Dlaczego Latynosom się nie udaje?

Mario Var­gas Llosa Kiedy w 1958 roku odwie­dzi­łem Hisz­pa­nię, mówiło się na uli­cach i w salo­nach, że „Hisz­pa­nia nie jest gotowa do demo­kra­cji. Że po odej­ściu Franco, kraj uto­nie w cha­osie, a kto wie, może nawet pogrąży się w woj­nie domo­wej”. Tak się, rzecz jasna, nie stało. Po upadku dyk­ta­tury, mie­li­śmy do czy­nie­nia z god­nym podziwu, można wręcz powie­dzieć, przy­kład­nym przej­ściem do demo­kra­cji, która odtąd odnosi tam suk­cesy. Mię­dzy siłami poli­tycz­nymi pano­wała zgoda, która dawała hisz­pań­skiej demo­kra­cji sta­bil­ność, zapo­bie­ga­jąc tym samym przed bun­tami czy pró­bami zama­chu stanu. Nie można zaprze­czyć, że przy­kład Hisz­pa­nii należy do naj­szczę­śliw­szych pre­ce­den­sów trans­for­ma­cji poli­tycz­nej naszych cza­sów, co głów­nie zawdzię­czać można temu, iż zna­ko­mita więk­szość Hisz­pa­nów, repre­zen­tu­ją­cych skraj­nie różne prze­ko­na­nia poli­tyczne, potra­fiła dzia­łać tak, aby usta­no­wić oby­wa­tel­skie poro­zu­mie­nie, na grun­cie któ­rego mogły się roz­wi­jać zarówno naród, jak i jego insty­tu­cje.

