FAIR PLAY

FAIR PLAY

STEVEN E. LANDSBURG
Tłum.: Krzysz­tof Węgrzecki
War­szawa 2008
ISBN: 83 – 89812-47 – 9

Cena: 29 zł (z wysylką) zł

Dzięki tej książce Lands­burg stał się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych jed­nym z naj­po­pu­lar­niej­szych auto­rów poru­sza­ją­cych pro­blemy eko­no­mii życia codzien­nego, a wła­ści­wie oba­la­ją­cym mity i fał­szywe para­dyg­maty, jakimi zale­wają nas media i igno­ranci z uni­wer­sy­tec­kich katedr. Na co dzień jeden z naj­wy­bit­niej­szych spe­cja­li­stów teo­rii cen, dzięki wyjąt­ko­wemu pco­zu­ciu humoru, odwa­dze i prze­ni­kli­wo­ści stał się ulu­bień­cem ame­ry­kań­skich czy­tel­ni­ków. Mamy nadzieję, że podob­nie jak spo­pu­la­ry­zo­wa­li­śmy Tho­masa Sowella czy Mur­raya Roth­barda, Lands­burg także sta­nie się ikoną koja­rzoną z Fijorr Publi­shing. Wkrótce bowiem ukażą się jego kolejne książki. Miłej lek­tury! Wydawca

Moim ulu­bio­nym instru­men­tem dydak­tycz­nym jest bajeczka mająca swe korze­nie w opo­wie­ści pro­fe­sora Jamesa Ingrama z Uni­wer­sy­tetu Sta­no­wego Pół­noc­nej Karo­liny. Jest to histo­ria pew­nego genial­nego przed­się­biorcy, który wyna­lazł nową tech­no­lo­gię umoż­li­wia­jącą wytwa­rza­nie samo­cho­dów ze zboża. Wybu­do­wał on fabrykę nad morzem, oto­czył tajem­nicą prace firmy i roz­po­czął pro­duk­cję.
Wia­do­mość o tym, iż nowe samo­chody są lep­sze i tań­sze od jakie­go­kol­wiek pro­duktu pocho­dzą­cego z Detroit, wywarła wstrzą­sa­jące wra­że­nie na kon­su­men­tach. Far­me­rzy ze Środ­ko­wego Zachodu byli zaszo­ko­wani, kiedy fabryka zaczęła zama­wiać ogromne ilo­ści zboża, aby zasi­lać swe tajem­ni­cze maszyny. Wpraw­dzie prze­szko­leni starą metodą pra­cow­nicy zatrud­nieni w sek­to­rze samo­cho­do­wym byli nieco skon­ster­no­wani, jed­nak gene­ral­nie pozy­tyw­nie przy­jęto fakt, iż postęp tech­no­lo­giczny jest per saldo bar­dzo dobrą rze­czą, nawet jeśli towa­rzy­szą mu pewne nie­do­god­no­ści.
Pew­nego dnia docie­kli­wemu repor­te­rowi udało się dotrzeć do nie­za­do­wo­lo­nego pra­cow­nika, który ujaw­nił naj­więk­szą tajem­nicę przed­się­biorcy. Wielka fabryka była pusta. Tylna ściana otwie­rała się wycho­dząc na basen por­towy. Zboże dostar­czane do fabryki fron­to­wymi drzwiami opusz­czało ją tyl­nymi i było wysy­łane za gra­nice w zamian za samo­chody.
Szok wywo­łany tą rewe­la­cją spo­wo­do­wał prze­kształ­ce­nie się przed­się­biorcy, w oczach opi­nii publicz­nej, z boha­tera w łaj­daka, a fala powszech­nego obu­rze­nia wynio­sła Pata Bucha­nana na urząd pre­zy­dencki.
Morał tej histo­ryjki jest taki, że nie­dro­gie samo­chody są dobrą rze­czą i pozo­stają nią nie­za­leż­nie od tego czy naby­wamy je dzięki roz­wo­jowi tech­no­lo­gii, czy też poprzez trans­ak­cje han­dlowe. Ogra­ni­cza­nie han­dlu działa w dokład­nie ten sam spo­sób, co zamy­ka­nie naj­bar­dziej wydaj­nych fabryk. Trzeba być śle­pym, żeby popie­rać Bucha­nana i nie dostrze­gać faktu, że jest to fun­da­men­tal­nie rów­no­ważne. Jest mało praw­do­po­dobne, aby ślepi na wła­sne życze­nie, mogli odpo­wied­nio pro­spe­ro­wać.
Opo­wia­dam to stu­den­tom, ale nie mojej córce. W prze­ci­wień­stwie do stu­den­tów, Cay­ley polega na moim moral­nym prze­wod­nic­twie. Mógł­bym pew­nie wytłu­ma­czyć jej jak han­del przy­czy­nia się do wzro­stu zamoż­no­ści naszej rodziny. Jed­nak dzie­wię­cio­latki są już wystar­cza­jąco skon­cen­tro­wane na sobie, a wywo­ła­nie u nich tro­ski o innych wymaga łagod­nej zachęty. Zatem, zamiast opo­wia­dać Cay­ley jak wspa­niałą rze­czą dla naszej rodziny jest zaosz­czę­dze­nie pie­nię­dzy w momen­cie zakupu samo­chodu, mówię jej o róż­nicy pomię­dzy dobrem i złem.
Wie już o tym dużo. Jest ona aktyw­nym uczest­ni­kiem szkol­nego rynku kal­ko­ma­nii, sta­rych kart kre­dy­to­wych i nakrę­tek do bute­lek od mleka. Nie­kiedy Cay­ley chce doko­nać trans­ak­cji z kole­żanką z tej samej klasy Melissą, jed­nak ta woli ope­ra­cje z Jen­ni­fer, czwar­to­kla­sistką z innej klasy. Cay­ley wie, jakim może to być roz­cza­ro­wa­niem, wie jed­nak także, że nie może zmu­sić Melissy do pro­wa­dze­nia wymiany wła­śnie z nią. Co jesz­cze waż­niej­sze, wie ona, że byłoby to złe.
Cay­ley jest zbyt dobrze przy­go­to­wana pod wzglę­dem moral­nym, żeby sobie nawet tylko wyobra­zić moż­li­wość zwró­ce­nia się do swej nauczy­cielki z prośbą o inter­wen­cję i zabro­nie­nie Meli­sie pro­wa­dze­nia han­dlu z „cudzo­ziem­cami”. Tylko bar­dzo nie­miłe dziecko mogłoby spró­bo­wać takiej taktyki.

