Ekonomia sprzedaży (X)

Tu piszemy lead (lub skrót)

Satys­fak­cja

Rein­gold Wurth, Nie­miec, wła­ści­ciel Wurth Group, jed­nej z naj­więk­szych w świe­cie firm znaj­du­ją­cych się w rękach pry­wat­nych, czło­wiek utrzy­mu­jący się w pierw­szej setce naj­bo­gat­szych ludzi świata (war­tość majątku ok. 3,5 mld dol. według maga­zynu For­bes) uważa, że firmy dba­jące o kon­su­menta muszą zużyć na reklamę – w prze­li­cze­niu na jed­nego zdo­by­tego klienta – mniej niż firmy, które na spo­sób obsługi zwra­cają mniej­szą uwagę. Jest to potwier­dze­nie tezy, która prze­wija się od początku przez nasz cykl, „Eko­no­mia sprze­daży”, a mia­no­wi­cie, że dobre trak­to­wa­nie jest opła­calne, albo że złe (lub nie tak dobre) trak­to­wa­nie przy­nosi wymierne straty.
No, dobrze, ale prze­cież biz­nes, który się nale­ży­cie o kon­su­menta stara, musi na to sta­ra­nie wyło­żyć kasę. Innymi słowy, sta­ra­nie się o kon­su­menta kosz­tuje pie­nią­dze. Albo ina­czej, biz­nes, który się o kon­su­menta nie stara, tych dodat­ko­wych kosz­tów nie ponosi, a więc być może na swej „nie­sta­ran­no­ści” zara­bia. I to jest prawda; nie raz zasta­na­wia­łem się, czy naprawdę warto mi wyda­wać 2500 dol. na kartki świą­teczne; w ciągu roku co naj­mniej 5000 dol. A może w tym roku nie wyślę, zaosz­czę­dzę dużo pie­nię­dzy i zoba­czę co się sta­nie? Na szczę­ście nigdy nie spró­bo­wa­łem i dla­tego, tuż po Nowym Roku czy Wiel­kiej Nocy byłem dosłow­nie zale­wany tele­fo­nami i mailami wdzięcz­no­ści od adre­sa­tów moich kar­tek. W ślad za nimi szły nowe pyta­nia, nowe spo­tka­nia, nowe trans­ak­cje i nowy biz­nes, czyli pie­nią­dze. Nie muszę chyba doda­wać, że ich ilość prze­kra­czała znacz­nie kwoty wydane na kartki i znaczki pocz­towe. Czy mógł­bym na to liczyć nie pamię­ta­jąc o życze­niach?
Wspo­mniany Rein­gold Wurth twier­dzi, że to co zły biz­nes oszczę­dzi na wydat­kach zwią­za­nych z jako­ścią obsługi, tro­ską o klienta i jego satys­fak­cją, straci na inten­syw­nej rekla­mie, mar­ke­tingu, pro­mo­cji, czyli na kosz­tach sprze­daży. Wcze­śniej jesz­cze powta­rza­łem za Pete­rem Druc­ke­rem, że koszty sprze­daży to pod­sta­wowe koszty pono­szone w biz­ne­sie. Nie trzeba więc być geniu­szem, żeby dostrzec, iż niż­sze koszty sprze­daży, to niż­sze koszty w ogóle, a tym samym, wyż­sza ren­tow­ność i więk­sza kon­ku­ren­cyj­ność. Dlatego

pod­sta­wo­wym pro­ble­mem współ­cze­snego biz­nesu nie jest wcale obni­ża­nie kosz­tów mate­ria­ło­wych czy nawet kosz­tów płacy, bo te led­wie sta­no­wią 20 – 25 proc. cało­ści kosz­tów, lecz mini­ma­li­za­cja kosz­tów sprzedaży.

Zda­niem Marca T. Mil­lera, autora ame­ry­kań­skiego best­sel­lera ostat­nich tygo­dni, książki „Sel­ling is dead” (Sprze­daż umiera), praw­dziwe oszczęd­no­ści przy­nosi tylko sprze­daż, o jest to nie­kiedy aż 60 proc. cało­ści kosztów.

