Epitafium dla restauratora

Naj­słyn­niej­sza ham­bur­ge­ro­wa­nia świata, Mc Donald’s, sym­bol naj­wyż­szej jako­ści obsługi, sieć restau­ra­cji dla ludzi pracy, ucho­dzi w oczach lewa­ków i igno­ran­tów za sym­bol wyzy­sku i krwio­żer­czego kapitalizmu.

Jest to opi­nia krzyw­dząca dla miliar­dów usa­tys­fak­cjo­no­wa­nych kon­su­men­tów, któ­rzy z wła­snej woli wybie­rają kanapki Big Maca, nie­po­wta­rzalne frytki, colę czy lody, zwłasz­cza jed­nak dla samego zało­ży­ciela, Ray­monda Kroc’a. W tym roku przy­pada 105 rocz­nica jego śmierci.

Czech czy Lech

Zanim stał się sławny i bogaty, pięć razy stra­cił pracę, dwu­krot­nie zban­kru­to­wał, był ulicz­nym graj­kiem, tak­sów­ka­rzem, sprze­dawcą sprzętu AGD i przy­ja­cie­lem Walta Disneya. I cho­ciaż całe swe życie marzył o wiel­kiej karie­rze w biz­ne­sie, zaczął ją robić dopiero w wieku, w któ­rym więk­szość przed­się­bior­ców idzie na eme­ry­turę.
Ray­mund Kroć, znany w anna­łach biz­nesu jako Ray Kroc, przy­szedł na świat 105 lat temu, w nie­wiel­kim, lecz sław­nym mia­steczku Oak Park, w pobliżu Chi­cago. Kilka domów dalej miał swoją pra­cow­nię gigant archi­tek­tury XX wieku, Frank Lloyd Wri­ght, nie­opo­dal uro­dził się póź­niej­szy nobli­sta, Ernest Hemin­gway, a także zało­ży­ciel jed­nej z naj­więk­szych sieci han­dlo­wych, Sears and Roebuck, Richard Sears. Sąsia­dem rodziny Kroc’ow był także naj­słyn­niej­szy gang­ster świata, Al. Capone. Wpraw­dzie bio­gra­fo­wie Kroc’a piszą, iż uro­dził się w rodzi­nie emi­gran­towi z Czech, nie jest to infor­ma­cja w pełni ści­sła. Win­centy Polk (nazwi­sko zmie­nione, w ory­gi­nale: Polak), dłu­go­letni przy­ja­ciel póź­niej­szego zało­ży­ciela McDonald’sa, czło­wiek, który był jego prawą ręką przy budo­wie pierw­szego „kio­sku z ham­bur­ge­rami” w Despla­ines w sta­nie Illi­nois, twier­dzi, że rodzice Ray’a pocho­dzili ze Ślą­ska Cie­szyń­skiego. O ile ojciec mógł być Cze­chem, o tyle matka była – zda­niem Win­cen­tego — Polką. Świad­czy o tym cho­ciażby płynna zna­jo­mość języka pol­skiego u Kroc’a. Nie­ja­sno­ści, co do pocho­dze­nia „Raj­munda”, mogą mieć zwią­zek z falą anty­pol­skiej nagonki, jaka prze­to­czyła się prze Ame­rykę w latach sześć­dzie­sią­tych ubie­głego stu­le­cia. Począ­tek wiel­kiego suk­cesu McDonalds’a zbiegł się bowiem w cza­sie z „wypad­kami mar­co­wymi” i maso­wym exo­du­sem Żydów z Pol­ski. Być może w tro­sce o image twórcy suk­cesu Big Maca zro­biono z niego Czecha.

