Cena strachu cz. 4

Ist­nie­jący w Pol­sce usta­wowy mono­pol nota­rialny wraz z obo­wiąz­kiem nota­ry­zo­wa­nia (lega­li­zo­wa­nia) doku­men­tów trans­ak­cyj­nych – w tym umów kupna/sprzedaży nie­ru­cho­mo­ści – naraża nas na kło­poty prawne, zby­teczne koszty, nie zapew­nia­jąc przy tym nie­mal żad­nej sta­tu­to­wej i auto­ma­tycz­nej odpo­wie­dzial­no­ści nota­riu­sza za ewen­tu­al­nie wyrzą­dzoną szkodę.

Mono­pol

Nikt chyba nie ma wąt­pli­wo­ści, że dla dobra stron:

– każda trans­ak­cja powinna być legalna;
 – ktoś tę legal­ność powi­nien potwier­dzić;
 – naj­le­piej też, aby zro­bił to w spo­sób pro­sty, jed­no­znaczny, tani i ogól­nie dostępny;
 – lega­li­za­cja powinna zostać udo­ku­men­to­wana i zare­je­stro­wana;
 – wresz­cie, ktoś powi­nien wziąć za jej popraw­ność odpo­wie­dzial­ność materialną.

Pol­scy usta­wo­dawcy uznali w swo­jej igno­ran­cji, że urzę­dem ds. lega­li­za­cji i nota­ry­za­cji powi­nien być wyłącz­nie nota­riusz. Dla­czego? Naj­praw­do­po­dob­niej posłu­żono się przy­kła­dem Nie­miec, alb o jakie­goś kraju z obszaru Ame­ryki Środ­ko­wej. W każ­dym razie nota­riu­szom udzie­lono przy­wi­leju wyłącz­no­ści, ska­zu­jąc nas na kolejki, wyso­kie koszty i bała­gan towa­rzy­szący zwy­kle dzia­łal­no­ści, którą pań­stwo chroni przed kon­ku­ren­cją – vide: Poczta Pol­ska, pol­skie drogi, pol­skie koleje, ZUS etc.
Nie dość, że nota­riusz wywin­do­wany został nie­mal do pozy­cji usta­wo­dawcy, to na doda­tek urząd jego obło­żono upraw­nie­niami gra­ni­czą­cymi z nad­uży­ciem. Takim absur­dal­nym nad­uży­ciem jest przy­mu­sowa par­ty­cy­pa­cja nota­riu­sza w trans­ak­cji kupna/sprzedaży, pole­ga­jąca na sto­so­wa­niu opłat pro­por­cjo­nal­nych do war­to­ści trans­ak­cji. Jest nim też brak jasnych i ade­kwat­nych wyma­gań co do odpo­wie­dzial­no­ści mate­rial­nej za nota­ry­zo­wane trans­ak­cje. A także przy­wi­lej regu­lo­wa­nia podaży nota­riu­szy na rynek, wzmac­nia­jący dodat­kowo mono­pol tego zawodu i odbie­ra­jący mu ryn­kowy cha­rak­ter. Co prawda z cza­sem, pod wpły­wem obu­rzo­nej samo­wolą nota­rialną opi­nii publicz­nej, rząd Jaro­sława Kaczyń­skiego wpro­wa­dził regu­lo­wane ceny usług nota­rial­nych, nie­wiele to zmie­niło. Uciąż­li­wość i nie­udol­ność mono­polu nota­rial­nego nie leży w cenach, lecz w ode­bra­niu temu zawo­dowi cha­rak­teru ryn­ko­wego i nada­niu mu przy­wi­leju regla­men­ta­cji usług. To żadna róż­nica, czy cenę ustala mono­po­li­sta nota­riusz, czy mono­po­li­sta mini­ster spra­wie­dli­wo­ści. W tym ostat­nim przy­padku, obni­ża­jąc stawki nota­rialne wedle wła­snej oceny, mini­ster dopro­wa­dził do wydłu­że­nia czasu ocze­ki­wa­nia na nota­ry­zo­wa­nie trans­ak­cji zakupu nie­ru­cho­mo­ści obję­tych kon­trolą cen. W rezul­ta­cie nota­riu­sze chęt­niej zaj­mują się reje­stra­cją spółek czy aktów praw­nych przez nie wysta­wia­nych niż nota­ry­zo­wa­niem trans­ak­cji kupna/sprzedaży nie­ru­cho­mo­ści.
Rzą­dowa kon­trola cen niczego nie popra­wiła, wydłu­ża­jąc czas ocze­ki­wa­nia na nota­ry­zo­wa­nie, czy­niąc je w pew­nych przy­pad­kach nie­opła­cal­nymi nawet dla nota­riu­szy. Tym­cza­sem roz­sądna alter­na­tywa leży w zasięgu ręki. Jest nią znie­sie­nie mono­polu nota­rial­nego i wpro­wa­dze­nie kon­ku­ren­cji ryn­ko­wej w zakre­sie legalizacji/rejestracji trans­ak­cji sprzedaży/kupna nie­ru­cho­mo­ści. I to wystarczy!

