Co to jest inflacja?

Żadne zagad­nie­nie nie jest dzi­siaj tak inten­syw­nie dys­ku­to­wane – a rów­no­cze­śnie tak nie­zro­zu­miane – jak infla­cja. Poli­tycy w Waszyng­to­nie roz­ma­wiają o niej, jak gdyby była jakąś strasz­liwą zjawą pocho­dzącą zza świa­tów, czymś – takim jak powódź, zaraza, czy najazd wro­gich woj­ska — nad czym nie mają oni żad­nej kon­troli. Infla­cja to coś, z czym obie­cują nam „wal­czyć”- rzecz jasna pod warun­kiem, że Kon­gres czy lud dostar­czy im odpo­wied­niej „broni”, albo „sil­nego prawa”, które im w tej walce pomogą.

Tym­cza­sem prawda jest taka, że infla­cja została powo­łana do życia przez naszych przy­wód­ców, poprzez ich wła­sną poli­tykę mone­tarną i fiskalną. Obie­cują nam zatem, że prawą ręką będą zwal­czać to, co przy­no­szą lewą ręką.
To, co nazy­wają infla­cją jest, zawsze i wszę­dzie, wywo­łane głów­nie poprzez wzrost podaży pie­nią­dza i kre­dytu. Prawdę mówiąc, infla­cja jest wła­śnie wzro­stem podaży pie­nią­dza i wiel­ko­ści kre­dytu. Posłużmy się dla przy­kładu Ame­ri­can Col­lege Dic­tio­nary . Znaj­dziemy w nim nastę­pu­jącą defi­ni­cję infla­cji: „Szko­dliwa eks­pan­sja lub wzrost ilo­ści waluty kra­jo­wej, spo­wo­do­wana w szcze­gól­no­ści poprzez druk pie­nią­dza papie­ro­wego, nie dają­cego się wymie­nić na twardy pie­niądz”.
Jed­nakże w ostat­nich latach, poję­cie to zaczęto uży­wać w rady­kal­nie odmien­nych zna­cze­niu. Przed­sta­wione jest ono w dru­giej defi­ni­cji poda­wa­nej przez Ame­ri­can Col­lege Dic­tio­nary, mia­no­wi­cie: „Znaczny wzrost cen wywo­łany szko­dliwą eks­pan­sją pie­nią­dza papie­ro­wego lub eks­pan­sją kre­dytu. Widzimy więc, że wzrost cen spo­wo­do­wany eks­pan­sją podaży pie­nią­dza nie jest toż­samy z samą eks­pan­sją podaży pie­nią­dza. Przy­czyna lub waru­nek nie jest prze­cież iden­tyczny ze swoją kon­se­kwen­cją. Te dwie defi­ni­cje infla­cji, róż­niące się cał­ko­wi­cie swoim zna­cze­niem, są źró­dłem nie­koń­czą­cych się nie­po­ro­zu­mień.
Słowo infla­cja odno­siło się począt­kowo wyłącz­nie do ilo­ści pie­nią­dza. Mówiło się, że wolu­men pie­nią­dza jest napom­po­wany, nadmu­chany, prze­sadny. To, że doma­gam się powrotu do ory­gi­nal­nego zna­cze­nia ter­minu infla­cja nie ma nic wspól­nego z moją pedan­tycz­no­ścią. Uży­wa­nie ter­minu infla­cja w zna­cze­niu: „wzrost cen” odwraca uwagę od praw­dzi­wej przy­czyny infla­cji oraz od lekar­stwa, które mogłoby ją ule­czyć.
(Jed­na­ko­woż muszę tu ostrzec Czy­tel­ni­ków, że słowo infla­cja jest dziś powszech­nie sto­so­wane w zna­cze­niu „wzrost cen” i z tego powodu bez­owoc­nym i cza­so­chłon­nym wydaje się uni­ka­nie tego zna­cze­nia lub popra­wia­nie go na każ­dym kroku. Ter­min ten uży­wany jest, jak cho­dzi o ści­słość, nie­mal powszech­nie w dwóch zna­cze­niach; raz w zna­cze­niu pierw­szym, to zna­czy gdy cho­dzi o wzrost wolu­menu pie­nią­dza, i drugi raz, z tym że znacz­nie czę­ściej, gdy cho­dzi o wzrost cen. Oso­bi­ście stwier­dzam, że uchro­nie­nie się od popa­da­nia w tę dwu­znacz­ność jest zaję­ciem bez­na­dziej­nie trud­nym. Jedy­nym do przy­ję­cia kom­pro­mi­sem, w tym dru­gim zna­cze­niu, zwłasz­cza dla tych, któ­rzy odczu­wają potrzebę odróż­nie­nia róż­nych sen­sów ter­minu infla­cja, będzie uży­cie poję­cia infla­cji ceno­wej, dla odróż­nie­nia od zwy­kłej infla­cji. Sta­ra­łem się to czy­nić w kolej­nych roz­dzia­łach, choć oba­wiam się, że pew­nie nie zawsze kon­se­kwent­nie.)