Dla­czego takiego manewru nie można powtó­rzyć w Ame­ryce Łaciń­skiej? Dla­czego, nie­mal każda nasza próba moder­ni­za­cji koń­czy się fia­skiem?
Moim zda­niem dzieje się tak dla­tego, że w Ame­ryce Łaciń­skiej roz­wój cywi­li­za­cji nie odbywa się rów­no­cze­śnie w sfe­rze gospo­dar­czej, poli­tycz­nej, kul­tu­ral­nej, a także, moral­nej i etycz­nej. W Ame­ryce Łaciń­skiej, zna­ko­mita więk­szość spo­łe­czeń­stwa nie wie­rzy w insty­tu­cje pań­stwa i to jest jeden z powo­dów, dla któ­rych insty­tu­cje te zawo­dzą.
W kra­jach, w któ­rych ludzie stra­cili wiarę w insty­tu­cje, gdzie insty­tu­cje publiczne, zamiast cie­szyć się opi­nią gwa­ranta bez­pie­czeń­stwa i spra­wie­dli­wo­ści, trak­to­wane są z podejrz­li­wo­ścią, insty­tu­cje te nie są w sta­nie pro­spe­ro­wać. Jak cho­dzi o ści­słość, jest dokład­nie odwrot­nie – one pod­upa­dają.
Pro­szę mi pozwo­lić na oso­bi­stą aneg­dotę.
Po okre­sie mego dłuż­szego pobytu w Anglii uświa­do­mi­łem sobie coś wręcz kurio­zal­nego. Pew­nego dnia doszło do mnie, że na widok poli­cjanta prze­sta­łem odczu­wać lęk, który mi dotąd w takich sytu­acjach towa­rzy­szył. Ile­kroć w Peru dostrze­głem obec­ność poli­cjanta, czu­łem się nie swojo. Obec­ność poli­cjanta koja­rzyła mi się z poten­cjal­nym zagro­że­niem mego bez­pie­czeń­stwa. Angiel­ski poli­cjant nigdy nie wyzwa­lał we mnie takiej podejrz­li­wo­ści, ner­wo­wo­ści czy nie­po­koju. Być może działo się tak, ponie­waż bry­tyj­scy poli­cjanci nie są uzbro­jeni, a może dla­tego, że czu­łem, iż bry­tyj­ski poli­cjant– w prze­ci­wień­stwie do poli­cjanta peru­wiań­skiego — wyko­nuje służbę publiczną. Nigdy też nie nad­używa tej nie­wiel­kiej wła­dzy, jaką nadaje mu mun­dur, pałka czy nawet broń.
W Peru, jak rów­nież w wielu innych kra­jach Ame­ryki Łaciń­skiej, oby­wa­tel który zna­lazł się w zasięgu wzroku jakie­goś poli­cjanta ma powody do nie­po­koju, zakło­po­ta­nia czy nawet stra­chu. Wie bowiem dobrze, że ten funk­cjo­na­riusz w mun­du­rze nie sta­nie w obro­nie jego bez­pie­czeń­stwa, lecz prze­ciw­nie, może mu wyrzą­dzić krzywdę. Odnosi się to zarówno do poli­cji, jak i pozo­sta­łych insty­tu­cji. W takich warun­kach insty­tu­cje funk­cjo­no­wać nie mogą. Brak im bowiem wspar­cia tego, co jest fun­da­men­tem każ­dej demo­kra­cji: zaufa­nia ze strony oby­wa­teli i prze­ko­na­nia, że insty­tu­cje te powstały, aby gwa­ran­to­wać ich bez­pie­czeń­stwo, spra­wie­dli­wość i roz­wój kul­tu­ralny. I to jest pod­sta­wowy powód, dla któ­rego kolejne reformy prze­pro­wa­dzone w Ame­ryce Łaciń­skiej koń­czą się raz po raz fia­skiem.
Paulo Rabello twier­dzi, że więk­szość elek­to­ratu, który gło­so­wał za wybo­rem na pre­zy­denta, Lula, nie gło­so­wał wcale za socja­li­zmem. Ludzie ci gło­so­wali za „czymś innym” niż mieli dotąd, uznaw­szy, że cha­ry­zma­tyczny lider i dema­gog jest w sta­nie to „coś” zagwa­ran­to­wać. Coś podob­nego wyda­rzyło się także w Wene­zu­eli. Pań­stwo to, ze swoim poten­cja­łem i bogac­twem, dzięki któ­remu powi­nien posia­dać jeden z naj­wyż­szych w świe­cie stan­dar­dów życia, zmaga się nie­ustan­nie z głę­bo­kim kry­zy­sem. Dla­czego więc na szefa rządu wybrano dema­goga, który wła­ści­wie dąży do znisz­cze­nia kraju? Swoje sta­no­wi­sko Com­man­dante Cha­vez, bo o nim mowa, zawdzię­cza ogrom­nej więk­szo­ści Wene­zu­el­czy­ków, któ­rzy byli znie­chę­ceni do demo­kra­cji, w jakiej żyli. A była to jedy­nie demo­kra­cja z nazwy, gdzie kró­lo­wała, przy­pra­wia­jąca o zawrót głowy korup­cja, pozba­wia­jąca więk­szość oby­wa­teli kraju jakiej­kol­wiek moż­li­wo­ści reali­za­cji wła­snych ocze­ki­wań i marzeń, słu­żąca inte­re­som nie­wiel­kiej grupy uprzy­wi­le­jo­wa­nych ludzi wła­dzy.
Czy w takim kon­tek­ście mogły nale­ży­cie funk­cjo­no­wać reformy libe­ralne, któ­rych bro­nimy, które pro­pa­gu­jemy, o któ­rych wiemy, że są źró­dłem roz­woju i prosperity?

