęsień ziemi, powodzi, tsunami, wybuchów wulkanów (z najwyższymi na świecie!); poddawany był też wielu zawirowaniom politycznym i ekonomicznym, w czasie których ginęły setki, a nawet tysiące ludzi. Bliższe i bardziej konkretne informacje o Chile znajdziecie w innych źródłach, takich jak encyklopedie, książki geograficzne czy internet. Ja zaś chcę Wam opowiedzieć w skrócie o tym, czym żyjemy ostatnio, co też jest głównym motywem mojego listu do Was.</p>
<p>Piszę w imieniu wielu tysięcy Chilijczyków (ośmielę się nawet twierdzić, że w imieniu wielu milionów), którzy są dla mnie jak Rodacy. Od początku mojego pobytu tutaj, pokochałem ten kraj i traktuję go jak moją drugą Ojczyznę. Z krwi i kości jestem Polakiem, z czego jestem dumny, lecz czuję się też Chilijczykiem „de corazon”, czyli w sercu. Bliski mi jest każdy skrawek najczystszego  na świecie tutejszego nieba; uwielbiam tutejszą kulturę i tradycję; nauczyłem się języka moich sąsiadów, znajomych i wiernych, którym posługuję jako misjonarz. Dzięki temu mogę ich rozumieć, cieszyć się z nimi, przeżywać ich radości i smutki. Nigdy bym nie uciekł z tego kraju, nawet gdyby ziemia potrzęsła nami najmocniej, jak tylko potrafi. To jest już moja ziemia.</p>
<p>To ona właśnie, kilka dni temu, potrząsnęła nami tak mocno, iż skutki tego odczuło prawie 8 milionów ludzi. Statystyki mówią, że  w Chile występuje około 200 wstrząsów sejsmicznych w ciągu miesiąca. Większość z nich jest dla ludzi nieodczuwalna, rejestrują je jedynie specjalistyczne urządzenia. Od momentu,  kiedy wprowadzono  je do użytku, w Chile odnotowano jedne z największych trzęsień ziemi w historii ludzkości. Najmocniejsze wystąpiło w roku 1960 w mieście Valdivia na południu Chile. Osiągnęło 9,5 stopnia w skali Richtera (skala mocy wstrząsu według tego pomiaru kończy się na 10 stopniach). Od tamtej pory miało miejsce wiele innych trzęsień, których efektem były zniszczenia materialne i setki zabitych ludzi. Przedostatnie zdarzyło się w roku 1985, zginęło wówczas około 200 osób.</p>
<p>Ubiegły rok dla tysięcy ludzi z południa Chile był wprost katastrofalny. Odezwał się tam wulkan Chaiten, uważany za nieczynny (statystyki wymieniają około 3000 wulkanów na obszarze Chile, w tym prawie 500 uznanych jest za czynne). Zniszczył ogromny obszar ziemi. Ludzie musieli opuścić swoje domostwa prawie na zawsze; liczne miejscowości zamieniły się w „miasta widma”.</p>
<p>Obecny rok rozpoczęliśmy równie nieszczęśliwie. W historii i ludzkiej pamięci na zawsze zapisze się dzień 27 lutego, godzina 3,34 nad ranem. Podziemne ruchy tektoniczne wywołały trzęsienie ziemi wynoszące w skali Richtera 8,8 stopnia. Jest to piąte trzęsienie ziemi w historii pod względem mocy. Wystąpiło na przestrzeni około 1000 km. Nigdy dotąd wstrząs nie obejmował tak wielkiego obszaru. Oblicza się, że jego siła była 700 razy większa od trzęsienia na Haiti, którego świadkami byliśmy jeszcze tak niedawno.</p>
<p>Ja mieszkam około 1300 km od miejsca, które uznaje się za epicentrum wspomnianego trzęsienia. Do wstrząsów nieco już „przywykłem”, choć zawsze jestem niespokojny, nigdy bowiem człowiek nie wie, jak mocny i jak długi będzie wstrząs. Przeżyłem już momenty, kiedy jedynym sposobem ratunku była ucieczka z domu na ulicę. W rzczywistości są to sekundy, w czasie których musisz zareagować właściwie, by nie zostać przygniecionym i zawalonym stertą kamieni, adobe czy innych części walących się domów, gdy „temblor”, czyli wstrząs, zamieni się w „terremoto”, czyli prawdziwe trzęsienie ziemi.</p>