Zobaczmy teraz, co się dzieje pod wpły­wem infla­cji, i dla­czego tak się dzieje.
Z chwilą wzro­stu podaży pie­nią­dza, ludzie posia­dają wię­cej pie­nię­dzy, za które mogą naby­wać dobra. Jeśli w tym samym cza­sie ilość dóbr nie wzro­śnie – albo nie wzro­śnie w stop­niu rów­nym wzro­stowi podaży pie­nią­dza – ceny dóbr wzro­sną. Każdy jeden dolar sta­nie się mniej wart, gdyż teraz jest tych dola­rów wię­cej. Z tego powodu, powiedzmy, za każą parę butów czy sto buszli psze­nicy, ofe­ro­wa­nych będzie wię­cej dola­rów. „Cena” jest wskaź­ni­kiem wymiany (exchange ratio) mię­dzy dola­rem a jed­nostką danego dobra. Posia­da­jąc wię­cej dola­rów, ludzie cenią każdy z nich mniej. Pro­wa­dzi to do wzro­stu cen dóbr, nie dla­tego że jest ich (dóbr) mniej niż przed­tem, lecz dla­tego że dola­rów jest wię­cej, a stąd są one warte mniej.
W daw­nych cza­sach, rządy wywo­ły­wały infla­cję poprzez oszu­ki­wa­nie przy biciu monet, albo redu­ko­wa­nie ich war­to­ści. Póź­niej odkryły jed­nak, że ten sam efekt można osią­gnąć znacz­nie taniej i szyb­ciej poprzez dru­ko­wa­nie pie­nię­dzy papie­ro­wych. To wła­śnie stało się z fran­cu­skimi asy­gna­tami w 1789 roku, a także z naszą wła­sną walutę w cza­sie ame­ry­kań­skiej Rewo­lu­cji. Współ­cze­sne metody są nieco bar­dziej sub­telne. Nasze rządy sprze­dają ban­kom swoje obli­ga­cje lub inne papiery dłużne (IOU). W zamian za nie, banki płacą rzą­dowi, two­rząc w swo­ich księ­gach „depo­zyty ban­kowe”, z któ­rych ten ostatni może korzy­stać. Bank ze swej strony może ta obli­ga­cje rzą­dowe czy inne papiery dłużne sprze­dać ban­kowi Rezerwy Fede­ral­nej , który płaci za nie albo poprzez stwo­rze­nie kre­dytu depo­zy­to­wego, albo poprzez druk bank­no­tów Rezerwy Fede­ral­nej. Taki jest wła­śnie mecha­nizm pro­du­ko­wa­nia pie­nią­dza.
Zasad­ni­czą czę­ścią „podaży pie­nią­dza” w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie jest gotówka, którą pła­cimy z rąk do rąk, lecz depo­zyty ban­kowe, z któ­rych czer­pie się zasoby wysta­wia­jąc w opar­ciu o nie czeki. Stąd, kiedy eko­no­mi­ści mówią o wiel­ko­ści naszej podaży pie­nią­dza (money sup­ply), sumują depo­zyty na żąda­nie (a ostat­nio także depo­zyty cza­sowe) z wolu­me­nem gotówką znaj­du­ją­cej się w obiegu (poza ban­kami). Cał­ko­wita war­tość pie­nię­dzy i tak mie­rzo­nego kre­dytu, wli­cza­jąc w to depo­zyty cza­sowe, w końcu grud­nia 1939 roku wyno­siła 63,3 mld dola­rów, w końcu grud­nia 1963 roku – 308,8 mld dola­rów i 806,5 mld dola­rów końcu grud­nia 1977 roku. Ten wzrost podaży pie­nią­dza wyno­szący 1174 pro­cent jest zasad­ni­czym powo­dem, dla któ­rego ceny hur­towe, w oma­wia­nym okre­sie, wzro­sły o 398 procent.

