Ekonomia dla normalnych ludzi

Eko­no­mia dla nor­mal­nych ludzi

Gene Cal­la­han
Tłum.: Jan M. Fijor
War­szawa 2004
ISBN: 83 – 89812-01 – 0

Cena: 36 (wraz z wysyłką) zł

Zamó­wie­nia pro­simy kie­ro­wać na adres: fijorr@fijorr.com prze­lew pro­simy wysy­łać na konto: 73 1140 2004 0000 3702 4815 4485 w mbank na nazwi­sko Jan M. Fijor
Wysyłka za zali­cze­niem pocz­to­wym kosz­tuje eks­tra 12 zł.
Dzię­ku­jemy za popie­ra­nie naszego wydawnictwa!

Dopiero teraz książka Cal­la­hana nabrała peł­nego smaku. Teraz, kiedy w trak­cie uka­zy­wa­nia sie znaj­duje się dzieło Mur­raya Roth­barda Eko­no­mia wol­nego rynku, a za kilka tygo­dni będzie tez na rynku Ludwiga von Misesa, Ludz­kie dzia­ła­nie Cal­la­han moze sie przy­slu­zyc. Zro­zu­mie­nie obu ksiąg, dzięki wpro­wa­dze­niu Cal­la­hana, będzie dużo łatwiejsze.

Jan M Fijor
Zamiast recenzji:

Oma­wia­jąc „wpływ korzy­ści skali na dosko­na­łość kon­ku­ren­cji” – autor książki zaty­tu­ło­wa­nej Orga­ni­za­cja rynku i kon­ku­ren­cja, Woj­ciech Łysz­kie­wicz pisze we wstę­pie: „Zaj­miemy się teraz ana­lizą tech­no­lo­gii kom­pa­ty­bil­nej ze struk­turą ryn­kową dosko­na­łej kon­ku­ren­cji.” Cze­kamy więc w napię­ciu, co też tam autor zapro­po­nuje dalej, wszak kon­ku­ren­cja to zagad­nie­nie w gospo­darce wol­no­ryn­ko­wej naczelne. I oto mamy: „Wyka­żemy, że zało­że­nie o dosko­na­łej kon­ku­ren­cyj­no­ści rynku ogra­ni­cza zbiór moż­li­wych ryn­ków bar­dziej, niż by się mogło wyda­wać, zwłasz­cza w dłu­gim okre­sie.” Wpraw­dzie nic z tego nie rozu­miemy, ale autor zaraz przy­cho­dzi nam w sukurs, poda­jąc serię wzo­rów na funk­cję pro­duk­cji, krót­ko­okre­so­wej rów­no­wagi kon­ku­ren­cyj­nej i rów­no­wagi dłu­go­okre­so­wej. Nie będę ich tu przy­ta­czać, ponie­waż mój edy­tor tek­stu nie dys­po­nuje ozna­cze­niami całek, róż­ni­czek, sum i kwan­ty­fi­ka­to­rów teo­rii zbio­rów, a poza tym, uwa­żam te wzory za…aberrację.
Nie­stety, współ­cze­sna lite­ra­tura eko­no­miczna, zwłasz­cza w wyda­niu post­mark­si­stow­skim i post­key­ne­si­stow­skim roi się od podob­nych wzo­rów, rów­nań i wykre­sów. Mają one wyka­zać jak wielka jest mądrość autora i waga podej­mo­wa­nych prze­zeń wysił­ków. Wyra­fi­no­wane rów­na­nia zdo­mi­no­wały naukę eko­no­mii nawet w odnie­sie­niu do tak pod­sta­wo­wych zja­wisk, jak kon­ku­ren­cja, ceny, popyt i podaż. Z tej prak­tycz­nej, ele­men­tar­nej wie­dzy o ludz­kim dzia­ła­niu uczy­niono zby­teczną abs­trak­cję, która rzadko kiedy ma coś wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią. Konia z rzę­dem temu, kto w opar­ciu o te for­muły mate­ma­tyczne jest w sta­nie pro­wa­dzić dzia­łal­ność gospo­dar­czą czy prze­wi­dzieć swoje przy­szłe decy­zje. A prze­cież o to w eko­no­mii chodzi!