(…) Cay­ley i ja pró­bu­jemy nie robić zaku­pów w sieci Wal-Mart. Nie zawsze nam się to udaje, cza­sami gorąco pra­gniemy kupić coś, czego nie można łatwo dostać gdzie indziej niż w Wal-Mart. Jed­nak, jeśli tylko możemy, wolimy kupo­wać gdzie indziej.
Jest to świa­dome echo wła­snej sze­roko rekla­mo­wa­nej poli­tyki Wal-Marta. Napisy umiesz­czone na każ­dej półce wychwa­lają wysiłki maga­zynu mające na celu nie­sprze­da­wa­nie towa­rów impor­to­wa­nych. Nie zawsze się to Wal-Martowi udaje, co przy­znają napisy, cza­sami mają wielką ochotę włą­czyć do sprze­daży pozy­cję, która jest nie­osią­galna gdzie indziej niż tylko za gra­nicą. Jed­nak Wal-Mart, kiedy tylko może, woli „kupo­wać to, co ame­ry­kań­skie – a więc wy też może­cie”.
Zanim osią­gnęła odpo­wiedni wiek, aby móc czy­tać te napisy, Cay­ley była już wystar­cza­jąco duża, aby wie­dzieć, że ludzie, któ­rzy chcą, aby zwra­cać uwagę na rasę, reli­gię, płeć czy naro­do­wość part­ne­rów han­dlo­wych są źli. Nawet mene­dże­ro­wie Wal-Martu musieli praw­do­po­dob­nie przy­swoić sobie tę prawdę w dzie­ciń­stwie. Doro­śli, któ­rzy chcą wie­rzyć w coś innego, muszą ucie­kać się do eks­tre­mal­nej sofi­styki nie­osią­gal­nej dla uczniów pierw­szych klas.
Łatwo się­gnąć po tę sofi­stykę; gdyby było ina­czej, sieć Wal-Mart zosta­łaby wyeli­mi­no­wana z biz­nesu. Podob­nie sta­łoby się z Sena­tor Dianną Fein­stein z Kali­for­nii. Sena­tor Fein­stein prze­ciw­sta­wia się „okrut­nym i nie­ludz­kim” reduk­cjom wydat­ków na publiczną służbę zdro­wia i zasił­ków edu­ka­cyj­nych dla nie­le­gal­nych imi­gran­tów, lecz jed­no­cze­śnie popiera ści­ślej­szą kon­trolę gra­nic, aby przede wszyst­kim powstrzy­mać nie­le­gal­nych imi­gran­tów przed prze­do­sta­niem się do kraju. Tylko czło­wiek o wyjąt­kowo zwich­nię­tym inte­lek­cie mógłby uspra­wie­dli­wić taką hipo­kry­zję, bowiem albo Sena­tor Fein­stein trosz­czy się o Mek­sy­ka­nów, albo nie. Jeśli się o nich nie trosz­czy to, po co to roz­pra­wia­nie o nie­ludz­kim postę­po­wa­niu? Nato­miast jeśli nie są jej obo­jętni, to jak może ona uza­sad­nić ska­zy­wa­nie tych Mek­sy­ka­nów na pozo­sta­wa­nie w Mek­syku?
Podob­nie jak kie­row­nic­two Wal-Martu, Sena­tor Fein­stein pod­pi­suje się pod dzi­wacz­nymi zapa­try­wa­niami, zgod­nie z któ­rymi powin­ni­śmy bar­dziej trosz­czyć się o obcych, któ­rzy jakimś tra­fem miesz­kają w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, niż o obcych, któ­rzy aku­rat miesz­kają gdzie­kol­wiek indziej. Nato­miast jeśli możemy zmu­sić tych obcych, aby pozo­sta­wali po jed­nej stro­nie wyima­gi­no­wa­nej linii, wów­czas nie potrze­bu­jemy trosz­czyć się o ich dobro­byt. Nie jestem w sta­nie wyobra­zić sobie żad­nej roz­sąd­nej zasady moral­nej, zgod­nie z którą moż­naby bro­nić takiego poglądu.
Jed­nak Sena­tor Fein­stein nie kie­ruje się oczy­wi­ście żad­nymi zasa­dami natury moral­nej, a jej jedy­nym celem jest pro­mo­wa­nie inte­re­sów tych miesz­kań­ców Kali­for­nii – w więk­szo­ści Anglo­ame­ry­ka­nów, któ­rzy już mają to nad­zwy­czajne szczę­ście, iż są oby­wa­te­lami Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ryki. Uważa ona, że oby­wa­tele ci sko­rzy­stają pośred­nio na odpry­sko­wych efek­tach zwią­za­nych ze zdro­wiem i wykształ­ce­niem ich mek­sy­kań­skich sąsia­dów, mogą jed­nak zara­zem spo­koj­nie igno­ro­wać zdro­wie, wykształ­ce­nie i poziom życia Mek­sy­ka­nów żyją­cych kil­ka­set mil dalej na połu­dniu.
Powiedzmy, że jeśli Sena­tor Fein­stein byłaby liber­ta­ria­ni­nem z zasa­dami, wów­czas wypo­wia­da­łaby się na rzecz zezwo­le­nia ludziom na miesz­ka­nie w miej­scu, które wybiorą. Gdyby była zwo­len­ni­kiem ega­li­ta­ry­zmu z zasa­dami, jej zmar­twie­nie o sto­sun­kowo szczę­śli­wych Mek­sy­ka­nów, któ­rzy zdo­łali prze­do­stać się przez gra­nicę, ule­głoby zmniej­sze­niu z powodu tro­ski o ich zubo­ża­łych byłych sąsia­dów, cią­gle tkwią­cych po dru­giej stro­nie gra­nicy. Tylko dla­tego, że jest zupeł­nie pozba­wiona zasad, może ona jed­no­cze­śnie żądać, aby­śmy wię­cej ofe­ro­wali nie­wielu szczę­śliw­com i mniej wielu innym, któ­rych to szczę­ście omi­nęło.
Zatem Sena­tor Fein­stein służy swym wybor­com bez względu na jakie­kol­wiek poczu­cie dobra i zła. Być może to jest wszystko, czego możemy ocze­ki­wać od poli­tyka (może jest to dobry powód, aby ogra­ni­czać potęgę poli­ty­ków zawsze i wszę­dzie, kiedy tylko możemy to uczy­nić). Jed­nak jej odno­sze­nie się do „okru­cień­stwa” i „braku czło­wie­czeń­stwa” cechu­ją­cego tych, któ­rzy się z nią nie zga­dzają, wska­zuje na to, iż uważa ona za warte zachodu roz­po­star­cie zasłony dym­nej nad wła­snymi dzia­ła­niami. I zało­żył­bym się, że ją ma. Jeśli udo­stęp­niono by pani Sena­tor taką samą ilość miej­sca na tej stro­nie, z pew­no­ścią nie mia­łaby ona pro­blemu z przy­go­to­wa­niem powierz­chow­nego i pozor­nie słusz­nego spo­sobu pogo­dze­nia jej sprzecz­nych poglą­dów. Nie sądzę jed­nak, aby moja córka to kupiła.

(frag­menty Fair Play)

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

No Comments Yet.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*