Pewne Zastrze­że­nia

Panuje prze­ko­na­nie, że trak­to­wa­nie wzro­stu ilo­ści pie­nią­dza, jako wyłącz­nego wino­wajcy posta­nia infla­cji jest gru­bym uprosz­cze­niem. To prawda. Trzeba zatem pamię­tać o sze­regu zastrze­żeń.
Przy­kła­dowo, należy pamię­tać, że „podaż pie­nią­dza”, to nie tylko ilość gotówki w obiegu, lecz także podaż kre­dytu ban­ko­wego. Odnosi się to szcze­gól­nie do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, gdzie więk­szość płat­no­ści doko­ny­wa­nych jest przy uży­ciu cze­ków.
Uprosz­cze­niem jest także mówie­nie, że war­tość jed­nostki pie­nięż­nej (dolara) zależy wyłącz­nie od aktu­al­nej ilo­ści pie­nią­dza znaj­du­ją­cego się w obiegu teraz. Otóż, war­tość ta zależy także od podaży dolara ocze­ki­wa­nej w przy­szło­ści. Jeśli duża ilość ludzi oba­wia się, że – przy­kła­dowo — podaż dolara za rok, w sto­sunku do podaży dzi­siaj, wzro­śnie jesz­cze bar­dziej, wów­czas aktu­alna war­tość dolara (mie­rzona jego siłą nabyw­czą) będzie niż­sza niż by to wyni­kało z obec­nej ilo­ści pie­nią­dza w warun­kach wol­nych od takich obaw czy prze­wi­dy­wań.
Co wię­cej, war­tość jed­nostki mone­tar­nej, takiej jak dolar, zależy nie tylko od ilo­ści dola­rów, lecz także od ich jako­ści. Z chwilą, gdy jakiś kraj odcho­dzi, przy­kła­dowo, od stan­dardu złota, zna­czy to, że jego złoto, lub prawo zamiany pie­nię­dzy na złoto, ule­gło prze­kształ­ce­niu w papier. W takich przy­pad­kach, war­tość jed­nostki mone­tar­nej natych­miast spada, nawet jeśli nie nastą­pił wzrost podaży pie­nią­dza. Dzieje się tak, ponie­waż ludzie mają wię­cej zaufa­nia w złoto, niż do obiet­nic rzą­do­wych lub do poglą­dów urzęd­ni­ków pań­stwo­wych zarzą­dza­ją­cych poli­tyką mone­tarną. Nie znamy chyba ani jed­nego przy­padku, który by dowo­dził cze­goś prze­ciw­nego; odej­ściu od stan­dardu złota towa­rzy­szy zwy­kle wzrost podaży kre­dytu ban­ko­wego i dru­ko­wa­nych pie­nię­dzy papie­ro­wych.
Krótko mówiąc, war­tość pie­nią­dza zmie­nia się zasad­ni­czo z tych samych powo­dów, co war­tość każ­dego innego towaru. Tak jak war­tość buszla psze­nicy zależy nie tylko od jej obec­nej podaży, lecz także od podaży ocze­ki­wa­nej w przy­szło­ści i jako­ści ziarna, tak war­tość dolara zależy od zmiany podob­nych czyn­ni­ków. War­tość pie­nią­dza, podob­nie jak war­tość innych towa­rów, nie zależy wyłącz­nie od czyn­ni­ków mecha­nicz­nych czy fizycz­nych, lecz przede wszyst­kim od skom­pli­ko­wa­nych czyn­ni­ków natury psy­cho­lo­gicz­nej.