Jeden z wielu

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych, gdzie rynek obrotu nie­ru­cho­mo­ściami jest naj­więk­szy i naj­spraw­niej­szy ktoś taki, jak nota­riusz – w pol­skim rozu­mie­niu tego zawodu — nawet nie ist­nieje. Uwia­ry­god­nie­niem pod­pisu kosz­tuje 1 dolara, albo i nic, i doko­nują go oby­wa­tele, któ­rym takiego prawa udzie­lił sąd. Aby zostać nota­riu­szem publicz­nym (notary public) wystar­czy cie­szyć się powa­ża­niem innych oby­wa­teli, nie być kara­nym oraz zło­żyć przy­sięgę przed sędzią okrę­go­wym. Nie trzeba być praw­ni­kiem, ani nawet posia­dać jakie­goś szcze­gól­nego wykształ­ce­nia.
W przy­pad­kach bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych, jak choćby kupno nie­ru­cho­mo­ści, wią­żące się z przy­go­to­wa­niem aktu prze­ka­za­nia wła­sno­ści (albo uzna­niem jego popraw­no­ści) zaj­mują się praw­nicy, nikt jed­nak nie zakwe­stio­nuje aktu pra­wi­dłowo przy­go­to­wa­nego przez stronę sprze­da­jącą, jeśli posłu­żyła się ona jed­nym z wielu tanich, ogól­nie dostęp­nych pro­gra­mów kom­pu­te­ro­wych typu „zostań swoim adwo­ka­tem” czy „zrób akt sam”, bo rów­nie dobrze można spo­rzą­dzić akt samemu. O jego for­mie decy­dują strony trans­ak­cji, a nie usta­wo­dawca. Ten ostatni wyszedł z zało­że­nia, że skoro ktoś kupuje dom i płaci za niego masę pie­nię­dzy, to on/ona naj­le­piej zadba o to, by akt wła­sno­ści prze­ka­zu­jący mu/jej tytuł do naby­wa­nej nie­ru­cho­mo­ści był poprawny i ważny. O to samo, w oba­wie przed oskar­że­niem o oszu­stwo czy wyłu­dze­nie, dba strona sprze­da­jąca. Takie jest racjo­nalne podej­ście uczest­ni­ków rynku.
Insty­tu­cjami bio­rą­cymi na sie­bie ryzyko gwa­ran­cji czy­sto­ści tytułu wła­sno­ści nie są nota­riu­sze lecz kon­ku­ru­jące ze sobą liczne firmy ubez­pie­cze­niowe. Nazywa się je „ubez­pie­czy­cie­lami tytułu wła­sno­ści” (title insu­rance com­pany). One aktu nie przy­go­to­wują, wycho­dzą bowiem z zało­że­nia, że może to zro­bić każdy, doma­gają się jedy­nie, aby zawie­rał on te infor­ma­cje, za które same biorą mate­rialną odpowiedzialność.

