Dolar po złotówce?

Jeśli ame­ry­kań­ski Bank Rezerwy Fede­ral­nej nadal będzie uzdra­wiać gospo­darkę, tak jak to czy­nił dotąd, to już wkrótce można się spo­dzie­wać w Pol­sce dolara po zło­tówce i kole­jek Ame­ry­ka­nów przed pol­skimi kon­su­la­tami, sta­ra­ją­cych się o wizy pra­cow­ni­cze Wbrew pozo­rom nie jest to prze­sadne czarnowidztwo.

Widmo zała­ma­nia

Już dawno sytu­acja gospo­dar­cza w USA nie była tak poważna. Co wię­cej, wygląda na to – mówi Lew Roc­kwell z Insty­tutu Misesa w Ala­ba­mie — że mamy do czy­nie­nia z trwa­łym kry­zy­sem sys­te­mo­wym. W wyniku sze­regu zabie­gów mone­tar­nych ze strony FED, mają­cych poskro­mić infla­cję, pie­niądz ame­ry­kań­ski w 2007 roku stra­cił na sile nabyw­czej kolejne 4,1 pro­centa. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak – twier­dzą eko­no­mi­ści z Cato Insti­tute — infla­cja już dawno wymknęła się spod kon­troli i tylko zabiegi „tech­niczne” i mani­pu­la­cje utrzy­mują ją na pozio­mie jed­no­cy­fro­wym. Widać to szcze­gól­nie wyraź­nie po zacho­wa­niu się Wall Street. Ostatni kwar­tał był dla rynku papie­rów war­to­ścio­wych naj­gor­szym od cza­sów Wiel­kiego Kry­zysu. Tylko w ciągu pierw­szych 12 sesji b. r. wskaź­nik giełdy nowo­jor­skiej, Dow Jones Indu­strial Ave­rage stra­cił to wszystko, co zaro­bił w roku 2007, i traci nadal. David W. Tice, znany ana­li­tyk gieł­dowy w wywia­dzie udzie­lo­nym New York Times prze­wi­duje, że pod koniec 2008, DJIA się­gnie co naj­wy­żej 6000 punk­tów (dzi­siaj ok. 13000). Sama tylko Mer­rill Lynch, naj­więk­sze biuro makler­skie na świe­cie, po odpi­sa­niu sobie w listo­pa­dzie strat w wyso­ko­ści ponad 16 miliar­dów dola­rów, przy­nio­sła w grud­niu 2007 stratę rzędu 9,8 miliarda dola­rów. Cena złoto sięga nie­bo­tycz­nej war­to­ści 1000 dola­rów za uncję, a sre­bro prze­kro­czyło 16 dola­rów za uncję. Przy­po­mnę tylko, że jesz­cze trzy lata temu cena złota zbli­żała się „nie­bez­piecz­nie” do 200 dola­rów za uncję a mówiło się nawet, że wkrótce osiągnie…100 dola­rów. Ban­kom idzie nie lepiej. Naj­więk­szy bank ame­ry­kań­ski, Citi­group, odpi­sał wła­śnie straty w wyso­ko­ści ponad 25 miliar­dów, a to wcale nie koniec złych wia­do­mo­ści. Kło­poty ma inny gigant, JP Mor­gan and Chase Bank. Nie lepiej jest na rynku nie­ru­cho­mo­ści, który osią­gnął wła­śnie poziom naj­niż­szy od ponad 25 lat. Tylko w ciągu ostat­nich 12 mie­sięcy ilość nowych domów wcho­dzą­cych na rynek spa­dła o pra­wie 15 pro­cent. Winą za ten stan rze­czy obar­cza się pożycz­ko­bior­ców z grupy „wyso­kiego ryzyka”, czyli bie­da­ków, jed­nakże kry­zys ude­rza rów­nież w zamoż­niej­szych. Deut­sche Bank finan­su­jący budowę kasyna i hotelu na 3000 pokoi i kil­ka­set sal kon­fe­ren­cyj­nych dla firmy Cosmo­po­li­tan Casino w Las Vegas, zwró­cił się wła­śnie do sądu o prawo prze­ję­cia „budowli” z powodu nie­wy­pła­cal­no­ści jej dewe­lo­pera. Dług wynosi 760 milio­nów dola­rów, a war­tość pro­jektu 3 miliardy dola­rów. Nie ma chęt­nych do prze­ję­cia roz­po­czę­tej budowy, a prze­cież mówimy o branży, która jesz­cze nie­dawno cie­szyła się wzię­ciem inwe­sto­rów jak żadna inna. Na eks­klu­zyw­nym pod­chi­ca­gow­skim przed­mie­ściu Hins­dale (śred­nia cena domu ok. 1,2 miliona dola­rów) część wła­ści­cieli ma kło­poty ze spłatą kre­dytu. Do tego wszyst­kiego dolar stra­cił (wobec więk­szo­ści sil­nych walut) ponad połowę swej war­to­ści z początku rzą­dów George’a W. Busha, rośnie defi­cyt budże­towy, spada wydaj­ność pracy, pogar­sza się morale ludzi i pogłę­bia kry­zys sys­temu eme­ry­tur. Sło­wem jest źle. Bar­dzo źle. Naj­gor­sze jest to, że tylko nie­wielu ludzi zdaje sobie sprawy z przy­czyn gro­żą­cej kata­strofy, a jeśli nawet je znają, to więk­szość z nich ukrywa nie­wy­godną prawdę, którą od lat głosi obecny kan­dy­dat na pre­zy­denta, tek­sań­ski kon­gres­man Ron Paul, a brzmi ona mniej wię­cej tak: W Ame­ryce wybiła godzina prawdy. Bez total­nej reformy sys­temu ban­ko­wego, bez likwi­da­cji mono­polu pań­stwa na pie­niądz oraz domi­na­cji banku cen­tral­nego, Sta­nom Zjed­no­czo­nym, a potem światu grozi kry­zys o bez­pre­ce­den­so­wych rozmiarach.