Zaj­mu­jąc się przy­czy­nami infla­cji czy spo­so­bami jej likwi­da­cji należy pamię­tać o tym, aby nie dać się zmy­lić lub zdo­mi­no­wać przez zbędne lub nie­ist­nie­jące kom­pli­ka­cje.
Przy­kła­dowo, mówi się czę­sto, że war­tość dolara zależy nie tylko od ilo­ści tych jed­no­stek pie­nięż­nych, lecz także od „szyb­ko­ści jego cyr­ku­la­cji”. Jed­nakże wzrost szyb­ko­ści cyr­ku­la­cji pie­nią­dza nie wpływa na dal­szy spa­dek jego war­to­ści; jest ona jedną z kon­se­kwen­cją lęku o to, że war­tość dolara spad­nie (albo ujmu­jąc to ina­czej, lęku o to, że nastąpi wzrost cen towa­rów). To wła­śnie takie prze­ko­na­nie spra­wia, że ludzie chęt­niej wymie­niają dolary (pie­nią­dze) na towary. Pod­kre­śla­nie, przez nie­któ­rych auto­rów, zna­cze­nia szyb­ko­ści cyr­ku­la­cji jest kolej­nym przy­kła­dem błęd­nego przy­pi­sa­nia real­nej przy­czy­nie psy­cho­lo­gicz­nej, cha­rak­teru mecha­nicz­nego.
A oto inna ślepa ścieżka: w odpo­wie­dzi tym, któ­rzy uwa­żają, że infla­cja cenowa spo­wo­do­wana jest głów­nie wzro­stem podaży pie­nią­dza i kre­dytu, przed­sta­wia się argu­ment, że wzrost cen towa­rów ma czę­sto miej­sce zanim nastąpi podaż pie­nią­dza. To prawda. Tak się działo, na przy­kład, zaraz po wybu­chu wojny kore­ań­skiej. Ceny stra­te­gicz­nych mate­ria­łów i surow­ców poszły w górę z obawy o to, że może ich zabrak­nąć. Spe­ku­lanci i pro­du­cenci zaczęli je wyku­py­wać i prze­trzy­my­wać dla zysku lub zapew­nie­nia sobie odpo­wied­niego stanu zapa­sów. Żeby to jed­nak uczy­nić, musieli oni poży­czyć w ban­kach wię­cej pie­nię­dzy. Wzro­stowi cen towa­rzy­szył pro­por­cjo­nalny wzrost wiel­ko­ści kre­dy­tów ban­ko­wych i depo­zy­tów. Od 31 maja 1950 roku do 30 maja 1951 roku, wolu­men poży­czek wzrósł o 12 mld dola­rów. Gdyby tych dodat­ko­wych poży­czek nie udzie­lono, a gdyby do końca stycz­nia 1951 roku nie wypusz­czono na rynek nowych 6 miliar­dów dola­rów, z któ­rych pożyczki te udzie­lano, wzro­stu cen by nie utrzy­mano. Był on moż­liwy, krótko mówiąc, wyłącz­nie dzięki wzro­stowi podaży pieniądza.

Nie­które popu­larne sofizmaty

Jed­nym z naj­czę­ściej powta­rza­nych sofi­zma­tów na temat infla­cji jest zało­że­nie, że nie jest ona wywo­łana wzro­stem podaży pie­nią­dza, lecz „nie­do­bo­rem towa­rów”.
Prawdą jest, że wzrost cen (który, jak już wspo­mi­na­li­śmy, nie powi­nien być utoż­sa­miany z infla­cją) może być spo­wo­do­wany albo wzro­stem podaży pie­nią­dza, albo nie­do­bo­rami dóbr – a czę­ściowo, i jed­nym, i dru­gim. Przy­kła­dowo, cena psze­nicy może wzro­snąć, ponie­waż nastą­pił wzrost podaży pie­nią­dza, albo mamy do czy­nie­nia z nie­uro­dza­jem psze­nicy. Jed­nakże z ogól­nym wzro­stem cen, spo­wo­do­wa­nym ogól­nym nie­do­stat­kiem towa­rów, mamy do czy­nie­nia bar­dzo rzadko i to nawet w warun­kach wojen­nych. Mimo nie­wąt­pli­wych dowo­dów na fał­szy­wość tezy, że infla­cja jest spo­wo­do­wana wzro­stem cen, trzyma się ona :dziel­nie”. Nie pomaga nawet przy­kład Nie­miec z 1923 roku, w któ­rych przy­wódcy rzą­dowi ale i miliony oby­wa­teli, winą za wzrost cen setki miliar­dów razy obar­czali ogólny nie­do­bór towa­rów, zapo­mi­na­jąc upar­cie, że w tym samym cza­sie, do Nie­miec przy­jeż­dżały rze­sze cudzo­ziem­ców wyku­pu­ją­cych za wła­sne waluty lub złoto nie­miec­kie pro­dukty po cenach niż­szych niż w swo­ich wła­snych kra­jach.
Począw­szy od 1939 roku, wzrost cen w Sta­nach Zjed­no­czo­nych przy­pi­sy­wany jest nie­ustan­nie nie­do­bo­rom towa­rów. Tym­cza­sem sta­ty­styki dowo­dzą, że wskaź­nik pro­duk­cji prze­my­sło­wej w 1977 roku był sze­ścio­krot­nie wyż­szy niż w roku 1939. Nie ma też więk­szego sensu twier­dze­nie, że wzrost cen w cza­sie dzia­łań wojen­nych wywo­łany jest wyłącz­nie nie­do­bo­rami pro­duk­tów cywil­nych. Mimo iż w cza­sie wojny podaż pro­duk­tów cywil­nych znacz­nie spada, powstały nie­do­bór nie powo­duje jakie­goś znacz­niej­szego wzro­stu cen, gdyż podatki pochła­niają taką część docho­dów lud­no­ści, jaką zbro­je­nia i dzia­ła­nia mili­tarne ogra­ni­czają pro­duk­cję na cele cywilne.
W ten spo­sób docho­dzimy do kolej­nego nie­po­ro­zu­mie­nia. Ludzie czę­sto utrzy­mują, że defi­cyt budże­towy jest sam w sobie wystar­cza­ją­cym i koniecz­nym powo­dem powsta­nia infla­cji. Tym­cza­sem, jeśli defi­cyt budże­towy jest w cało­ści finan­so­wany ze sprze­daży obli­ga­cji rzą­do­wych, za które pła­cimy pie­niędzmi pocho­dzą­cymi z oszczęd­no­ści lud­no­ści, infla­cji nie spo­wo­duje. Z dru­giej strony, nawet nad­wyżka budże­towa nie chroni nas przed infla­cją. Dowo­dzi tego sytu­acja, jaka miała miej­sce w roku fiskal­nym zakoń­czo­nym 30 czerwca, 1951, kiedy – pomimo nad­wyżki budże­to­wej w wyso­ko­ści 3,5 mld dola­rów — mie­li­śmy do czy­nie­nia ze znaczną infla­cją. To samo zja­wi­sko obser­wo­wa­li­śmy w latach roz­ra­chun­ko­wych, 1956 i 1957. (Od 1957 roku mamy już tylko do czy­nie­nia z defi­cy­tem budże­to­wym, z jed­nym wyjąt­kiem , w 1969 roku, a mimo to nawet wtedy, w 1969 roku, ceny rosły.) Defi­cyt budże­towy ma cha­rak­ter infla­cjo­genny o tyle, o ile powo­duje wzrost w podaży pie­nią­dza. Zaś, infla­cja może się poja­wić nawet przy nad­wyżce budże­to­wej, jeśli towa­rzy­szy jej wzrost podaży pie­nią­dza.
Podobny łań­cuch przy­czy­nowo – skut­kowy sto­so­wany jest do tzw. „pre­sji infla­cyj­nej”, a w szcze­gól­no­ści, do rosną­cej „spi­rali płacowo-cenowej”. Jeśli zja­wi­ska te nie były poprze­dzone podaży pie­nią­dza, jeśli nie towa­rzy­szyła im ona, lub zaraz po nich nie nastą­piła, infla­cji one nie spo­wo­dują, a co naj­wy­żej wzro­śnie bez­ro­bo­cie. Wzrost cen, któ­remu nie towa­rzy­szy wzrost gotówki w port­fe­lach oby­wa­teli może co naj­wy­żej wywo­łać spa­dek wolu­menu sprze­daży. Wzrost płac i cen jest zwy­kle kon­se­kwen­cją infla­cji. Mogą ją one wywo­łać jedy­nie wtedy, gdy wywo­łają wzrost podaży pieniądza.

Henry Hazlitt
„Henry Hazlitt” 2008-04-09

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 14

  1. Kolo pisze:

    Pyta­nie: gdyby nie bylo Banku Cen­tral­nego — banki wyda­waly kre­dyty tylko z pie­nie­dzy ktore maja z depo­zy­tow– czy wtedy kre­dyty bylyby przy­czyna inflacji(lub infla­cja?)? Z gory dzie­kuje za odp i pozdrawiam

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Wydaje mi sie, ze nie. Infla­cja powstaje wtedy, gdy kre­dytu jest wie­cej niz pozwala na to war­tość wytwo­rzo­nych dobr. W sytu­acji 100 pro­cen­to­wego pokry­cia oraz przy kon­troli wolu­menu pie­nia­dza (poprzez stan­dard zlota), takiego nie­bez­pie­czen­stwa nie ma. Hazlitt to opi­suje szcze­go­lowo. Ukłony Jan M Fijor

  3. Jerzy pisze:

    W Pol­sce mini­ster­stwo finan­sów reali­zuje „cel infla­cyjny”. Wymow­nie świad­czy to okre­śle­nie o praw­dzi­wych zamia­rach rządu i fak­tycz­nie mamy nie­usta­jący festi­wal podwyżek.Pozdrawiam

  4. ZQW pisze:

    Dobry tekst . Szkoda , że nawet pre­zesi ban­ków cen­tral­nych ( przy­kła­dowo Leszek Bal­ce­ro­wicz ) mylą infla­cję ze wzro­stem cen i zwal­czają ten wzrost cen przez pod­wyżki stóp pro­cen­to­wych i ogra­ni­cze­nie podaży pie­nią­dza. Taki błąd zro­biono w 2000 – 2001 roku , gdy wzrost cen spo­wo­do­wany był czyn­ni­kami nie­mo­ne­tar­nymi tj. wzro­stem cen paliw oraz wzro­stem kur­sów dewi­zo­wych skut­kiem
    kry­zysu rosyj­skiego ( dra­styczny spa­dek eks­portu i jed­no­cze­sny wzrost importu , głów­nie paliw ).Był to jed­no­ra­zowy impuls i nale­żało go prze­cze­kać ( bo rynek powoli wra­cał do rów­no­wagi , firmy prze­sta­wiały się eks­port na Zachód i na pro­duk­cję kra­jową , w czym nale­żało nie prze­szka­dzać ) , a zamiast tego zafun­do­wano Pola­kom stopy pro­cen­towe na pozio­mie 22% , co z jed­nej strony dopro­wa­dziło wiele pol­skich firm do upadku , pod­nio­sło kurs zło­tego do poziomu i gdzie import w sztuczny spo­sób wypie­rał pro­duk­cję kra­jową . Dużo nie trzeba było cze­kać aby poja­wiło się masowe bez­ro­bo­cie i ogromna dziura budże­towa , którą łatano pod­no­sze­niem podat­ków i gigan­tycz­nym wzro­stem zadłużenia.Skutki tego odczu­wamy do dziś
    ( np. w for­mie emi­gra­cji ). A przy­czyną było , że jeden nie­douk eko­no­miczny z tytu­łem pro­fe­sor­skim , awan­so­wany dzięki
    gier­kom par­tyj­nym na sta­no­wi­sko pre­zesa NBP , mylił infla­cję z infla­cją cenową , a dopa­so­wu­jący wzrost cen , spo­wo­do­wany defi­cy­tem dewiz zwal­czał meto­dami monetarnymi.

  5. jasiek z toronto pisze:

    Infla­cja? To tylko roz­nica mie­dzy opro­cen­to­wa­nym kre­dy­tem a opo­dat­ko­wa­nym pro­duk­tem.
    ===================
    jasiek z toronto
    http://www.polskawalczaca.com

  6. drożdż pisze:

    pyta­nie : likwi­du­jemy bank cen­tralny no i co dalej … jak wogole dzia­łał by sys­tem gdyby go nie było?? prze­cież tego typu insty­tu­cja ist­nieje w każ­dym nor­mal­nym kraju … tak sie cza­sem zasta­na­wiam jak to jest ze w 1913 roku utwo­rzono FED wpro­wa­dzono income tax i kupe innym podat­ków i jakos sie ludziom żyje znacz­nie lepiej niz 100 lat temu czy ina­czej bym to ujął napewno lepiej i na wie­cej ich stać niż wtedy to moze dobrze ze cos takiego zro­biono … sam juz nie wiem…

  7. Jan M. Fijor pisze:

    Zyje sie ludziom lepiej nie dla­tego, ze ist­nieje bank cen­tralny, lecz dla­tego, ze swiat sie roz­wija, bo jest coraz wie­cej kapi­ta­li­zmu, coraz wie­cej wol­no­sci. Jed­nakze banki cen­tralne kre­puja gospo­darke i to wyszlo teraz. Bez banku cen­tral­nego? A jak USA prze­trwaly do 1913 roku? Obszer­nie opi­su­jue to Roth­bard w taj­ni­kach ban­ko­wo­sci, z ghrub­sza cho­dzi o to, zeby banki komer­cyjne nie byly uprzy­wi­le­jo­wane za pie­nia­dze podat­nika. Przyj­dzie bry­zys i banki — w zamian za pomoc podat­nika — obra­buja tego ostat­niego do golej skory. Uklony Jan M Fijor

  8. jk_14 pisze:

    Infla­cja powstaje wtedy, gdy kre­dytu jest wie­cej niz pozwala na to war­tość wytwo­rzo­nych dobr.”

