Ekonomia sprzedaży (VIII)

Wolny rynek i wolna kon­ku­ren­cja służą nie tylko pro­mo­cji naj­lep­szych pro­du­cen­tów i usłu­go­daw­ców. Ich rolą jest także eli­mi­no­wa­nie pro­du­cen­tów i usłu­go­daw­ców złych. Ta ostat­nia dzia­łal­ność ma fun­da­men­talne zna­cze­nie dla spo­łe­czeń­stwa. Nie wystar­czy bowiem, że dobry biz­nes otrzy­muje od kon­su­men­tów nagrodę w postaci pro­spe­rity i siły. Ze względu na szczu­płość zaso­bów, o któ­rej pisa­li­śmy w poprzed­nich roz­dzia­łach, spo­łe­czeń­stwo nie może sobie pozwo­lić na mar­no­traw­stwo. A odda­nie zaso­bów w ręce biz­nesu, który sobie nie radzi, albo który pra­cuje źle jest wła­śnie mar­no­wa­niem ich. Cho­ciażby z tego powodu, dzia­łal­ność pań­stwa zmie­rza­jąca do rato­wa­nia upa­da­ją­cych firm czy branż jest dzia­łal­no­ścią szko­dliwą. Co ma upaść, niech upad­nie i to jak najszybciej.

W socja­li­zmie

Sytu­acja w han­dlu w cza­sach Pol­ski Ludo­wej była wypad­kową cen­tral­nego pla­no­wa­nia, pod­sta­wo­wej zasady sys­temu socja­li­stycz­nego. Kon­se­kwen­cją odgór­nego pla­no­wa­nia były ceny usta­lane w ode­rwa­niu od mecha­ni­zmów ryn­ko­wych (popyt, podaż), a przede wszyst­kim nie odzwier­cie­dla­jące real­nych kosz­tów pro­duk­cji. Nie­re­ali­styczne koszty pro­duk­cji utrud­niały osią­ga­nie zysków. Sta­wały się one rów­nie nie­re­alne, co koszty pro­duk­cji. W rezul­ta­cie, zain­te­re­so­wa­nie pro­du­centa, a więc czło­wieka dzia­ła­ją­cego ze swej natury racjo­nal­nie, pro­duk­cją oraz zwią­za­nymi z nią — wysił­kiem, ini­cja­tywą, przed­się­bior­czo­ścią — było raczej nie­wiel­kie lub go w ogóle go nie było. Czło­wiek, dzia­ła­jący zawsze dla wła­snej korzy­ści nie chciał mar­no­wać swego czasu, zdro­wia i pie­nię­dzy bez osią­ga­nia — pro­por­cjo­nal­nego do wło­żo­nego wysiłku — zysku czy jakiejś innej nagrody dla sie­bie.
Racjo­na­li­za­cją tych absur­dal­nych zasad socja­li­zmu zaj­mo­wali się — chcąc nie chcąc – kon­su­menci, któ­rzy oso­bi­ście dopła­cali róż­nicę mię­dzy nie­re­ali­stycz­nie niską ceną usta­loną przez cen­tral­nego pla­ni­stę, a ceną rze­czy­wi­stą, ryn­kową czyli war­to­ścią. Róż­nicę tę „wpła­cano” do kasy pań­stwa w postaci wielu godzin mar­no­wa­nych w kolej­kach, łapó­wek, rewan­żów i innych form rekom­pen­saty. Tak dzieje się zawsze wtedy, gdy pań­stwo swą inter­wen­cją ustali nie­re­ali­styczne warunki.

