Ekonomia sprzedazy (IV)

Pośród czyn­ni­ków eko­no­micz­nych mają­cych kapi­talne zna­cze­nie dla sty­mu­lo­wa­nia dzia­łal­no­ści gospo­dar­czej czło­wieka wymie­ni­łem także wro­dzoną gatun­kowi ludz­kiemu skłon­ność do nie­ustan­nego polep­sza­nia sobie bytu.

Czło­wiek działa po to, żeby mu się lepiej żyło. I to jest pew­nik, cecha cha­rak­te­ry­styczna dla wszyst­kich ludzi, w każ­dych warun­kach, zawsze i wszę­dzie. Tym m.in. należy tłu­ma­czyć, że mimo nie­kiedy dra­ma­tycz­nie trud­nych warun­ków, mimo sytu­acji, w któ­rych czło­wie­kowi „żyć się nie chce”, dąży on mimo wszystko do prze­ży­cia w jak naj­lep­szych warun­kach, bo prze­ży­cie jest zawsze lep­sze niż uni­ce­stwie­nie.
Tylko ludzie cho­rzy dzia­łają na wła­sną szkodę.
Jeśli nawet zda­rzy się, że czło­wiek zdrowy działa na swoją szkodę, co nie­stety jest zja­wi­skiem dość powszech­nym, że wymie­nię tutaj: papie­rosy, alko­hol, tłu­ste jedze­nie czy błędne inwe­sty­cje, to nie zna­czy wcale, że jego zamia­rem było pogor­sze­nie sobie bytu. Prze­ciw­nie — kon­ty­nu­ując pale­nie uwa­żał, że przy­jem­ność z powodu wcią­ga­nia dymu w płuca jest jed­nak więk­sza niż korzyść z powodu utrzy­ma­nia lep­szego zdro­wia czy śwież­szego odde­chu. Ludzie nie lokują swo­ich pie­nię­dzy celowo po to, żeby je stra­cić (chyba, że ta strata przy­nie­sie im inne korzy­ści np. na podat­kach), lecz dla­tego że się (mimo­woli) pomy­lili, czyli źle oce­nili sytu­ację. Inwe­stu­jąc w to czy owo, na pewno decy­do­wali się na dzia­ła­nie przy­no­szące im korzyść. To ona była jego celem.
W jed­nym z poprzed­nich odcin­ków pisa­łem, że kon­sump­cja jest natu­ralną skłon­no­ścią czło­wieka i dla­tego nie miał racji John May­nard Key­nes, bry­tyj­ski eko­no­mi­sta, który uczy­nił z eko­no­mii narzę­dzie do „zmu­sza­nia” ludzi do kon­sump­cji, przed którą rze­komo stro­nią. Błąd Key­nesa pole­gał m.in. na tym, że dzięki natu­ral­nej ten­den­cji do poprawy sobie bytu, czło­wiek nie­ustan­nie kon­su­muje i do niczego nie trzeba go zmu­szać. Mimo słusz­no­ści tego poglądu, wielu eko­no­mi­stów i biz­nes­me­nów, jest prze­ciw­nego zda­nia, ale o tym później.

