Jak uzdrowić służbę zdrowia

Pobierz plik wyso­kiej jakości

Jak uzdro­wić służbę zdrowia

J. C. Good­man, G. L. Mus­grave
Tłum.: Krzysz­tof Węgrzecki
War­szawa 2008
ISBN: 83 – 89812-45 – 2

Cena: 22 zł (z wysyłką)

Pod wpły­wem lewi­co­wej pro­pa­gandy i gróźb sze­rzo­nych przez admi­ni­stra­cję pań­stwową,
prze­ciętny pacjent uważa, że gdyby nie pań­stwo, umarłby w bólach i mękach w wieku 25 lat pozba­wiony szans na opiekę medyczną.
Tak myślą nie tylko Polacy. Powszechną służbę zdro­wia popie­rają Fran­cuzi, Niemcy, Holen­drzy, Czesi, Włosi, Hisz­pa­nie, ostat­nio nawet Ame­ry­ka­nie. Ponad połowa oby­wa­teli Sta­nów Zjed­no­czo­nych ule­gła już napo­rowi sił lewicy i domaga się upań­stwo­wie­nia health service, czego owo­cem jest ponad pięć­dzie­się­cio­pro­cen­towe popar­cie dla ambi­cji pre­zy­denc­kich p. Hil­lary Clin­ton, kan­dy­datki zna­nej z nie­chęci do rynku, orę­dow­niczki pań­stwo­wej służby zdro­wia. Trudno w takich oko­licz­no­ściach upie­rać się, że wszy­scy są głupi. Coś widocz­nie musi być na rze­czy…
I tu potwier­dza się odwieczne spo­strze­że­nie, że czło­wiek, bez względu na rasę, wykształ­ce­nie, zamoż­ność, płeć, czy wiek chęt­niej posłu­guje się emo­cjami niż rozu­mem. Prze­ciętny Kowal­ski, ale i Schmidt, Sven­son czy Smith uważa, że będzie bar­dziej cho­ro­wity niż sta­ty­styczna śred­nia i dla­tego godzi się mimo wszystko na taki chory układ. Liczy bowiem, że ktoś za te jego nad­mierną cho­ro­wi­tość zapłaci. Tym­cza­sem skru­pu­latny rachu­nek i logika dowo­dzą, o czym piszą auto­rzy książki, że naj­ta­niej kupu­jemy wtedy, gdy każdy płaci za sie­bie i gdy ma wybór. I choć teo­re­tycz­nie uspo­łecz­nie­nie sys­temu opieki zdro­wot­nej ze względu na efekt skali powinno wpły­nąć na obni­że­nie kosz­tów opieki medycz­nej, przy mono­polu pań­stwa, pod nie­obec­ność kon­ku­ren­cji i pry­wat­nej wła­sno­ści jest to alter­na­tywa droż­sza i gor­sza. I choć­by­śmy zmie­niali ustawy, co dwa tygo­dnie, sytu­acja się nie zmieni, bo cele pacjen­tów i poli­ty­ków są sprzeczne. My wyda­jemy pie­nią­dze wła­sne, poli­tycy cudze. Nam cho­dzi o to, by na zdro­wie wyda­wać jak naj­mniej, im, prze­ciw­nie, oni kupują dla sie­bie głosy w wybo­rach. Podobne pro­blemy mają Niemcy, Fran­cuzi, Anglicy a w mniej­szym stop­niu nawet Ame­ry­ka­nie. Oni wszy­scy mają jed­nak od lat rów­no­le­gle pry­watną służbę zdro­wia, mocne firmy ubez­pie­cze­niowe i znacz­nie wię­cej pie­nię­dzy.
Dla Pola­ków naj­lep­szym wyj­ściem jest uwol­nie­nie służby zdro­wia spod rzą­dów pań­stwa, wpro­wa­dze­nie kon­ku­ren­cji na rynku usług medycz­nych, przy­wró­ce­nie „archa­icz­nego” sys­temu, w któ­rym pacjent płaci temu, kto go leczy. Usługi medyczne są takim samym towa­rem, jak mleko, ben­zyna czy ziem­niaki, a skoro tak, płaćmy za nie tak, jak pła­cimy za mleko, ben­zynę czy ziem­niaki. W inte­re­sie wła­snego zdro­wia, pacjent musi dbać o port­fela leka­rza, który w tro­sce o swój port­fel dba o stan zdro­wia pacjenta. Pośred­ni­ków nie potrzeba. Poza jed­nym – poza ubezpieczeniem.Co począć z pechowcami?

Nasze zdro­wie, podob­nie jak wszystko na tym świe­cie jest w ogrom­nym stop­niu nie­prze­wi­dy­walne. Może się zda­rzyć, że dotknie nas cho­roba, na któ­rej lecze­nie nie będzie nas stać. Czy mamy umrzeć w przy­tułku? Skądże znowu. Już pra­wie 300 lat temu przed­się­bior­czy Anglicy i Holen­drzy wymy­ślili pry­watne firmy, które za nie­wy­gó­ro­waną opłatą są w sta­nie prze­jąć od poten­cjal­nego pacjenta ryzyko kata­strofy finan­so­wej. Kar­ło­wa­tym przy­kła­dem takiej dzia­łal­no­ści jest Zakład Ubez­pie­czeń Spo­łecz­nych. Jeśli jed­nak pań­stwo zwróci tro­skę o zdro­wie w ręce oby­wa­teli, firm, które za nie­wielką opłatą zapłacą za nasze lecze­nie będzie wię­cej. One przejmą od nas ryzyko upa­dło­ści spo­wo­do­wane wypad­kiem czy ciężką cho­robą, gwa­ran­tu­jąc nam tyle opieki medycz­nej, ile chcemy, czyli za ile zapła­cimy.
Jeśli mimo to znajdą się ludzie, któ­rzy sobie obo­wią­zek ubez­pie­cze­nia medycz­nego zlek­ce­ważą, ana­lo­gicz­nie do innych obsza­rów dzia­ła­nia, można ich będzie leczyć za pie­nią­dze zgro­ma­dzone przez orga­ni­za­cje cha­ry­ta­tywne. Złożą się na nie dobro­wol­nie dobro­czyńcy pry­watni, fun­da­cje, biz­nes, kościoły i inne insty­tu­cje, któ­rych nie bra­kuje. Można mieć nadzieję, że środki będące w ich dys­po­zy­cji będą wyda­wane racjo­nal­nie i pod kon­trola. Nie może być tak, jak to ma miej­sce w Zako­pa­nem, Pabia­ni­cach czy w więk­szo­ści miast śred­niej wiel­ko­ści, że gros pie­nię­dzy trwoni się bez­tro­sko na lecze­nie zatruć alko­ho­lo­wych, czy skut­ków bójek mię­dzy lokal­nymi klo­szar­dami.
Tak jak w przy­padku ubez­pie­cze­nia dro­go­wego ist­nieje klau­zula pokry­cia strat wyni­kłych z koli­zji z osobą nie ubez­pie­czoną, tak w przy­padku indy­wi­du­al­nego ubez­pie­cze­nia zdro­wot­nego może ist­nieć klau­zula ubez­pie­cze­nia osoby, która nie jest w sta­nie się ubez­pie­czyć. Ist­nieje tu co prawda zagro­że­nie pokusą nad­uży­cia, ale i to można jakoś roz­wią­zać. W przy­padku osób zło­śli­wie uchy­la­ją­cych się od wyku­pie­nia (posia­da­nia) ubez­pie­cze­nia można wpro­wa­dzić obo­wią­zek pokry­wa­nia strat lub pracy przy­mu­so­wej na rzecz poszko­do­wa­nych. Można też zobo­wią­zać człon­ków rodziny do pokry­wa­nia ubez­pie­cze­nia krew­nym i powi­no­wa­tym. To może być sku­teczny mecha­nizm odstra­sza­jący od nadużyć.

Warun­kiem poprawy w każ­dym z wymie­nio­nych obsza­rów dzia­ła­nia służby zdro­wia, jest zabra­nie jej z rąk pań­stwa.
Nie dość, że poli­tycy do kry­zysu w służ­bie zdro­wia dopro­wa­dzili, to nadal robią wszystko, aby było trudno. Chcą nas w ten spo­sób prze­ko­nać (czy­taj: zmu­sić!) do dal­szego powie­rza­nia im kil­ku­na­stu pro­cent dochodu naro­do­wego. Wie­dząc dobrze, że znaczna część tych pie­nię­dzy pozo­sta­nie w ich kie­sze­niach, zro­bią wszystko, aby ist­nie­ją­cego sta­tus quo nie zmie­niać.
Kry­zys w opiece medycz­nej doszedł jed­nak do takiego punktu, że ryzyko utrzy­my­wa­nia ist­nie­ją­cego stanu rze­czy zagraża wręcz bytowi narodu. Dla­tego wła­śnie zde­cy­do­wa­li­śmy się na publi­ka­cję tej waż­nej książki.

(Jan M Fijor, frag­ment Wstępu do wyda­nia pol­skiego)

Bar­dzo dobra książka. Cel­nie iden­ty­fi­kuje główne zarzuty, jakie są zwy­kle sta­wiane ame­ry­kań­skiej służ­bie zdro­wia i prze­ko­ny­wu­jąco się z nimi roz­pra­wia (np. zarzut o nie­wiel­kich efek­tach opieki zdro­wot­nej w USA mie­rzo­nych nie­któ­rymi wskaź­ni­kami zdro­wot­nymi lub o pozo­sta­wa­niu znacz­nej czę­ści oby­wa­teli USA poza ubez­pie­cze­niem zdro­wot­nym, co rze­komo ska­zuje ich na „śmierć pod pło­tem”). Zasko­cze­niem dla mnie było (cho­ciaż prze­cież nie powinno być), że podobne przy­czyny: publiczne finan­so­wa­nie opieki zdro­wot­nej — rodzą podobne skutki: limi­to­wa­nie świad­czeń zdro­wot­nych, kolejki do lecze­nia, ogra­ni­czona dostęp­ność wielu zabie­gów i badań dia­gno­stycz­nych, w tak róż­nych kra­jach jak np. bogata Kanada i – sto­sun­kowo – uboga Pol­ska. Z satys­fak­cją zauwa­ży­łem, że auto­rzy książki, cho­ciaż obser­wują opiekę zdro­wotną z innej pozy­cji niż ja i na innym kon­ty­nen­cie, dostrze­gają te same zja­wi­ska, np. takie, że w pań­stwach, gdzie lecz­nic­two finan­so­wane jest (pra­wie) wyłącz­nie ze środ­ków publicz­nych, wydatki na opiekę zdro­wotną trak­to­wane są jako coś złego, jako nie­po­trzebny i nie­uza­sad­niony koszt, obcią­ża­jący spo­łe­czeń­stwo, czego należy się raczej wsty­dzić, a już np. wydatki na samo­chody, domy czy gene­ral­nie na kon­sump­cję finan­so­waną ze środ­ków pry­wat­nych w tych samych kra­jach odczy­ty­wane jest jako rzecz dobra, oznaka dobro­bytu oby­wa­teli i nowo­cze­sno­ści pań­stwa. To dowo­dzi, że publiczna opieka zdro­wotna nie jest nasta­wiona na usa­tys­fak­cjo­no­wa­nie „klienta” któ­rym jest – w tym przy­padku – pacjent, nie jest też trak­to­wana – przez poli­ty­ków — jako gałąź gospo­darki, przy­no­szący dochód tym, któ­rzy w niej pra­cują, ale „kula u nogi” dla pań­stwa. To źle wróży i pacjen­tom i pra­cow­ni­kom publicz­nej służby zdro­wia. . Pole­cam tę książkę tym, któ­rzy chcą się dowie­dzieć jaka jest naprawdę ame­ry­kań­ska służba zdro­wia i jakie korzy­ści daje pacjen­towi. Pole­cam ją też tym, któ­rzy oba­wiają się ryn­ko­wych roz­wią­zań w ochro­nie zdro­wia – aby prze­ko­nali się, czy fak­tycz­nie ich obawy są uza­sad­nione. Na końcu pole­cam ją tym, któ­rzy „pod­skór­nie” czują, że opiece zdro­wot­nej potrzeba rynku, ale oba­wiają się gło­śno przy­znać do tego, przy­tło­czeni obo­wią­zu­jącą popraw­no­ścią poli­tyczną w tym wzglę­dzie, która każ­dego, kto nie jest za bez­płat­no­ścią lecze­nia uznaje za czło­wieka bez­względ­nego, bez serca i nie­omal zdzi­cza­łego. Krzysz­tof Bukiel, prze­wod­ni­czący ZK OZZL, 14 kwiet­nia 2008, Star­gard Szczeciński.

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

No Comments Yet.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*