Anty Midas

Ray­mund od pierw­szych lat swego życia zapo­wia­dał się na czło­wieka wyjąt­ko­wego. Był ład­nym, bystrym chłop­cem i uzdol­nio­nym pia­ni­stą. Jed­nakże od pierw­szych lat prze­śla­do­wał go pech. Kiedy miał już nie­mal zakle­pane miej­sce w chi­ca­gow­skim kon­ser­wa­to­rium, wybu­chła wojna i zamiast na salę kon­cer­tową, skie­ro­wano go na kurs kie­row­ców ambu­lan­sów, na któ­rym wła­śnie poznał Disneya. Ale nawet na tym polu nie odniósł suk­cesu. Zanim został wykwa­li­fi­ko­wa­nym kie­rowcą, wojna się skoń­czyła. Gdy wybu­chła kolejna, jego kwa­li­fi­ka­cje prze­stały być przy­datne. Nie przy­jęto go do woj­ska nawet na ochot­nika. W okre­sie mię­dzy woj­nami żył z gry na for­te­pia­nie, udzie­lał lek­cji muzyki, sprze­da­wał sztućce, pia­nina, potem przez kil­ka­na­ście lat także papie­rowe tale­rze i kubki w fir­mie Lily Tulip Cup Com­pany, pró­bu­jąc rów­no­cze­śnie sił w biz­ne­sie restau­ra­cyj­nym, w branży spo­żyw­czej i pary innych „forem­kach”. Wszyst­kie te przed­się­wzię­cia zakoń­czyły się klapą, przy­da­jąc Ray­mun­dowi przy­do­mek „anty Midasa”, co to zamie­nia „złoto w proch”. Win­centy Polk przy­znaje, że cho­ciaż bar­dzo Kroc’a lubił, uwa­żał go przez długi czas za nie­udacz­nika. Trudno mu się dzi­wić. Koniec lat czter­dzie­stych i począ­tek pięć­dzie­sią­tych to w Ame­ryce okres wyjąt­ko­wej pro­spe­rity. Biz­nesy rosły jak na droż­dżach. Mimo to Kroc w wieku 45 lat miał za sobą dwa ban­kruc­twa, stra­cił na licy­ta­cji dom, a na temat jego histo­rii kre­dy­to­wej krą­żyły legendy.

Pomysł

Mimo nie­po­wo­dzeń był czło­wie­kiem pogod­nym, upar­cie wie­rzą­cym w swoją szczę­śliwą gwiazdę. Swym nie­po­praw­nym opty­mi­zmem wzbu­dzał litość, nie­kiedy wręcz pośmie­wi­sko. Salwy śmie­chu wywo­ły­wała nie­ustan­nie powta­rzana przez Kroc’a mak­syma: „kto nie ryzy­kuje, ten suk­cesu nie osią­gnie”. I choć pró­bo­wał, ryzy­ko­wał, suk­cesu jak nie było, tak nie było. Polk twier­dzi, że jego przy­ja­ciel mijał się ze szczę­ściem.
W Ame­ryce mówi się, że suk­ces jest wtedy, gdy dobry pomysł trafi na dobry czas i dobre wyko­na­nie. Ray miał pro­blem ze zgra­niem tych trzech ele­men­tów. Kilka tygo­dni po tym, jak stra­cił na licy­ta­cji dom, poja­wił się chętny do jego naby­cia; w cza­sie, gdy zaj­mo­wał się sprze­dażą pia­nin pano­wał boom na instru­menty smycz­kowe, a kiedy prze­rzu­cił się na kubki papie­rowe, ruszył boom na pia­nina. Za wcze­śnie spró­bo­wał szczę­ścia w „fast foodach”, a kiedy tra­fił na swoją złotą żyłę, nie­wiele bra­ko­wało, aby i ją stra­cił.
Pod koniec wojny wpa­dła mu w ręce bro­szura wydana przez Iza­aka Sin­gera, tego od maszyn do szy­cia, w któ­rej wyna­lazca opi­sy­wał zasady dys­try­bu­cji swego wyna­lazku na zasa­dzie fran­szyzy. Kroć był tym pomy­słem zafa­scy­no­wany. Nosił się z nim kilka lat, nie zna­lazł jed­nak wła­ści­wego pro­duktu. Ani kubki papie­rowe, ani sprzęt gospo­dar­stwa domo­wego na sprze­daż metodą fran­szyzy nie nada­wały się. W końcu o wszyst­kim zapo­mniał i zajął się sprze­dażą mik­se­rów do kok­tajli mlecz­nych. Jeź­dził po kraju, od baru do baru, pro­po­nu­jąc ich wła­ści­cie­lom uspraw­nie­nie w postaci „urzą­dze­nia, które szybko i dokład­nie potra­fiło roz­mie­szać” popu­larne w Sta­nach Zjed­no­czo­nych do dziś kok­tajle mleczne, zwane milk sha­kers. Tą drogą, w 1954 roku tra­fił do San Ber­nar­dino w Kali­for­nii, gdzie poznał braci Maurice’a (Mac) i Richarda (Dick) Mac­Do­nald i ich restau­ra­cję, a wła­ści­wie ham­bur­ge­row­nię „Mac­Do­nald”. Mimo iż w biz­ne­sie „kok­taj­lo­wym” był od paru dobrych lat nie napo­tkał lokalu, który by kupił od niego aż osiem mik­se­rów. Taką ilość maszyn sprze­da­wał zwy­kle przez mie­siąc albo i dłu­żej, a tu masz: hop, i osiem sprzedanych.