Pół prawdy

Wer­sja na uży­tek gawie­dzi mówi o pechu.
Naj­pierw w cza­sach pre­zy­den­tury Billa Clin­tona doszło „nie­ocze­ki­wa­nie” do kry­zysu „bąbel­ko­wego”, zna­nego także pod kryp­to­ni­mem „dot.com”, a kiedy już się w gospo­darce popra­wiło, źli ludzie zbu­rzyli World Trade Cen­ter i trzeba było roz­po­cząć wojnę z ter­ro­ry­stami. Poszły więc w górę ceny ropy naf­to­wej, roz­wi­nęła się Al-Qaida i zaczął kry­zys. To prawda, a raczej pół prawdy. Wojna, a ści­ślej jej gigan­tyczne koszty dopro­wa­dziły do lawiny nie­szczęść, ale były one raczej skut­kiem niż przy­czyną widma kra­chu, z jakim mamy dzi­siaj do czy­nie­nia. To, że infla­cja wymyka się spod kon­troli jest skut­kiem defi­cytu, jaki nastą­pił w związku z wyso­kimi wydat­kami mili­tar­nymi, ale też samo­woli rzą­dzą­cych, któ­rzy okła­mali naród i nad­użyli swo­ich upraw­nień. Wszak to Kon­gres wypo­wiada wojny, a nie pre­zy­dent. Kry­zys „dzia­dow­skich poży­czek” hipo­tecz­nych, zna­nych jako sub­prime mort­gage loans nie wybu­chłby, gdyby nie fry­wolna poli­tyka mone­tarna i roz­luź­nie­nie dys­cy­pliny kre­dy­to­wej, będące jej skut­kiem. Skąd to roz­luź­nie­nie? A no z potrzeby rządu, który musi wyda­wać, a podat­ków pod­no­sić nie chce, to zna­czy chce, ale boi się buntu. Zarówno Alan Gre­en­spana za rzą­dów Clin­tona i jakiś czas za Busha, tak i jego następca, Ben Ber­nanke robili wszystko, aby spro­stać nie­po­ha­mo­wa­nym ape­ty­tom Bia­łego Domu, zwięk­sza­jąc podaż pie­nią­dza poza gra­nice przy­zwo­ito­ści. Czy trudno się dzi­wić, ze Ame­ryce grozi infla­cja a dolara nikt dzi­siaj nie chce? FED zacho­wuje się, jak pijany – naj­pierw pom­puje w gospo­darkę tony pie­nię­dzy, a potem zaci­ska kre­dy­to­wego pasa, tłu­ma­cząc się zbyt dużą podażą. Mimo oba­le­nia para­dyg­matu Johna May­narda Key­nesa, że infla­cyjne „wpom­po­wa­nie” pie­nią­dza w gospo­darkę przy­nosi korzy­ści tylko na bar­dzo krótką metę, a potem są już tylko same straty, kry­zysy, kra­chy a przede wszyst­kim groźna infla­cja, pre­zes Ber­nanke staje na gło­wie, aby Key­nesa poru­szyć z mar­twych. Razem ze swym star­szym kolegą i byłym bos­sem, Ala­nem Gre­en­spa­nem, two­rzą skom­pli­ko­wane kon­struk­cje inte­lek­tu­alne, mające dowieść, że lepiej się nie da. Na efekty cze­kać nie trzeba. Część z nich spi­sa­łem powyżej.

