Do góry nogami (VI)

I cho­ciaż austra­lij­ska przy­roda, suchy i upalny kli­mat sprzy­jają poża­rom buszu, więk­szo­ści nie­szczęść i strat można by zapo­biec. Do takiej kon­klu­zji pro­wa­dzą roz­mowy z ofia­rami żywiołu, a zwłasz­cza z tymi, któ­rzy chcą się przed nim zabezpieczyć.

Zemsta misia koali

Pożary buszu zda­rzały się w Austra­lii odkąd sięga pamięć ludzka. W ciągu ostat­nich trzy­stu lat zgi­nęło w nich pra­wie 650 osób. Ich powo­dem są upały, susze, silne wia­try, na ich dra­ma­tyczny i tra­giczny prze­bieg ma jed­nak spe­cy­fika austra­lij­skiej flory, czyli krzewy, a zwłasz­cza lasy euka­lip­tu­sowe. W liściach euka­lip­tusa, któ­rym zaja­dają się sym­pa­tyczne niedź­wiadki koala znaj­dują się odu­rza­jące olejki ete­ryczne, które są nie­stety wyj­kąt­kowo łatwo­palne. Pod­grzany do kil­ku­set stopni las euka­lip­tu­sowy pło­nie nie­mal jak gaz ziemny, a jeśli do tego wieje wiatr, ogień roz­prze­strze­nia się w tem­pie stu, a nawet wię­cej metrów w ciągu kil­ku­na­stu sekund. Wiele ofiar poża­rów austra­lij­skiego buszu nie było w sta­nie biec szyb­ciej niż pędziła za nimi śmier­cio­no­śna bomba ognia. Wielu z nich bomba pło­ną­cego gazu dopa­dała w tym biegu.
Nie­któ­rych poża­rów można było unik­nąć, innym zapo­biec, w wielu przy­pad­kach skutki mogłyby być znacz­nie łagod­niej­sze. Wystar­czyło doko­nać w lasach prze­ci­nek, krzewy czyli busz prze­rze­dzić, jeśli nie na całym obsza­rze, bo to nie­moż­liwe, to przy­naj­mniej tam, gdzie naj­moc­niej zagraża ludziom. Nie­stety, na prze­szko­dzie tych zabie­gów stoi twier­dza zbu­do­wana przez miło­śni­ków przy­rody i bez­kom­pro­mi­so­wych ochro­nia­rzy od śro­do­wi­ska. Filo­zo­fia tej grupy ludzi opiera się na zało­że­niu, że jeśli nawet czło­wiek jest czę­ścią śro­do­wi­ska, to i tak znaj­duje się on na końcu łań­cu­cha pre­fe­ren­cji za rzad­kimi oka­zami miej­sco­wej fauny i flory: niedź­wiad­kami koala, kan­gu­rami, stru­siami emu, wom­ba­tami, kol­czat­kami, kró­li­kami, a nawet za krze­wami buszu czy euka­lip­tu­so­wym gajem. Z tego powodu nie tylko nie pro­wa­dzi się wycinki buszu, ale wręcz się go wokół ludz­kich osie­dli dosadza.

Praw­dziwi podpalacze

Enwi­ron­men­ta­li­ści pod­kre­ślają, i cał­kiem słusz­nie, że bez­po­śred­nią przy­czyna ostat­niej (od 1 do 10 lutego 2009) fali poża­rów, podob­nie jak wszyst­kich podob­nych tego typu wypad­ków w ciągu ostat­nich dwu­stu lat, a więc od momentu, gdy ktoś je notuje, była dzia­łal­ność czło­wieka. Rzu­cony nie­do­pa­łek, głupi żart, iskra z loko­mo­tywy czy inna nie­roz­ważna, czę­ściej bez­myślna inge­ren­cja czło­wieka. Tego nikt nie kwe­stio­nuje, zwłasz­cza że już w parę dni po wybu­chu tego­rocz­nych poża­rów w sta­nie Vic­to­ria wła­dze aresz­to­wały kilku mło­ko­sów, któ­rzy przy­znali się do pod­pa­leń. Ochro­nia­rze zapo­mi­nają jed­nak, że i oni są tylko ludźmi. Ta ich orto­dok­sja i despo­tyzm w spra­wach śro­do­wi­ska spra­wia, na przy­kład, że mało kto, a wła­ści­wie nikt nie zadaje sobie pyta­nia, jak to moż­liwe, że wła­śnie Austra­lia jest taka łatwo­palna. Gdy się nad tym głę­biej zasta­no­wić okaże się, że o ile bez­po­śred­nią przy­czyną wybu­chu poża­rów jest czło­wiek, to jed­nak nie jest nim bez­tro­ski mło­kos czy bez­myślny chu­li­gan, lecz dzia­ła­jący z upo­rem i pre­me­dy­ta­cją ochro­nia­rze i poli­tycy. Co wię­cej, zlo­ka­li­zo­wa­nie praw­dzi­wego wino­wajcy wyja­śniła także, dla­czego mimo rosną­cych nakła­dów na ochronę prze­ciw­po­ża­rowa, każdy następny pożar buszu przy­nosi wię­cej ofiar w ludziach i wię­cej strat mate­rial­nych niż poprzed­nie. Lutowy pożar w sta­nie Vic­to­ria był pod wzglę­dem strat rekor­dowy; zgi­nęło 209 osób, a dach nad głową stra­ciło pra­wie 1850 rodzi. Rodzi się zatem pyta­nie: co spra­wia, że kil­ka­set tysięcy Austra­lij­czy­ków zamiesz­ku­ją­cych przed­mie­ścia wiel­kich miast Austra­lii ryzy­kuje życiem, osie­dla­jąc się mimo ogrom­nego zagro­że­nia życia w sercu euka­lip­tu­so­wego lasu czy buszu?
Tam, gdzie buszu nie ma, albo jest on odda­lony od domostw w bez­piecz­nej odle­gło­ści zie­mia jest potwor­nie droga. Powo­dem dro­ży­zny jest wła­śnie więk­sze bez­pie­czeń­stwo zawdzię­czane temu, że zie­mia została tam wykar­czo­wana w cza­sach, gdy czło­wieka trak­to­wano jako część śro­do­wi­ska natu­ral­nego i chro­niono bar­dziej niż chroni się dzi­siaj drze­wo­stan, sło­wem, gdy ruch eko­lo­giczny nie osią­gnął jesz­cze roz­mia­rów histe­rii. Dzi­siaj, już tylko despe­rat odważa się na wycię­cie krze­wów czy drzew. Więk­szo­ści ludzi brak do tego deter­mi­na­cji. To, że – mimo groźby pożaru i śmierci — ludzie nadal zamiesz­kują tereny łatwo­palne, mam na myśli zwłasz­cza oko­lice dwóch dużych miast austra­lij­skich, Mel­bo­urne i Syd­ney, wynika wyłącz­nie z dwóch, nie­za­leż­nych od nich powo­dów: primo, zie­mia w buszu jest znacz­nie tań­sza, secundo, pomoc pań­stwa łago­dzi skutki finan­sowe zaist­nia­łych poża­rów. Obie przy­czyny wyni­kają z błęd­nej poli­tyki i mogłyby zostać szybko usu­nięte. W obec­nych warun­kach o pokusę nad­uży­cia nie trudno, tym bar­dziej, że poli­tycy dokła­dają sta­rań, aby żywio­łowi sprzyjać.

Eko­ter­ro­ryzm

Trze­cią co do wiel­ko­ści siłą poli­tyczną Austra­lii, po Par­tii Pracy i Kon­ser­wa­ty­stach są Zie­loni (Gre­ens), któ­rzy podob­nie jak u nas PSL sta­no­wią oczko w gło­wie głów­nych sił poli­tycz­nych, dla któ­rych Zie­loni są poten­cjal­nymi koali­cjan­tami. Zie­loni, dla któ­rych natu­ral­nym elek­to­ra­tem są bojow­nicy o ochronę śro­do­wi­ska oraz akty­wi­ści ruchów z nią zwią­za­nych stają na gło­wie, aby w kwe­stii śro­do­wi­ska nie dopu­ścić do jakie­go­kol­wiek kom­pro­misu. Nawet za cenę życia ludz­kiego. O tym, że tak jest prze­ko­nał się na wła­snej skó­rze trzy lata temu nasz rodak, Lech N., który posta­no­wił na swej wła­snej pose­sji wyciąć 11 krze­wów, ponie­waż utrud­niały wjazd i wyjazd, ich sys­tem korzeni nisz­czył kana­li­za­cję, a także ze względu na zagro­że­nie prze­ciw­po­ża­rowe. Posia­dłość, o któ­rej mowa znaj­duje się bowiem w mia­steczku Berowra, szcze­gól­nie hoj­nie obro­śnię­tym buszem. Pan N. wie­dział co prawda, że wycię­cie krze­wów wymaga zezwo­le­nia władz gmin­nych, nie wie­dział tego jed­nak kuzyn z kraju, który go w owym cza­sie wła­śnie odwie­dził. Chcą się zre­wan­żo­wać za gościnę, posta­no­wił kuzyn krzewy wyciąć samemu, czy­niąc to jesz­cze zanim N. otrzy­mał decy­zję rady gminy. Przez myśl mu nie prze­szło, że ten drobny zabieg może wywo­łać aż takie skutki.
Kilka dni po incy­den­cie N. sta­nął przez sądem oskar­żony o dewa­sta­cję śro­do­wi­ska i ska­zany na grzywnę w wysokości…110 tysięcy dola­rów austra­lij­skich, czyli mniej wię­cej ćwierć miliona zło­tych. Sąd pierw­szej instan­cji nawet nie chciał słu­chać jego wyja­śnień, trak­tu­jąc sprawcę jak cięż­kiego prze­stępcę. Ska­zany odwo­łał się jed­nak do wyż­szej instan­cji, gdzie wyka­zał, że wpraw­dzie odpo­wiada moral­nie za wycię­cie krze­wów, to jed­nak w innym miej­scu swej działki zasa­dził ich znacz­nie wię­cej. Wyna­jął także za cięż­kie pie­nią­dze eks­perta ds. ochrony śro­do­wi­ska, który potwier­dził, że tym samym szko­dli­wość czynu została sadzon­kami znacz­nie zre­du­ko­wana. Wyka­zał, że wan­da­li­zmu dopu­ścił się nie zna­jący austra­lij­skiego prawa jego krewny z Pol­ski. Zebrał też pod­pisy sąsia­dów, któ­rzy poświad­czyli, że jest czło­wie­kiem spo­koj­nym, nie wadzą­cym nikomu, który dba o oko­licę i porzą­dek. Podobne zaświad­cze­nia wysta­wił mu miej­scowy pro­boszcz, pra­co­dawca i jesz­cze ktoś ważny. Mimo zacie­kłego oporu ze strony władz gminy, dzia­ła­czy eko­lo­gicz­nych oraz pro­ku­ra­tury, sąd ape­la­cyjny obni­żył grzywnę do 100 dola­rów, udzie­la­jąc radzie gminy repry­mendy za zbytni for­ma­lizm i biurokrację.

Lek­cja poszła w busz

Czyżby się coś w spra­wie buszu zmie­niało? Skądże znowu. Sprawa naszego rodaka to nic nie zna­czący wypa­dek w poli­tyce orto­dok­sji eko­lo­gicz­nej. Świad­czy o tym cho­ciażby poru­sza­jący przy­pa­dek pew­nego miesz­kańca Reedy Creek w sta­nie Vic­to­ria, nie­opo­dal Mel­bo­urne, opi­sany przez repor­te­rów mel­bo­ur­neń­skiego dzien­nika The Age. Cho­dzi o nie­ja­kiego Liama She­ahana, który sie­dem lat temu – wbrew decy­zji gminy zaka­zu­ją­cej mu wycię­cie — dla poprawy bez­pie­czeń­stwa prze­ciw­po­ża­ro­wego — dwu­stu spo­śród ponad 3000 krza­ków rosną­cych na tere­nie jego posia­dło­ści – posta­wił na swoim i krzewy jed­nak wyciął, co go nb. kosz­to­wało grubo ponad 200 tysięcy dola­rów austra­lij­skich (ok. pół miliona zło­tych) w postaci grzy­wien i innych kar. „Wola­łem zapła­cić niż ryzy­ko­wać życiem” – powie­dział repor­te­rowi lokal­nego radia, wycho­dząc z sądu wio­sną 2002 roku. Przy­po­mniano sobie o nim dopiero w lutym 2009 roku, gdy oka­zało się, że dom rodziny She­ahan był jedy­nym zabu­do­wa­niem z Reedy Creek w pro­mie­niu dwóch kilo­me­trów, który wyszedł cało z ostat­niego pożaru buszu. Nie trzeba doda­wać, że dzięki temu She­aha­no­wie wyszli cało ze śmier­tel­nego pożaru. Nawet dzia­ła­cze od ochrony śro­do­wi­ska nie mieli cie­nia wąt­pli­wo­ści, że swoje ura­to­wa­nie rodzina ta zawdzię­cza wycię­ciu zbęd­nych krza­ków sie­dem lat wcze­śniej.
Jeśli myśli­cie, że z tej lek­cji pły­nie jakaś nauka, to jeste­ście w błę­dzie. Przed­sta­wi­ciele władz lokal­nych i ruchu eko­lo­gicz­nego wciąż nazy­wają postę­po­wa­nie She­ahana „cywil­nym nie­po­słu­szeń­stwem”. W nor­mal­nych warun­kach czło­wiek ten powi­nien otrzy­mać zwrot przy­naj­mniej czę­ści zapła­co­nej kary, wła­dze sta­nowe odma­wiają mu nawet roz­pa­trze­nia prośby o rekom­pen­satę, powo­łu­jąc się na…przedawnienie. To jest jed­nak zasłona dymna. Praw­dziwa przy­czyna jest znacz­nie głęb­sza. Ustą­pie­nie dziel­nemu miesz­kań­cowi Reed Creek mogłoby stwo­rzyć groźny pre­ce­dens, odbie­ra­jąc tym samym tota­li­tarną wła­dzę eko­ter­ro­ry­stom i rzą­do­wej biu­ro­kra­cji, która zamiast pójść ludziom na rękę, tym bar­dziej, że cho­dzi o ich życie, wyko­rzy­stała pożary jako argu­ment w walce z glo­bal­nym ocie­ple­niem.
Tylko cze­kać na kolejne pożary buszu i kolejne ofiary.

Roz­mowy przy poża­rze buszu
Jan M. Fijor
”” 2009-03-11

 

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 2

  1. Bartek pisze:

    Bar­dzo inte­re­su­jąca 6-cio czę­sciowa rela­cja z Austra­lii i Oce­anii, mam nadzieję że w przy­szło­ści będzie mi dane tam pojechac .

    p.s. Ple­ase Pick Up Your Email ;)

  2. Maciej Ordon pisze:

    janek, czy­ta­lem kilka arty­ku­low na ten temat ale wszyst­kie, w odro­znie­niu od two­jego, kon­cen­tro­waly sie na opi­sie skut­kow a nie przy­czyn. Widzia­lem tylko jeden komen­tarz do arty­kulu w The Times, w kto­rym czy­tel­nik z USA pisal, ze gdyby w Austra­lii byly podobne, pozba­wione roslin­no­sci strefy prze­ciw­po­za­rowe jak tam gdzie on mieszka, to roz­miar kata­strofy bylby znacz­nie ograniczony.

    Nie jestem prze­ciw­ni­kiem przy­rody ale jestem, a przy­naj­mniej sta­ram sie byc zwo­len­ni­kiem zdro­wego rozumu. W zwiazku z tym uwa­zam, ze trudno jest sie nie zgo­dzic z twoim artykulem.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*