Gwa­ran­cja a odpowiedzialność

Ubez­pie­czy­ciel wraz ze stro­nami trans­ak­cji dba o jej stronę for­malną, udzie­la­jąc jed­no­cze­śnie gwa­ran­cji pisem­nej, w postaci polisy ubez­pie­cze­nio­wej, zaświad­cza­ją­cej, że wła­sność, którą wła­śnie naby­li­śmy jest nasza i tylko nasza. W zamian za okre­śloną opłatę (składka) gwa­ran­tuje w ten spo­sób pokry­cie jakich­kol­wiek strat wyni­kłych z ewen­tu­al­nego prze­ocze­nia zapi­sów obcią­ża­ją­cych tytuł wła­sno­ści. Jeśli by – przy­kła­dowo – oka­zało się, że w kupio­nej przeze mnie willi pojawi się nagle ktoś, kto mi udo­wodni, że legal­nie to ja posia­dam tylko pół domu, dru­gie pół jest jego, wów­czas koszty takiego rosz­cze­nia zostaną pokryte z mojej polisy ubez­pie­cze­nia tytułu wła­sno­ści, przez ubez­pie­czy­ciela.
Pol­ski nota­riusz za jakość swo­jej pracy nie bie­rze peł­nej i bez­po­śred­niej odpo­wie­dzial­no­ści mate­rial­nej. Gdyby taka, jak opi­sana powy­żej sytu­acja zda­rzyła się w Kra­ko­wie czy Prza­sny­szu, odpo­wie­dzial­ność za rosz­cze­nie spo­czę­łaby na stro­nach sporu, które z kolei mogą skar­żyć nota­riu­sza o błąd w sztuce. Kan­ce­la­ria ma obo­wią­zek ubez­pie­cze­nia się na taką oko­licz­ność. Pro­blem w tym, że kwota tego ubez­pie­cze­nia jest nie­re­ali­stycz­nie niska. W przy­padku sporu, któ­rego war­tość jest sto­sun­kowo nie­wielka, pół biedy, ale koszty ubez­pie­czeń od odpo­wie­dzial­no­ści cywil­nej są w Pol­sce tak hor­ren­dal­nie wyso­kie (rów­nież z braku kon­ku­ren­cji mię­dzy fir­mami ubez­pie­cze­nio­wymi chro­niony mi przez usta­wo­dawcę), że rzadko którą kan­ce­la­rię nota­rialną stać na ubez­pie­cze­nie się od odpo­wie­dzial­no­ści prze­wyż­sza­ją­cej 1 milion zło­tych. Przy obec­nych cenach nie­ru­cho­mo­ści, zwłasz­cza w seg­men­cie komer­cyj­nym, jest to nie­kiedy zale­d­wie kil­ka­na­ście lub nawet kilka pro­cent war­to­ści przed­miotu sporu. Kto ma pokryć resztę strat? – pozo­staje pyta­niem bez odpo­wie­dzi.
Usta­wo­dawca, który – przy­po­mi­nam – rabuje każ­dego z nas z 2 pro­cent war­to­ści kupo­wa­nej nie­ru­cho­mo­ści nie tylko nas za te pie­nią­dze nie chroni, ale wręcz naraża na dużą stratę.