Cała prawda

Tym­cza­sem praw­dziwa przy­czyna obec­nego kry­zysu jest znana od 90 lat. Odkrył ją, uro­dzony we Lwo­wie, wybitny eko­no­mi­sta austriacki, Ludwig von Mises. Nie­stety, zarówno przy­czyna, jak i jej odkrywca są wciąż igno­ro­wani. Nie służą poli­ty­kom, więc są prze­mil­czani.
Według Misesa, przy­czyną rece­sji jest sztuczne obni­ża­nie przez bank cen­tralny opro­cen­to­wa­nia pod­sta­wo­wego, co pro­wa­dzi do błęd­nej alo­ka­cji zaso­bów, a w kon­se­kwen­cji do tego, że biz­nes podej­muje dzia­łal­ność, która przed obniżką opro­cen­to­wa­nia oka­zy­wała się nie­opła­calna. Tę błędną alo­ka­cję zaso­bów (pie­nię­dzy, surow­ców, ener­gii, czasu, pracy etc.) nazwał Mises okre­sem koniunk­tury, czyli oży­wie­nia gospo­dar­czego (boom). Okres pro­spe­rity (oży­wie­nia) koń­czy się z chwilą odkry­cia przez biz­nes, że bank cen­tralny jedzie na dopingu, innymi słowy, że w spo­sób sztuczny wpra­wia gospo­darkę w stan, w któ­rym nie powinna się ona znaj­do­wać. Gdy biz­nes zorien­tuje się, że niskie opro­cen­to­wa­nie kre­dy­tów pozo­staje w kon­flik­cie z kon­su­menc­kim popy­tem na kre­dyt i podażą oszczęd­no­ści, z któ­rych kre­dyt jest (powi­nien być) two­rzony, roz­wój zostaje zaha­mo­wany. Gospo­darka wcho­dzi w fazę deko­niunk­tury (bust). Odkry­cie prawdy nastę­puje z chwilą odwró­ce­nia przez bank cen­tralny trendu „obni­że­nio­wego”, sło­wem, gdy „bank ban­kie­rów” dostrzegł swój błąd i zaczyna ogra­ni­czać eks­pan­sję kapi­tału poprzez pod­nie­sie­nie opro­cen­to­wa­nia pod­sta­wo­wego, a w kon­se­kwen­cji, poprzez podro­że­nie pie­nią­dza. Od tego momentu zaczyna się kry­zys zwany też: rece­sją, depre­sją czy kra­chem gospo­dar­czym.
Obecny kry­zys gospo­dar­czy w Ame­ryce wywo­łany został wła­śnie nad­mierną podażą pie­nią­dza, która uła­twiła eks­pan­sję kre­dy­tową, a tym samym kry­zys pogłę­biła. Cały pro­blem tzw. „dzia­dow­skich poży­czek” to sku­tek nad­miaru pie­nią­dza, który banki chciały za wszelką cenę komuś poży­czyć. Nie patrzyły, komu, stąd dzi­siaj mają pro­blem. Boom lat 2003 – 2005 był napę­dzany „ste­ry­dami” pie­nięż­nymi „z powie­trza”. Nie pomo­gło nawet to, że ame­ry­kań­ski bank cen­tralny – w prze­ci­wień­stwie do ECB czy NBP — jest w 100 pro­cen­tach pry­watny. Kiedy w końcu – wio­sną 2007 roku — odkryto, że nad­mierna eks­pan­sja kre­dy­towa pro­wa­dzi do rece­sji, zamiast przy­krę­cić śrubę i zmniej­szyć podaż pie­nię­dzy, czyli usu­nąć przy­czynę trud­no­ści, prze­wod­ni­czący FED, Ben Ber­nanke zaczął obni­żać stopy pro­cen­towe, innymi słowy, pom­po­wać w rynek jesz­cze wię­cej pie­nię­dzy, bo na tym wła­śnie polega obni­ża­nie stóp bazo­wych. To samo uczy­nił ECB. Dopusz­cza­jąc do samo­oczysz­cze­nia się rynku, nara­zi­liby się poli­ty­kom, sta­wiali więc na gło­wie, aby do rece­sji nie dopu­ścić. Czy na tym polega wła­śnie nie­za­leż­ność „obiek­tyw­nego” banku cen­tral­nego? W efek­cie, w gospo­darkę roz­wi­nię­tego świata cier­piącą na nad­miar pie­nią­dza nie mają­cego swo­jego odpo­wied­nika w pro­duk­cji, dorzu­cono ponad 200 miliar­dów rów­nież „sztucz­nych” dola­rów. To tak jakby leczyć nar­ko­mana z nałogu przy pomocy nar­ko­ty­ków. Na krótko poczuje się lepiej, ale w dłuż­szej skali jesz­cze bar­dziej pogrąży się w cho­robę.
Kry­zys ujaw­nił tym samym zawod­ność poli­tyki banku cen­tral­nego i FED jako insty­tu­cji. Zresztą to nie pierw­sza wpadka banku cen­tral­nego. Mil­ton Fried­man, bada­jąc przy­czyny Wiel­kiej Depre­sji, posta­wił tezę, że gdyby nie inter­wen­cje FED, do kra­chu w 1929 roku by nie doszło. Ta lek­cja poszła jed­nak w las, o czym świad­czą cho­ciażby ostat­nie dwa kry­zysy; bąbel­kowy i ten, o któ­rym piszemy. Co wię­cej, prze­wod­ni­czący Ber­nanke (naj­praw­do­po­dob­niej pod wpły­wem naci­sków Bia­łego Domu) ogło­sił nie­dawno, że zamie­rza gospo­darkę sty­mu­lo­wać (czy­taj: fasze­ro­wać nar­ko­ty­kiem, jakim jest dla niej nad­miar pie­nią­dza). Bogac­two pocho­dzi z pro­duk­cji; dopiero pie­niądz wypła­cony a conto pro­duk­cji sta­nowi bogac­two. Pie­niądz wykre­owany z powie­trza to dla poli­tyka tra­twa ratun­kowa, dla gospo­darki jed­nak i oby­wa­teli — kata­strofa. Taka poli­tyka ma nie­wiele wspól­nego z wol­nym ryn­kiem. Jest to eta­tyzm czy­stej wody, od któ­rego już tylko krok do socja­li­zmu i znie­wo­le­nia czło­wieka.
Trudno się dzi­wić Ame­ry­ka­nom, któ­rzy socja­li­zmu jesz­cze nie testo­wali, skoro i my sto­su­jemy podobne sty­mu­la­cje.
Od 12 lat prze­ra­biamy podobny sche­mat, w te i we w te. Otóż, w roku 1995 podaż pie­nią­dza wzro­sła w Pol­sce (w sto­sunku do roku 1994) bez­względ­nie o ok. 30 proc., real­nie zaś o 10,6 proc. W roku następ­nym wzrost podaży był podobny – bez­względ­nie o ok. 30 proc., real­nie o bli­sko 9 proc., pomię­dzy grud­niem 1996 a grud­niem 1997 podaż pie­nią­dza rosła o 27 proc., real­nie zaś o 13 proc. Te wyso­kie wzro­sty kon­tra­stują z dyna­miką podaży pie­nią­dza latach 2000 – 2001, kiedy wynio­sła ona w licz­bach bez­względ­nych jedy­nie ok. 8 proc. (real­nie 5.5 proc.), rok póź­niej (2002), nie tylko nie wzro­sła, lecz wręcz spa­dła (bez­względ­nie) o ok. 2.2 proc. Póź­niej dyna­mika wzro­stu zaczęła się zwięk­szać, by w latach 2006 – 2007 osią­gnąć tempo przy­po­mi­na­jące to z lat 1996 – 1998. Nie trudno zgad­nąć, dla­czego stopa infla­cji w grud­niu 2007 wzro­sła w skali roku z poziomu „oko­ło­tar­ge­to­wego” (2,5 pro­cent) do nie­bez­piecz­nych 4 pro­cent. A więc i my mamy powody do nie­po­koju, zwłasz­cza w obli­czu naci­sków pła­co­wych gór­ni­ków, nauczy­cieli i leka­rzy, dla­tego trudno będzie zdjąć nogę z pedału gazu pras dru­ku­ją­cych złote, chyba że rząd ma jasną wizję reform i będzie się jej trzy­mać, w co ja wciąż wątpię.

Kry­zys idzie w świat

Kiedy giełda w Nowym Jorku kich­nie, par­kiety w Tokio, Frank­fur­cie czy Lon­dy­nie mają katar. Mniej wię­cej tak brzmi ostrze­że­nie rzu­cane światu każ­do­ra­zowo przy poja­wie­niu się groźby rece­sji w USA. I rze­czy­wi­ście — mówi nie­za­leżny kon­sul­tant Mer­rill Lynch, David Bowers – wystar­czyło, że w USA wzro­sła nie­sta­bil­ność gospo­dar­cza, by po mini­strach od finan­sów i gospo­darki wielu kra­jów świata prze­szedł dreszcz stra­chu. Wpraw­dzie gospo­darka świa­towa nie odczuła jesz­cze peł­nego wpływu ame­ry­kań­skiego kry­zysu — uważa mini­ster finan­sów Japo­nii, Fuku­shiro Nukaga – mimo to indeks japoń­skiej giełdy Nik­kei 225 spadł w ciągu tygo­dnia o ponad 6 pro­cent, do naj­niż­szego poziomu zamknię­cia od paź­dzier­nika 2005 r. Naj­bar­dziej boją się w Japo­nii, ale też żaden inny kraj, może poza Chi­nami, nie jest uza­leż­niony od koniunk­tury w USA tak, jak Tokio. Lękowe stany wystą­piły także w Euro­pie. Tylko w stycz­niu b.r. główny fran­cu­ski indeks gieł­dowy CAC 40 stra­cił aż 10 pro­cent, o nie­wiele mniej obni­żyły się indeksy, bry­tyj­ski FTSE i nie­miecki DAX, które spa­dły o ok. 9 pro­cent. Dla­czego Niemcy, Anglicy, a zwłasz­cza Japoń­czycy oba­wiają się kry­zysu w Ame­ryce? Jest kilka powo­dów, primo, ponie­waż w tych kra­jach ist­nieją podobne mecha­ni­zmy mone­tarne, secundo, i to jest chyba powód zasad­ni­czy, ponie­waż ame­ry­kań­ska gospo­darka to dla pro­duk­tów z Nie­miec, Fran­cji, Japo­nii jeden z głów­nych ryn­ków eks­por­to­wych. Spa­dek zaku­pów w Chi­cago, Nowym Jorku czy LA wywoła zaha­mo­wa­nie pro­duk­cji i bez­ro­bo­cie w Osaka, Man­che­ster czy w Dus­sel­dor­fie, a z Dus­sel­dorfu do War­szawy to już tylko rzut bere­tem. Kry­zys ame­ry­kań­ski roz­leje się na świat, dosię­ga­jąc nie­mal każ­dego. Co nam ze zdro­wych fun­da­men­tów gospo­darki pol­skiej, o czy zapew­niał nie­dawno pre­mier Wal­de­mar Paw­lak, jeśli ci, któ­rzy od nas pro­dukty i usługi kupują, sami nie będą mieć fun­da­men­tów zdro­wych? Spad­nie nam eks­port, zmniej­szy się pro­duk­cja, wzro­śnie bez­ro­bo­cie. Mamy ponadto natu­ralną afi­lia­cję w sto­sunku do USA, liczną tam dia­sporę, duże zasoby waluty ame­ry­kań­skiej, w któ­rej Polacy wciąż tezau­ry­zują swoje oszczęd­no­ści. To nie przy­pa­dek, że pol­scy ana­li­tycy, eks­perci i guru oce­niają stan pol­skiego rynku papie­rów war­to­ścio­wych po tym, co dzieje się w Sta­nach. Tym zja­wi­skom towa­rzy­szyć będzie naj­praw­do­po­dob­niej ucieczka od dolara, Polacy pozbędą się ok. 8 – 10 miliar­dów dola­rów. Może to wpraw­dzie dopro­wa­dzić do dal­szego wzmoc­nie­nia zło­tego, ale raczej nie na długo. Rosnące bez­ro­bo­cie wywoła wzrost wydat­ków socjal­nych, co przy male­ją­cych wpły­wach zwięk­szy defi­cyt budże­towy i infla­cję. Chyba, że rząd PO odważy się na reformy libe­ralne, w tym reformę finan­sów pań­stwa, a wtedy…Obywatele Sta­nów Zjed­no­czo­nych przy­jadą do nas schro­nić się przed recesją.

