Darmocha

Wyobraźmy sobie, że oto Sejm, w tro­sce o wyży­wie­nie narodu uchwala prawo do „dar­mo­wej” żyw­no­ści. Brzmi to może jak uto­pia, ale jest moż­liwe. Skoro mamy „bez­płatne” szkol­nic­two czy „bez­płatną” służbę zdro­wia, rów­nie dobrze możemy mieć „bez­płatne” wyży­wie­nie. Tym bar­dziej, że żyw­ność jest znacz­nie od zdro­wia waż­niej­sza. Wszak bez jedze­nia czło­wiek może wytrzy­mać jedy­nie ok. 40 dni, pod­czas gdy bez służby zdro­wia, nawet naj­cię­żej cho­rym, udaje się prze­żyć nie­kiedy rok czy nawet dłużej.

PKWN

No, więc ta nowa Ustawa o Powszech­nym Wyży­wie­niu gwa­ran­to­wać będzie nie­ogra­ni­czony dostęp do żyw­no­ści. Wyobraźmy sobie, że idziemy do wybra­nego sklepu i możemy w nim kupić (par­don: zabrać) co nam się żyw­nie podoba. Prawo dostępu do wszyst­kiego spo­wo­duje, iż naj­więk­szym wzię­ciem cie­szyć się będą pro­dukty naj­smacz­niej­sze, albo za takie ucho­dzące: homary, kre­wetki, kawior, polę­dwice, tru­fle, dzi­czy­zna, sery fran­cu­skie, szynka west­fal­ska, w naj­gor­szym przy­padku schab bez kości. I trudno się ludziom dzi­wić, skoro wszystko za darmo.
Nie byłoby pro­blemu, gdyby na świe­cie wystę­po­wała nie­ogra­ni­czona ilość homa­rów, tru­fli, kre­we­tek, kawioru, polę­dwic i scha­bów. Trud­ność w tym, że jeśliby nawet zaim­por­to­wać do Pol­ski wszyst­kie homary czy kre­wetki znaj­du­jące się w roz­sąd­nym zasięgu (tak, aby się w dro­dze nie popsuły) i umoż­li­wić ich kon­sump­cję każ­demu Pola­kowi, który ma na nie ochotę, w ilo­ściach nie­skrę­po­wa­nych, to po pew­nym cza­sie pro­duk­tów tych by zabra­kło. I to pomimo kon­sty­tu­cyj­nego obo­wiązku Powszech­nego Kom­plek­so­wego Wyży­wie­nia Narodu (w skró­cie: PKWN).
W krót­kim cza­sie, każ­dego kon­su­menta cze­ka­łaby nie­spo­dzianka.
Przy­cho­dzi do sklepu, ma smak na homara, a tu na sto­isku z „owo­cami morza” napis: „Homa­rów brak”. Zaczyna roz­glą­dać się za kre­wet­kami, tym­cza­sem pomimo gigan­tycz­nych dostaw, kre­we­tek także zabra­kło. Może więc świeży łosoś — nie ma, filet z morsz­czuka – brak, w takim razie filet mro­żony z pangi — też nie ma, a paluszki rybne? Zabra­kło. Wycho­dzi na to, że pro­duk­tem naj­bar­dziej zbli­żo­nym do owo­ców morza będzie…ocet na mary­naty ze śle­dzia, któ­rego sobie ewen­tu­al­nie sami zło­wimy. Bie­rzemy ocet, bo z doświad­cze­nia wiemy, że w sys­te­mie powszech­nego dostępu także i octu może cza­sem zabrak­nąć. Dokład­nie taki wła­śnie sce­na­riusz prze­ra­bia­li­śmy w prl. Co prawda w Pol­sce Ludo­wej żyw­ność nie była dar­mowa, jed­nakże jej ceny usta­lano tak, aby stać na nią było głów­nie „naj­uboż­szych”. Po 45 latach „dar­mo­chy” doszli­śmy do wnio­sku, że choćby nie wiem jak dosko­nałe były ustawy naka­zu­jące powszechne zaopa­trze­nie lud­no­ści, nie ma takiej siły, która by wszyst­kim zapew­niła wszystko, ponie­waż stan chro­nicz­nego nie­do­boru jest sta­nem naturalnym.

Żyjemy w rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej wszyst­kiego zawsze brakuje.