Jak to działa

Ubez­pie­cze­nie tytułu wła­sno­ści nie jest wcale kosz­towne. Składkę ubez­pie­cze­nia płaci się jed­no­ra­zowo w chwili trans­ak­cji, pod­czas któ­rej docho­dzi do jakiejś zmiany na tytule wła­sno­ści. Może to być kupno, sprze­daż, daro­wi­zna albo dowolne, inne obcią­że­nie hipo­teki. W tym ostat­nim przy­padku wła­ści­ciel płaci raczej sym­bo­liczną „opłatę mani­pu­la­cyjną”.
Kosz­tami ubez­pie­cze­nia tytułu wła­sno­ści strony dzielą się zwy­cza­jowo (ustawy na to nie ma) w nastę­pu­jący spo­sób: sprze­da­jący płaci ok. ¾ składki, resztę pokrywa strona kupu­jąca. W przy­padku domu war­to­ści ok. 300 tys. dola­rów pełna składka wynosi od 750 do 900 dol., a więc ok. 0.3 pro­centa jego war­to­ści. Wyso­kość składki uza­leż­niona jest od war­to­ści nie­ru­cho­mo­ści będą­cej przed­mio­tem obrotu, jed­nakże w przy­padku domów droż­szych, powy­żej 500 tys. dol., nie prze­kra­cza 0,2 proc. ich war­to­ści.
Ponie­waż mię­dzy fir­mami ubez­pie­cze­nio­wymi panuje kon­ku­ren­cja, opłaty są niskie, a ich wzrost nie dorów­nuje nawet tempu infla­cji.
Ubez­pie­cze­nie tytułu wła­sno­ści, to prak­tycz­nie jedyny koszt przy­go­to­wa­nia aktu. Jego reje­stra­cja jest for­mal­no­ścią i kosz­tuje nie wię­cej niż 50 dola­rów. Zakła­da­jąc jed­nak, że do spo­rzą­dze­nia aktu wyna­ję­li­śmy adwo­kata, łącz­nie z jego hono­ra­rium (od 300 do 400 dol. za trans­ak­cję) cały wyda­tek nie prze­kra­cza 1/3 pro­centa war­to­ści zby­wa­nej nie­ru­cho­mo­ści.
W Pol­sce ist­nieje już firma ubez­pie­cza­jąca tytuł wła­sno­ści (Ste­wart Title) pro­blem w tym, że mono­pol nota­rialny utrud­nia jej dzia­ła­nie. W inte­re­sie nas wszyst­kich, a także samych nota­riu­szy powi­nien on zostać jak naj­szyb­ciej zli­kwi­do­wany. Obniży to koszty lega­li­za­cji trans­ak­cji, jak rów­nież usprawni pro­ces reje­stra­cji, który w obec­nych warun­kach rów­nież jest zmo­no­po­li­zo­wany przez sądy.

Alter­na­tywa ryn­kowa
Jan M. Fijor
„Kurier Finan­sowy” 2008-08-06

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 13

  1. ancon_awos pisze:

    Po prze­czy­tanu kilku Pana publi­ka­cji i stwier­dze­niu: „jakie to wszystko o czym Pan pisze oka­zuje się pro­ste” ‚pośród wielu pytań które zostają dla mnie bez odpo­wie­dzi, jedno wycho­dzi na czoło: dla­czego sami wszystko sobie tak kom­pli­ku­jemy?! …pro­szę o rów­nie cie­kawą odpo­wiedz jak dotych­cza­sowe publikacje.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Piszac o absur­dach i mitach poka­zuję chyba, jak się ich pozbyć. Rynek wymu­sza roz­wią­za­nia raqcjo­nalne, a poli­tycy absur­dalne, czyli wia­domo kogo należy popie­rać, a kogo zli­kwi­do­wać. pozdra­wiam Jan M Fijor

  3. Piotr pisze:

    Dobrze iz Pan podaje przy­kłady jak to jest roz­wią­zane w innych kra­jach. Teraz trzeba tylko poszu­kać spo­sobu jak spraw­nie zmie­nić prze­pisy. A do tego wydaje się iż trzeba wygrać wybory. A to nie koniec… Ale trzeba pró­bo­wać
    Pozdrawiam

  4. ZQW pisze:

    W Niem­czech oprócz nota­riu­szy ist­nieją notariusze-adwokaci ( Anwalt­no­tar ) i są to zwy­kli adwo­kaci i radcy prawni któ­rzy uzy­skali odpo­wied­nie upraw­nie­nia.
    Jest ich bodajże 3x wię­cej niż zwy­kłych nota­riu­szy. Nota­ry­zu­jąc trans­ak­cję muszą jedy­nie stwier­dzić w nagłówku , że wystę­pują w danym wypadku jako nota­riusz , a nie adwo­kat . Skoro w naj­bliż­szej przy­szło­ści się nie zanosi na znie­sie­nie mono­polu nota­riu­szy , można by łatwiej prze­for­so­wać nada­nie upraw­nień nota­rial­nych innym praw­ni­kom — jako praw­ni­czym zawo­dom zaufa­nia publicz­nego i naka­zać im ubez­pie­cza­nie trans­ak­cji kupna-sprzedaży nie­ru­cho­mo­ści w fir­mach typu Ste­ward Title. Sądzę , że praw­nicy ( adwo­kaci i radcy prawni ) przy­jęli by taką pro­po­zy­cję z entu­zja­zmem i lob­bo­wa­liby za jej wprowadzeniem.