Tera­pia

Za pre­zy­den­tury George’a W. Busha Stany Zjed­no­czone stały się cho­rym czło­wie­kiem świa­to­wego sys­temu gospo­dar­czego. Z tego powodu lecze­nie powinno się zacząć od nich. Pierw­szy krok tera­pii już znamy, nastąpi w stycz­niu 2009 i będzie nim odej­ście Busha, nie­wąt­pli­wie naj­gor­szego pre­zy­denta ostat­nich stu, a może i wię­cej, lat. Sama zmiana w Bia­łym Domu nie wystar­czy, jeśli nie będzie jej towa­rzy­szyć szyb­kie zakoń­cze­nie wojny w Iraku, a to zależy od tego, kto wygra wybory w 2008 roku. Ide­ałem byłby, wspo­mniany już Ron Paul, ale także Mitt Rom­ney i Mike Huc­ka­bee; Bar­rack Obama też chce z wojną skoń­czyć, ale w jego pro­gra­mie reform libe­ral­nych niet. Po tych kro­kach sytu­acja prze­sta­łaby się pogar­szać. Teraz pora na pro­gram pozy­tywny. Sty­mu­la­cja gospo­darki poprzez obniżkę podat­ków (jak wła­śnie pro­po­nuje Bush) ma sens tylko wtedy, gdy poprze­dza ją reduk­cja wydat­ków budże­to­wych. Bez niej, obniżka podat­ków to dal­sze zadłu­ża­nie budżetu, tak jak to ma miej­sce dzi­siaj. Pod nóż muszą pójść wydatki na cele socjalne, dopłaty dla rol­ni­ków i inne formy „pomocy” pań­stwa dla biz­nesu, takie jak cła, kwoty impor­towe, umowy zbio­rowe itp. Musi też dojść do pry­wa­ty­za­cji sys­temu eme­ry­tur, do czego Ame­ryka przy­go­to­wuje się od czasu pre­zy­den­tury Ronalda Reagana. Mimo iż lecze­nie Ame­ryki wyma­gać będzie odwagi poli­tycz­nej, jest ono o tyle łatwe, że wiemy, w jakim sta­nie był pacjent zanim zacho­ro­wał. Dla­tego kolej­nym kro­kiem tera­peu­tycz­nym powinno być przy­po­mnie­nie Ame­ry­ka­nom, ale i światu, że jesz­cze 95 lat temu, nie było w Sta­nach Zjed­no­czo­nych ani banku cen­tral­nego, ani podatku docho­do­wego, edu­ka­cja była cał­ko­wi­cie pry­watna, eme­ry­tury też, mało kto wie­dział na czym polega redy­stry­bu­cja dochodu, zaś regu­la­cją gospo­darki nie zaj­mo­wali się poli­tycy, lecz…rynek – wolny rynek.

Jan M. Fijor
„różne” 2008-02-28

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 30

  1. homoeconomicus pisze:

    Moim zda­niem bar­dzo dobry tekst. Powinno się go wydru­ko­wać i roz­da­wać do ana­lizy na zaje­ciach z eko­no­mii na pol­skich uczel­niach.
    Pozdrawiam

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Dzie­kuje za uzna­nie, cho­ciaz wolal­bym sie mylic. Uklony Jan M Fijor

  3. brysio pisze:

    Jeśli cho­dzi o edu­ka­cję to sie pan myli panie Fijor. Już w XIX wieku więk­szość sta­nów miała publiczny sys­tem edu­ka­cji oparty podob­nie jak dziś na podatku od nie­ru­cho­mo­ści. Wyjąt­kiem były nie­które zaco­fane i biedne stany Południa.

  4. Stanisław pisze:

    Dolar po zło­tówce !
    Chyba tak bedzie , i to nie długo.
    Myslę , że Jest Pan pro­ro­kiem finan­so­wym .….
    Pozdro­wie­nia z Olsztyna

  5. jasiu z Hameryki pisze:

    Komen­tarz do komen­ta­rza „bry­sia”.
    http://www.servintfree.net/~aidmn-ejournal/publications/2001 – 11/PublicEducationInTheUnitedStates.html

    Stwier­dze­nie ze wiek­szosc sta­now miala w XIX wieku sys­tem szkol publicz­nych jest mylace. Wiek­szosc miala „obo­wia­zek uczesz­cza­nia do szkoly”. Dopiero w II polo­wie XX wieku wszyst­kie stany mialy sys­tem szkol publicz­nych. Dla czy­tel­nika pol­skiego konieczne jest row­niez zro­zu­mie­nie, ze szkoly publiczne sa finan­so­wane GLOWNIE z podat­kow miejskich/lokalnych. To nie RZAD placi pen­sje nauczy­cie­lom, ale MIASTO. W tym sen­sie szkoly maja dalej bar­dzo lokalny cha­rak­ter i mozna je do pew­nego stop­nia uwa­zac za szkoly komu­nalne. Wla­dze sta­nowe glow­nie zapew­niaja utrzy­ma­nie jakie­gos stan­dardu tych szkol, i zale­znie od Stanu maja mniej­sza lub wiek­sza kon­trole nad szko­lami publicz­nymi. Jesli cho­dzi o szkoly wyzsze („uni­wer­sy­tety”) to nie ma publicz­nych Uni­wer­sy­te­tow w USA, poza moze jaki­mis uczel­niami wojskowymi.