Nawet Bill Gates nie może sobie na wszystko pozwo­lić. Nie może być rów­no­cze­śnie w Red­mond, w sta­nie Waszyng­ton i doglą­dać Micro­so­ftu oraz wyle­gi­wać się na Kara­ibach. Tylko jedno dobro wystę­puje na Ziemi w nie­ogra­ni­czo­nej obfi­to­ści. Jest nim powie­trze i dla­tego za nie (jesz­cze) nie pła­cimy. Wszystko inne trzeba racjo­no­wać, czy jak kto woli regla­men­to­wać. W prze­ciw­nym razie każ­dego z nich zabrak­nie. Mecha­ni­zmem, który spra­wia, że homa­rów, scha­bów czy nawet chleba nigdy w skle­pach nie zabrak­nie są… ceny.

Los na loterii?

Nie wszy­scy się z tym fak­tem godzą. Zwłasz­cza w odnie­sie­niu do służby zdro­wia. Mimo iż porada medyczna czy lecze­nie jest takim samym towa­rem jak samo­chód, ciu­chy czy wczasy zagra­niczne, w per­cep­cji prze­cięt­nego Kowal­skiego trak­to­wane są one jak powie­trze. Nie pro­te­stu­jemy, gdy sąsie­dzi mają wię­cej pie­nię­dzy od nas i stać ich na lep­szy samo­chód, ładny mebel czy bar­dziej egzo­tyczne wczasy, obu­rza nas jed­nak ta nie­rów­ność w odnie­sie­niu do służby zdro­wia. Tutaj Polacy są prze­ko­nani, że zasob­ność czy­je­goś port­fela nie może decy­do­wać o zdro­wiu czło­wieka.
Jeśli spo­łe­czeń­stwo nie godzi się na mecha­nizm cenowy, musi upo­rać się z nie­do­bo­rami w jakiś inny spo­sób. Pamię­tajmy: ani leka­rzy, ani pie­lę­gnia­rek, ani nawet lekarstw, ban­daży czy apa­ra­tów rent­ge­now­skich dla wszyst­kich nie wystar­czy. Chyba, że prze­zna­czymy na nie tak ogromną ilość pie­nię­dzy, że zabrak­nie nam wtedy na buty, ubra­nia, a nawet i na jedze­nie. Kom­pro­mis, czyli regla­men­ta­cja jest koniecz­no­ścią.
Jeśli nie ceny, to…kolejka.
Chory zapi­suje się w okienku, dostaje nume­rek i czeka. Ten sys­tem domi­nuje w Pol­sce od 1945 roku. Jest on „spra­wie­dliwy”, bo zapew­nia wszyst­kim – tak bied­nym jak i boga­tym – pozor­nie jed­na­kowe uczest­nic­two w sys­te­mie opieki medycz­nej. Pro­blem w tym, że nie zapew­nia opieki medycz­nej. Kolejki do spe­cja­li­stów trwają nie­kiedy rok. Wielu cho­rych zapada w nich na nowe cho­roby, inni wręcz w nich umie­rają. Taka sytu­acja budzi pro­te­sty, stąd koniecz­ność reformy służby zdro­wia tak, aby była dostępna dla wszyst­kich, a jed­no­cze­śnie dar­mowa i dzia­łała sku­tecz­nie.
Pro­blem w tym, że pod nie­obec­ność sys­temu, w któ­rym pacjenci kupują usługi lekar­skie za wła­sne pie­nią­dze, każda inna alter­na­tywa jest nie­wiele lep­sza. Jeśli nie odpo­wia­dają nam kolejki, to inną metodą regla­men­ta­cji może być, na przy­kład, „los na lote­rii”. Każ­dego ranka dyrek­tor szpi­tala, albo spo­łeczny komi­tet pacjen­tów losuje dwie ope­ra­cje woreczka żół­cio­wego. Tylko dwie, bo w szpi­talu bra­kuje aku­rat ane­ste­zjo­lo­gów. Wygrani zostają zope­ro­wani, prze­grani cze­kają na uśmiech for­tuny w następ­nych loso­wa­niach. Część z nich pew­nie ope­ra­cji nie doczeka. Innym dość zna­nym mecha­ni­zmem regla­men­ta­cji są popu­larne w cza­sach Pol­ski ludo­wej talony, czyli tzw. przy­działy; związki zawo­dowe, albo dyrek­cja zakładu przy­dzie­lają nie­któ­rym cię­żar­nym żonom i cór­kom zasłu­żo­nych pra­cow­ni­ków talony na poród u zna­nego gine­ko­loga. Kobiety z rodzin mniej zasłu­żo­nych pra­cow­ni­ków, dla któ­rych talo­nów nie ma, albo uro­dzą same, albo asy­sto­wać im będzie mniej wykwa­li­fi­ko­wany spe­cja­li­sta. Sku­tecz­nym, choć budzą­cym spo­łeczny sprze­ciw mecha­ni­zmem regla­men­ta­cji są pro­tek­cje. Znamy dyrek­tora fun­du­szu zdro­wia, ordy­na­tora albo samego chi­rurga możemy z nimi zała­twić ope­ra­cję czy zabieg poza kolej­no­ścią. I wresz­cie łapówka, któ­rej dzia­ła­nia tłu­ma­czyć nie muszę. Zwłasz­cza, że łapówka jest wła­ści­wie odmianą mecha­ni­zmu ceno­wego, tyle że wyko­śla­wio­nego.
Oso­bom dobrze usta­wio­nym, posia­da­ją­cym roz­le­głe zna­jo­mo­ści i wpływy, albo liczą­cym na swoje szczę­ście takie sys­tem regla­men­ta­cji mogą nawet odpo­wia­dać, więk­szość jed­nak, zwłasz­cza w obli­czu zagro­że­nia życia czy śmierci zwraca się mimo wszystko do mecha­ni­zmu ceno­wego. Mimo iż jest on obar­czony man­ka­men­tami, na przy­kład, daje pierw­szeń­stwo ludziom zamoż­nym, jest to jed­nak naj­lep­sza metoda uzdra­wia­nia służby zdro­wia. Mecha­nizm cenowy usuwa bowiem kilka zasad­ni­czych nie­do­god­no­ści obec­nego sys­temu, jakimi są; ogra­ni­czony dostęp do służby zdro­wia, jej jakość, a także koszt.
W sytu­acji natu­ral­nych nie­do­bo­rów cho­dzi prze­cież o to, aby zasoby, któ­rymi dys­po­nu­jemy były wyko­rzy­stane w spo­sób optymalny.