Reforma

Dla­tego wymiana han­dlowa, a więc sprze­daż i dys­try­bu­cja, była pierw­szą sferą gospo­darki, która po latach mara­zmu socja­li­stycz­nego wyraź­nie odżyła. Ci sami ludzie, któ­rzy wcze­śniej kon­su­men­tami pomia­tali zaczęli się do nas przy­mi­lać, uśmie­chać, miz­drzyć. Powód tej zmiany był pro­za­iczny: han­del zaczął na klien­tach zara­biać. Dostrzegł też, że jego zaro­bek pocho­dzi ze sprze­daży pro­duk­tów, zaczął więc o nie dbać, a że rów­no­cze­śnie zaczęli zara­biać pro­du­cenci, zaro­iło się od skle­pów, klien­tów i towa­rów. Mimo tak zasad­ni­czej zmiany, nie zmie­niło się nic poza tym, że w miej­sce cen­tral­nego pla­ni­sty „wszedł” mecha­nizm cenowy, który uczy­nił dzia­łal­ność pro­duk­cyjną i han­del opła­cal­nymi. Powstały tysiące nowych skle­pów pry­wat­nych, któ­rych wła­ści­ciele wal­czą o zdo­by­cie klienta. Poja­wiły się zachod­nie sieci super­mar­ke­tów, które poka­zały pol­skim han­dlow­com, jak należy pro­wa­dzić sklep, jak go deko­ro­wać, ale przede wszyst­kim, jak powinno się trak­to­wać kon­su­menta. Na twa­rzach ponu­rych dotąd eks­pe­dien­tek poja­wił się uśmiech. Kasjerki witają nas w skle­pach uprzej­mym „dzień dobry, w czym możemy pomóc?”. Nie we wszyst­kich skle­pach jesz­cze, bo prze­cież przy­zwy­cza­je­nie jest drugą naturą czło­wieka, ale o potrze­bie uprzej­mo­ści mówi się coraz gło­śniej i coraz czę­ściej więc przy­naj­mniej powstał stan­dard, do któ­rego wszy­scy powinni dążyć. Co prawda, jest to stan­dard euro­pej­ski, któ­remu daleko do stan­dardu ame­ry­kań­skiego — nad­zwy­czaj­nej uprzej­mo­ści wobec kon­su­menta i prak­tycz­nej jego wszech­wła­dzy – to jed­nak w porów­na­niu z tym, co było „za komuny”, to niebo i zie­mia.
Dodat­ko­wym ele­men­tem poprawy kra­jo­brazu han­dlo­wego był wzrost dostaw towa­rów. Mocny pie­niądz, w moc­niej­szym sek­to­rze pry­wat­nym, wypo­sa­żo­nym czę­sto w kapi­tał zagra­niczny, a także chci­wość ludzka spra­wiły, że odtąd półki skle­powe ugi­nają się od towa­rów. Dziś w bogac­twie oferty żyw­no­ścio­wej np. w nabiale czy wędli­nach bijemy nawet Zachód; w holen­der­skim, duń­skim czy ame­ry­kań­skim super­sa­mie żyw­no­ścio­wym nie ma tylu róż­nych wyro­bów, co w pol­skich skle­pach.
Zni­kły więc kolejki kon­su­men­tów, a w ich miej­sce powstały nie­wi­doczne kolejki pro­du­cen­tów i…urzędników, czu­wa­ją­cych (rze­komo) nad pracą han­dlu. Dzięki ogrom­nej kon­ku­ren­cji, ceny są rela­tyw­nie niż­sze niż były nie­gdyś. Dzi­siaj, dla prze­cięt­nego Polaka robie­nie zaku­pów to praw­dziwa przy­jem­ność. Przy­jem­ność tę zawdzię­czamy RYNKOWI!