Wier­ność zasadom

Z badań prze­pro­wa­dzo­nych przez sieć sprze­daży naj­więk­szego kon­cernu świata, Gene­ral Elec­tric wynika, iż mimo wszystko naj­ko­rzyst­niej jest dążyć do per­fek­cjo­ni­zmu. Zauwa­żył to jako pierw­szy, i to pra­wie sto lat temu, nie­jaki Aaron Ward, twórca jed­nej z naj­więk­szych sieci super­mar­ke­tów ame­ry­kań­skich i dla­tego – w ramach dąże­nia do mak­sy­mal­nej har­mo­nii ze swą klien­telę, wpro­wa­dził w latach 1920. zasadę „satys­fak­cji gwa­ran­to­wa­nej”. Polega ona na gwa­ran­cji zwrotu każ­dego pro­duktu, z któ­rego klient był w jakiś spo­sób nie­za­do­wo­lony. Kupił koszulę, po powro­cie do domu stwier­dził, że się w niej nie podoba żonie, przy­no­sił koszulę do sklepu i bez wyja­śnień otrzy­my­wał zwrot pie­nię­dzy. Ile pol­skich biz­ne­sów na to stać? Opo­wia­dał mi pewien sto­łeczny han­dlo­wiec, że chęt­nie by „coś takiego u sie­bie wpro­wa­dził”, ale w Pol­sce jest inna klien­tela. Ludzie by nic tylko wymie­niali. Musiałby do inte­resu dopła­cać? Aku­rat ludzie są wszę­dzie tacy sami, a tym co ich różni są warunki, w jakich żyją i war­to­ści, jakimi się kie­rują.
Ward nie był wcale filan­tro­pem. On jedy­nie odkrył, że satys­fak­cja kon­su­menta opłaca się. Wbrew potocz­nej intu­icji han­dlowca znad Wisły,

klient wie­dząc, że może w każ­dej chwili doko­nać zwrotu, nie tylko nie będzie swego prawa nad­uży­wał, on je zacznie chronić

i to na co naj­mniej dwa spo­soby. Raz, że wymieni kupiony towar tylko w wyjąt­ko­wych oko­licz­no­ściach, dwa, że będzie – świa­do­mie czy pod­świa­do­mie – mini­ma­li­zo­wał straty lojal­nego han­dlowca. W skle­pach sieci Mont­go­mery Ward było nie tylko mniej zwro­tów, lecz także mniej kra­dzieży i przy­pad­ków wan­da­li­zmu. Zwróć­cie Pań­stwo uwagę, że wobec biz­nesu, sklepu czy nawet czło­wieka, który nas dobrze trak­tuje, sami jeste­śmy lepsi, a przy­naj­mniej trak­tu­jemy życz­li­wiej niż innych, któ­rzy trak­tują nas choćby nieco gorzej. Ta psy­cho­lo­giczna zasada rewanżu (bilansu inte­re­sów) stała się pod­ło­żem eko­no­micz­nym tak­tyki Aarona Ward’a i jego następ­ców. Dla­tego dzi­siaj wszyst­kie sza­nu­jące się firmy han­dlowe dbają o gwa­ran­cje satys­fak­cji kon­su­menta, czyli pozwa­laja na zwrot towaru.
Satys­fak­cja kon­su­menta, to nic innego jak lojal­ność biz­nesu, z któ­rym wszedł on w inte­rak­cję. Lojal­ność to war­tość sama w sobie, w biz­ne­sie, ale także poza nim.

Lojal­ność to jedna z czo­ło­wych war­to­ści w sto­sun­kach mię­dzy ludźmi w ogóle, to war­tość naprawdę trudna do przecenienia.

I wła­śnie dla­tego jest tak ważna, cenna i potrzebna. Nie­stety, w naszych warun­kach jest ona rzadko kiedy pod­no­szona, jesz­cze rza­dziej sto­so­wana. A szkoda, bo mogłoby być tak pięknie.

Satys­fak­cja i lojal­nosc
Jan M. Fijor
„różne” 2005-09-04

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 2

  1. radek pisze:

    czy naprawdę warto mi wyda­wać 2500 dol. na kartki świą­teczne” — hmm, szcze­rze mowiac wysy­lam kartki zawsze tylko do zna­jo­mych, jakos od dzie­cin­stwa nie lubie robic rze­czy nie­szcze­rych, nie lubie wiec ska­dac zyczen jakie­mus mi ano­ni­mo­wemu gosciowi, ktory w dodatku w zyciu pry­wat­nym moze byc chamski

  2. JM Fijor pisze:

    Czy wizy­towki wre­cza pan tez tylko oso­bom zna­jo­mym i zaufa­nym? Kartki swia­teczne sluza wyra­ze­niu sza­cunku, pamieci, utrzy­ma­niu kon­taktu i przy­po­mnie­niu sie. Nie widze niczego zlego w ich wysy­la­niu, ale kazdy ma swoje spo­soby utrzy­my­wa­nia wiezi.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*