Mate­ma­ty­za­cja i for­ma­li­za­cja stały się nie­za­wodną receptą na eko­no­miczny Olimp. Ba, od nich zależy suk­ces i uzna­nie w nauko­wym świe­cie. Im bar­dziej jakaś teo­ria mija się z prak­tyką, tym ma ona więk­sze szanse na zdo­by­cie naj­bar­dziej wyma­rzo­nego tro­feum, jakim jest Nagroda Nobla w eko­no­mii. Można nawet poku­sić się o stwo­rze­nie por­tretu poten­cjal­nego nobli­sty — eko­no­mi­sty. Ide­alny kan­dy­dat do tej nagrody to czło­wiek zaj­mu­jący się wysoce abs­trak­cyjną teo­rią, któ­rej żaden przed­się­biorca, biz­nes­men czy inwe­stor nie tylko nie rozu­mieją, a wręcz zro­zu­mieć nie powinni.
Na ostat­nie 10 „Nobli” z eko­no­mii, pod powyż­szą cha­rak­te­ry­stykę pod­pada co naj­mniej sie­dem. Szczy­to­wym osią­gnię­ciem tak rozu­mia­nej „eko­no­mii” jest ubie­gło­roczna (2003) nagroda przy­znana dwóm uczo­nym – Ame­ry­ka­ni­nowi, Rober­towi F. Engle’owi za – uwaga! – „stwo­rze­nie metod ana­lizy sze­re­gów chro­no­lo­gicz­nych cha­rak­te­ry­zu­ją­cych się zmien­no­ścią w cza­sie”, i Bry­tyj­czy­kowi: Clive W.J. Gran­ge­rowi za „stwo­rze­nie metod ana­lizy sze­re­gów chro­no­lo­gicz­nych zmien­nych o wspól­nym tren­dzie”.
Czy ktoś wie o co w nich cho­dzi? Czy to ma być eko­no­mia? Nauka o ludz­kich zacho­wa­niach zmie­rza­ją­cych do poprawy naszego bytu na Ziemi? O tym, jak gospo­da­ro­wać zaso­bami, któ­rych mamy cią­gły nie­do­bór, a w związku z tym, że można je uży­wać alter­na­tyw­nie, potrzebny jest mecha­nizm który nam wskaże wła­ściwą drogę? Czy to jest wła­śnie wie­dza, która uczy nas co zro­bić, żeby z tego „co jest” uczy­nić „to, co być powinno”? Uczy­nić to, co chcie­li­by­śmy, żeby nastą­piło? Bar­dzo wąt­pię, a prze­cież wła­śnie dzia­łal­no­ścią taką zaj­mują się od wie­ków – i to z powo­dze­nie — zwy­kli, czę­sto nie­wy­kształ­ceni ludzie.

Rynek, który jest przed­mio­tem zain­te­re­so­wa­nia eko­no­mi­stów nie jest bytem sta­łym, czy nawet sta­bil­nym. Bytem, który można by pre­cy­zyj­nie opi­sać przy pomocy rów­nań i całek. Rynek jest pro­ce­sem dyna­micz­nym, bowiem ludzie, któ­rzy go two­rzą zmie­niają się w cza­sie i prze­strzeni. Sta­ty­stycz­nie nasz biz­nes może pro­wa­dzić dzia­łal­ność mode­lową, w prak­tyce jed­nak może upaść z powodu, któ­rego naj­bar­dziej skom­pli­ko­wany model mate­ma­tyczny nie jest w sta­nie prze­wi­dzieć. Kiedy w czerwcu 1986 roku, Rada Nad­zor­cza kon­cernu Coca Cola oznaj­miła, że jej pre­zes, Robert C. Goizu­eta cierpi na cho­robę nowo­two­rową, cena akcji tej spółki spa­dła w ciągu kilku godzin o 20 proc. i spa­dała dalej przez kilka mie­sięcy, do czasu, aż p. Goizu­eta ogło­sił, że o cho­ro­bie wie­dział wcze­śniej i dla­tego przy­go­to­wał swo­jego następcę. I wtedy noto­wa­nia akcji o sym­bolu KO poszy­bo­wały w górę o bli­sko 150 proc. Takich wahań ceno­wych żadna, nawet naj­bar­dziej fun­da­men­talna ana­liza czy wymyślna teo­ria sta­ty­styczna nie jest w sta­nie prze­wi­dzieć, a tym bar­dziej zmie­rzyć. Uczeni, któ­rzy się za coś takiego biorą przy­po­mi­nają śre­dnio­wiecz­nych szar­la­ta­nów, któ­rzy okre­ślali natę­że­nie uczuć miło­snych kochanka przy pomocy ilo­ści zje­dzo­nych prze­zeń dań.

Ludzie zaj­mu­jący się dzia­łal­no­ścią gospo­dar­czą potrze­bują wie­dzy, która byłaby prak­tyczna. Jak zwięk­szyć wyso­kość eme­ry­tur nie zwięk­sza­jąc obcią­żeń pra­cow­ni­czych, jak zatrud­nić bez­pro­duk­tywny kapi­tał czy jak ruszyć gospo­darkę dła­wioną wyso­kimi podat­kami – to są pro­blemy, przed jakimi staje dziś homo oeco­no­mi­cus. Eko­no­mi­stów zaj­mu­ją­cych się tymi zagad­nie­niami nie bra­kuje. Chi­lij­czyk, Jose Pińera doko­nał świa­to­wej rewo­lu­cji w dzie­dzi­nie pry­wa­ty­za­cji pro­gra­mów eme­ry­tal­nych, Peru­wiań­czyk, Her­nando de Soto, poka­zał jak wyrwać ludzi z kata­stro­fal­nej nędzy, a Ame­ry­ka­nin, Wil­liam A. Niska­nen prze­ko­nał pre­zy­denta naj­po­tęż­niej­szego kraju świata, że pana­ceum na defi­cyt budże­towy i rece­sję są niskie podatki. Pro­blem w tym, że mało kto tych uczo­nych lubi i doce­nia. Domi­nu­jąca naukę eko­no­mii od nie­mal wieku, aro­gan­cja i igno­ran­cja, uczy­niły z wol­no­ści gospo­dar­czej, wol­nego wyboru, z wie­dzy prak­tycz­nej i uży­tecz­nej, swo­iste pro­fa­num, od któ­rego pseu­do­uczeni się odże­gnują. Czło­wiek, ze swo­imi przy­ziem­nymi pro­ble­mami, stał się dla nich, co naj­wy­żej, prze­szkodą utrud­nia­jącą roz­wią­zy­wa­nie rów­nań w poszu­ki­wa­niu „punk­tów rów­no­wa­go­wych”. Jego miej­sce zajęły indeksy, koszyki dóbr i modele. Kon­se­kwen­cją takiego trak­to­wa­nia jest sys­te­ma­tyczne odda­wa­nie wła­dzy nad ludz­kim dzia­ła­niem w ręce pań­stwa, które w mnie­ma­niu kapła­nów tej wie­dzy tajem­nej jest bytem wszech­moc­nym, bytem który ich darzy uznaniem.

Niniej­szym odda­jemy w ręce P.T. Czy­tel­ni­ków Eko­no­mię dla nor­mal­nych ludzi, książkę będącą przy­stęp­nym kom­pen­dium wie­dzy o szkole, która nigdy nie zapo­mniała jakie są praw­dziwe funk­cje eko­no­mii. Szkoła austriacka, bo o niej mowa, trak­to­wała i trak­tuje czło­wieka jak pod­miot dzia­ła­nia, jego cel i sens.
Praca Gene’a Cal­la­hana, współ­pra­cow­nika Insty­tutu Misesa z Ala­bamy, jest pierw­szą w języku pol­skim, i jak dotąd jedyną, tak obszerną pozy­cją oma­wia­jącą pod­sta­wowe zało­że­nia szkoły austriac­kiej. I choć osią­gnię­cia Carla Men­gera, Ludwiga von Misesa czy Mur­raya Roth­barda (n.b. cała „trójka” powinna nam być szcze­gól­nie bli­ska – Men­ger uro­dził się w Nowym Sączu, Mises we Lwo­wie, a rodzice Roth­barda wyemi­gro­wali do USA z oko­lic Sta­ni­sła­wowa) są wciąż w świe­cie sto­sun­kowo mało znane, wie­rzymy że ich popu­la­ry­za­cja pomoże wresz­cie zro­zu­mieć pod­sta­wowe zało­że­nie „Austria­ków”: że eko­no­mia służy zwy­kłym ludziom, a nie kar­ko­łom­nym kon­struk­cjom for­mal­nym, choćby nawet wyglą­dały one sza­le­nie nie­zwy­kle i mądrze. Sza­cu­nek dla wol­no­ści wyboru, posza­no­wa­nie dla wła­sno­ści pry­wat­nej, dla pracy i przed­się­bior­czo­ści to już tylko kon­se­kwen­cje tego zało­że­nia, z któ­rych Fijorr Publi­shing Co. uczy­niło swój mani­fest pro­gra­mowy. Kolejne prace auto­rów „austriac­kich” już wkrótce!

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

No Comments Yet.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*