Man­ka­menty modelu peruwiańskiego

Źle prze­pro­wa­dzona reforma przy­nosi gor­szy efekt niż brak reform. Peru jest tu dobrym przy­kła­dem. W okre­sie dyk­ta­tury Fuji­mori i Mon­te­si­nos, w latach 1990 – 2000, prze­pro­wa­dzono w naszym kraju sze­reg reform, okre­śla­nych mia­nem rady­kal­nej libe­ra­li­za­cji. I rze­czy­wi­ście, w tam­tym okre­sie ule­gło pry­wa­ty­za­cji wię­cej przed­się­biorstw i insty­tu­cji pań­stwo­wych niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej, w jakim­kol­wiek innym kraju Ame­ryki Łaciń­skiej. Ale jak ta pry­wa­ty­za­cja wyglą­dała? A no mono­pole pań­stwowe zamie­niano na mono­pole pry­watne. A prze­cież nie taki jest cel pry­wa­ty­za­cji, nie dla­tego pry­wa­ty­zuje się nor­mal­nie mają­tek publiczny.
My, libe­ra­ło­wie popie­ramy pry­wa­ty­za­cję, gdyż uwa­żamy ją za źró­dło zdro­wej kon­ku­ren­cji, która uspraw­nia pro­duk­cję i popra­wia jej jakość. Pry­wa­ty­za­cja to także trans­fer wła­sno­ści pry­wat­nej do tych, któ­rzy jej jesz­cze nie posia­dają. Pro­ces ten, prze­pro­wa­dzony nie­gdyś w kra­jach zachod­nich demo­kra­cji dopro­wa­dził do ich roz­kwitu. Tak było przy­kła­dowo w Wiel­kiej Bry­ta­nii, gdzie pry­wa­ty­za­cja stała się oka­zją do upo­wszech­nie­nia pry­wat­nej wła­sno­ści wśród indy­wi­du­al­nych akcjo­na­riu­szy oraz pra­cow­ni­ków pry­wa­ty­zo­wa­nych firm. W Peru, pry­wa­ty­za­cja słu­żyła wzbo­ga­ca­niu się, z góry usta­wio­nych, grup inte­re­sów, wybra­nych prze­my­słow­ców i firm, a także samych spra­wu­ją­cych wła­dzę.
Czyż Peru­wiań­czycy są w sta­nie nam uwie­rzyć, gdy powiemy im, że pry­wa­ty­za­cja jest nie­odzowna dla roz­woju kraju, skoro wie­dzą, że na pry­wa­ty­za­cji wzbo­ga­cili się naj­wię­cej mini­stro­wie rządu Fiji­mori, a jedy­nymi fir­mami, które w cza­sach jego dyk­ta­tury sko­rzy­stały z nad­zwy­czaj­nej pomocy rządu i innych jego dobro­dziejstw były firmy nale­żące do mini­strów lub ich powi­no­wa­tych? Czy trudno się dzi­wić, że kiedy jeden czy drugi dema­gog wycho­dzi na try­bunę, oskar­ża­jąc neo­li­be­ra­łów o spo­wo­do­wa­nie kata­strofy gospo­dar­czej w Peru i w całej Ame­ryce Łaciń­skiej, oszu­kany i wyzy­skany naród im wie­rzy. My, libe­ra­ło­wie jeste­śmy dla nich kozłem ofiar­nym, stroną odpo­wie­dzialną za całe zło.
Rząd pre­zy­denta Ale­jan­dro Toledo usi­ło­wał spry­wa­ty­zo­wać kilka firm z Are­qu­ipy, z mia­sta w któ­rym się uro­dzi­łem, lecz kiedy dowie­dzieli się o tym miesz­kańcy, wznie­cili potężny pro­test, wyry­wa­jąc płyty z chod­ni­ków, sta­wia­jąc uliczne bary­kady, a wszystko po to, by powstrzy­mać pry­wa­ty­za­cję. Nie zra­żało ich to, że firmy które miały być pry­wa­ty­zo­wane były kom­plet­nym nie­po­ro­zu­mie­niem; defi­cy­towe, nie­udolne, nie słu­żyły nikomu i niczemu poza zatrud­nio­nymi