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Co to zna­czy upraw­nie­nia? Czy nie wystar­czy, że ktoś uznał moją wie­dzę za wystar­cza­jącą, aby mu słu­żyła i płaci mi za to? Czy koniecz­nie jakiś tępy urzęd­nik musi stwier­dzić, że ktoś, kogo chcę wyna­jąć nadaje się do tego? A może mamy inne stan­dardy? Skąd to prze­ko­na­nie, że urzęd­nik wie, a ja nie wiem, na co stać czło­wieka, któ­rego chcę wyna­jąc? Ukłony Jan M Fijor

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Kolega z USA zwró­cił mi uwsagę, że aby zostać nota­riu­szem w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie potrzeba przy­się­gać przed sędzią, cie­szyć się dobrą repu­ta­cją, a nawet nie trzeba akcep­ta­cji sądu. I cho­ciaż to co napi­sa­łem nie kłóci się z tezą arty­kułu, prze­pra­szam za wpro­wa­dze­nie w błąd.

  7. Robert pisze:

    Tak się składa, że ja jestem radcą praw­nym i nie uwa­żam, żeby zabie­ra­nie mono­polu nota­riu­szom było naj­lep­szym pomy­słem. Adwo­kaci i rad­co­wie nie pro­wa­dząc co do zasady prak­tyki w tym kie­runku mogliby łatwo spro­wo­ko­wać fatalny błąd dla klietna.
    Poza tym nie­zbyt bym im ufał. Jed­nak zawód zaufa­nia publicz­nego to tak na prawdę nota­riusz. Adwo­kaci (nawet mając odpo­wied­nie ubez­pie­cze­nie) sta­no­wi­liby zagro­że­nie dla pew­no­ści obrotu, bo pro­szę pomy­sleć, że jeżeli usługi o poważ­nym cię­ża­rze gatun­ko­wym są dostępne w szer­szym zakre­sie, to odpo­wie­dzial­ność się roz­mywa. Kor­po­ra­cje nie byłyby w sta­nie tego nad­zo­ro­wać, bo albo by się nie znały (jako że ich pro­fil dzia­łal­no­ści np. rad­cow­ska byłby inny albo prze­pu­sto­wość by zupeł­nie się zmniej­szyła).
    Nota­riusz pro­wa­dząc zawód pra­cuje na zaufa­nie, a adwo­kat jako że byłaby to dla niego dodat­kowa dzia­łal­ność nie byłby taki rze­telny. Poza tym pro­sze pomy­sleć, że tak naprawdę ci sami ludzie by nego­cjo­wali umowy i je „uwie­rzetl­niali„
    Pzdr.
    Robert

  8. Jan M. Fijor pisze:

    Trudno się­anu dzi­wić. Mono­pol daje panom nie­złą kasę, ale nam się on nie opłaca i dla­tego doma­gamy się jegto likwi­da­cji. C zy nie uważa opan , że wolna kon­ku­ren­cja jest jed­nak lep­sza? ukłony JM Fijor