Pomocny pech

Tajem­nica suk­cesu knajpki braci Mac Donald tkwiła w dosko­na­łej orga­ni­za­cji. Gdyby ją tak powie­lić w innych miej­scach – myślał Kroć – można by sprze­dać tysiące mik­se­rów. To sprze­daż mik­se­rów, a nie ham­bur­gery zawró­ciły Ray­owi w gło­wie. Przez kilka mie­sięcy jeź­dził po Ame­ryce nama­wia­jąc innych do powtó­rze­nia suk­cesu Mac Donal­dów, licząc jedy­nie na sprze­daż „swo­ich” mik­se­rów. W końcu przy­po­mniał sobie o ksią­żeczce Sin­gera i wszedł z braćmi Mac Donald w spółkę. Dopiero wtedy zro­zu­miał, że nie cho­dzi ani o mik­sery, ani o sznycle, lecz o „model wła­sno­ści i orga­ni­za­cji”, a przede wszyst­kim o spo­sób trak­to­wa­nia kon­su­men­tów. W ciągu dwóch mie­sięcy opra­co­wał sche­mat orga­ni­za­cyjny i stan­dardy funk­cjo­no­wa­nia fran­szyzy McDonald’s, a zwłasz­cza cały skom­pli­ko­wany rytuał zwią­zany z nale­ży­tym trak­to­wa­nie klien­tów. Poli­go­nem doświad­czal­nym był dla niego wła­sny lokal w Despla­ines, na przed­mie­ściach Chi­cago. Potem już poszło. Dopo­mógł mu…pech.
Nor­malny restau­ra­tor zaczyna swój biz­nes od kupna budynku lub lokalu. Potem kupuje meble, sprzęty kuchenne, nakry­cia, szkło etc. Inwe­sty­cja taka moż­liwa jest dzięki kre­dy­tom, spła­ca­nym z póź­niej­szych zysków. Jeśli biz­nes się roz­wija, po trzech, czte­rech latach manewr można powtó­rzyć; drugi lokal, dru­gie meble, druga kuch­nia etc. W tym tem­pie w ciągu życia zdolny restau­ra­tor jest w sta­nie zbu­do­wać pięć, sześć restau­ra­cji. Kroc miał wię­cej szczę­ścia – był ban­kru­tem. Zna­jąc swoją histo­rię kre­dy­tową o pożyczkę nawet nie wystę­po­wał. Zamiast kupo­wać na wła­sność, poży­czał, dzier­ża­wił, brał w leasing.
Win­centy Polk dobrze te czasy pamię­tał. Był wtedy u Kroc’a cie­ślą, elek­try­kiem, szkla­rzem, a nawet kucha­rzem: — Żeby kupić i wypo­sa­żyć nie­wielką restau­ra­cję potrzebne było 30 tysięcy dola­rów, aby to samo wyna­jąć wystar­czyło pół­tora tysiąca. Zamiast posia­dać jeden inte­res – wymy­ślił Ray — korzyst­niej będzie wyna­jąć osiem, dzie­sięć takich firm. Tak też uczy­nił. Ham­bur­ge­row­nie z cha­rak­te­ry­stycz­nym logo w kształ­cie litery M, będące kopią swego pier­wo­wzoru z San Ber­nar­dino rosły jak grzyby po desz­czu. W ciągu pierw­szego roku było ich już 12. Jedna restau­ra­cja zara­biała na sie­bie i pozwa­lała utrzy­mać dwie nowe. Powta­rzal­ność menu i powie­lany sys­tem sprze­daży pozwa­lał na obni­że­nie kosz­tów reklamy i mar­ke­tingu. Jedna reklama Big Maca słu­żyla rów­no­cze­śnie kil­ku­dzie­się­ciu restau­ra­cjom. Dzięki fran­szy­zie roz­wój był szybki i nie wyma­gał dużych ilo­ści pie­nię­dzy. Dostar­czali ich zresztą wła­ści­ciele nowych restau­ra­cji i inwe­sto­rzy. Przy­cią­gało ich powo­dze­nie przed­się­wzię­cia, ale przede wszyst­kim jasna wizja stwo­rzona przez Kroc’a, który już w pięć lat od debiutu zdo­łał wyku­pić braci Mac Donald za 2,7 miliona dola­rów, sta­jąc się nie­ko­ro­no­wa­nym Kró­lem Ham­bur­ge­rów.
Ham­bur­gery sprze­daje się w Ame­ryce od czasu Wiel­kie Depre­sji. Jed­nym z pio­nie­rów ham­bur­ge­ro­wego biz­nesu był nasz rodak, Tade­usz Przy­byla, który uru­cho­mił pro­duk­cję i sprze­daż „sznycli” w chi­ca­gow­skim lokalu „White eagle” (Orzeł Biały) już 1936. Poza Kroc’em nikt nie uczy­nił jed­nak z bułki ze sznyc­lem tak bły­sko­tli­wego i intrat­nego przed­się­wzię­cia. W jed­nym z wywia­dów udzie­lo­nych Chi­cago Tri­bune, na pyta­nie: Jak to się stało, że wła­śnie jemu się udało?” Kroc odpo­wie­dział: „Popeł­ni­łem w życiu tyle błę­dów, że następ­nego już bym nie mógł”. To oczy­wi­ście kokie­te­ria. Jego przy­ja­ciele i współ­pra­cow­nicy wspo­mi­nają go jako pedan­tycz­nego orga­ni­za­tora, czło­wieka wiel­kiego uroku, cie­płego, dow­cip­nego, a przede wszyst­kim wyma­ga­ją­cego od sie­bie wię­cej niż od innych.
Kroć potra­fił o trze­ciej nad ranem pole­cieć do jakiejś dziury w Okla­ho­mie by spraw­dzić, jak sobie radzi tam­tej­sza restau­ra­cja pod jego szyl­dem. Kon­tro­lo­wał dostaw­ców, sieć trans­portu, chłod­nie, a przede wszyst­kim satys­fak­cję kon­su­men­tów. Dzięki dba­ło­ści o detal, wyso­kiej jako­ści pro­duktu, a także szyb­kiej i miłej obsłu­dze, powstała firma, która w ćwierć wieku od śmierci zało­ży­ciela jest wzo­rem kor­po­ra­cyj­nego ładu, wyso­kiego stan­dardu, a przede wszyst­kim sym­bo­lem dosko­na­ło­ści ser­wisu. Dzięki tym atry­bu­tom spółka McDonald’s Cor­po­ra­tion (sym­bol MCD, na NYSE), z sie­dzibą w Oak Brook opo­dal Chi­cago, posia­da­jąca dziś ponad 32 tysięcy restau­ra­cji w ponad 120 kra­jach świata, zatrud­nia­jąca pra­wie pół miliona ludzi, stała się jedną z 30 naj­więk­szych spółek Sta­nów Zjed­no­czo­nych (wcho­dzi w skład naj­waż­niej­szego indeksu gieł­do­wego, Dow Jones Indu­strial Average).