Kon­ku­ren­cja

W dziel­nicy, w któ­rej miesz­kam znaj­duje się co naj­mniej pięć super­mar­ke­tów spo­żyw­czych odda­lo­nych od mojego domu od 1,5 do 3 km. I dwa małe skle­piki „pod ręką”, w pro­mie­niu 400 m, w któ­rych robimy zakupy wtedy, kiedy nie chce nam się jechać do super­mar­ke­tów. Są to z reguły zakupy „uzu­peł­nia­jące”, takie jak sól, mleko, pie­czywo i mięso. Pra­wie wszyst­kie te towary są w obu skle­pi­kach droż­sze niż w hiper­mar­ke­cie, róż­nice cen docho­dzą nie­kiedy do 40 proc. Korzy­ścią wyż­szej ceny pła­co­nej w skle­pi­kach jest wygoda i oszczęd­ność czasu. Stąd pla­cówki te koeg­zy­stują w śro­do­wi­sku zdo­mi­no­wa­nym przez tanie hiper– czy super­mar­kety, kon­ku­ru­jąc o klienta z niszy osób zapo­mi­nal­skich, źle zor­ga­ni­zo­wa­nych lub po pro­stu wygod­nych.
Oba wspo­mniane sklepy mają podobną wiel­kość, podobny asor­ty­ment, podobny układ półek, róż­nią się jed­nak zasad­ni­czo spo­so­bem pro­wa­dze­nia han­dlu. W jed­nym, nazwijmy go EVA obsługa jest uprzejma, uśmiech­nięta, życz­liwa zawsze do usług, w dru­gim, nazwijmy go XYZ, domi­nuje sro­gość, nikt się nie uśmie­cha, eks­pe­dientki odno­szą się do klien­tów opry­skli­wie, spo­tka­łem się nawet z obraź­li­wymi epi­te­tami, cza­sem są także pro­blemy z higieną i jako­ścią towaru. Nie przy­mie­rza­jąc, jak w prl! A mimo to kon­ku­ren­cję o klienta lokal­nego wygrywa sklep gor­szy czyli XYZ. Tam kie­ruje się gros kupu­ją­cych. Dla­czego gor­szy sklep cie­szy się więk­szym popy­tem wśród klien­tów? Czyżby nie spraw­dziły się prze­po­wied­nie Adama Smi­tha czy Ludwiga von Misesa, że na wol­nym rynku lep­szy kon­ku­rent wygrywa?
Nic podob­nego; powo­dem wyż­szego popytu na mniej war­to­ściowe usługi sklepu gor­szego jest zapewne jakiś inny czyn­nik, w tym kon­kret­nym przy­padku są nim niż­sze ceny. Przy pew­nym, odpo­wied­nio niskim pozio­mie ceno­wym, kon­su­ment gotowy jest bowiem zre­zy­gno­wać z wygody, jako­ści, z dobrej obsługi na rzecz oszczęd­no­ści, czyli korzy­ści mate­rial­nej. W skle­pie XYZ, tym złym z punktu widze­nia jako­ści obsługi, ceny są z reguły od 20 do 30 proc. niż­sze niż w skle­pie EVA i to wystar­czy do przy­cią­gnię­cia stru­mie­nia kon­su­men­tów. Gdyby ceny były niż­sze tylko o 5 czy 10 proc., do takiego kom­pro­misu pew­nie by nie doszło. Czło­wiek – kon­su­ment, decy­du­jąc się na kupno pro­duktu czy usługi bie­rze pod uwagę nie tylko jego cenę, lecz rów­nież war­tość. Cena jest skład­ni­kiem war­to­ści, jeśli jed­nak jej wpływ na war­tość jest nie­wielki, decy­dują inne czyn­niki: uśmiech, uprzej­mość, wygoda etc. Przy­kła­dów takich zacho­wań można podać wiele – może to być dom w gor­szej dziel­nicy, ale za to dużo tań­szy; albo dom w złym sta­nie, ale za to w dobrej dziel­nicy; pyzy z mię­sem jedzone na kar­to­niku, ale za to wyjąt­kowo tanie i bosko smaczne etc. etc. Przy podob­nej cenie, czyn­ni­kiem decy­du­ją­cym o wybo­rze tego a nie innego pro­duktu, usługi, firmy decy­du­jącą rolę peł­nią czyn­niki poza­ce­nowe. Przy odpo­wied­nio niż­szej cenie, te inne czyn­niki poświę­camy na rzecz oszczęd­no­ści. Takie kry­te­ria wyboru są — ze strony kon­su­menta — potwier­dze­niem dzia­ła­nia mecha­ni­zmów ryn­ko­wych. W końcu niż­sza cena to wyż­szy popyt, ale tylko do gra­nicy opła­cal­no­ści, o któ­rej decy­duje war­tość.
Decy­zja (wybór) kon­su­menta ma także swoją drugą stronę. Jest nią biz­nes, w tym przy­padku nasz sklep. Co prawda na gor­szy sklep panuje więk­szy popyt, ale rów­no­cze­śnie płaci on cenę niż­szej jako­ści swo­jej pracy. Tą ceną jest niż­sza ren­tow­ność. Zwrot na kapi­tale w skle­pie gor­szym jest niż­szy niż w skle­pie „lep­szym”, mimo iż ten ostatni cie­szy się mniej­szym popy­tem ze strony kon­su­men­tów. W rze­czy­wi­sto­ści, oba sklepy są w jakimś stop­niu zagro­żone. Niska ren­tow­ność grozi ban­kruc­twem sklepu gor­szemu, ale i zbyt wyso­kie – w sto­sunku do war­to­ści – ceny, wraz z wyż­szymi kosz­tami pracy (bo wyż­sza jakość prze­cież kosz­tuje) mogą dopro­wa­dzić do ruiny sklep lep­szy. Ponie­waż kon­ku­ren­cja jest pro­ce­sem dyna­micz­nym, w warun­kach wol­nego rynku doj­dzie naj­praw­do­po­dob­niej do kolej­nego kom­pro­misu; jeden ze skle­pów zacznie popra­wiać jakość swo­jej pracy, pod­no­sząc ceny (a więc i ren­tow­ność), drugi zacznie obni­żać ceny kosz­tem jako­ści (obni­ża­jąc tym samym swoją ren­tow­ność). Jeśli tak się nie sta­nie, może się poja­wić nowy kon­ku­rent, który znaj­dzie opty­malny poziom jako­ści, cen i ren­tow­no­ści. W szcze­gól­no­ści może to być super­mar­ket, do któ­rego jest być może nieco dalej i mniej wygod­nie, ale mimo wszystko opłaci się kon­su­men­tom te nie­do­godę poko­nać. Może się też zda­rzyć tak, że jeden z tych skle­pów, albo i oby­dwa, upad­nie.
Na rynku pozo­staną tylko ci han­dlowcy, któ­rzy służą kon­su­men­tom naj­le­piej, czyli ofe­rują naj­wyż­szą jakość pracy za naj­niż­szą moż­liwą cenę, gwa­ran­tu­jącą opła­cal­ność działania.

Bilans

Nie­wi­dzialna Ręka rynku, a więc mecha­nizm, który wbrew inten­cjom samego biz­nes­mena, nagra­dza tych, któ­rzy są spo­łecz­nie uży­teczni, a karze tych, któ­rzy ze spo­łecz­nego punktu widze­nia przy­no­szą ogó­łowi szkody, chroni spo­łe­czeń­stwo przed stra­tami gospo­dar­czymi.
Nawet naj­le­piej zor­ga­ni­zo­wane i wypo­sa­żone biz­nesy, które nie biorą pod uwagę inte­resu kon­su­menta, lub biorą go w nie­wy­star­cza­ją­cym stop­niu – w warun­kach wol­nego rynku — upa­dają lub pod­upa­dają. Wystar­czy się­gnąć do histo­rii gospo­dar­czej, by przy­wo­łać przy­kłady: naj­więk­sza nie­gdyś ame­ry­kań­ska linia lot­ni­cza PANAM – od lat nie ist­nieje, podob­nie, jak nie ist­nieje już biuro podróży Orbis, wytwór­nia nart w Sza­fla­rach czy tysiące innych firm lek­ce­wa­żą­cych potrzeby swej klien­teli. Takie firmy mogą prze­żyć jedy­nie pod ochroną pań­stwa, które zapewni im mono­pol (PKP) albo ogra­ni­czy ryzyko ist­nie­nia kon­ku­ren­cji (TP S.A., PTC ERA czy Orlen).
Koszty takiej przy­mu­so­wej ochrony ponosi podat­nik. I jest to rabu­nek w maje­sta­cie prawa. Kon­su­menci bowiem – mając wybór — nie chcą się dobro­wol­nie godzić na kupo­wa­nie ich pro­duk­tów czy usług, co jest rów­no­znaczne z utrzy­my­wa­niem takich firm przy życiu.

Kon­ku­ren­cja, czyli cena dobrej i złej pracy
Jan M. Fijor
„różne” 2005-07-29

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

No Comments Yet.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*