Bywają jed­nak sytu­acje, w któ­rych ludzie spon­ta­nicz­nie powstrzy­mują się od kon­sump­cji. Dzieje się tak naj­czę­ściej w okre­sach rece­sji i kry­zy­sów gospo­dar­czych, kiedy obawa przed pogor­sze­niem się wła­snej sytu­acji zmu­sza czło­wieka do powstrzy­ma­nia się przed pew­nymi wydat­kami i/lub do ogra­ni­cze­nia innych wydat­ków. Powstrzy­ma­nie się od kon­sump­cji jest tu reak­cją na, cha­rak­te­ry­styczny dla okre­sów kry­zy­so­wych, spa­dek dochodu czy utratę pracy. Ale nie tylko. W pew­nych sytu­acjach, wsku­tek nie­pew­no­ści, nawet ludzie któ­rych na kon­sump­cję stać, rezy­gnują z jej czę­ści, odkła­da­jąc więk­szą niż zwy­kle część swo­ich zaso­bów w postaci oszczęd­no­ści.
„Zasługą” Key­nesa było to, że dostrzegł w zja­wi­sku oszczę­dza­nia przy­czynę spo­wol­nie­nia gospo­dar­czego. Jego zda­niem, pie­nią­dze odło­żone na kon­cie w banku, zamiast słu­żyć kon­sump­cji i sty­mu­lo­wać roz­wój gospo­dar­czy, mar­nują się bez­czyn­nie. Intu­icyj­nie Key­nes miał rację. Podob­nie jak on myśli 99,9999 proc. eko­no­mi­stów oraz ludzi biz­nesu.
Jeśli za posia­dane 1000 zł kupię sobie gar­ni­tur, to zarobi kra­wiec, pro­du­cent mate­riału, guzi­ków, pro­du­cent maszyn do szy­cia, han­dlo­wiec i wielu innych ludzi, dzięki któ­rym gar­ni­tur powstał. Jeśli nato­miast te 1000 zł odłożę, żaden z nich ni nie zarobi. Co wię­cej, stracą, gdyż musieli wydać pie­nią­dze na wypro­du­ko­wa­nie towaru (gar­ni­tur), na któ­rego nie ma nabywcy.
W men­tal­no­ści służb zaj­mu­ją­cych się orga­ni­za­cją sprze­daży, głów­nie służb szko­lą­cych agen­tów, han­dlow­ców, komi­wo­ja­że­rów, pośred­ni­ków i innych pra­cow­ni­ków sek­tora sprze­daży jest zwró­ce­nie uwagi na tę ten­den­cję do ogra­ni­cza­nia kon­sump­cji, a wła­ści­wie naucze­nie „sprze­dawcy” jak prze­ko­nać poten­cjal­nego nabywcę, aby jed­nak zaczął kon­su­mo­wać, naj­chęt­niej zaczy­na­jąc od pro­duktu czy usługi, któ­rych wła­śnie my mu dostar­czamy. O kon­se­kwen­cjach meto­do­lo­gii wma­wia­ją­cej agen­tom, że „klienta trzeba zmu­sić do kupo­wa­nia” pisa­łem obszer­niej w swo­jej pierw­szej książce o sprze­daży, zaty­tu­ło­wa­nej „Metody zdo­by­wa­nia klienta” (www.fijor.com). Teraz tylko przy­po­mnę, że ludzi do kon­sump­cji zmu­szać nie trzeba, że jeśli już, to raczej należy im nad­mierną kon­sump­cję lub kon­sump­cję skie­ro­waną na błędny pro­dukty czy usługę per­swa­do­wać. Łatwiej bowiem zna­leźć czło­wieka, który ma kło­poty finan­sowe z powodu zakupu zbyt dro­giego samo­chodu czy zbęd­nej biżu­te­rii, niż takiego, który popadłby w tara­paty dla­tego, że zamiast samo­chód czy perły kupić, pie­nią­dze na nie prze­zna­czone zło­żył do depo­zytu w banku.

Jeśli ludzie tak chęt­nie kupują, to dla­czego tak łatwo decy­dują się na oszczę­dza­nie? – spy­tał mnie p. Marek, mena­dżer jed­nej z agen­cji ubez­pie­cze­nio­wych na Pomo­rzu. W pol­skich ban­kach znaj­duje się ok. 250 mld zł, co odpo­wiada mniej wię­cej 30 proc. dochodu naro­do­wego. Te pie­nią­dze, zda­niem respon­denta „nie pra­cują”. Gdyby je wpu­ścić w obieg, gospo­darka sko­rzy­sta­łaby. Może więc Key­nes ma rację doma­ga­jąc się ukró­ce­nia ciu­łac­twa na rzecz skło­nie­nia ludzi do zosta­nia utra­cju­szami? Tym bar­dziej, że prze­cież na kon­sump­cji korzy­sta całe spo­łe­czeń­stwo, a na oszczęd­no­ściach jedy­nie bank i ciu­łacz. Załóżmy na jakiś czas, że Key­nes (i pan Marek) mają rację i nasz poten­cjalny kon­su­ment sta­nie się naszym klientem.

Robie­nie sobie dobrze
Jan M. Fijor
„różne” 2005-04-30

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

No Comments Yet.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*