<p>Pamiętnej nocy 27 lutego spałem spokojnie jak wiele rodzin i znajomych. Obudziły mnie odgłosy ruszających się ścian i mebli; mój dom zaczął się kołysać. Obrazy na ścianie przypominały wahadło ściennego zegara. Trwało to ponad minutę, co od razu czyniło go podejrzanym; zazwyczaj wstrząs nie przekracza kilku lub kilkunastu sekund. Dziwne kołysanie „na fali” powoli się uspokajało. Układałem się ponownie do snu, gdy mnie obudził telefon moich znajomych. Ostrzegali, że powinienem jak najszybciej schronić się w bezpiecznym miejscu; oni, całą rodziną, stali już na ulicy w oczekiwaniu na to, co może nastąpić.</p>
<p>Zgasło światło. Tak zwykle dzieje się przy większych wstrząsach. System odcinania prądu jest automatyczny i ma na celu zapobieganie pożarom oraz innym tragediom z tym związanych. Następnie urwała się łączność we wszystkich telefonach stacjonarnych i komórkowych. W ciemnościach nie sposób było porozumieć się z kimkolwiek, nikt też nie miał dokładnych wiadomości o kosekwencjach doznanego wstrząsu. Ktoś ze znajomych otworzył radio na baterie. Stacje chilijskie nie działały. Dochodziły do nas jedynie relacje zza wysokich Andów, z Argentyny. Dowiedzieliśmy się, że południe kraju, począwszy od stolicy kraju Santiago, objęło silne trzęsienie ziemi. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że ogrom kataklizmu przechodził wszelkie wyobrażenia. W kilkanaście sekund tysiące ludzi straciło dach nad głową, setki z nich zginęło pod gruzami walących się domów. W ciemnościach nocy wydobywały się krzyki i wołania o pomoc tych, którzy pozostali jeszcze przy życiu. Ludzie uciekali na oślep, donikąd. Nikt nie wiedział, gdzie i jak może się ocalić. Rodzice zaczęli rozpaczliwie poszukiwać swoich dzieci, które jeszcze przed chwilą spały spokojnie w domach, a teraz albo były pod gruzami, albo zagubione krzyczały o pomoc. Ocalone dzieci wołały swoich rodziców i najbliższych.</p>
<p>Ludzie w wielu miejscowościach nadmorskich nie zdąrzyli jeszcze ochłonąć po uderzeniowej fali wstrząsu, gdy nastąpiła kolejna, tym razem od strony Oceanu. Ocean Spokojny tej nocy stał się niespokojny, bardziej niż kiedykolwiek dotąd. Ogromne fale tsunami wdzierały się w głąb lądu, niszcząc wszystko na swojej drodze, a potem wciągając za sobą w otchłań całe domostwa i ludzkie życie. Był to jeden z ostatnich dni lata, kończyły się wakacje. Wielu turystów korzystało jeszcze w odpoczynku w nadmorskich miejscowościach. Jedni zdążyli uciec, innym się to nie udało – Ocean  „połykał” ich, niczym wielki morski potwór, w obecności zrozpaczonych sąsiadów, przyjciół i pozostałych członków rodzin. O świcie oczom ocalałych  ukazał się wielki „księżycowy krajobraz”. Co kilka godzin powtarzały się kolejne wstrząsy, choć już z mniejszą mocą (w ciągu kilku dni, począwszy od pierwszego, było ich około 150!). Każdy z nich wywołuje panikę i strach. I tak jest do dziś.</p>
<p>Minęło zaledwie kilka dni  od sobotniego trzęsienia, którego siła przesunęła oś Ziemi o 8 cm, a dwie wyspy na Oceanie podniosły się o dwa metry. Na znacznym  obszarze południowej części Chile, w dużych miejscowościach, takich jak: Concepcion, Constitucion, Talca, Curico, a także w wielu mniejszych, sytuacja wciąż jest dramatyczna; sceny, jakie docierają do nas poprzez relacje telewizyjne są prawdziwie dantejskie. Ludziom brakuje wody i żywności. Śpią, a raczej czuwają, na ulicach. Wołają rozpaczliwie o pomoc, przede wszystkim dla dzieci. Setki poszkodowanych wymagają natychmiastowych interwencji lekarskich; szpitale w większości zawaliły się. Powoli dociera pomoc międzynarodowa, ale wciąż za wolno i za mało. Przypomnę tylko: prawie 1.5 miliona ludzi nie ma domów.</p>
<p>Kochani Rodacy. Piszę Wam o tym wszystkim nie dlatego, by zrobić na Was wrażenie. Dużo wiadomości dociera do Was z radia, telewizji, prasy czy internetu. Każdy je odbiera po swojemu: jedni reagują na to bardziej wrażliwie, inni mniej, jeszcze innym jest to po prostu obojętne. Nie mnie to oceniać. Osobiście nie potrafię spokojnie przyglądać się wszystkiemu, siedząc z założonymi rękami, co najwyżej ocierając rękawem oczy pełne łez, z wyrazem   żalu i smutku na twarzy. Wiem, że reakcja musi przybrać inny wymiar. W naszej parafii w Copiapo, podobnie jak i w innych, jak we wszystkich szkołach oraz wielu organizacjach i zakładach, rozpoczęliśmy akcję pomocy. Jest ona jednak niewystarczająca. Dlatego też ośmielam się zwrócić o pomoc także i do Was, o pomoc konkretną i na miarę Waszych możliwości.</p>
<p>Chile w swojej historii wielokrotnie już podnosiło się z ziemi, którą – jak już wspominałem – uważają za „kopię Raju”, ale która czasami zamienia się też w prawdziwe „piekło”. Chilijczycy wielokrotnie pokazali, że potrafią  się wzajemnie wspierać, solidaryzując się z najbiedniejszymi i najbardziej  poszkodowanymi. Cierpienie, ból i śmierć mogą odebrać nadzieję jednym, ale też są w stanie  wyzwolić  w innych cały ich ludzki  potencjał dobra. Tak  działo się i tak się zawsze dzieje w historii narodów, ludów i całego świata. Tak też będzie i tym razem w mojej drugiej Ojczyźnie – wszyscy jesteśmy o tym przekonani. Pomoc nadchodzi ze wszystkich stron. Ludzie biedni podają rękę innym ludziom biednym – i to jest chyba najbardziej optymistyczne.</p>
<p>Chcę Was zachęcić, byście przyłączyli się do tych, którzy w geście solidarności podają nam rękę. Żyjemy bardzo daleko od Was, ale jest to tylko odległość geograficzna, kilometry bowiem w tej sytuacji nie mają znaczenia; najważniejsze jest to, byście byli gotowi do pomocy. Nie chcę Wam podpowiadać, co i jak trzeba robić, by zebrać kilka groszy, za które potem kupimy żywność, wodę, koce, namioty, odzież, lekarstwo, mleko i pieluchy dla małych dzieci. To na początku jest najpilniejsze. Wiem, że macie dużo dobrej woli – skonkretyzujcie ją. Tak naprawdę nie jest ważne, ile ofiarujecie – dziś każdy grosz  dla nas i moich Rodaków z południa Chile ma wartość życia, które walczy ze śmiercią. Razem potrafimy zrobić wiele. Razem potrafimy zmienić ten świat, dając innym – których  nawet nie znacie, nigdy nie widzieliście i chyba nigdy nie poznacie – radość  na powstanie z trzęsącej się wciąż ziemi, a także wiarę w to, że „trzeba spieszyć się kochać ludzi, bo szybko odchodzą”. Dzięki temu odległość między nami tak bardzo się zmniejszy, że poczujecie uścisk dłoni wdzięczności Waszych braci i sióstr z Chile.</p>
<p>Niełatwo jest prosić o pomoc, wiedząc, że wokół Was potrzeb wciąż jest tak wiele. Niełatwo jest wyciągać rękę, która czeka nie tylko na kromkę chleba i kubek wody, ale przede wszystkim na „kawałek” ludzkiego serca.</p>
<p>O to SERCE z pokorą Was proszę, Młodzi Przyjaciele, w imieniu milionów Chilijczyków, pamiętny słów polskiego Wieszcza, które brzmią jak odpowiedź na ewangeliczną prośbę Jezusa o miłosierdzie: „Miej SERCE i patrzaj w SERCE”.</p>
<p>Krzyż Południa na chilijskim niebie pozwala nam wciąż wierzyć, że KRZYŻ CHRYSTUSA ostatecznie zwycięży.</p>
<p> </p>
<p>Czas, by zakończyć ten list. Jest godzina 3<sup>20</sup> nad ranem. Myślę o Was, bo w tej chwili budzicie się i wstajecie, by udać się na lekcje czy do pracy. Myślę także  o tych, którzy jeszcze nie śpią, bo nie mają gdzie i boją się kolejnego wstrząsu. Ja zaraz udam się na spoczynek – oni jednak nie&#8230;</p>
<p> </p>
<p>Pozdrawiam Was serdecznie. Z błogosławieństwem,</p>
<p><span style="text-decoration: underline;"> </span></p>
<p align="right">o. Adam Bartyzoł</p>
<p align="right"> misjonarz klaretyn</p>
<p align="right"> </p>
<p>Numer i nazwa konta dla tych, którzy usłyszą nasz</p>
<p> </p>
<p>            KRZYK NADZIEI  O POMOC</p>
<p> </p>
<p>Adam Bartyzoł,</p>
<p>ul. Poborzańska 7,</p>
<p>03-360 Warszawa,</p>
<p>Multibank, 59114020170000420207410873</p>
<p>z dopiskiem: „Trzęsienie ziemi w Chile”.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/apel-o-pomoc-dla-chile/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