Epi­ta­fium

War­tość majątku, jaki Win­centy Polk, skromny cie­śla spod Rock­ford w sta­nie Illi­nois, zgro­ma­dził dzięki temu, że w pierw­szych dwóch latach ist­nie­nia McDonald’s był opła­cany akcjami firmy, wio­sną 2006 roku, kiedy zmarł, wyno­siła ponad 4,5 miliona dola­rów. Ktoś, kto nie­spełna pół wieku temu zain­we­sto­wał w akcje spod znaku MCD 1000 dola­rów, ma dziś pra­wie milion. Mają­tek swój zawdzię­czają face­towi, któ­remu co prawda całe życie nie szło, ale tak mocno uwie­rzył w swoje moż­li­wo­ści, że w końcu dopiął suk­cesu.
Sam Kroc zmarł w 1984 roku w glo­rii wiel­kiego filan­tropa i czło­wieka zamoż­nego. Mimo iż sławę i mają­tek zbu­do­wał wła­snym wysił­kiem, wbrew pię­trzą­cym się na jego dro­dze prze­szko­dom i nie­po­wo­dze­niom, jego suk­ces razi postę­powe siły ludz­ko­ści, dla któ­rych McDonald’s stał się ostat­nio obiek­tem czę­stych ata­ków. Tę jedną z naj­bar­dziej przy­ja­znych kon­su­men­tom kor­po­ra­cji oskarża się o ter­ror glo­ba­li­za­cji, wyzysk i tym podob­nych bred­nie, zapo­mi­na­jąc o głę­boko ludz­kim powie­dze­niu Kroc’a, że „kraje, w któ­rych ist­nieją restau­ra­cje McDonald’sa nie mogą być ze sobą w sta­nie wojny”. Jak dotąd te słowa się sprawdzają.