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Sto pro­cent zgody! pozdra­wiam i doma­gam sie wol­nego wyboru szkoly dla naszych dzieci/wnukow. pozdra­wiam Jan M Fijor

  7. Krzysztof pisze:

    Świetny tekst, gra­tu­luję i cze­kam na kolejny. Pozdrawiam

  8. Jan M. Fijor pisze:

    Jestem aku­rat Bir­mie, ale po powro­cie napi­sze cos cie­ka­wego. Pozdra­wiam Jan M Fijor

  9. Maciek pisze:

    nie ma nic o real­nej gospo­darce! Jest o ban­kach, indek­sach gieł­do­wych, biu­rach makler­skich. A nie o rze­czy­wi­stych pro­duk­tach i usłu­gach. Rynek finan­sowy NIE TWORZY BOGACTW.

  10. Jan M. Fijor pisze:

    Pie­niadz jest row­niez wazny co ludzka praca i zasoby. Jesli ktos panu krad­nie pie­nia­dze i maja­tek, to na cho­lere ta praca i gospo­darka. Rynek finan­sowy nie twrozy boga­vtw, ale poli­tycy, kto­rzy rzdza pie­nia­dzem te bogac­twa nisz­cza. Uklony Jan M Fijor

  11. Marek pisze:

    Do „jasiu z Hameryki”

    Ist­nieja publiczne uni­wer­sy­tety sta­nowe z tym, ze trzeba za nie pla­cic (jezeli to mia­les na mysli piszac, ze nie ma „publicz­nych” uni­wer­sy­te­tow w prze­ci­wien­stwie do bez­plat­nych szkol niz­szych szcze­bli, to zgoda). Nie wiem, czy posiada je kazdy stan (podej­rze­wam, ze tak, latwo zreszta spraw­dzic) ale taki np. stan Washing­ton ma zarowno Uni­ver­sity of Washing­ton jak i Washing­ton State Uni­ver­sity, oba publiczne, oba platne, ale duzo taniej dla rezy­den­tow danego stanu.

  12. Adam Krukowski pisze:

    Świetny tekst, szcze­gól­nie podo­bało mi się zakoń­cze­nie. Nie­stety nie ma we mnie odro­biny opty­mi­zmu jeśli cho­dzi o obecną sytu­ację. Myślę, że to wszystko się zawali bo niby kto teraz jest na tyle odważny żeby zre­for­mo­wać gospo­darkę USA do stanu sprzed 100 lat? McCain? Myślę, że tu potrzeba kogoś takiego jak Pino­chet i nie żar­tuję… Pozdrawiam

  13. Piotr Radko pisze:

    To co Pan tak świet­nie opi­suje to znane ” prawo popytu i podaży” zga­dzam się z tym co Pan tu wypi­suje, ale O pozio­mie edu­ka­cji naszeg
    o spo­łe­czeń­stwa na taką wie­dzę świad­czy
    ilość wpisów.Podziwiam Pana od kilku lat
    i życzę dużo zdrowia.staram się roz­ma­wia
    ć na tematy które pan poru­sza ale jakim auto­ry­te­tem jest dla kogoś sprze­dawca gaci i skar­pe­tek z targu.Pozdrawiam.
    Z powa­ża­niem
    Pio­trek Radko rocz­nik 69

  14. Jasiu Z Hameryki pisze:

    Pan Marek pisze:
    > Ist­nieja publiczne uni­wer­sy­tety sta­nowe z tym, ze
    > trzeba za nie pla­cic… itd…

    Pro­sze Pana, niech Pan zde­fi­niuje slowo „publiczna szkola” bo od tego trzeba zaczac… Wedlug mnie, publiczna szkola to taka, ktora

    1) kto­rej pra­cow­nicy sa pla­ceni z fun­du­szow rza­do­wych, albo/oraz

    2) „rza­dzi Rzad” (lokalny czy fede­ralny, czy jaki tam), tzn, ktore
    wla­dze sa mia­no­wane przez organ rzadowy.

    Pro­sze mi wska­zac choc jeden uni­ver­sy­tet publiczny w USA. Ja pod­po­wiem: „Naval Aca­demy”, „Air Force Aca­demy”, itp. Oczy­wi­scie, Uni­wer­sy­tety jak i wiele szkol „nie­pu­blicz­nych” jest sub­sy­dio­wane przez rzad w taki czy inny spo­sob za pomoca gran­tow czy sty­pen­diow rza­do­wych dla uczniow/studentow. Ale tak samo jest z, np. ze slu­zba zdro­wia w USA — jest sub­sy­dio­wana przez „rzad” ale nie jest publiczna za wyjat­kiem szpi­tali woj­sko­wych, ktore sa „publiczne” ale nie dostepne dla publiki… Oczy­wi­scie, jesli Pan zde­fi­niuje ze „publiczne” to zna­czy ze „dla publiki”, to w Sta­nach pra­wie wsz­systko publiczne, o ile publika moze sobie na to pozwolic…