    Czy można zary­zy­ko­wać twier­dze­nie, iż postę­pu­jąca apre­cja­cja zło­tówki wobec innych walut jest rów­nież pokło­siem dużo więk­szej rodzi­mej sza­rej strefy? (czyli ponie­kąd „nie­do­sza­co­wa­nia” war­to­ści ofi­cjal­nie wytwo­rzo­nych dóbr)

  9. Jan M. Fijor pisze:

    Chyba tak, bo w sto­sunku do tego, co widac jest az za dobrze. Pozdra­wiam JM Fijor

  10. jasiu z hameryki pisze:

    Pan/Pani jk_14 pisze:
    > Czy można zary­zy­ko­wać twier­dze­nie, iż postę­pu­jąca apre­cja­cja zło­tówki wobec
    > innych walut jest rów­nież pokło­siem dużo więk­szej rodzi­mej sza­rej strefy?
    > (czyli ponie­kąd „nie­do­sza­co­wa­nia” war­to­ści ofi­cjal­nie wytwo­rzo­nych dóbr)

    Ja nie podzie­lam w pelni tego opty­mi­zmu. Zlo­towka rosnie w „sile” bo jest
    na nia popyt. Popyt jest jak mozna za zlo­towke kupic cos war­to­scio­wego.
    Co war­to­scio­wego? Wzgled­nie wysoko opro­cen­to­wane i wzgled­nie bez­pieczne
    Obli­ga­cje Skar­bowe ktore Rzad Pol­ski sprze­daje zeby latac dziury
    w budze­cie pan­stwa socja­li­stycz­nego. W pew­nym momen­cie, jak sie zrobi
    tro­che nie­pew­nie z tymi „pew­nymi” obli­ga­cjami, to ludzie sie ich zaczna
    wyzby­wac i wtedy zlo­towka spad­nie. Oczy­wi­scie tez inne war­to­sciowe
    rze­czy do kupie­nia za zlo­towke, ale ponie­waz Polacy nie maja oszczed­no­sci,
    cala dziura budze­towa jest latana inwe­sto­row zagra­nicz­nych u kto­rych
    Pol­ska sie zadluza. Co z tego wyj­dzie? Ano wystar­czy popa­trzec na Hameryke…

  11. Jan M. Fijor pisze:

    Za silną zło­tówkę może pan kupić zagra­nicą taniej samo­chód, wczasy, nie­ru­cho­mo­sci, pre­cjoza etc. Czło­wiek kon­su­muje; im wię­cej środ­ków ma na kon­sump­cję, tym wię­cej skon­su­muje. Podatki są skut­kiem poli­tyki, chce pan niskich podat­kow? Niech pan gło­suje na…No, NA KOGO? Niech pan zgad­nie. Pozdra­wiam Jan M Fijor

  12. jk_14 pisze:

    Ja nie podzie­lam w pelni tego opty­mi­zmu. Zlo­towka rosnie w „sile” bo jest na nia popyt.”

    Jasne. Na jeden pro­ces mogą nakła­dać się i to w róż­nym stop­niu prze­różne czyn­niki. Jed­nak nasza rela­cja (i to ofi­cjal­nego) wzro­stu PKB do infla­cji (ceno­wej? ;-) jest dosyć korzystna w porów­na­niu z resztą…

  13. Jan M. Fijor pisze:

    Każdy czło­wiek ma różne ocze­ki­wa­nia i pre­fe­ren­cje. Pro­blem polega jed­nak na tym, że wraz z dro­że­niem eks­portu rosną ceny kra­jowe, a rów­no­cze­śnie — z jakichś dziw­nych przy­czyn import nie tanieje w takim stop­niu, w jakim rośnie pary­tet zło­tówki do walut w rejo­nach, z któ­rych import ten pocho­dzi. Nawet ben­zyna nie tanieje tak szybko, jak rośnie cena zło­tego i spada dolara. Ukłony Jan M Fijor

  14. Jakub pisze:

    Uszanowanie,czy mógłby Pan odnieść się do spo­sobu walki z infla­cją, jakim jest pod­wyżka stóp pro­cen­to­wych przez bank cen­tralny? Po Pana arty­kule nabra­łem wat­pli­wo­ści, czy takie dzia­ła­nie ma jakiś sens. Pozdrawiam

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*