Do gory nogami (IV)

Zmie­niam tro­chę kolej­ność tych rela­cji, żeby opo­wie­dzieć nieco, jak to nie­raz bywa w podróży. Do spraw austra­lij­skich wrócę

Wtor­kowy (17 lutego) wypad do Blue Moun­ta­ins w pobliżu Syd­ney prze­peł­nił czarę glob­tro­ter­skiej gory­czy. Nie dość że zimno, że cią­gle padał deszcz, to na doda­tek — po dwóch godzi­nach wspi­naczki po high­wayu pro­wa­dzą­cym nas do mia­steczka Leura w samym sercu błę­kit­nych gór, wpa­dli­śmy w opary tak gęstej mgły, że zano­siło się iż zosta­niemy tam na noc­leg. Kiedy mgła w końcu opa­dła pod­da­li­śmy się pogo­dzie, decy­du­jąc na natych­mia­stowe opusz­cze­nie Austra­lii. Tym bar­dziej, że od tygo­dnia desz­cze i ozię­bie­nie cał­ko­wi­cie zdo­mi­no­wało życie kraju. Na pół­nocy, w sta­nie Quin­sland wylały rzeki, powo­dzie grożą na całym tery­to­rium, z wyjąt­kiem pustyn­nego inte­rioru. A wszystko, jak mówił komen­ta­tor 2 kanału tele­wi­zji austra­lij­skiej, cytu­jąc Ala Gore’a. z powodu…globalnego ocieplenia.

Mimo roz­bu­do­wa­nego sek­tora turystyczno-rekreacyjnego, zna­le­zie­nie połą­czeń z inte­re­su­ją­cymi nas desty­na­cjami oka­zało się znacz­nie trud­niej­sze niż sądzi­łem, ponie­waż pogoda zachę­ciła do wyjazdu z kraju nie tylko nas. Naj­bar­dziej prze­peł­nione kie­runki to Nowa Kale­do­nia, Nowa Gwi­nea, a także inne wyspy połu­dnio­wego Pacy­fiku w pro­mie­niu trzech, czte­rech godzin lotu. Kupno bile­tów stało się nie tylko trud­niej­sze, ale i dużo kosz­tow­niej­sze. Z wizyty na wizytę w biu­rach podróży opa­dała nam szczęka. Na szczę­ście pomo­gli nie­za­wodni przy­ja­ciele. Córka Lecha, Karo­lina pole­ciła nam George’a z Nexus Tra­vel, który nie zasta­na­wia­jąc się wiele dora­dził wylot na Nową Zelan­dię, gdzie pogoda lep­sza, ludzi mniej, a przy mniej­szym popy­cie i sta­łej podaży ceny muszą być niższe.

Tak oto wylą­do­wa­li­śmy w Auc­kland. I to jak dotąd naj­więk­sza nie­spo­dzianka tej podróży.
Nigdy wcze­śniej w Nowej Zelan­dii nie byłem. Wie­dzia­łem, że kie­dyś to musi nastą­pić, ale nie pali­łem się. Z kilku powo­dów; po pierw­sze, jest to potwor­nie daleko; po dru­gie, nie po dro­dze; po trze­cie wresz­cie, wyda­wało mi się, że nie zastanę tam niczego atrak­cyj­nego. Nowa Zelan­dia – mimo publi­cy­styki nie­stru­dzo­nego jej popu­la­ry­za­tora w oso­bie Tomka Cukier­nika – robiła na mnie wra­że­nie jed­nego wiel­kiego sioła oto­czo­nego polami upraw­nymi i sta­dami owiec, prze­pla­ta­nych gdzie­nie­gdzie rwą­cymi stru­mie­niami i gajami krze­wów kiwi. Tym­cza­sem wylą­do­wa­li­śmy w pięk­nym, nowo­cze­snym i tęt­nią­cym życiem mie­ście uśmiech­nię­tych i życz­li­wych ludzi, ulic z wytwor­nymi bouti­qami, lśnią­cymi limu­zy­nami, gdzie od ener­gii i pro­spe­rity aż huczy. Co prawda z miej­sco­wej gazety The Domi­niom Post dowie­dzia­łem się, że rząd w Wel­ling­ton przy­go­to­wuje wła­śnie pakiet anty­kry­zy­sowy, ale różni się on od tego, co dzieje się w Austra­lii czy Sta­nach Zjed­no­czo­nych tym, że primo, pakiet jest pro­fi­lak­tyczny, a sekundo, nie towa­rzy­szy mu ani eks­pan­sja mone­tarna, ani infla­cja. Co wię­cej, miej­scowy bank cen­tralny – na prze­kór FED czy ECB — pro­wa­dzi poli­tykę trud­nego pie­nią­dza, pozo­sta­wia­jąc decy­zje gospo­dar­cze raczej w rękach oby­wa­teli niż urzęd­ni­ków rządowych.

Wszystko dobre koń­czy się szybko. W hotelu odkry­li­śmy bowiem, że zgi­nęły nam bilety powrotne.

Każdy glob­tro­ter wie, że posia­da­nie biletu papie­ro­wego to aber­ra­cja i zby­teczny archa­izm. Są jed­nak trasy i linie, które trzy­mają się tra­dy­cji. Do takich prze­woź­ni­ków należy wła­śnie Air Vanu­atu, na pokła­dzie któ­rego mie­li­śmy się prze­miesz­czać z Nadi na Fiji do Port Villa na archi­pe­lagu Vanu­atu. Bilety wło­ży­łem do etui, w któ­rym trzy­mam wszyst­kie wydruki bile­tów elek­tro­nicz­nych, kopie pasz­portu, wiz etc. (na wszelki wypa­dek, pole­cam). Etui zosta­wi­łem naj­praw­do­po­dob­niej pod­czas odprawy pasz­por­to­wej w Auc­kland. Sama odprawa była dość długa, pyta­nia nowo­ze­landz­kiej urzęd­niczki imi­gra­cyj­nej, podej­rze­wa­ją­cej mnie o chęć pozo­sta­nia w jej gościn­nym kraju tak agre­sywne, że na moment stra­ci­łem kon­trolę nad ner­wami i to wystar­czyło, żeby papiery z bile­tami gdzieś zosta­wić. Mimo zma­so­wa­nej akcji służb lot­ni­sko­wych i ogrom­nej życz­li­wo­ści poli­cji w śród­mie­ściu mia­sta nie udało ich się odna­leźć. Zano­siło się na to, że misterna kon­struk­cja naszej trasy (Nowa Zelan­dia, Fiji, Vanu­atu, Austra­lia) runie w gruzy, ale znowu w sukurs przy­szła nam życz­li­wość ludzi Pacy­fiku; zna­le­ziono dla nas połą­cze­nie i wysta­wiono nam dupli­katy zgu­bio­nych biletów.

Z powodu zagu­bio­nych bile­tów zosta­li­śmy na wyspie dwa dni dłu­żej niż zamie­rza­li­śmy. Mie­li­śmy więc oka­zję odbyć rejs po zatoce, wysko­czyć w inte­rior, a przede wszyst­kim poroz­ma­wiać z ludźmi, któ­rzy – cho­ciażby dla­tego, że jest ich tu tak nie­wielu — sta­no­wią naj­cen­niej­szy skarb Nowej Zelan­dii, liczą­cej coś ok. 4 miliony przed­sta­wi­cieli wszyst­kich ras, kolo­rów skóry i cywi­li­za­cji. A wszy­scy uśmiech­nięci, zado­wo­leni z życia, jak z pla­katu Dni Filmu Radziec­kiego. Wąt­pię czy jest gdzieś inny kraj, w któ­rym ludzie byliby tak szczę­śliwi i tak szcze­rze ura­do­wani ze swego życia, jak wła­śnie tutaj. Co prawda, widzia­łem nawet szczę­śli­wych emi­gran­tów w Ame­ryce, ale takiego opty­mi­zmu jak w Nowej Zelan­dii można tylko pozazdrościć.