w nich „kole­siami” — abso­lutny paso­żyt na ciele ubo­giego podat­nika peru­wiań­skiego. Nie prze­ko­nało ich to, że bel­gij­ski inwe­stor, który chciał je kupić, zamie­rzał zain­we­sto­wać w nie świeży kapi­tał i umac­niać ich lokalną obec­ność. Co wię­cej, zagra­niczni inwe­sto­rzy mieli zamiar zlo­ka­li­zo­wać w Are­qu­ipie sze­reg innych inwe­sty­cji, dzięki któ­rym mia­sto zyska­łoby nowe miej­sca pracy i nowe usługi. Nie­stety, doświad­cze­nia dekady rady­kal­nej libe­ra­li­za­cji gospo­darki w wyko­na­niu pre­zy­denta Fuji­mori i jego ludzi spra­wiły, że nikt w te obiet­nice nie wie­rzył. Podobne zja­wi­sko ma miej­sce w więk­szo­ści innych kra­jów Ame­ryki Łaciń­skiej.
O tym, że prze­pro­wa­dzone reformy były kary­ka­turą libe­ra­li­zmu, nie mającą z nim pra­wie nic wspól­nego, my, libe­ra­ło­wie sami dobrze wiemy. Nie wie tego jed­nak zna­ko­mita więk­szość zdez­in­for­mo­wa­nych i z tru­dem wal­czą­cych o prze­ży­cie bie­da­ków, któ­rzy widzą prze­cież, że w cza­sie ostat­nich dzie­siąt­ków lat Ame­ryka Łaciń­ska pogrą­żyła się w jesz­cze więk­szej nędzy. W przy­padku nie­któ­rych kra­jów nędza ta jest prze­ra­ża­jąca.
Pod koniec 2001 roku odwie­dzi­łem rejon Peru, znany jako „Tra­pez andyj­ski”. Takim mia­nem okre­śla się rejon Ayacu­cho , tra­dy­cyj­nie jeden z naj­bied­niej­szych w kraju, potrak­to­wany przez maoistow­skich ter­ro­ry­stów z wyjąt­kową bru­tal­no­ścią. W latach 1987 – 1990 odwie­dzi­łem te tereny kil­ka­krot­nie i już wtedy byłem szcze­rze prze­ra­żony biedą, jaką tam widzia­łem. Obraz, który zoba­czy­łem w 2001 roku był znacz­nie, znacz­nie gor­szy. O ile bieda dosię­gła całe Peru, o tyle w Ayacu­cho było jej znacz­nie wię­cej niż gdzie­kol­wiek indziej. A prze­cież działo się to w cza­sach, gdy rosły for­tuny róż­nej maści hochsz­ta­ple­rów, ban­dy­tów, czy gang­ste­rów mają­cych układy wśród elit wła­dzy. Dla­tego, mówiąc o roz­woju nie możemy się ogra­ni­czać wyłącz­nie do idei postępu opar­tego na serii reform gospo­dar­czych, które uru­cho­mią apa­rat pro­duk­cyjny kraju, zwięk­szą nasz eks­port, by w osta­tecz­no­ści pchnąć kraj na drogę moder­ni­za­cji. Roz­wój, jakiego nam potrzeba, to coś wię­cej. To z jed­nej strony pro­ces poprawy indek­sów gospo­dar­czych i pro­duk­cyj­nych, z dru­giej zaś uru­cho­mie­nie pro­ce­sów, dzięki któ­rym insty­tu­cje publiczne, które dzi­siaj nie funk­cjo­nują, zaczęły wresz­cie dzia­łać, budu­jąc swoja repu­ta­cję, zaufa­nie ludzi, a także two­rząc soli­dar­ność dzięki któ­rej wkom­po­nują się w orga­nizm spo­łe­czeń­stwa demo­kra­tycz­nego. Tak rozu­mia­nego roz­woju w Ame­ryce Łaciń­skiej nie ma, i to jest jed­nym z powo­dów, dla któ­rych zawio­dły reformy gospo­dar­cze i to nawet te, które były cał­kiem mądrze przygotowane.

Potrzeba oczysz­cze­nia

Car­los Alberto Mon­ta­ner powie­dział kie­dyś coś, z czym się cał­ko­wi­cie zga­dzam, mia­no­wi­cie, że potrzebna nam jest czystka poli­tyczna. Kraje, w któ­rych rzą­dzą gang­ste­rzy, w rodzaju Ale­mana (Nika­ra­gua), Cha­veza (Wene­zu­ela), czy Fuiji­mori (Peru), ludzie rabu­jący w cyniczny spo­sób i w maje­sta­cie prawa swo­ich oby­wa­teli, nie są w sta­nie się roz­wi­jać. Jak w takich warun­kach można przy­cią­gnąć do poli­tyki ide­owca, czło­wieka z zasa­dami? Prze­cież mło­dzi ludzie trak­tują dziś poli­tykę jako oka­zję do rabunku. W takiej sytu­acji, jedy­nym spo­so­bem uzdro­wie­nia życia poli­tycz­nego jest zastą­pie­nie kana­lii ludźmi przy­zwo­itymi, któ­rzy nie kradną, któ­rzy speł­niają dane obiet­nice, któ­rzy nie kła­mią albo kła­mią tylko tro­szeczkę, jako że kłam­stwo jest w poli­tyce czymś nie­unik­nio­nym.
Pytano mnie wie­lo­krot­nie, kto w Ame­ryce Łaciń­skiej jest takim wła­śnie czło­wie­kiem. Zawsze wymie­niam jedną osobę; czło­wieka nie­mal nie­zna­nego, a w naj­lep­szym razie zapo­mnia­nego. Mam na myśli pre­zy­denta Sal­wa­doru, Alfredo Cri­stia­niego (1989 – 1994), czło­wieka naprawdę wyjąt­ko­wego. Cri­stiani nie był zawo­do­wym poli­ty­kiem, był przed­się­biorcą. Poli­tyką zajął się w okre­sie wyjąt­kowo dla kraju tra­gicz­nym, kiedy na uli­cach Sal­wa­doru toczyły się regu­larne bitwy mię­dzy woj­skiem a par­ty­zantką, a śmierć, porwa­nia czy tor­tury były w tym kraju chle­bem powsze­dnim. I wła­śnie wtedy, ten nie­zwy­kle przy­zwo­ity, choć pozba­wiony cha­ry­zmy i zdol­no­ści przy­wód­czych czło­wiek, przy tym marny mówca posta­no­wił się oddać karie­rze poli­tycz­nej. Wygrał wybory i został sze­fem gabi­netu. Jego rządy były mądre, pozba­wione typowo laty­no­skiego popu­li­zmu i dema­go­gii, a co naj­waż­niej­sze, w momen­cie odej­ścia Cri­stia­niego kraj znaj­do­wał się w znacz­nie lep­szym poło­że­niu, niż w dniu, w któ­rym objął on rządy. Być może nie wygląda to na jakieś szcze­gólne osią­gnię­cie, ale pamię­tajmy, że w owych cza­sach było to bar­dzo trudne. Gdy obej­mo­wał rząd, ulice Sal­wa­doru tonęły we krwi, zanim dokoń­czył swoją kaden­cję, dopro­wa­dził do poro­zu­mie­nia mię­dzy par­ty­zantką a rzą­dem. Dawni rewo­lu­cjo­ni­ści weszli do par­la­mentu i samo­rzą­dów, utrwa­la­jąc pokój, panu­jący w Sal­wa­do­rze do dzi­siaj. Kraj roz­wija się powoli, ale mimo wszystko roz­wija i to wszech­stron­nie. Piszę o tym dla­tego, że takich ludzi i takich kra­jów potrzeba całej Ame­ryce Łaciń­skiej. Ludzie pokroju Cri­stia­niego, przy­zwo­ici biz­nes­meni, pro­fe­sjo­na­li­ści są w sta­nie odmie­nić nasz świat, oczysz­cza­jąc go z brudu, nie­mo­ral­no­ści, korup­cji, które opa­no­wały życie poli­tyczne tego kontynentu.