  15. Robert szandała pisze:

    wszystko sie zga­dza za wyjatkiem..uwagi o Mil­to­nie Fried­ma­nie wg. niego przy­cznął kry­zysu było skur­cze­nie sie podazy pie­nią­dza o 1/3.….on zale­cał jego dru­ko­wa­nie co tak ocho­czo czyni teraz Fed

  16. Wolski pisze:

    Mier­nik FED M-1 poka­zuje raczej ze bank obni­za­jac inrest nie zwiek­sza ilo­sci pie­nie­dzy narynku, jest defla­cja a nie infla­cja. High prime crunch jest mniej­szy niz intrest hipo­teczny z konca lat 1970. W cha­me­ryce nie placa tak jak daw­niej, i wzrost cen niruch­mo­sci byl na wyrost do wzro­stu cen od pobo­row. Ile domow banki ode­braly klien­tom w latach 70-tych?????

  17. JMF pisze:

    Obni­za­nie opro­cen­to­wa­nia przez bank cen­tralny polega wla­snie na zwiek­sze­niu podazy pie­nia­dza, co pro­wa­dzi do spadku jego ceny, czego wyra­zem jest m.in. obnizka stop pro­cen­to­wych, czyli kosztu pie­nia­dza. Im cze­gos wie­cej przy innych czyn­ni­kach nie­zmien­nych, tym cena tego cze­gos jest niz­sza.
    Pozdra­wiam z dale­kich Indo­chin
    Jan M Fijor

  18. Nataniel pisze:

    Jeśli ame­ry­kań­ski Bank Rezerwy Fede­ral­nej nadal będzie uzdra­wiać gospo­darkę, tak jak to czy­nił dotąd, to już wkrótce można się spo­dzie­wać w Pol­sce dolara po zło­tówce i kole­jek Ame­ry­ka­nów przed pol­skimi kon­su­la­tami, sta­ra­ją­cych się o wizy pra­cow­ni­cze. Wbrew pozo­rom nie jest to prze­sadne czar­no­widz­two”. A zwlasz­cza w sty­tu­acji gdy paliwo dro­zeje, a zatem i loty za ocean i z za oce­anu row­niez. I nie wiem czy wizje autora, ktory pisze tak roz­wle­kle i nie­tre­sci­wie kie­dy­kol­wiek sie spraw­dza. Chyba, ze jakies sily poza­ziem­skie zain­ter­we­niuja za posred­nic­twem Ojca Hejno.Tak nam dopo­moz Bog.

  19. Lolek pisze:

    Czego pan chce od Fijora, panie Nata­niel, od ponad roku zwia­stuje kry­zys i jest coraz bliz­szy prawdy. Jak zaczal dolar byl bli­sko 3 zl, dzi­siaj kosz­tuje 2,20 zl, gielda spada na calym swie­cie, infla­cja rosnie. Co ma pana prze­ko­nac, ze Fijor jest bliz­szy prawdy niz pan, panie Nata­nielu?
    Lolek (ani mi swa­tem ani bra­tem Fijor, ale co prawda, to prawda)

  20. Jerzy pisze:

    Rok temu Pań­ski arty­kuł prze­wa­żył o mojej decy­zji zmiany waluty z USD na CHF.Każdy dolar zosta­wił mi w kie­szeni 40 groszy.Dziś pozo­stałą część wymie­ni­łem w sto­sunku 1:1.Oczywiście żałuję ‚że nie wymie­ni­łem cało­ści rok temu ‚ale cie­szę się, że obec­nie nie dołożyłem.Ciekaw jestem Pań­skiego zda­nia na temat ceny Euro w 2012 roku w Pol­sce, powiedzmy na początku roku.Przesyłam pozdrowienia.

  21. JMF pisze:

    Z cena euro spraw jest trudna, bo to zalezy od infla­cji w Pol­sce. jesli bedzie tak jak teraz, nie gorzej, to powi­ni­smy zejsc do poziomu 2,80 — 3 zl za euro. Dolar wtedy bedzie znacz­nie wyzej. Ja mysle, ze po odej­sciu Busha gre­en­back sie wzmocni, cho­cia­zby ze wzgle­dow psy­cho­lo­gicz­nych. McCain nie bedzie gor­szy od Busha, cho­ciaz tez nie­wiele lep­szy. Chyba, ze wygra Obama, a wtedy…Poczekajmy do listo­pada.
    Uklony
    jan M Fijor

  22. Marol pisze:

    Tekst bar­dzo dobry. Jak Pan wróci z tej Birmy, to może by Pan opi­sał tę podróż, w stylu „Z pamięt­nika glob­trot­tera”. Lubi­łem czy­tać Pań­skie wspo­mnie­nia z podróży po Ame­ryce Łaciń­skiej, naprawdę były świet­nie napisane.

  23. Nataniel pisze:

    Panie Lolek? Czy moze Pan Fijor zro­bil Okru­uutny Szmal na pesy­mi­zmie ame­ry­kan­skiej Waluty, jak Soros…,? Czy moze altru­istyczny zwia­stun upadku hame­ry­kan­skiej gospo­darki, powi­nien sku­po­wac hame­ry­kan­skie dola­aary, bo prze­cie jak sie jest atl­ru­istycz­nym meta­fi­zy­kiem, to wypada na kolana do Cze­sto­chowy i malin­we­sto­wac tam gdzie upa­dek i nedza. I chyba wkra­czam tutaj w ksie­dza, derek­tora cesar­stwo, przypuszczam.

  24. Jasiu z Hameryki pisze:

    Pan Nata­niel mowi o silach poza­ziem­skich. A sily sa jak naj­bar­dziej ziem­skie… To ban­kie­rzy, kto­rzy wie­dza kiedy dolar (czy jakas inna waluta) bedzie mocna a kiedy slaba, bo oni to usta­laja. Wiec jak jest mocna to kupuja com­mo­di­ties czy zloto, a kiedy slaby to sprze­daja i na kaz­dym obro­cie zara­biaja dru­gie tyle. A Pan (jak i ja, i inne dzieci mniej­szego Boga) tyraja od switu do wie­czora, zeby ten oscy­la­to­rek dzia­lal… Nie­stety, Pan Jasiu ban­kie­rem nie jest wiec wielu rze­czy nie wie, ale sie domy­sla… Pewno sie tez moze mylic, bo ban­kie­rzy maja swo­bode manewru zna­jac przy­szlosc, a Pan Jasiu nie zna przy­szlo­sci tylko prze­szlosc i „ekstrapoluje”.

  25. RSA pisze:

    Dziś (19 marca) na one­cie, zoba­czy­łem coś takiego:
    „Rynek walu­towy powoli otrząsa się z zasko­cze­nia jakim wydaje się być dla inwe­sto­rów obniżka stóp pro­cen­to­wych o 75 pkt bazo­wych. Choć cię­cie bar­dzo dra­styczne, rynek ocze­ki­wał jesz­cze więk­szego — o pełny punkt pro­cen­towy. Zatem dolar umac­nia się po decy­zji Fed. Noto­wa­nia euro spa­dły do 3,572 USD, o pół centa w porów­na­niu do tego co wie­dzie­li­śmy przed połu­dniem.
    ” aut. E.Szweda

    Ja nic z tego nie rozumiem…

  26. JM Fijor pisze:

    Komu­nika podany przez RSA jest rzecz jasna nie­prawda. Dolar — po decy­zji FED — osla­bil sie, a to ze 19 marca zyskal na war­to­sci jest skut­kiem sla­bych wyni­kow gospo­dar­czych strefy euro. Gene­ral­nie jed­nak FED idzie w gle­boki kry­zys. Pod­trzy­muje swoja czarna wizje. Po powro­cie do kraju napi­sze o tym wie­cej.
    Weso­lych Swiat
    Jan M Fijor

  27. Mario pisze:

    Jak zwy­kle dobra ana­liza eko­no­miczna. Dobry arty­kuł.
    Panu Fijo­rowi z oka­zji Świąt Wiel­ka­noc­nych, Smacz­nego Jajka i Ostrego Dyn­gusa.
    P.S. Jak już Pan wróci z azja­tyc­kich wojaży, mam nadzieję, że jako wytrawny glob­tro­ter opi­sze Pan to.

  28. Jan M. Fijor pisze:

    Wro­ci­lem, pomo­dli­łem się, teraz sie­dze i piszę. Jak skoń­czę, pokażę co napi­sa­łem. Weso­łego Alle­luja! Jan M Fijor

  29. Jozin z Bazin pisze:

    I Ame­ry­ka­nie będą przy­jeż­dżać do Pol­ski jak dolar będzie się rów­nał złotówce?

    Pro­szę mnie nie roz­śmie­szać, to wszystko kie­dyś upad­nie ale nie z tego powodu, w świe­cie jest tak że w rze­czy­wi­sto­ści rzą­dzą pewne nie­zmienne prawa, prawa natu­ralne, cała reszta to zabawa jak nie wejść w kon­flikt z tymi pra­wami jed­no­cze­śne je omi­ja­jąc. Wszyst­kie te banki, giełdy to jest w isto­cie pro­sty mecha­nizm okra­da­nia jed­nych przez dru­gich w bia­łych rękawiczkach.

    Ciężko to przy­znać kiedy się żyje w dostatku, ale oszu­ki­wa­nie samego sie­bie ma to do sie­bie że się za to płaci.

    Zgoda, dzi­siaj jest czas na to żeby cof­nąć te wszyst­kie nawar­stwione oszu­stwa i wró­cić do powiedzmy okresu sprzed 100 lat, ale kto dobro­wol­nie podda się takiemu dic­tum? Nie­wielu, a co naj­waż­niej­sze nie możni tego świata któ­rzy dzięki takim zasa­dom mają prze­wagę nad prze­cięt­nym czło­wie­kiem.
    Gospo­darka glo­balna wcho­dzi w nowy etap i cały ten bała­gan zosta­nie w końcu po mniej­szych czy więk­szych pro­ble­mach „opa­no­wany” nową tech­niką masku­jącą, i tak będziemy dalej oszu­ki­wać się aż do momentu kiedy mate­riał cał­kiem pęknie.

    Dla­tego myślę że aktu­al­nie świat zmie­rza do okresu dyk­ta­tur i gospo­da­rek ste­ro­wa­nych cen­tral­nie. Stąd też stra­sze­nie ludzi ter­ro­ry­stami i innymi, poto aby dobro­wol­nie pod­da­wali się tym dyktaturom.

  30. Jan M. Fijor pisze:

    Garsc pia­sku plus mysl ludzka rowna sie mikro­pro­ce­sor. Gxdzie tu kto kogo okrada? W kaopi­ta­li­zmie gospo­darka nie jmest gra o sumie zero. W socja­li­zmie jest. Ukłony Jan M Fijor

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*