Sing pro­wa­dzi przy­ho­te­lowy kiosk (gazety, papie­rosy, guma do żucia itp.) przy­je­chał do Auc­kland sześć lat temu z Gudja­ratu w Indiach. Tu oże­nił się z Chinką z Hong­kongu, mają dwoje dzieci; on zapo­mniał o Indiach, żona o Chi­nach. Swo­jego kraju wyparł się Manuel Anto­nio, muzyk i dyry­gent z Val­pa­ra­iso w Chile, który pięć lat temu w Chri­st­church odna­lazł swój ziem­ski raj. Z bra­tem zało­żyli orkie­strę maria­chi, mają nie­wielką restau­ra­cję – żyć nie umie­rać. Rów­nie entu­zja­stycz­nie wyraża się o swo­jej emi­gra­cji do Nowej Zelan­dii Mark, kie­row­nik recep­cji hotelu Mer­cure w któ­rym sto­imy. Przy­je­chał do Nowej Zelan­dii z ple­ca­kiem i śpi­wo­rem, trzy lata temu na wycieczkę orga­ni­zo­waną przez jego macie­rzy­stą uczel­nię, Ber­ke­ley z Kali­for­nii. Od tego czasu nawet nie myśli o powro­cie. Zapi­sał się na uni­we­rek w Auc­kland, marzy o wła­snym bed and bre­ak­fast.

Jeśli ktoś z czy­ta­ją­cych te słowa roz­waża decy­zję opusz­cze­nie kraju dzia­dów, pro­po­nuję Nową Zelan­dię, pozo­sta­jąc jed­nak wierny dewi­zie, że w ogól­nym roz­ra­chunku każda emi­gra­cja jest mimo wszystko stratą.

Jan M. Fijor
”” 2009-02-18

 

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 8

  1. Bartlomiej Bilski pisze:

    Zycze milej dal­szej podrozy!

    pozdra­wiam,

  2. RSA pisze:

    Co Pan miał na myśli pisząc, że „każda emi­gra­cja jest mimo wszystko stratą”? Pozdra­wiam serdecznie.

  3. Mariusz Wiącek pisze:

    A gdzie czę­ści IIIII?

  4. jm fijor pisze:

    Na Fiji sa ogromne trud­no­sci z insta­lo­wa­niem tekstow.Sprobuje za 4 dni z Vanu­ato. Pozdra­wiam i prze­pra­zam za prze­rwe w dzien­niku.
    JMF

  5. Darek Damski pisze:

    Dzię­kuję zapod­su­nię­cie kraju god­nego uwagi przy­szłego emi­granta :P Pozdra­wiam i miłej podróży

  6. do Darek Damski pisze:

    wg. mnie emi­gra­cja jest osta­tecz­no­scia ,
    wydaje mi sie ze jestes młoda osoba, zasta­now sie czy naprawde w Pol­sce nie masz mozli­wo­sci roz­woju ? (rozu­miem osoby które wyje­chały za PRL-u jak Pan Jan ale Pol­ska to mimo dur­nego prawa-kraj z dużymi możliwosciami )

  7. Patryk pisze:

    Dla­czego Pan oce­nia, że każda emi­gra­cja jest w ogól­nym roz­ra­chunku stratą? Czy tak samo Pan oce­nia swoja wła­sną emi­gra­cję, czy gdyby Pan został w PRLu rachu­nek zysk i strat byłby lepszy?

  8. Jan M. Fijor pisze:

    Uwa­żam, że imi­granto, jesli nawet zre­ali­zuje się zawo­dowo na pozio­mie teo­re­tycz­nie mozli­wym w jego rodzin­nym kraju, to czuje się jed­nak jak uby­wa­tel dru­giej kate­go­rii. Brak natu­ral­nych zna­jo­mych, przy­ja­ciół, wię­zie rodzin­nych, zna­jo­mość języka nigdy nie jest taka, jak w rpzy­padku tubyl­ców, a to rodzi obcość, utrud­nia współ­udział w życiu nowego kraju. Ogra­ni­czone są mozli­wo­ści poli­tyczne, ale przede wszyst­kim jest tęsk­nota, roz­łąka, utrata bli­skich, przy­ja­ciół etc. Dzieki mają już lepiej i czę­sto zyskują dzięki poświę­ce­niu rodzi­ców. Uklony JM Fijor

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*