Kul­tura a liberalizm

Roz­wój kul­tury jest warun­kiem roz­woju w ogóle. Na nie­szczę­ście, kul­tura — z nie­wiel­kimi wyjąt­kami — jest w Ame­ryce Łaciń­skiej dobro­dziej­stwem, z któ­rego korzy­sta mniej­szość, w nie­któ­rych przy­pad­kach, mniej­szość bar­dzo nie­liczna.
Ame­ryka Łaciń­ska nie narzeka na brak ludzi kre­atyw­nych. Natura nie poską­piła nam muzy­ków, pla­sty­ków, poetów, pro­za­ików i myśli­cieli, jed­nakże prawdą jest, że więk­szość naszych kul­tury naro­do­wych znaj­duje się w rękach zmo­no­po­li­zo­wa­nej, nie­znacz­nej mniej­szo­ści i w prak­tyce znaj­duje się poza zasię­giem więk­szo­ści spo­łe­czeń­stwa. Budowa praw­dzi­wej demo­kra­cji i spraw­nych insty­tu­cji na takim fun­da­men­cie nie jest moż­liwa. Podob­nie, jak nie­moż­liwe jest wdra­ża­nie reform libe­ral­nych, które umoż­li­wi­łyby osią­gnię­cie zna­czą­cej kre­atyw­no­ści i pro­duk­tyw­no­ści. Świa­do­mość tych prawd jest w Ame­ryce Łaciń­skiej mniej niż zni­koma.
Dla tych, któ­rzy są jej świa­domi, kul­tura uwa­żana jest wciąż za jakiś oddzielny świat, roz­rywkę, za bar­dziej fine­zyjny spo­sób spę­dza­nia wol­nego czasu, a nie za fun­da­men­talne narzę­dzie czło­wieka, dzięki któ­remu może on podej­mo­wać mądre decy­zje i kie­ro­wać swoim życiem oso­bi­stym, rodzin­nym, zawo­do­wym, a w sytu­acjach wyjąt­ko­wych, także życiem poli­tycz­nym. Kul­tura chroni nas przed dema­go­gią, jest bro­nią prze­ciwko błęd­nym wybo­rom doko­ny­wa­nym przez elek­to­rat. Na tym fron­cie, nie­stety, nie­wiele zostało uczy­nione. Wła­ści­wie powi­nie­nem być bar­dziej samo­kry­tyczny i napi­sać, że – to my, libe­ra­ło­wie – nie­wiele w tej kwe­stii uczy­ni­li­śmy. W naszych poży­tecz­nych i ide­ali­stycz­nych insty­tu­tach i tru­stach mózgów, kul­tura trak­to­wana jest po maco­szemu i to jest naszą wielką pomyłką. Tym­cza­sem kul­tura jest fun­da­men­tem, dzięki któ­remu moż­liwy jest con­sen­sus spo­łeczny, taki z jakim mieli do czy­nie­nia Hisz­pa­nie i Chilijczycy.