  9. Robert pisze:

    Nie­stety źle Pan zro­zu­miał. Będąc za utrzy­ma­nie mono­polu nota­riu­szy teo­re­tycz­nie umniej­szam swoje korzy­ści (bo to co robi nota­riusz mógł­bym robić ja, a korzy­ści w odnie­sie­niu do nakładu pracy co wyż­sze u nota­riu­sza). Uwa­żam, że jedy­nym w miarę roz­sąd­nym spo­so­bem jest posze­rze­nie nie zawo­dów upraw­nio­nych, ale zawodu upraw­nio­nego. Wiek­sza ilość dobrze przy­go­to­wa­nych nota­riu­szy wpły­nie kon­ku­ren­cyj­nie na stawki ryn­kowe, które jako usta­lone taksy też można zmie­nić (choć to będzie trud­niej­sze ze względu na lob­bing). Bo na prawdę nota­riusz to nie tylko ten co umiesz­cza w akcie daro­wi­zny, działy spadku, umowy spółki i inne pro­ste czyn­no­ści, ale robi także poważne umowy. Idąc do nota­riu­sza głów­nie z takimi mam do czy­nie­nia, więc nota­riusz musi się znać na rze­czy, bo adwo­kaci nie zawsze mają wie­dzę na te tematy. Idąc do adwo­kata nie wiesz, czy ten jest do końca w tej mate­rii kom­pe­tentny, a nota­riusz jest zawsze. Bo zaj­muje się przez lata tylko tym. Przy­naj­mniej tak powinno być.
    Mamy wolną kon­ku­ren­cję w ramach zawodu nota­riu­sza. Posze­rza­jąc ją poza zawód co naj­mniej cza­sowo obni­żamy pew­ność obrotu. A nie­ru­cho­mo­ści to bar­dzo deli­katna mate­ria, bo obo­wią­zują pewne domnie­ma­nia (KW) i restryk­cyjne skutki (rze­czowe nie zobo­wią­za­niowe).
    Pozdra­wiam.
    Robert

  10. Jan M. Fijor pisze:

    Panie Rober­cie,

    Ktoś, kto jest fachow­cem, czyli osobą upraw­nioną do wyko­ny­wa­nia jakiejś czyn­no­ści,
    Nie potrze­buje żad­nych licen­cji czy mono­polu, bo po pro­stu ludzie do niego przy­cho­dzą repu­ta­cję, wie­rzą mu i płacą. Ludzie nie są głupi, a na pewno mądrzejsi od urzęd­ni­ków, któ­rzy udzie­lają licen­cji.
    Tylko mier­noty chcą ochrony i dla­tego pań­skie argu­menty są szko­dliwe. Znam kilku ama­to­rów, któ­rzy by sprze­dali nie jed­nego nota­riu­sza, mimo iż n ie posia­dają żad­nych licen­cji a nawet wykształ­ce­nia. Bill Gates i Michael Dell nie mają nawet stu­diów wyż­szych.
    Żaden mono­pol – wolny rynek i wolna konkurencja!

  11. Robert pisze:

    A kto Panu broni zostać nota­riu­szem. Teraz nabór na apli­ka­cję jest nie­li­mi­to­wany, tylko trzeba mieć odpo­wied­nią ilość punk­tów i być praw­ni­kiem. Czy ja np. nie mając wykształ­ce­nia pro­jek­tuję domy? Nikt nie powie, że mono­pol archi­tek­tów jest szko­dliwy. A oni za jeden pro­jekt, który powie­lają setki razy biorą znacz­nie więk­sze pie­nią­dze niż nota­riu­sze. To że ja ład­nie rysuję i mam pod­stawy mate­ma­tyki, gra­fiki itp. mogę świad­czyć ludziom usługi, bo ktoś do mnie chce przyjść wie­rząc, że mu wszystko piek­nie zapro­jek­tuję. To jest ten sam poziom argu­men­ta­cji. A w zakre­sie zawo­dów praw­ni­czych, to jest taka sama róż­nica mię­dzy adwo­ka­tem a nota­riu­szem, jak mię­dzy archi­tek­tem a inzy­nie­rem budow­nic­twa. Niby podobne, ale nie to samo.
    Pozdra­wiam.
    Robert

  12. Jan M. Fijor pisze:

    Nie mozna robic wszyst­kiego. Nato­miast kazdy ma prawo do wol­nego wyboru swo­ich decy­zji oso­bi­stych. Pan nie pro­jek­tuje domow, ale wolno to panu zro­bic i taki dom moze sta­nac. Nato­miast trans­ak­cja bez nota­riu­sza jest w Pol­sce nie­wa­zna. pozdr jmf

  13. Michał pisze:

    I tu muszę się wtrą­cić. Nie jestem za Panem nota­riu­szem, ale w spra­wie zapro­jek­to­wa­nia domu, to jest pro­blem. Potrzebna jest pie­czątka archi­tekta, przy­na­leż­ność do izby ( kolejny absurd, bez któ­rego nie można pro­jek­to­wać ), ale zawsze, to taniej. Kwe­stia czy archi­tekt taki pro­jekt podbije.

    Michał-Architekt

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts