INTERWENCJONIZM, czyli władza a rynek

INTERWENCJONIZM, czyli wła­dza a rynek

MURRAY N. ROTHBARD
Tłum.: Rafał Rudow­ski
War­szawa 2009
ISBN: 978– 83 – 89812–

Cena: 33 zł wraz z wysyłką

Kon­su­menci nie są wszech­wie­dzący, ale dys­po­nują bez­po­śred­nimi spo­so­bami uzy­ska­nia wie­dzy. Kupują pewien pro­dukt żyw­no­ściowy na śnia­da­nie, lecz im nie sma­kuje, więc go wię­cej nie kupią. Kupują samo­chód pew­nej marki, lecz nie jeź­dzi nim się wystar­cza­jąco dobrze, więc kupią inny. W obu przy­pad­kach dzielą się ze zna­jo­mymi swoją nowo nabytą wie­dzą. Inni kon­su­menci wspie­rają finan­sowo orga­ni­za­cje kon­su­menc­kie, które im mogą dora­dzać lub ich ostrze­gać. Lecz we wszyst­kich przy­pad­kach kon­su­menci mogą sko­rzy­stać z bez­po­śred­niego testu jako­ści pro­duk­tów w postaci wyni­ków ich użyt­ko­wa­nia. Firma, która zaspo­kaja potrzeby kon­su­men­tów, roz­wija się i pro­spe­ruje, a firma, które temu zada­niu nie może spro­stać, wypada z interesu.

Nato­miast gło­so­wa­nie na poli­ty­ków lub pro­po­zy­cje roz­wią­zań praw­nych jest czymś zupeł­nie innym. Nie ma w tym przy­padku bez­po­śred­niego testu suk­cesu lub porażki, takiego jak zyski i straty lub zado­wo­le­nie z kon­sump­cji. Aby zro­zu­mieć kon­se­kwen­cje rzą­do­wych decy­zji, szcze­gól­nie kon­se­kwen­cje nie­bez­po­śred­nie, konieczne jest zro­zu­mie­nie skom­pli­ko­wa­nego łań­cu­cha rozu­mo­wa­nia prak­se­olo­gicz­nego, takiego jak to, które zosta­nie przed­sta­wione w niniej­szej książce. Bar­dzo nie­wielu wybor­ców posiada zdol­ność lub chęć prze­pro­wa­dze­nia takiego rozu­mo­wa­nia, zwłasz­cza, jak zauważa Schum­pe­ter, w sytu­acjach, gdy w grę wcho­dzi poli­tyka. Albo­wiem zni­komy wpływ poje­dyn­czej osoby na wynik wybo­rów, jak rów­nież odda­le­nie w cza­sie skut­ków glo­so­wa­nia, powo­duje, że ludzie tracą zain­te­re­so­wa­nie pro­ble­mami i dys­pu­tami poli­tycz­nymi. . Nie dys­po­nu­jąc bez­po­śred­nim testem suk­cesu lub porażki, wyborca ma skłon­ność popie­rać nie tych kan­dy­da­tów, któ­rych pro­gramy mają szansę się powieść, ale tych, któ­rzy naj­le­piej potra­fią „sprze­dać” swoją pro­pa­gandę. Bez zro­zu­mie­nia logicz­nego łań­cu­cha deduk­cji, prze­ciętny wyborca nigdy nie będzie w sta­nie odkryć błędu popeł­nio­nego przez spra­wu­ją­cych wła­dzę. Załóżmy, że rząd zwięk­sza podaż pie­nią­dza, wywo­łu­jąc nie­unik­niony wzrost cen. Rząd może zrzu­cić winę za wzrost cen na nie­go­dzi­wych spe­ku­lan­tów lub na osoby dzia­ła­jące na czar­nym rynku i jeśli spo­łe­czeń­stwo nie zna eko­no­mii, nie będzie w sta­nie dostrzec błędu tej argumentacji.

Zakrawa na iro­nię, że auto­rzy, któ­rzy narze­kają na sztuczki i wabiki rekla­mowe, nie kie­rują ostrza kry­tyki prze­ciwko kam­pa­niom poli­tycz­nym, gdzie ich zarzuty byłyby słuszne. Jak stwier­dza Schumpeter:

Obra­zek naj­pięk­niej­szej dziew­czyny, jaka kie­dy­kol­wiek żyła na tym świe­cie, nie zdoła na dłuż­szą metę pod­trzy­mać sprze­daży złych papie­ro­sów. Nie ma rów­nie efek­tyw­nego zabez­pie­cze­nia w przy­padku decy­zji poli­tycz­nych. Wiele decy­zji o ogrom­nym zna­cze­niu jest takiej natury, że spo­łe­czeń­stwo nie może z nimi eks­pe­ry­men­to­wać wedle woli i po umiar­ko­wa­nym kosz­cie. Nawet jeśli jest to moż­liwe, sfor­mu­ło­wa­nie osądu jest trud­niej­sze niż w przy­padku papie­ro­sów, ponie­waż skutki nie są tak łatwe do inter­pre­ta­cji.
.
Można zapro­te­sto­wać, twier­dząc, że prze­ciętny wyborca może nie mieć kom­pe­ten­cji, by podej­mo­wać decy­zje wyma­ga­jące łań­cu­cha rozu­mo­wa­nia prak­se­olo­gicz­nego, lecz jest kom­pe­tentny, by wybrać eks­per­tów – poli­ty­ków i urzęd­ni­ków – któ­rzy będą mogli takie decy­zje pod­jąć, podob­nie jak można wybrać
pry­wat­nego doradcę w wielu dzie­dzi­nach. Lecz kwe­stią zasad­ni­czą jest to, że w przy­padku ludzi wybra­nych do peł­nie­nia wła­dzy, wyborca nie dys­po­nuje testem wyka­zu­ją­cym suk­ces lub porażkę wyna­ję­tych przez niego eks­per­tów. Na rynku ludzie będą pła­cić eks­per­tom, któ­rych porady oka­zują się naj­bar­dziej uży­teczne. Dobrzy dok­to­rzy lub praw­nicy zostaną nagro­dzeni, a kiep­scy poniosą porażkę; pry­wat­nie wyna­jęci eks­perci będą odno­sić suk­cesy pro­por­cjo­nalne do wyka­zy­wa­nych umie­jęt­no­ści. Nie można w podobny spo­sób oce­nić suk­cesu ludzi spra­wu­ją­cych wła­dzę. Brak testu, który by to umoż­li­wiał, nie pozwala wyborcy na oce­nie­nie praw­dzi­wych kom­pe­ten­cji czło­wieka, na któ­rego ma gło­so­wać. Jest to szcze­gól­nie trudne w przy­padku współ­cze­snych wybo­rów, gdzie kan­dy­daci z reguły zga­dzają się we wszyst­kich fun­da­men­tal­nych kwe­stiach. Same kwe­stie można prze­ana­li­zo­wać i jeśli wyborca sobie życzy i potrafi, może je poznać i pod­jąć decy­zje w ich spra­wie. Lecz co nawet naj­bar­dziej inte­li­gentny wyborca może wie­dzieć o kom­pe­ten­cjach poszcze­gól­nych kan­dy­da­tów, zwłasz­cza jeśli w kam­pa­nii wybor­czej nie poru­sza się żad­nych istot­nych kwe­stii? Wyborca może się oprzeć tylko na czy­sto zewnętrz­nych, ład­nie opa­ko­wa­nych wize­run­kach lub „oso­bo­wo­ściach” kan­dy­da­tów. W rezul­ta­cie gło­so­wa­nie na kan­dy­da­tów staje się jesz­cze mniej racjo­nalne niż gło­so­wa­nie nad kon­kret­nymi rozwiązaniami.

Co wię­cej, sam rząd ze swej natury zawiera mecha­ni­zmy, które pro­wa­dzą do kiep­skiego wyboru eks­per­tów i urzęd­ni­ków. Po pierw­sze, poli­tycy i eks­perci rzą­dowi czer­pią przy­chody nie ze sprze­daży usług dobro­wol­nie naby­wa­nych przez inne osoby na rynku, lecz z obo­wiąz­ko­wych danin nakła­da­nych na spo­łe­czeń­stwo. Nie mają więc pie­nięż­nego bodźca, by sta­rać się odpo­wied­nio i kom­pe­tent­nie słu­żyć spo­łe­czeń­stwu. Ponadto, inne kry­te­ria okre­ślają to, czy ktoś się „nadaje” do peł­nie­nia funk­cji w apa­ra­cie wła­dzy, niż jest to w przy­padku pro­wa­dze­nia dzia­łal­no­ści na rynku. Do dzia­ła­nia na rynku naj­bar­dziej nadają się ci, któ­rzy naj­le­piej służą kon­su­men­tom; do dzia­ła­nia w apa­ra­cie wła­dzy naj­le­piej nadają się ludzie naj­spraw­niejsi w sto­so­wa­niu przy­musu i/lub potra­fiący naj­bar­dziej umie­jęt­nie upra­wiać­sto­so­wać dema­go­gię, by pozy­skać głosy wyborców.

Kolejna zasad­ni­cza róż­nica pomię­dzy dzia­ła­niem ryn­ko­wym a demo­kra­tycz­nym gło­so­wa­niem jest nastę­pu­jąca: wyborca ma, przy­kła­dowo, tylko jedną pięć­dzie­się­cio­mi­lio­nową wła­dzy wyboru rzą­dzą­cych, któ­rzy z kolei będą swo­bod­nie podej­mo­wać istotne decy­zje doty­czące jego życia, nie pod­le­ga­jąc wery­fi­ka­cji aż do następ­nych wybo­rów. Na rynku czło­wiek ma abso­lutną wła­dzę podej­mo­wa­nia decy­zji doty­czą­cych swo­jej osoby i wła­sno­ści, a nie tylko jedną pięć­dzie­się­cio­mi­lio­nową tej wła­dzy. W ramach korzy­sta­nia z tej wła­dzy czło­wiek cią­gle demon­struje swój wybór poprzez kupo­wa­nie lub nie kupo­wa­nie, sprze­da­wa­nie lub nie sprze­da­wa­nie. Wyborca, gło­su­jąc na kon­kret­nego kan­dy­data, demon­struje tylko rela­tywną pre­fe­ren­cję dla jed­nego z poten­cjal­nych wład­ców. Odbywa się to w ramach reguły, że bez względu na to, czy zagło­suje, czy nie, jeden z kan­dy­da­tów będzie spra­wo­wał nad nim wła­dzę przez następ­nych kilka lat.
Widzimy więc, że wolny rynek zawiera sprawny i wydajny mecha­nizm prze­kształ­ca­nia uży­tecz­no­ści ex ante, któ­rej uzy­ska­nia czło­wiek spo­dziewa się przed pod­ję­ciem dzia­ła­nia, w uży­tecz­ność ex post. Wolny rynek zawsze mak­sy­ma­li­zuje także uży­tecz­ność spo­łeczną ex ante. W sfe­rze dzia­łań poli­tycz­nych nie ma takiego mecha­ni­zmu; pro­ces poli­tyczny ze swej natury opóź­nia i uda­rem­nia uzy­ska­nie spo­dzie­wa­nych korzy­ści. Roz­bież­ność pomię­dzy korzy­ściami ex post zapew­nia­nymi przez rząd i takimi korzy­ściami zapew­nia­nymi przez rynek zostaje jesz­cze pogłę­biona jest jesz­cze przez fakt, że pośred­nie kon­se­kwen­cje inter­wen­cji rzą­do­wych pogar­szają ich obraz w oczach ich pier­wot­nych zwo­len­ni­ków. Pod­su­mo­wu­jąc, wolny rynek zawsze przy­nosi korzy­ści wszyst­kim jego uczest­ni­kom i mak­sy­ma­li­zuje uży­tecz­ność ex ante; sprzyja także mak­sy­ma­li­za­cji uży­tecz­no­ści ex post, gdyż zawiera mecha­nizm szyb­kiego prze­kształ­ca­nia ocze­ki­wań w ich speł­nie­nie. Gdy nastę­puje inter­wen­cja, jedna grupa zyskuje bez­po­śred­nio kosz­tem innej i dla­tego uży­tecz­ność spo­łeczna nie może wzro­snąć; osią­gnię­cie celów zostaje raczej zablo­ko­wane niż uła­twione i, jak się prze­ko­namy, kon­se­kwen­cje pośred­nie powo­dują, że wielu spo­śród tych, któ­rzy doko­nują inter­wen­cji, ponosi stratę uży­tecz­no­ści ex post. Reszta niniej­szej książki jest w znacz­nej mie­rze poświę­cona bada­niu pośred­nich kon­se­kwen­cji róoż­nych form inter­wen­cji rządowych.

(Mur­ray N. Roth­bard — frag­ment książki)

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Brak komentarzy

  1. […] okro­jo­nej for­mie. Roz­dział ten, w peł­nej wer­sji, opu­bli­ko­wano dopiero w 1972 r. pod tytu­łem Inter­wen­cjo­nizm, czyli wła­dza a rynek. Eko­no­mia wol­nego rynku w kształ­cie, jaki Roth­bard pier­wot­nie zapla­no­wał, uka­zała się na […]

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*