Demokracja

Demo­kra­cja jest pro­ce­sem wyboru przy­wód­ców lub kon­kret­nych roz­wią­zań i dla­tego należy ją potrak­to­wać jako osobne zagad­nie­nie w sto­sunku do tego, co roz­wa­ża­li­śmy do tej pory: natury i kon­se­kwen­cji róż­nych dzia­łań podej­mo­wa­nych przez pań­stwo. W demo­kra­cji mogą zostać wybrane do reali­za­cji pro­gramy rela­tyw­nie lese­fe­ry­styczne, jak też rela­tyw­nie inter­wen­cjo­ni­styczne. Podob­nego wyboru może doko­nać dyk­ta­tor. A jed­nak pro­blemu two­rze­nia rządu nie można cał­ko­wi­cie oddzie­lić od kwe­stii pro­wa­dzo­nej przez niego poli­tyki. Omó­wimy teraz nie­które związki mię­dzy demo­kra­tycz­nym wybo­rem a dzia­ła­niami władz.

Demo­kra­cja jest sys­te­mem rzą­dów więk­szo­ści, w któ­rym każdy oby­wa­tel ma jeden głos przy podej­mo­wa­niu decy­zji albo o wdro­że­niu okre­ślo­nych roz­wią­zań praw­nych, albo o wybo­rze przy­wód­ców, któ­rzy następ­nie będą podej­mo­wać decy­zje w jego imie­niu. Jest to sys­tem pełen wewnętrz­nych sprzeczności.

Po pierw­sze, załóżmy, że przy­tła­cza­jąca więk­szość chce, by wła­dzę spra­wo­wał cie­szący się popu­lar­no­ścią dyk­ta­tor, albo by wpro­wa­dzić sys­tem jed­no­par­tyjny. Czy sys­tem demo­kra­tyczny może na dro­dze gło­so­wa­nia zakoń­czyć swoje ist­nie­nie? Chcący na to pyta­nie odpo­wie­dzieć demo­krata, łapie się w pułapkę sprzecz­no­ści. Jeśli więk­szość może wynieść do wła­dzy dyk­ta­tora, który zli­kwi­duje wybory, to demo­kra­cja może zakoń­czyć w ten spo­sób swoje ist­nie­nie, mimo zgody więk­szo­ści na rządy dyk­ta­tor­skiej par­tii lub jed­nostki. W takim przy­padku demo­kra­cja staje się eta­pem przej­ścio­wym do nie­de­mo­kra­tycz­nej formy rzą­dów. Z kolei, jeśli, jak się obec­nie utrzy­muje, w demo­kra­cji więk­szo­ści nie wolno uczy­nić jed­nej rze­czy – poło­żyć kresu demo­kra­tycz­nemu pro­ce­sowi gło­so­wa­nia – to nie jest to już demo­kra­cja, ponie­waż wła­dza nie należy do więk­szo­ści wybor­ców. Pro­ces gło­so­wa­nia może pozo­stać, lecz jak może on wyra­żać pod­sta­wową dla demo­kra­cji zasadę rzą­dów więk­szo­ści, jeśli więk­szość nie może go zli­kwi­do­wać, gdyby takie było jej życze­nie? Krótko mówiąc, demo­kra­cja wymaga speł­nie­nia dwóch warun­ków: rzą­dów więk­szo­ści w zakre­sie wyboru zarząd­ców lub roz­wią­zań praw­nych i okre­so­wego gło­so­wa­nia, w któ­rym każdy dys­po­nuje taką samą siłą głosu. A zatem jeśli więk­szość pra­gnie zakoń­czyć pro­ces wybor­czy, demo­kra­cji nie można utrzy­mać, nie­za­leż­nie jakie przyj­miemy roz­wią­za­nie oma­wia­nego dyle­matu. Ideę, że „więk­szość musi zacho­wać wol­ność mniej­szo­ści do sta­nia się więk­szo­ścią”, można postrze­gać nie jako zasadę zacho­wu­jącą demo­kra­cję, ale po pro­stu arbi­tralny osąd poli­to­loga (w każ­dym razie pozo­sta­nie on arbi­tralny, dopóki nie zosta­nie uza­sad­niony z pomocą logicz­nej teo­rii etycz­nej).[1].

Dyle­mat ten poja­wia się nie tylko wtedy, gdy więk­szość chce wybrać dyk­ta­tora, ale rów­nież wtedy, gdy pra­gnie usta­no­wić cał­ko­wi­cie wolne spo­łe­czeń­stwo, jakie nakre­śli­li­śmy wcze­śniej. W takim spo­łe­czeń­stwie nie ma mono­po­li­stycz­nej orga­ni­za­cji pań­stwo­wej, a równe wybory orga­ni­zo­wane byłyby tylko w spół­dziel­niach, które zawsze były nie­wy­daj­nymi for­mami orga­ni­za­cji. Jedyną istotną formą gło­so­wa­nia byłoby gło­so­wa­nie akcjo­na­riu­szy spółek akcyj­nych, któ­rych głosy nie byłyby równe, lecz pro­por­cjo­nalne wobec ich udzia­łów we wła­sno­ści akty­wów spółki.[2]. W takim w pełni wol­nym spo­łe­czeń­stwie demo­kra­tyczni wyborcy nie mie­liby nad czym gło­so­wać. Demo­kra­cja może być tylko moż­liwą drogą w stronę wol­nego spo­łe­czeń­stwa, a nie jego atrybutem.

Demo­kra­cja nie mogłaby rów­nież funk­cjo­no­wać w socja­li­zmie. Rzą­dząca par­tia, dys­po­nu­jąc wszyst­kimi środ­kami pro­duk­cji, będzie mogła decy­do­wać, przy­kła­dowo, ile pie­nię­dzy przy­znać par­tiom opo­zy­cyj­nym na pro­pa­gandę, nie wspo­mi­na­jąc o jej eko­no­micz­nej wła­dzy nad wszyst­kim lide­rami i człon­kami opo­zy­cji. W sytu­acji, gdy rzą­dząca par­tia decy­duje o docho­dzie każ­dego czło­wieka i alo­ka­cji wszyst­kich zaso­bów, trudno sobie wyobra­zić, by jaka­kol­wiek opo­zy­cja poli­tyczna długo prze­trwała.[3]. Jedyną opo­zy­cją, jaka mogłaby się wyło­nić, nie byłyby opo­zy­cyjne par­tie, star­tu­jące w wybo­rach, ale różne admi­ni­stra­cyjne kliki wewnątrz rzą­dzą­cej par­tii, podob­nie jak to się dzieje w pań­stwach komunistycznych.

Demo­kra­cja nie pasuje więc ani do cał­ko­wi­cie wol­nego spo­łe­czeń­stwa, ani do socja­li­zmu. Mówi­li­śmy już o tym (i będziemy jesz­cze mówić), że tylko te dwa spo­łe­czeń­stwa są sta­bilne, a formy pośred­nie znaj­dują się w sta­nie „nie­sta­bil­nej rów­no­wagi”, cią­żąc zawsze w kie­runku jed­nego z bie­gu­nów. Ozna­cza to, że demo­kra­cja, w swej isto­cie, sama jest nie­sta­bilną i przej­ściową formą rządów.

 Demo­kra­cja cierpi rów­nież na wiele innych sprzecz­no­ści. Demo­kra­tyczne gło­so­wa­nie może peł­nić dwie funk­cje: okre­śla­nie poli­tyki rządu albo wybór przy­wód­ców. Ta pierw­sza funk­cja jest zgodna z tym, co Schum­pe­ter nazwał „kla­syczną” teo­rią demo­kra­cji, według któ­rej więk­szość miała gło­so­wać nad kon­kret­nymi kwe­stiami.[4]. Druga funk­cja jest reali­za­cją teo­rii mówią­cej, że rządy więk­szo­ści powinny się ogra­ni­czać do wyboru przy­wód­ców, któ­rzy następ­nie podej­mują decy­zje doty­czące poli­tyki pań­stwa. Cho­ciaż więk­szość poli­to­lo­gów popiera to dru­gie roz­wią­za­nie, dla więk­szo­ści ludzi demo­kra­cja jest tym, czym mówi pierw­sza teo­ria, i dla­tego omó­wimy ją najpierw.

Zgod­nie z teo­rią „woli ludu”, demo­kra­cja bez­po­śred­nia – gło­so­wa­nie przez wszyst­kich oby­wa­teli nad każdą kwe­stią, tak jak na zebra­niach miej­skich w Nowej Anglii – jest ide­al­nym roz­wią­za­niem ustro­jo­wym. Jed­nakże uważa się, że współ­cze­sna cywi­li­za­cja i spo­łe­czeń­stwo, ze wszyst­kimi swo­imi zawi­ło­ściami, czy­nią demo­kra­cję bez­po­śred­nią prze­sta­rzałą, dla­tego musimy zado­wo­lić się mniej dosko­nałą „demo­kra­cją repre­zen­ta­tywną” (daw­niej zwaną „repu­bliką”), w któ­rej ludzie wybie­rają repre­zen­tan­tów, mają­cych za zada­nie reali­zo­wać ich wolę w kwe­stiach poli­tycz­nych. Nie­mal natych­miast poja­wiają się pro­blemy logiczne. Pierw­szym jest to, że różne ordy­na­cje wybor­cze, gra­nice okrę­gów wybor­czych, wszyst­kie rów­nie arbi­tralne, czę­sto mają znaczny wpływ na obraz „woli ludu”. Jeśli kraj zosta­nie podzie­lony na okręgi, to „machi­na­cje wybor­cze” wpi­sane są w akt podziału: nie ma satys­fak­cjo­nu­ją­cej, racjo­nal­nej metody prze­pro­wa­dze­nia takiego podziału. Par­tia, która jest u wła­dzy w momen­cie doko­ny­wa­nia podziału, lub zmiany ist­nie­ją­cego, nie­uchron­nie będzie tak usta­na­wiać okręgi, by zwięk­szyć swoje szanse. Lecz żaden inny spo­sób podziału nie będzie bar­dziej racjo­nalny, ani lepiej wyra­ża­jący wolę więk­szo­ści. Po za tym sam podział powierzchni ziemi na kraje jest arbi­tralny. Czy „demo­kra­cja” ozna­cza, że więk­szo­ściowa grupa w jakimś okręgu powinna móc ogło­sić sece­sję i sfor­mo­wać swój wła­sny rząd, albo przy­łą­czyć się do innego kraju? Czy demo­kra­cja ozna­cza rządy więk­szo­ści na więk­szym czy mniej­szym obsza­rze? Krótko mówiąc, która więk­szość powinna się liczyć? Samo poję­cie naro­do­wej demo­kra­cji jest pełne sprzecz­no­ści. Jeśli mamy przy­jąć, że w kraju X powinna rzą­dzić więk­szość, to można rów­nież argu­men­to­wać, że więk­szość w jakimś regio­nie kraju X powinna mieć prawo rzą­dzić sobą i oddzie­lić się od tego kraju. Taki pro­ces podziału można by logicz­nie popro­wa­dzić aż do wio­ski, kamie­nicy, wresz­cie – każ­dego czło­wieka, dopro­wa­dza­jąc do końca rzą­dów demo­kra­tycz­nych poprzez reduk­cję rządu do indy­wi­du­al­nego rządu każ­dego czło­wieka. Lecz jeśli odma­wia się prawa sece­sji, to naro­dowy demo­krata musi uznać, że licz­niej­sza lud­ność innych kra­jów powinna mieć prawo prze­gło­so­wać jego kraj; i tak musi wnio­sko­wać dalej aż do rządu świa­to­wego opar­tego na regule rzą­dów więk­szo­ści lud­no­ści świata. Krótko mówiąc, demo­krata, który jest zwo­len­ni­kiem rządu naro­do­wego, popada w sprzecz­ność; musi popie­rać ideę rządu świa­to­wego, albo braku rządu w ogóle.

Pro­blem geo­gra­ficz­nych gra­nic okrę­gów wybor­czych nie jest jedy­nym, na który napo­tyka demo­kra­cja przed­sta­wi­ciel­ska. Nie­wąt­pli­wie konieczna jest jakaś forma pro­por­cjo­nal­nej repre­zen­ta­cji, aby odzwier­cie­dlić prze­krój opi­nii publicz­nej. Naj­lep­sza byłaby pro­por­cjo­nalna repre­zen­ta­cja całego kraju – albo świata – dzięki czemu przekroju opi­nii nie znie­kształcałyby kwe­stie geo­gra­ficzne. Lecz różne formy repre­zen­ta­cji pro­por­cjo­nal­nej dadzą różne wyniki. Kry­tycy repre­zen­ta­cji pro­por­cjo­nal­nej odpo­wia­dają, że ciało usta­wo­daw­cze wybrane w opar­ciu o tę zasadę byłoby nie­sta­bilne, a wybory powinny wyło­nić sta­bilną więk­szość par­la­men­tarną. Lecz jeśli chcemy wybrać repre­zen­ta­cję spo­łe­czeń­stwa, to powinna ona odzwier­cie­dlać jego prze­krój, a nie­sta­bil­ność repre­zen­ta­cji jest jedy­nie funk­cją nie­sta­bil­no­ści lub róż­no­rod­no­ści samej opi­nii publicz­nej. Argu­ment „sku­tecz­nego rządu” można przy­jąć tylko wtedy, gdy odrzu­cimy kla­syczną teo­rię „woli więk­szo­ści” i przyj­miemy drugą teo­rię – że jedyną funk­cją więk­szo­ści jest wybór przywódców.

Lecz nawet pro­por­cjo­nalna repre­zen­ta­cja nie byłaby tak dobra – według kla­sycz­nego poglądu na demo­kra­cję – jak demo­kra­cja bez­po­śred­nia i tutaj docho­dzimy do kolej­nego waż­nego i zanie­dby­wa­nego spo­strze­że­nia: współ­cze­sna tech­no­lo­gia umoż­li­wia demo­kra­cję bez­po­śred­nią. Każdy czło­wiek mógłby gło­so­wać kilka razy w tygo­dniu nad róż­nymi pro­po­zy­cjami przez zare­je­stro­wa­nie swo­jego głosu na urzą­dze­niu dołą­czo­nym do odbior­nika tele­wi­zyj­nego. Nie byłoby trudno to prze­pro­wa­dzić. A jed­nak, dla­czego nikt na serio nie pro­po­nuje powrotu do demo­kra­cji bez­po­śred­niej, gdy stała się ona moż­liwa w prak­tyce? Ludzie mogliby wybie­rać repre­zen­tan­tów na zasa­dzie pro­por­cjo­nal­nej repre­zen­ta­cji, jedy­nie jako dorad­ców, przed­sta­wiać im rachunki, lecz sami doradcy nie mie­liby prawa do głosu. Osta­teczny głos nale­żałby do ludzi, gło­su­ją­cych bez­po­śred­nio. W pew­nym sen­sie cały elek­to­rat byłby cia­łem usta­wo­daw­czym, a repre­zen­tanci mogliby peł­nić funk­cję komi­sji przy­go­to­wu­ją­cej ustawy. Zwo­len­nik kla­sycz­nego poglądu na demo­kra­cję musi zatem albo poprzeć likwi­da­cję ciał usta­wo­daw­czych (i, oczy­wi­ście, prawo weta), albo odrzu­cić swoją teorię.

Nie­wąt­pli­wie wobec demo­kra­cji można przed­sta­wić zastrze­że­nie, że ludzie są nie­do­in­for­mo­wani i dla­tego nie są w sta­nie decy­do­wać w skom­pli­ko­wa­nych kwe­stiach. Lecz w takim wypadku demo­krata musi cał­ko­wi­cie odrzu­cić kla­syczną teo­rię, że więk­szość powinna decy­do­wać w kon­kret­nych kwe­stiach i przy­jąć współ­cze­sną dok­trynę, że demo­kra­cja to oparty na gło­sie więk­szo­ści wybór przy­wód­ców, któ­rzy następ­nie decy­dują o poli­tyce pań­stwa. Zaj­mijmy się więc tą dok­tryną. Podob­nie jak teo­ria kla­syczna napo­tyka ona pro­blem gra­nic okrę­gów wybor­czych; zarówno „nowo­cze­sny demo­krata” (jeśli możemy tak go nazwać), jak i „kla­syczny demo­krata” muszą postu­lo­wać albo rząd świa­towy, albo żaden. Nowo­cze­sny demo­krata może w opar­ciu o swoje poglądy odrzu­cać powszechne gło­so­wa­nie za pomocą urzą­dzeń tech­nicz­nych, a nawet repre­zen­ta­cję pro­por­cjo­nalną, i poprzeć obecny sys­tem poje­dyn­czych okrę­gów wybor­czych. Lecz musi sta­wić czoło innemu dyle­ma­towi: jeśli jedyną funk­cją gło­su­ją­cych ludzi jest wybór przy­wód­ców, po co w ogóle wybie­rać par­la­ment? Dla­czego nie można po pro­stu gło­so­wać perio­dycz­nie na prze­wod­ni­czą­cego egze­ku­tywy, albo pre­zy­denta, i na tym poprze­stać? Jeśli sku­tecz­ność i sta­bil­ność rzą­dów mają sta­no­wić kry­te­rium, to poje­dyn­czy przy­wódca będzie bar­dziej sta­bilny niż ciało usta­wo­daw­cze, które może podzie­lić się na wal­czące grupy i zablo­ko­wać dzia­ła­nie rządu. Chcąc postą­pić logicz­nie, nowo­cze­sny demo­krata powi­nien także odrzu­cić ideę ciała usta­wo­daw­czego i opto­wać za powie­rze­niem całej wła­dzy legi­sla­cyj­nej w ręce wybra­nego przy­wódcy. Wydaje się, że obie teo­rie demo­kra­cji powinny odrzu­cić całą ideę repre­zen­ta­tyw­nego zgro­ma­dze­nia ustawodawczego.

Mur­ray N. Roth­bard (frag­ment Inter­wen­cjo­ni­zmu)


[1] Idea, że w demo­kra­cji należy zmu­sić więk­szość do pozo­sta­wie­nia mniej­szo­ści wol­no­ści do sta­nia się więk­szo­ścią, jest pod­jętą przez teo­re­ty­ków socjal­de­mo­kra­cji próbą usank­cjo­no­wa­nia tych rezul­ta­tów demo­kra­cji, które im się podo­bają (inter­wen­cjo­nizm gospo­dar­czy, socja­lizm), wyklu­cze­nia nato­miast tych, które im się nie podo­bają (naru­sza­nie „praw czło­wieka”, wol­no­ści wypo­wie­dzi, itd.). Chcą to osią­gnąć poprzez pod­nie­sie­nie swo­ich osą­dów etycz­nych do rangi „nauko­wej” defi­ni­cji demo­kra­cji. Pomi­ja­jąc wewnętrzną sprzecz­ność pro­po­no­wa­nej przez nich zasady, nie stwa­rza ona tak rygo­ry­stycz­nych ogra­ni­czeń, jak im się wydaje. Przy­kła­dowo, więk­szość mogłaby w demo­kra­cji zade­cy­do­wać o uśmier­ce­niu Murzy­nów lub rudych, gdyż nie ma szans, by takie grupy mniej­szo­ściowe stały się więk­szo­ścią. O pra­wach czło­wieka i pra­wach wła­sno­ści będziemy jesz­cze mówić.

[2] Dla Spen­cera Heatha jest to jedyna auten­tyczna forma demokracji:

Gdy grupa osób na pod­sta­wie umowy łączy swoje osobne tytuły wła­sno­ści, uzy­sku­jąc udziały w cało­ści, wybiera meneadże­rów oraz na inne spo­soby korzy­sta z wła­dzy nad mająt­kiem na dro­dze gło­so­wa­nia, jako part­ne­rzy, udzia­łowcy lub inni bene­fi­cjenci. Jest to auten­tycz­nie demo­kra­tyczne, gdyż wszy­scy korzy­stają z wła­dzy pro­por­cjo­nal­nie do swego wkładu. Wobec nikogo nie sto­suje się siły i wszy­scy mogą wyco­fać swoje człon­ko­stwo i mają­tek, podob­nie jak go je wpro­wa­dzili. (Heath, Cita­del, Mar­ket, and Altar, s. 234).

[3] Nawet gdyby, co jest bar­dzo mało praw­do­po­dobne – zwłasz­cza w świe­tle faktu, że w socja­li­zmie u wła­dzy są ludzie naj­le­piej posłu­gu­jący się siłą – socja­li­styczni przy­wódcy byli świę­tymi ludźmi, pra­gną­cymi zapew­nić opo­zy­cji poli­tycz­nej wszel­kie szanse, i nawet gdyby opo­zy­cja była nie­zwy­kle boha­ter­ska i ujaw­niła się, ryzy­ku­jąc likwi­da­cję, w jaki spo­sób rzą­dzący mogliby zde­cy­do­wać o prze­zna­cze­niu środ­ków dla opo­zy­cji? Czy prze­ka­za­liby fun­du­sze i zasoby wszyst­kim par­tiom opo­zy­cyj­nym? Czy tylko opo­zy­cji pro­so­cja­li­stycz­nej? Ile prze­ka­za­liby każ­dej partii?

[4] Zob. Schum­pe­ter, Capi­ta­lism, Socia­lism and Demo­cracy, pas­sim.

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 5

  1. H.K. pisze:

    Z prze­pro­wa­dzo­nego „dowo­dze­nia” widać, że demo­kra­cja w jakiej­kol­wiek for­mie jest uto­pią — czymś wymy­ślo­nym, ale nie dają­cym się wpro­wa­dzić w życie, tzn. wpro­wa­dzić w stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, że zadziała w każ­dych, moż­li­wych warun­kach. Wynika z tego przed­sta­wie­nia, że nie ma takiego ustroju, który by zado­wo­lił wszyst­kich, choć od dawna wia­domo, że naj­bar­dziej pre­fe­ro­waną była przez filo­zo­fów monar­chia, a demo­kra­cja była tym naj­gor­szym ustro­jem z trzech pod­sta­wo­wych. A współ­cze­sność chce ten naj­gor­szy model uznać za naj­lep­szy. I tak robi — na siłę! Bo chce — nie że to jest obiek­tywna prawda. A w Biblii mamy przy­kład kró­lew­skich rzą­dów… tylko trzech izra­el­skich monar­chów, gdyż Izra­eli­tom też się zachciało kró­lów jak to obser­wo­wali wszę­dzie naokoło. Ale Bóg ich naj­pierw ostrzegł przed takimi rzą­dami, ile to ich będzie kosz­to­wało, ale oni się uparli, bo c h c i e l i! Więc pozwo­lił… i skoń­czyło się na trzech. Święty Tomasz z Akwinu rozu­mo­wał pro­sto: naj­lep­sza jest monar­chia, bo jeden jest Bóg. I to jest rze­czy­wi­sty, naj­lep­szy model (naj­mniej szko­dliwy), choć tak i tak będzie po ludzku zawodny… gdyż rozu­mo­wa­nie i dzia­ła­nie czło­wieka jest zawodne. Ale demo­kraci chyba nie chcą tej zawod­no­ści przy­jąć do wia­do­mo­ści — cią­gle wie­rzą, że kie­dyś czło­wiek sta­nie się nie­za­wodny, czyli sta­nie się Bogiem. Nie c h c ą (wol­ność) przy­jąć, że to uto­pia. Ale Bóg zapo­wie­dział swoje Kró­le­stwo, gdzie on będzie Jedy­nym Władcą, bez prawa weta, gdyż ci, co weto­wali są chyba w demo­kra­cji pie­kiel­nej — tam każdy ma swój głos, a każdy ich głos jest inny, sprzeczny z dru­gim. W Kró­le­stwie Boga każdy też ma swój głos, ale każdy ten głos staje się czę­ścią Jedy­no­ści Boga. Jest to wciąż się wypeł­nia­jące bogac­two. Ale tam monar­chą jest sam Bóg!

  2. Jan M Fijor pisze:

    Mnie sie wydaje, ze ustro­jem naj­lep­szym z wszyst­kich jest anar­cho­ka­pi­ta­lizm, czyli sys­tem oparty na wol­nym rynku i pry­wat­nej wla­sno­sci. Demo­kra­cja na pewno pro­wa­dzi do socja­li­zmu, a to jest bledna droga.

    Ukłony

  3. H.K. pisze:

    W ziem­skich warun­kach praw­do­po­dob­nie tak… gdyż naj­bliż­szy powo­ła­niu zawod­nego czło­wieka do wol­no­ści, osa­dzo­nego w tym przej­ściu do Boga, do Jego Kró­le­stwa.
    Pozdrowienia

  4. Jan M Fijor pisze:

    No, tak, Jezus oddał zycie za to, żeby czło­wieka uwol­nić od grze­chu, żeby dać mu wol­ność. jak mozna sobi9e czyni Zie­mię pod­daną bez pracy, a jak pra­co­wać bez wolności?

    Pozdra­wiam

  5. Alan S. pisze:

    Panie Janku, moim skrom­nym zda­niem naprawdę rze­telne pod­su­mo­wa­nie „naj­lep­szego z moż­li­wych ustrojów”!

    Co do samej kon­cep­cji wyboru w demo­kra­cji, poja­wia się tutaj kolejny absurd i sprzecz­ność. W demo­kra­cji (bez­po­śred­niej lub nie) teo­re­tycz­nie więk­szość powinna decy­do­wać, a więc mieć moż­li­wość wyda­wa­nia dowol­nych decy­zji (zakła­damy że jedy­nym ogra­ni­cze­niem musi być ich konstytucyjność).

    Jed­nak takiej moż­li­wo­ści NIE MA, jest jedy­nie moż­li­wość wyboru jed­nej z dostęp­nych opcji (a opcje które może wybrać więk­szość zostały usta­lone przez ludzi „na górze”) — a więc jest to sprzeczne ze wspo­mnianą wyżej dok­tryną demokracji.

    Oczy­wi­ście ktoś może powie­dzieć, że zaim­ple­men­to­wa­nie sys­temu demo­kra­tycz­nego z „płyn­nym” mode­lem podej­mo­wa­nia przez oby­wa­teli decy­zji (tj. nie wybie­ramy z pośród opcji, tylko każdy wybiera co lub kogo chce) jest prak­tycz­nie nie­moż­liwe. Z tym, że jeśli jest to nie­moż­liwe, to tylko kolejny dowód na nie­spraw­ność tego ustroju.

    Pozdra­wiam,
    Alan

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*