Postęp a cywilizacja

Chciał­bym się na chwilę zatrzy­mać przy Chile i uda­nych refor­mach jakie w tym kraju prze­pro­wa­dzono.
Chile jest na kon­ty­nen­cie połu­dnio­wo­ame­ry­kań­skim przy­pad­kiem wyjąt­ko­wym. Wyjąt­ko­wość ta polega na tym, że z jed­nej strony reformy prze­pro­wa­dził dyk­ta­tor woj­skowy, z dru­giej zaś przy­nio­sły one naro­dowi ozdro­wień­czy efekt gospo­dar­czy. Pino­chet pozwo­lił libe­ra­łom na wdro­że­nie prze­my­śla­nych i funk­cjo­nal­nych reform. Zawsze podzi­wiam Chile, chciał­bym jed­nak zwró­cić uwagę, że kopio­wa­nie tego co zro­bił Pino­chet wymaga wielu zastrze­żeń. Naj­waż­niej­sze z nich to to, że my, libe­ra­ło­wie nie możemy nigdy, pod żad­nym pozo­rem uspra­wie­dli­wiać dyk­ta­tury. To jest bar­dzo ważne zastrze­że­nie. W Chile wyda­rzył się szczę­śliwy wypa­dek, Chile miało szczę­ście. Nie­stety, tego nie da się powtó­rzyć. Piszę o tym, ponie­waż widzę, że w wielu kra­jach Ame­ryki Łaciń­skiej lud chciałby sko­pio­wać „wypa­dek” chi­lij­ski. Powta­rza więc opi­nię, że warun­kiem poprawy sytu­acji w ich kra­jach jest poja­wie­nie się dru­giego Pino­cheta. Popu­lar­ność Fuji­mori była do pew­nego stop­nia rezul­ta­tem takiego myśle­nia; Peru­wiań­czycy dostrze­gli w nim swo­jego Pino­cheta. Tym­cza­sem, nie tędy droga. Wpraw­dzie takie wypadki się od czasu do czasu zda­rzają, to jed­nak w Ame­ryce Łaciń­skiej regułą jest, iż dyk­ta­to­rzy nigdy nie potra­fili roz­wią­zać pro­ble­mów tego kon­ty­nentu. Wszy­scy co do jed­nego, z wyjąt­kiem wła­śnie Pino­cheta, dopro­wa­dzali do zaostrze­nia pro­ble­mów, które rze­komo zamie­rzali roz­wią­zać: korup­cji, sta­gna­cji gospo­dar­czej, czy upadku insty­tu­cji. Ich wpływ zazna­czał się jesz­cze więk­szym cyni­zmem poli­tycz­nym, sta­jąc się w końcu jedną z naj­bar­dziej widocz­nych cha­rak­te­ry­styk Ame­ryki Łaciń­skiej. Dla­tego, w zna­ko­mi­tej więk­szo­ści kra­jów kon­ty­nentu, poli­tyka trak­to­wana jest jak sztuka wzbo­ga­ca­nia się rzą­dzą­cych i rabo­wa­nia ludu. Dyk­ta­to­rzy mają w tym wize­runku swój duży udział.
W cza­sach kiedy – para­dok­sal­nie — libe­ra­lizm stał się ofiarą total­nego nie­po­ro­zu­mie­nia, kiedy wielu, i to przy­zwo­itych ludzi, trak­tuje go jak wroga roz­woju i spra­wie­dli­wo­ści, szcze­gól­nym obo­wiąz­kiem ludzi o poglą­dach libe­ral­nych jest koor­dy­na­cja dzia­łań i wymiana infor­ma­cji o tym, jak jest naprawdę. Doszło bowiem do tego, że ide­olo­gię libe­ra­li­zmu zaczęto utoż­sa­miać z wyzy­skiem, chci­wo­ścią, cyni­zmem i obo­jęt­no­ścią na ludz­kie cier­pie­nie, nędzę i dys­kry­mi­na­cję. My, libe­ra­ło­wie dobrze wiemy, jak krzyw­dzące i mon­stru­al­nie nie­spra­wie­dliwe są te pomó­wie­nia, pomó­wie­nia wobec dok­tryny, która stała u źró­deł postępu poli­tycz­nego, gospo­dar­czego i kul­tu­ral­nego, jakiego doświad­czył gatu­nek ludzki.
Libe­ra­lizm jest tra­dy­cją, którą należy chro­nić nie tylko dla prawdy histo­rycz­nej, lecz także dla­tego, że żyjemy w trud­nych cza­sach, kiedy zagro­żony jest postęp i cywilizacja.

Mario Var­gas Llosa jest pisa­rzem peru­wiań­skim, jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych i naj­po­pu­lar­niej­szych pisa­rzy świata, auto­rem tak zna­nych powie­ści, jak: „Pan­ta­leon i wizy­tantki”, „Roz­mowa w „Kate­drze””, czy „Mia­sto i psy”. W 1990 roku kan­dy­do­wał na pre­zy­denta swego kraju, prze­gry­wa­jąc z popu­li­stą Alberto Fuji­mori. Jest zało­ży­cie­lem i pre­ze­sem Fun­da­cion Inter­na­cio­nal para la Liber­tad (FIL) i człon­kiem Insty­tutu Katona w Waszyng­to­nie. Obec­nie pra­cuje jako wykła­dowca w Geo­r­ge­town Uni­ver­sity, w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Niniej­szy tekst wygło­szony został pod­czas obrad FIL.

Mario Var­gas Llosa
„Wprost” 2007-01-09

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 7

  1. Michał Derebecki pisze:

    Genialne, G E N I A L N E. Panie Janie ma Pan takich pereł więcej?

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Szu­kam, więc znaj­duję. Pozdra­wiam Jan M Fijor

  3. gocha pisze:

    nie macie tu nic czego szukam!!jesteście beznadziejni!!!!!!!!!!!!!!

  4. Jan M. Fijor pisze:

    A czego szu­kasz? Wie­dzac bedzie nam latwiej zaspo­koic Twoje potrzeby. Uklony Jan M Fijor

  5. zielska-mróz-nie-dot pisze:

    dla­czego peru­wian­czycy nie­na­wi­dza euro­pej­czy­kow, rzu­caja w nimi kamie­niami, pluja w twarz czy­zby, skad ta nienawisc?

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Nigdy zaden Peru­wian­czyk nie plul we mnie, ani nie rzu­cal kamie­niami. Musiala pani tra­fic na Per­wian­czyko rzu­ca­ja­cych kamie­niami plu­ja­cych, bo reszta jest przy­ja­zna. uklony Jan M Fijor

  7. 1789 pisze:

    Tekst jest cie­kawy acz­kowl­wiek zapóź­nie­nie Ame­ryki Łaciń­skiej ma wiele korzeni m.in. bez­względna eks­plo­ata­cja ze strony ame­ry­kań­skich i zachod­nio­eu­ro­pej­skich kon­cer­nów przy­czy­nia­jąca się do biedy.
    Poczu­cie krzywdy cał­kiem uspra­wie­dli­wione skut­ko­wało sil­nymi wstrzą­sami spo­łecz­nymi na które wła­dza kon­tro­lo­wana przez wąskie kręgi naj­bo­gat­szych i uprzy­wi­le­jo­wa­nych reago­wała bar­dzo surowo. Masa­kry na plan­ta­cjach rol­ni­ków doma­ga­ją­cych się polep­sze­nia warun­ków pracy i pod­wyżki płacy doko­ny­wane przez poli­cje, woj­sko i różne bandy najem­nych zbi­rów były zja­wi­skiem nagmin­nym, Podob­nie było ze straj­ku­ją­cymi robot­ni­kami czy stu­den­tami. Oli­gar­chia rzą­dząca we wszyst­kich kra­jach Ame­ryki Łaciń­skiej nie była zain­ter­so­wana refor­mami i zmianą korzyst­nego dla sie­bie i zagra­nicz­nych inwe­sto­rów (głów­nie z USA) staus quo, Każda taka próba koń­czyła się tra­gicz­nie dla ini­cja­to­rów zmian.
    Pierw­szy lep­szy przy­kład to Gwa­te­mala gdzie rząd pre­zy­denta Jacobo Arbenza chcąc popra­wić los lud­no­ści wiej­skiej prze­pro­wa­dził reformę rolną grun­tów nale­żą­cych do ame­ry­kań­skiego kon­cernu owo­co­wego Uni­ted Fruit Com­pany. Reforma była za odszko­do­wa­niem i doty­czyła tylko ziem leżą­cych odło­giem. Zma­so­wana nagonka oskar­ża­jąca Arbenza o komu­nizm skoń­czyła sie jego oba­le­niem w 1954 w zor­ga­ni­zo­wa­nym przez CIA zama­chu stanu.
    Z kolei w Kolum­bii popu­larny przy­wódca opo­zy­cji i kan­dy­dat na pre­zy­denta Jorge Gaitan domga­jący się spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej został zamor­do­wany w 1948 zanim zaczął cokol­wiek refor­mo­wać, Po jego śmierci doszło do powsta­nia w sto­licy a kiedy je stłu­miono kon­ser­wa­tywny rząd mor­do­wał wszyst­kich podej­rza­nych o przy­na­leż­ność lub sym­pa­tię do ruchu Gaitana. Po wio­skach zaczęły powsta­wać grupy samo­obrony z któ­rych póź­niej naro­dziła się FARC.
    Na Kubie wal­czący ze sko­rum­po­wa­nym rzą­dem przy­wódca opo­zy­cji Edu­ardo Chi­bas w wyniku nagonki i potęż­nej kam­pa­nii oszczerstw popeł­nił samo­bój­stwo. Kiedy oka­zało się że jego par­tia naj­praw­do­podb­nie wygra wybory do par­la­mentu i zacznie reformy doszło w 1952 do puczu woj­sko­wego kie­ro­wa­nego przez gene­rała Bati­stę. Oli­gar­chia i ame­ry­kań­scy inwe­sto­rzy w tym gang­ste­rzy z mafii byli w pełni zado­wo­leni. Nad­szedł złoty okres robie­nia inte­re­sów na Kubie…

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*