Mecha­nizm cenowy, poprzez to, że kosz­tami usługi medycz­nej obciąża pacjenta, ogra­ni­cza w znacz­nym stop­niu mar­no­traw­stwu zasobów.

Raz, że osoby mające dużo czasu albo hipo­chon­drycy zmu­szone do pła­ce­nia za swoje lecze­nie będą służbę zdro­wia nad­uży­wały mniej niż ci, któ­rzy mogą się leczyć do woli i darmo.
Dwa, dzięki ist­nie­niu mię­dzy pacjen­tem (usłu­go­biorca) a leka­rzem (usłu­go­dawca) bez­po­śred­niej rela­cji zre­du­ko­wana zostaje biu­ro­kra­cja, popra­wia się jakość lecze­nia, rośnie jego efek­tyw­ność, a więc spa­dają koszty.
Trzy, mecha­nizm cenowy wpływa moty­wu­jąco na sam per­so­nel medyczny. Lekarz czy pie­lę­gniarka cie­szący się wzię­ciem pacjen­tów zara­biają wię­cej, co via efekt demon­stra­cji wpływa także na pracę innych leka­rzy i pie­lę­gnia­rek; widząc zależ­ność mię­dzy wysił­kiem, wie­dzą a docho­dami, będą się lepiej sta­rać, co ozna­cza dal­szy spa­dek kosz­tów.
Cztery, ilość pie­nię­dzy, jaką możemy prze­zna­czyć na swoje lecze­nie (czy jakieś inne potrzeby) jest pochodną naszych zasług wobec spo­łe­czeń­stwa. Nasze dochody, nasze pen­sje są pro­por­cjo­nalne do war­to­ści, jaką nam, a kon­kret­nie naszemu dzia­ła­niu przy­pi­sują inni ludzie, czyli rynek. Jeśli jeste­śmy im potrzebni, płacą nam wię­cej. Jeśli mniej, płacą mniej. To, jak bar­dzo będziemy potrzebni naszym bliź­nim (kon­su­men­tom) zależy w dużym stop­niu od nas samych. Mówie­nie o tym, że każdy ma taki sam żołą­dek jest spro­wa­dze­niem czło­wieka do poziomu ssaka. War­tość naszej pracy, a tym samym ilość pie­nię­dzy, jaką nam za nią spo­łe­czeń­stwo zapłaci zależy od ilo­ści prze­czy­ta­nych przez nas ksią­żek, ukoń­czo­nych szkół, ambi­cji, od wło­żo­nego wysiłku, uczci­wo­ści, lojal­no­ści, odpo­wie­dzial­no­ści, rze­tel­no­ści, tole­ran­cji ryzyka, pra­co­wi­to­ści i innych cech, jak naj­bar­dziej spo­łecz­nie pożą­da­nych. Powią­za­nie ich z osią­ga­niem korzy­ści mate­rial­nej jest dla ludzi sil­nym moty­wa­to­rem. Sta­rają się być lep­szymi, mądrzej­szymi, uczciw­szymi, bar­dziej kre­atyw­nymi etc., bo to gwa­ran­tuje zamoż­ność. Uraw­ni­łowka wedle kry­te­rium wiel­ko­ści żołądka odbywa się zwy­kle w dół, jest rów­na­niem do gor­szych, a prze­cież nikt nie chce, aby bied­nych pacjen­tów leczyli naj­gorsi leka­rze, czy pielęgniarki.

Rynek

Żeby jed­nak mecha­nizm cenowy dzia­łał sku­tecz­nie, konieczna jest pry­wa­ty­za­cja służby zdro­wia.
Dla­czego pry­wa­ty­za­cja?
Dla­tego, że prawo wła­sno­ści mobi­li­zuje ludzi do lep­szej pracy. W służ­bie uspo­łecz­nio­nej, pań­stwo­wej wydaj­ność dzia­ła­nia jest niż­sza, ponie­waż nie ma tu pry­wat­nego wła­ści­ciela, który wyło­żył na biz­nes (bo służba zdro­wia to biz­nes) swoje wła­sne pie­nią­dze i jeśli nie będzie nas dobrze leczyć, to je straci. Pry­watny wła­ści­ciel nie dba o układy, lecz o wyniki finan­sowe, dla­tego zatrud­nia naj­lep­szych, zwal­nia­jąc lub dys­cy­pli­nu­jąc tych, któ­rzy sobie nie radzą, albo radzić nie chcą. Wie bowiem dobrze, że jeśli nie zado­woli pacjen­tów, może ich stra­cić na rzecz kon­ku­ren­tów. W przy­padku pań­stwo­wej służby zdro­wia kon­ku­ren­tów nie ma. Tam jest mono­pol oparty na zasa­dzie mierny, bierny, ale wierny, a nie zale­tach cha­rak­teru, umie­jęt­no­ściach i doświad­cze­niu per­so­nelu.
Mimo to, ter­min: pry­wa­ty­za­cja lecze­nia wywo­łuje na więk­szo­ści pacjen­tów dreszcz stra­chu. Boją się, że pry­watne kli­niki i leka­rze będą żądać od nich wię­cej niż będzie ich stać. Już dzi­siaj prze­cież pry­watna wizyta jest znacz­nie droż­sza niż wizyta w uspo­łecz­nio­nym zakła­dzie służby zdro­wia. To jest na szczę­ście złu­dze­nie. Pry­watna opieka medyczna, na którą jeste­śmy zdani w sytu­acjach dra­ma­tycz­nych wydaje się być droga z kilku powo­dów. Primo, ponie­waż w sek­to­rze pry­wat­nym działa tylko nie­wielka część leka­rzy, przy­chodni i szpi­tali; secundo, ponie­waż nie liczymy praw­dzi­wych nakła­dów, któ­rych lwia część zabie­rana jest nam na długo przed tym zanim poja­wimy się u leka­rza. Mam na myśli poda­tek ZUS. Gdyby i ten poda­tek dodać do kosz­tów lecze­nia okaże się, że jest ono droż­sze niż w wyda­niu pry­wat­nym. N.b. kupo­wa­nie cze­go­kol­wiek przez pośred­nika jest z reguły droż­sze niż kupo­wa­nie bez­po­śred­nio. Pań­stwo, mini­ster­stwo zdro­wia, Naro­dowy Fun­dusz Zdro­wia, a także w pew­nym stop­niu ZUS są pośred­ni­kami. Szko­dliwe i mar­no­trawne jest też zmu­sza­nie jed­nych do opła­ca­nia usług medycz­nych innych ludzi. Zwłasz­cza, że nie mamy wpływu na ich styl życia, który może by bar­dzo cho­ro­bo­genny (papie­rosy, alko­hol, hulanki, swa­wole), ani na spo­sób wyda­wa­nia tych pie­nię­dzy.
O ile mecha­nizm cenowy (ryn­kowy) w przy­padku dostępu do żyw­no­ści, miesz­kań, samo­cho­dów, mebli, ubrań i tysięcy innych dóbr więk­szość z nas przy­jęła z apro­batą, o tyle w odnie­sie­niu do usług medycz­nych Polacy się zacięli i nadal chcą regla­men­ta­cji, czyli PRL. Trudno się nam dzi­wić. Ten absurd wymy­ślili prze­cież Niemcy, naród ucho­dzący za poważny i doj­rzały, i to już ponad 100 lat temu. W efek­cie, mamy prawo do korzy­sta­nia ze służby zdro­wia, ale brak nam opieki medycz­nej. Nie poma­gają roszady per­so­nalne w mini­ster­stwie zdro­wia, apele poli­ty­ków, strajki leka­rzy czy nowe sys­temy kolej­kowe. Nadal wyma­gamy cze­goś, co jest nie­moż­liwe; wszyst­kiego dla wszyst­kich za takie same pie­nią­dze. Tym­cza­sem bez mecha­ni­zmu, który zachę­ciłby do zwięk­sze­nia podaży usług medycz­nych, do racjo­na­li­za­cji ich wyko­rzy­sta­nia i eli­mi­na­cji mar­no­traw­stwa, defi­cytu usług zli­kwi­do­wać się nie da. Nie tylko zresztą w Pol­sce, także w boga­tej Danii, gdzie np. ope­ra­cje „by-pass” oso­bom po sześć­dzie­siątce robi się raczej nie­chęt­nie, a kolejki do skom­pli­ko­wa­nych badań dia­gno­stycz­nych są tak dłu­gie, iż nie­któ­rzy pacjenci umie­rają zanim się dia­gnozy docze­kają. W Niem­czech nie jest dużo lepiej, o czym świad­czy cho­ciażby – wpro­wa­dzony jesz­cze w 1993 roku – „eks­pe­ry­ment”, o któ­rym piszą auto­rzy niniej­szej książki, pole­ga­jący na kopio­wa­niu systemu…amerykańskiego, co spro­wa­dza się do prawa pacjenta do wyboru mię­dzy kon­ku­ru­ją­cymi ze sobą róż­nymi sys­te­mami ubez­pie­cze­nio­wymi. Ame­ry­kań­ska pry­watna służba zdro­wia, po okre­sie wro­go­ści ze strony sąsiada z pół­nocy, stała się natu­ralną alter­na­tywą dla 70 pro­cent cho­rych Kana­dyj­czy­ków, któ­rzy u sie­bie, gdzie lecze­nie jest dar­mowe, pomar­liby znacz­nie wcze­śniej. Pra­wie 80 pro­cent miesz­kań­ców sto­licy Szwe­cji, Sztok­holmu, rezy­gnuje z pań­stwo­wej opieki medycz­nej na rzecz pry­wat­nej alter­na­tywy. W Anglii ucho­dzą­cej za wzo­rzec dosko­na­łej opiek medycz­nej, za rzą­dów Par­tii Pracy, bądź co bądź par­tii dba­ją­cej o zdo­by­cze socjalne, ponad 7 milio­nów ludzi posiada dziś pry­watne ubez­pie­cze­nie zdro­wotne, a liczba pacjen­tów pła­cą­cych za lecze­nie z wła­snej kie­szeni zwięk­szyła się o 40 pro­cent. Bo ina­czej się nie da…

Strach

Dla­czego tak trudno to zro­zu­mieć?
Dla­czego w kwe­stiach nie-medycznych ludzie godzą się z nie­rów­no­ścią, gniewa ich ona, prze­ły­kają jed­nak ślinę i uznają, że ktoś kto wię­cej pra­cuje, kto się lepiej od innych stara, kto ryzy­kuje, uczy się, jest przed­się­bior­czy, ten ma prawo do wyż­szych zarob­ków, za które może kupo­wać wię­cej lep­szych towa­rów i żyć dostat­niej, niż ktoś kto pra­cuje gorzej, mniej lub nie pra­cuje w ogóle.

Przy­czyną takiego stanu rze­czy jest strach, a wła­ści­wie ignorancja.

Prze­ciętny pol­ski pacjent uważa, że służba zdro­wia jest darmowa.

Ktoś za niego płaci, naj­praw­do­po­dob­niej rząd, on nawet się nie zasta­na­wia, kto i skąd bie­rze na to pie­nią­dze. Bo i po co? Pół biedy, jeśli nic mu nie dolega. Z chwilą pogor­sze­nia się stanu zdro­wia ten idyl­liczny obraz ulega zabu­rze­niu. Oto oka­zuje się, że ta do tej pory dar­mowa usługa jed­nak kosz­tuje. Co gor­sza, kosz­tuje dużo, wycią­ga­ją­cych rękę po zapłatę jest wielu, a chęt­nych do pła­ce­nia – prócz samego pacjenta i jego naj­bliż­szych — brak. Upie­ra­nie się przy wer­sji dar­mo­wej, w sytu­acji zagro­że­nia zdro­wia lub życia, nie wcho­dzi w grę. Trzeba pła­cić, albo cier­pieć. Nie­mal każda pol­ska rodzina staje kie­dyś przed takim dyle­ma­tem.
A mimo to nie godzi się na zmianę sta­tus quo. Dla­czego?
Nie­wielu z nas zna inne sys­temy opieki medycz­nej, rzadko bywamy w szpi­ta­lach zagra­nicz­nych, z podob­nego powodu, temat ten omi­jają media. Ksią­żek, jak ta, którą macie Pań­stwo w rękach nie publi­kuje się w Pol­sce pra­wie w ogóle. Nb. na brak takich pozy­cji zwró­cił mi uwagę spe­cja­li­sta od pro­ble­mów orga­ni­za­cji służby zdro­wia jed­nej z naj­więk­szych pol­skich uczelni eko­no­micz­nych. Przed­miotu nie znają sami przed­sta­wi­ciele służby zdro­wia, leka­rze, czego dobit­nym przy­kła­dem były m.in. wypo­wie­dzi b. mini­stra zdro­wia, Zbi­gniewa Religi, który wie­lo­krot­nie pod­kre­ślał, że „w służ­bie zdro­wia rynek się nie spraw­dza”. Co prawda, rząd jest w sta­nie sam się wyle­czyć, ale prof. Religa, lekarz zna­jący świa­towe stan­dardy służby zdro­wia, powi­nien przy­naj­mniej wie­dzieć, co się spraw­dza, a co nie. Nie można patrzeć na służbę zdro­wia przez pry­zmat wła­snej posady mini­ste­rial­nej, którą w warun­kach wol­nego rynku naj­praw­do­po­dob­niej prof. Religa by stra­cił. Na wol­nym rynku mini­ster­stwo zdro­wia, podob­nie jak mini­ster­stwo han­dlu, współ­pracy z zagra­nicą, gospo­darki i wiele innych byłyby orga­ni­za­cjami zbęd­nymi.
Pod wpły­wem lewi­co­wej pro­pa­gandy i gróźb sze­rzo­nych przez admi­ni­stra­cję państwową,

prze­ciętny pacjent uważa, że gdyby nie pań­stwo, umarłby w bólach i mękach w wieku 25 lat pozba­wiony szans na opiekę medyczną.

Tak myślą nie tylko Polacy. Powszechną służbę zdro­wia popie­rają Fran­cuzi, Niemcy, Holen­drzy, Czesi, Włosi, Hisz­pa­nie, ostat­nio nawet Ame­ry­ka­nie. Ponad połowa oby­wa­teli Sta­nów Zjed­no­czo­nych ule­gła już napo­rowi sił lewicy i domaga się upań­stwo­wie­nia health service, czego owo­cem jest ponad pięć­dzie­się­cio­pro­cen­towe popar­cie dla ambi­cji pre­zy­denc­kich p. Hil­lary Clin­ton, kan­dy­datki zna­nej z nie­chęci do rynku, orę­dow­niczki pań­stwo­wej służby zdro­wia. Trudno w takich oko­licz­no­ściach upie­rać się, że wszy­scy są głupi. Coś widocz­nie musi być na rze­czy…
I tu potwier­dza się odwieczne spo­strze­że­nie, że czło­wiek, bez względu na rasę, wykształ­ce­nie, zamoż­ność, płeć, czy wiek chęt­niej posłu­guje się emo­cjami niż rozu­mem. Prze­ciętny Kowal­ski, ale i Schmidt, Sven­son czy Smith uważa, że będzie bar­dziej cho­ro­wity niż sta­ty­styczna śred­nia i dla­tego godzi się mimo wszystko na taki chory układ. Liczy bowiem, że ktoś za te jego nad­mierną cho­ro­wi­tość zapłaci. Tym­cza­sem skru­pu­latny rachu­nek i logika dowo­dzą, o czym piszą auto­rzy książki, że naj­ta­niej kupu­jemy wtedy, gdy każdy płaci za sie­bie i gdy ma wybór. I choć teo­re­tycz­nie uspo­łecz­nie­nie sys­temu opieki zdro­wot­nej ze względu na efekt skali powinno wpły­nąć na obni­że­nie kosz­tów opieki medycz­nej, przy mono­polu pań­stwa, pod nie­obec­ność kon­ku­ren­cji i pry­wat­nej wła­sno­ści jest to alter­na­tywa droż­sza i gor­sza. I choć­by­śmy zmie­niali ustawy, co dwa tygo­dnie, sytu­acja się nie zmieni, bo cele pacjen­tów i poli­ty­ków są sprzeczne. My wyda­jemy pie­nią­dze wła­sne, poli­tycy cudze. Nam cho­dzi o to, by na zdro­wie wyda­wać jak naj­mniej, im, prze­ciw­nie, oni kupują dla sie­bie głosy w wybo­rach. Podobne pro­blemy mają Niemcy, Fran­cuzi, Anglicy a w mniej­szym stop­niu nawet Ame­ry­ka­nie. Oni wszy­scy mają jed­nak od lat rów­no­le­gle pry­watną służbę zdro­wia, mocne firmy ubez­pie­cze­niowe i znacz­nie wię­cej pie­nię­dzy.
Dla Pola­ków naj­lep­szym wyj­ściem jest uwol­nie­nie służby zdro­wia spod rzą­dów pań­stwa, wpro­wa­dze­nie kon­ku­ren­cji na rynku usług medycz­nych, przy­wró­ce­nie „archa­icz­nego” sys­temu, w któ­rym pacjent płaci temu, kto go leczy. Usługi medyczne są takim samym towa­rem, jak mleko, ben­zyna czy ziem­niaki, a skoro tak, płaćmy za nie tak, jak pła­cimy za mleko, ben­zynę czy ziem­niaki. W inte­re­sie wła­snego zdro­wia, pacjent musi dbać o port­fela leka­rza, który w tro­sce o swój port­fel dba o stan zdro­wia pacjenta. Pośred­ni­ków nie potrzeba. Poza jed­nym – poza ubezpieczeniem.

Co począć z pechowcami?

Nasze zdro­wie, podob­nie jak wszystko na tym świe­cie jest w ogrom­nym stop­niu nie­prze­wi­dy­walne. Może się zda­rzyć, że dotknie nas cho­roba, na któ­rej lecze­nie nie będzie nas stać. Czy mamy umrzeć w przy­tułku? Skądże znowu. Już pra­wie 300 lat temu przed­się­bior­czy Anglicy i Holen­drzy wymy­ślili pry­watne firmy, które za nie­wy­gó­ro­waną opłatą są w sta­nie prze­jąć od poten­cjal­nego pacjenta ryzyko kata­strofy finan­so­wej. Kar­ło­wa­tym przy­kła­dem takiej dzia­łal­no­ści jest Zakład Ubez­pie­czeń Spo­łecz­nych. Jeśli jed­nak pań­stwo zwróci tro­skę o zdro­wie w ręce oby­wa­teli, firm, które za nie­wielką opłatą zapłacą za nasze lecze­nie będzie wię­cej. One przejmą od nas ryzyko upa­dło­ści spo­wo­do­wane wypad­kiem czy ciężką cho­robą, gwa­ran­tu­jąc nam tyle opieki medycz­nej, ile chcemy, czyli za ile zapła­cimy.
Jeśli mimo to znajdą się ludzie, któ­rzy sobie obo­wią­zek ubez­pie­cze­nia medycz­nego zlek­ce­ważą, ana­lo­gicz­nie do innych obsza­rów dzia­ła­nia, można ich będzie leczyć za pie­nią­dze zgro­ma­dzone przez orga­ni­za­cje cha­ry­ta­tywne. Złożą się na nie dobro­wol­nie dobro­czyńcy pry­watni, fun­da­cje, biz­nes, kościoły i inne insty­tu­cje, któ­rych nie bra­kuje. Można mieć nadzieję, że środki będące w ich dys­po­zy­cji będą wyda­wane racjo­nal­nie i pod kon­trola. Nie może być tak, jak to ma miej­sce w Zako­pa­nem, Pabia­ni­cach czy w więk­szo­ści miast śred­niej wiel­ko­ści, że gros pie­nię­dzy trwoni się bez­tro­sko na lecze­nie zatruć alko­ho­lo­wych, czy skut­ków bójek mię­dzy lokal­nymi klo­szar­dami.
Tak jak w przy­padku ubez­pie­cze­nia dro­go­wego ist­nieje klau­zula pokry­cia strat wyni­kłych z koli­zji z osobą nie ubez­pie­czoną, tak w przy­padku indy­wi­du­al­nego ubez­pie­cze­nia zdro­wot­nego może ist­nieć klau­zula ubez­pie­cze­nia osoby, która nie jest w sta­nie się ubez­pie­czyć. Ist­nieje tu co prawda zagro­że­nie pokusą nad­uży­cia, ale i to można jakoś roz­wią­zać. W przy­padku osób zło­śli­wie uchy­la­ją­cych się od wyku­pie­nia (posia­da­nia) ubez­pie­cze­nia można wpro­wa­dzić obo­wią­zek pokry­wa­nia strat lub pracy przy­mu­so­wej na rzecz poszko­do­wa­nych. Można też zobo­wią­zać człon­ków rodziny do pokry­wa­nia ubez­pie­cze­nia krew­nym i powi­no­wa­tym. To może być sku­teczny mecha­nizm odstra­sza­jący od nadużyć.

Warun­kiem poprawy w każ­dym z wymie­nio­nych obsza­rów dzia­ła­nia służby zdro­wia, jest zabra­nie jej z rąk pań­stwa.
Nie dość, że poli­tycy do kry­zysu w służ­bie zdro­wia dopro­wa­dzili, to nadal robią wszystko, aby było trudno. Chcą nas w ten spo­sób prze­ko­nać (czy­taj: zmu­sić!) do dal­szego powie­rza­nia im kil­ku­na­stu pro­cent dochodu naro­do­wego. Wie­dząc dobrze, że znaczna część tych pie­nię­dzy pozo­sta­nie w ich kie­sze­niach, zro­bią wszystko, aby ist­nie­ją­cego sta­tus quo nie zmie­niać.
Kry­zys w opiece medycz­nej doszedł jed­nak do takiego punktu, że ryzyko utrzy­my­wa­nia ist­nie­ją­cego stanu rze­czy zagraża wręcz bytowi narodu. Dla­tego zde­cy­do­wa­li­śmy się na publi­ka­cję „Jak uzdro­wić służbę zdrowia”.

Jan M. Fijor
„Fijorr Publi­shing” 2008-05-01

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 2

  1. ZQW pisze:

    To co Pan pisze to „oczy­wi­sta oczywistość”.Nie bie­rze Pan pod uwagę bene­fi­cjen­tów sys­temu — lobby ordynatorsko-profesorskiego oraz kon­cer­nów farmaceutycznych.Obecny sys­tem to zaprze­cze­nie sys­temu ubez­pie­cze­nio­wego ( a nie jego kary­ka­tura jak Pan twier­dzi ) — bo ubez­pie­czal­nia płaci za usługi na jakie stać każ­dego ( wizyta w przy­chodni i drobne zabiegi ) a pacjenci wyma­ga­jący dro­giego lecze­nia nie mają co liczyć na usługę.A tak na mar­gi­ne­sie bar­dzo mi się podoba Pana pomysł ogra­ni­cze­nia popytu poprzez wpro­wa­dze­nie loso­wań w doste­pie do leka­rza . Wydaje mi się naj­bar­dziej spra­wie­dliwy ( społecznie ).

  2. Sławomir Staszak pisze:

    Tzw. „koszyk świad­czeń gwa­ran­to­wa­nych” to żało­sna (nie­udana, o czym jesz­cze nie­któ­rzy nie wie­dzą) próba reani­ma­cji cho­rego sys­temu… A ten sys­tem trzeba po pro­stu dobić, aby wokół trupa odro­dziło się nor­malne życie, oparte na wol­no­ści, wol­nym rynku… na zasa­dzie chcą­cemu nie dzieje się krzywda… To co napi­sa­łem jest banalne, jest powiedzmy tzw. „oczy­wi­stą oczy­wi­sto­ścią” o któ­rej wspo­mniał ZQW, ale nie dla wszyst­kich– a dokład­nie dla jakiś 3% spo­łe­czeń­stwa. I dla­tego wła­śnie, jest sens o tych oczy­wi­stych przy­czy­nach stanu służby pisać… Zwłasz­cza w okre­sie sza­le­ją­cej demo­kra­cji. Gdyby była monar­chia, wystar­czy­łoby, gdyby Pan fijor zamiast publi­ko­wać w inter­ne­cie oczy­wi­sto­ści, dru­ko­wał je i wysy­łał pocztą do króla, aby pró­bo­wac prze­ko­nać go na libe­ra­lizm. A tak musi się męczyć i prze­ko­ny­wać miliony. Zamiast argu­men­to­wać u suwerena-monarchy, musi się gim­na­sty­ko­wać przed suwerenem-ludem o 28 milio­nach oso­bo­wo­ści, czyli władcą schi­zo­fre­ni­kiem, czyli cho­rym umy­słowo… A do takiego trzeba jak do dziecka: powoli, dokład­nie, naj­le­piej na obraz­kach, naj­pro­ściej jak tylko moż­liwe, bez skró­tów myślo­wych, za pomocą „oczy­wi­stych oczywistości”.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*