Jan M. Fijor
”” 2007-09-15

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 3

  1. Marek pisze:

    Fascy­nu­jaca histo­ria. Prze­czy­ta­lem ja jed­nym tchem. Czy­zby wnio­sek taki, ze trza sie naj­pierw na pia­ni­nie uczyc, aby zaczac droge do suk­cesu??? Bez wzgledu to jed­nak upor tego czlo­wieka zadzi­wia. I byc moze od zara­nia mojego pobytu w USA, zawsze fascy­no­waly mnie bio­gra­fie ludzi, kto­rzy wla­snymi silami, wiara w sie­bie i nie scho­dze­niem z drogi do celu osia­gali ogromne suk­cesy. I nie bra­kuje posrod nich Pola­kow we wspol­cze­snej Ame­ryce. Mlode mal­zen­stwo, czy jesz­cze w narze­czen­stwie, zaczelo inwe­sto­wac w stare budynki, ktore repe­ro­wali i sprze­da­wali z nie­zlym zyskiem, do stop­nia, ze po tych 10 latach zara­biali juz miliony. Jed­nak zda­wali sobie sprawe, ze rynek nie­ru­cho­mo­sci staje sie nasy­cony. Wnio­sku­jac, zaan­ga­zo­wali sie w budowe samych kon­do­mi­niow, czyli miesz­kan, uwa­za­jac, ze te sto­sun­kowo latwiej i szybciej(jak ham­bur­gery) sie sprze­daje niz poje­dyn­cze, dro­gie domy, a jezeli rynek nie­ru­cho­mo­sciami sie zawali i nie bedzie kli­jen­tow na kupno kon­do­mi­niow, to w koncu ludzie gdzies beda musieli miesz­kac. Ich kal­ku­la­cje oka­zaly sie wla­sciwe. Rynek na han­del nie­ru­cho­mo­sciami spadl, wielu inwe­sto­row poban­kru­to­walo. Nato­miast nasta­pila nie­zwy­kla hossa na wyna­jem miesz­kan. Miesz­ka­nia, ktore kolo cen­trum Chi­cago, na wyna­jem kto­rych trudno bylo zna­lezc chent­nych za 1700 dola­row na mie­siac, teraz osia­gnely juz cene 2500 dola­row za dwu­sy­pial­niowe. Liczba chentny wciaz rosnie, a i podaz nie mniej­sza, jako ze juz wcze­sniej owa para nabu­do­wala spora ilosc stan­dar­to­wych kon­do­mi­niow. Loka­to­rzy placa czyn­szowe, ktore splaca im zacia­gniete w ban­kach pozyczki, jed­nak dodat­kowo, ci przed­sie­bior­czy ludzie sa wciaz wla­sci­cie­lami tych miesz­kan. I sila by tutaj jesz­cze mowic o innych, kto­rzy sie­gaja na ame­ry­kan­skim, jak i pol­skim wol­nym rynku tam gdzie dla Orlow, jak cho­cia­zby Kuba, ktory nie tylko buduje w Chi­cago, ale tez i odna­laz praw­dziwa Zyle Zlota w Pol­sce, w cza­sie, gdy lewi­cowo zorien­to­wane wale­nie powta­rza to wyswiech­tane moral­nie i etycz­nie Nihi­li­styczne motto „do du.…py bylo, jest i bedzie.”

  2. Szymon pisze:

    Cie­kawa histo­ria, napi­sana w fajny, cie­kawy i zabawny spo­sob. Jed­nak jest w niej blad zamiast „W tym roku przy­pada 105 rocz­nica jego śmierci.” ma byc jego naro­dzin, a tak to super. Poza lite­row­kami :)

  3. Jan M. Fijor pisze:

    Napi­sa­lem, ze 105 lat temu przy­szedl na swiat, czyli uro­dzil sie. Pozdra­wiam JM Fijor

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts