Jak zostałem milionerem

Jak zosta­łem milionerem

Jan M Fijor
War­szawa 2007
ISBN: 83 – 89812-32 – 0

Cena: 32 zł

Zamó­wie­nia pro­simy kie­ro­wać na adres: fijorr@fijorr.com prze­lew pro­simy wysy­łać na konto: 73 1140 2004 0000 3702 4815 4485 w mbank na nazwi­sko Jan M. Fijor

(…) W cza­sie pobytu w Argen­ty­nie, wio­sną 1984 roku, pozna­łem Adolfo Perez Esqu­ivela, lau­re­ata poko­jo­wej nagrody Nobla, któ­rego zapro­si­łem do Pol­ski. Amba­sada pol­ska odmó­wiła mu wizy, gdyż Esqu­ivel powie­dział w wywia­dzie, że jedzie do Pol­ski aby się spo­tkać z Wałęsą, pry­ma­sem Glem­pem i…ze mną. Wia­do­mość o odmo­wie wizy nobli­ście dotarła do Wol­nej Europy i zro­biła się chryja na całego. Led­wie afera uci­chła, gdy na prośbę prof. Mariusa Bar­narda z Połu­dnio­wej Afryki, brata Chri­stiana, tego który jako pierw­szy doko­nał trans­plan­ta­cji serca (Marius ope­ro­wał dawcę, Chri­stian biorcę, czyli Luisa Wash­kan­sky­ego) zapro­si­łem do Pol­ski pew­nego histo­ryka z RPA, co odbiło się echem w kra­jach Czar­nego Lądu, pro­te­stu­ją­cych prze­ciwko zapra­sza­niu przed­sta­wi­cieli RPA, która jak wia­domo była w owym cza­sie boj­ko­to­wana. Kolejna zadyma, kolejne prze­słu­cha­nia. Za namową życz­li­wego mi kapłana, posta­no­wi­łem spa­ko­wać manatki i wyje­chać do Ame­ryki na rok, dwa, aż się sprawy uspo­koją. Przez myśl mi nie prze­szło, że zrobi się z tego aż pra­wie 20 lat.
W każ­dym razie, 16 marca 1985 roku, w samym apo­geum peere­low­skiej bez­na­dziei, kiedy już nawet octu w skle­pach zabra­kło (przy­po­mi­nam tym, któ­rym się marzy powrót peerelu!) wylą­do­wa­łem z żoną, nie­spełna pię­cio­let­nią córeczką i kil­koma waliz­kami na lot­ni­sku Kennedy’ego, a po zała­twie­niu for­mal­no­ści (wiza, doku­menty poby­towe), dzień póź­niej na chi­ca­gow­skim O’Hare. Naszym for­mal­nym spon­so­rem była moja sio­stra Kry­styna, tan­cerka „Mazow­sza”, która nie powró­ciła z tour­nee zespołu w lutym 1982 roku i w Chi­cago wyszła za mąż. Fak­tycz­nie jed­nak, po kilku dniach mie­li­śmy lecieć do Kan­sas City, do Dixie Ryan, ame­ry­kań­skiej dzien­ni­karki, przy­ja­ciółki Pol­ski i Pola­ków, wła­ści­cielki i wydawcy maga­zynu Ara­bian Horse Times, mie­sięcz­nika spe­cja­li­zu­ją­cego się w pro­ble­ma­tyce koni arab­skich, u któ­rej mia­łem pra­co­wać w cha­rak­te­rze rese­ar­chera ds. rynku koni, który od strony poda­żo­wej zdo­mi­no­wany był przez kla­cze pol­skie.
Nie­stety, w przed­dzień naszego wyjazdu do Kan­sas, nad mia­stem prze­szło potężne tor­nado, które powa­liło m.in. dom Dixie, nisz­cząc także jej stad­ninę, budynki gospo­dar­skie – sło­wem dra­mat. Nasz przy­jazd został prze­nie­siony na „póź­niej”. Nigdy do tego „póź­niej” nie doszło. Pań­stwo Ryan, w wyniku hura­ganu, wpa­dli w tara­paty finan­sowe, czego rezul­ta­tem był upa­dek Ara­bian Horse Times, a tym samym fia­sko jedy­nego pomy­słu, jaki na Ame­rykę miałem.

Po omacku w Ameryce

Wio­sną 1985 roku, Stany Zjed­no­czone pogrą­żone były w cięż­kiej rece­sji, jaka zapa­no­wała po rzą­dach Jimmy Car­tera. W pol­skim radio i tv huczało od dra­ma­tycz­nych donie­sień z USA, ale ja w ani jedno słowo nie wie­rzy­łem; oto siła pro­pa­gandy! Tym­cza­sem rece­sja była naprawdę ciężka, bez pracy pozo­sta­wało pra­wie 9 proc. ludzi, co jak na Stany Zjed­no­czone jest kata­strofą, dolar doło­wał, tak jak dołuje obec­nie, tra­cąc na war­to­ści w wyniku ogrom­nego defi­cytu budże­to­wego, jaki zafun­do­wał Ame­ry­ka­nom reaga­now­ski pro­gram nisz­cze­nia „impe­rium zła”, czyli zma­so­wany atak na Sowiety; „gwiezdne wojny”, zbro­je­nia, wspie­ra­nie opo­zy­cji demo­kra­tycz­nej w Pol­sce etc. Co prawda, z per­spek­tywy lat wiemy, że Ronald Reagan z rece­sją sobie pora­dził i pomimo głę­bo­kiego defi­cytu budże­to­wego wpra­wił gospo­darkę w naj­dłuż­szy od cza­sów wojny, bo trwa­jący nie­mal do roku 2000, okres pro­spe­rity, to jed­nak trzeba było ogrom­nej sym­pa­tii do pre­zy­denta i gigan­tycz­nego opty­mi­zmu, aby wtedy to wycho­dze­nie z rece­sji doj­rzeć. Ja, jed­nak Reaga­nowi, a wła­ści­wie: w Reagana, dość szybko uwie­rzy­łem.
Zacze­pi­łem się na chwilę, jako bar­man w „pol­skiej” tawer­nie, któ­rej współ­wła­ści­cie­lem był mój kum­pel ze stu­diów. Nie­stety, od czasu wspól­nego „wale­to­wa­nia” w aka­de­miku, kolega zmie­nił się nie do pozna­nia, praca u niego była kosz­ma­rem, tym bar­dziej, że pła­cił gro­sze – 2 dol. na godzinę. Bar­man żyje co prawda z napiw­ków, ale tam aku­rat napiw­ków nie było. Na szczę­ście, mniej wię­cej po mie­siącu, w poja­wił się w tawer­nie Richard, Polak, który wła­śnie otwo­rzył restau­ra­cję w chi­ca­gow­skim down­town i poszu­ki­wał bar­mana. Po kilku sło­wach roz­mowy, uznał, że zna­lazł go we mnie. Rów­no­cze­śnie z posadą bar­mana w ele­ganc­kiej restau­ra­cji „Pelican’s catch”, dosta­łem pracę korek­tora w Dzien­niku Związ­ko­wym, jed­nym z naj­star­szych pism polo­nij­nych. Za namową szwa­gra, a także pod wpły­wem p. Shel­dona Gooda, wła­ści­ciela agen­cji pośred­nic­twa nie­ru­cho­mo­ści, którą w week­endy sprzą­ta­łem, zapi­sa­łem się na kurs pośred­ni­ków od nie­ru­cho­mo­ści.
Wsta­wa­łem więc o 4 nad ranem, jecha­łem do redak­cji Związ­ko­wego, koń­czy­łem pracę o 12,30 i bie­głem na kurs. We wto­rek, pią­tek i w sobotę od 17.00 do rana pra­co­wa­łem jako bar­man. Dzięki inten­syw­nemu wydzie­la­niu adre­na­liny, wywo­ła­nemu stra­chem przed śmier­cią gło­dową, uda­wało mi się taki roz­kład zajęć dość płyn­nie reali­zo­wać. Czło­wiek wiele potrafi, zwłasz­cza jeśli musi. Myślę, że gdyby w Pol­sce – w miej­sce zasił­ków dla bez­ro­bot­nych – wpro­wa­dzono kary za pozo­sta­wa­nie bez pracy, albo jakiś inny ostry, lecz natu­ralny przy­mus, mie­li­by­śmy dwu­cy­frowy wzrost PKB i znacz­nie niż­sze bez­ro­bo­cie. Do podob­nych rezul­ta­tów dopro­wa­dzi­łaby likwi­da­cja ZUS, fun­du­szy socjal­nych, zup rege­ne­ra­cyj­nych i innych absur­dal­nych pomy­słów lewicy, na które nie­świa­domy lud pracy daje się nabierać.

frag­ment ksiązki


Mam Pan­skie dwie ksiazki.Sa swietne. Sa fantastyczne.

Od 11 lat sprze­daje samo­chody. Pozwoli Pan ze zacy­tuje z pamieci, wg mnie naj­lep­szy, pan­ski tekst. Pro­sty i praw­dziwy:
„Sprze­daz, to nie sa : plany han­dlowe, tabelki w excellu, wyuczone tek­sty i socjo­tech­nika. Sprze­daz, to bycie pomoc­nym, bycie przy­dat­nym i slu­ze­nie klien­towi.„
Mniej wie­cej pol roku temu spo­tka­lem sie z jed­nym z moich ulu­bio­nych Klien­tow. I on mi powie­dzial tak: Panie Prze­mku (bo z zadnym moim Klien­tem nie jestem „na ty” — nie odwa­zyl­bym sie), czy wie Pan dla­czego kupi­łem u Pana dwa Range Rovery ? Bo jest Pan jedy­nym sprze­dawca, kto­rego znam, ktory, nie sprze­daje samo­cho­dow bo musi wyko­nac jakis-tam plan mie­sieczny czy kwar­talny, lecz ktory sprze­daje bo lubi swo­ich klien­tów i lubi swoj produkt.

Pozdra­wiam Pana Ser­decz­nie
Prze­my­slaw Chmie­lew­ski
z W-wy (moja praca)
i cza­sem z Gdan­ska (moje korzenie)

Od dawna zapo­wia­dana przez autora „taka sobie mini­biog­fia czło­wieka przed­się­bior­czego” plus duzo instruk­tażu co do „robie­nia pie­nię­dzy”. Czyta się wartko, a przy oka­zji mozna się dowie­dzieć, co zro­bić, żeby popra­wić swoją kon­dy­cję mate­rialną i wyko­rzy­stać zalety dobrej (i złej też) koniunk­tury. Naprwdę fajna i nie­zwy­kła książka!

Panie Janie, cóż to za nie­co­dzienna ksiązka. Pochło­ną­łem ją przez jedną noc. To mi sie dawno nie zda­rzylo. Czyta się wspa­niale. Tym bar­dziej, ze wła­śnie wybie­ram się na emi­gra­cję. Dużo u pana poży­tecz­nych rad i doświad­czeń. (…) Jest to bar­dzo poucza­jąca książka, a opis Chi­cago to wprost kurio­zum. Gra­tu­luje deter­mi­na­cji, zacię­to­ści, a przede wszyst­kim wiary w wol­nosc i libe­ra­lizm. To co mnie ude­rzyło, to pozy­tywne wnio­ski i opty­mizm jaki bije z pan­skich doswiad­czen. Czyli, że jesz­cze nie wszystko prze­grane? Pozdrawiam

Tamek Toma­szew­ski
Gdańsk

Jak zapewne więk­szość z pań­stwa pamięta na początku prze­mian w Pol­sce Lech Wałęsa ogło­sił słynne hasło: „100 milio­nów dla każ­dego”, zapo­wia­da­jąc, że nie tylko uczyni z Pol­ski drugą Japo­nię, ale rów­nież kraj milio­ne­rów. Ile z tego wyszło, wia­domo. Zresztą, co po nie­któ­rzy wypo­mi­nają mu to do dziś, jed­nak patrząc na to hasło z pozy­cji wol­no­ryn­ko­wej, nie ma co aku­rat spe­cjal­nie mieć pre­ten­sji o to, że nie udało mu się tego postu­latu zre­ali­zo­wać. Gdyby bowiem pomy­sły Wałęsy byłe reali­zo­wane… to aż strach się bać. Tym­cza­sem na pol­skim rynku uka­zała się wła­śnie książka Jana Fijora pt. „Jak zosta­łem milio­ne­rem”, który od Wałęsy ani innych rzą­dów po 1989 roku nie otrzy­mał nie tylko miliona, ale nawet zła­ma­nego gro­sza, o co zresztą spe­cjal­nie sam nie zabie­gał. Znany publi­cy­sta pisze o boga­ce­niu się, o tym jak zostać milio­ne­rem, ale bez korzy­sta­nia z pań­stwo­wych pie­nię­dzy. W kraju, gdzie miliony ludzi czeka co mie­siąc na róż­nego rodzaju socjal, na kon­ty­nen­cie, gdzie marze­niem ponad połowy mło­dych Fran­cu­zów jest chęć zdo­by­cia posady urzęd­ni­czej, książka Fijora wyda­wać się może nie­do­rzeczna. Wręcz bluź­nier­cza. Czy­ta­jąc opo­wieść życia Jana Fijora czuć przede wszyst­kim bijący z niej tak cha­rak­te­ry­styczny dla miesz­kań­ców Sta­nów Zjed­no­czo­nych opty­mizm. Na kar­tach książki znaj­duje się sze­reg nie­po­wo­dzeń jakich Autor doznał na początku drogi biz­ne­so­wej, ale nie­po­wo­dze­nia budziły w nim tylko jesz­cze więk­szą chęć udo­wod­nie­nia, że potrafi sobie pora­dzić w rze­czy­wi­sto­ści zupeł­nie innej niż ta, z któ­rej udało mu się wyrwać. Począt­kowo wpraw­dzie wycho­dziło to z róż­nym skut­kiem, czę­sto popa­dał w tara­paty tra­fia­jąc, albo na nie­uczci­wych loka­to­rów (sprze­daż domów), albo nie­uczci­wych wspól­ni­ków (pro­wa­dze­nie knajpy), albo po pro­stu mając złego nosa, ale — co naj­istot­niej­sze — nigdy się nie pod­da­wał. Ponie­waż w ostat­nim cza­sie poznaję koszty jakie są zwią­zane z pro­wa­dze­niem dzia­łal­no­ści gospo­dar­czej w Pol­sce i rów­nież tra­fi­łem na nie­uczci­wych kon­tra­hen­tów, w pew­nym momen­cie myśla­łem, że trzeba dać sobie spo­kój, bo w tym kraju nie da się pro­wa­dzić uczci­wie biz­nesu. I aku­rat dosta­łem od Autora jego naj­now­szą książkę. Gdy zoba­czy­łem tytuł pomy­śla­łem: jesz­cze jedna bajka o milio­ne­rach. Ale coś mnie pod­ku­siło, żeby do poduszki przy­naj­mniej ją przej­rzeć. Nie żałuję, że kolejną noc zarwa­łem, aby ten wartki i cie­kawy życio­rys podróż­nika, który zwie­dził ponad 70 kra­jów, prze­czy­tać. Napi­sany świetną pol­sz­czy­zną, z szybką akcją, cie­ka­wymi dygre­sjami o Ame­ryce, ale przede wszyst­kim z dają­cym się wyczuć wszech­obec­nym opty­mi­zmem, powo­duje że czło­wiek z coraz więk­szymi wypie­kami na twa­rzy prze­wraca kolejne kartki. Dla mnie oso­bi­ście książka Fijora dała nie­sa­mo­wi­tego kopa do dzia­ła­nia. Uświa­do­mi­łem sobie, że nie ma co roz­trzą­sać stra­co­nej forsy, bo w tym samym cza­sie, kiedy uża­lam się nad sobą, wła­śnie prze­pada szansa na inny biz­nes. Oczy­wi­ście rodo­wity zako­piań­czyk nie oszczę­dza w książce wszel­kiej maści nie­ro­bów i obi­bo­ków. Przy­ta­cza świetne argu­menty na rzecz nie­mo­ral­no­ści pań­stwo­wej pomocy spo­łecz­nej, a zda­nie, że „jak ktoś jest zdrowy i ma ręce i nogi, a użala się nad swoim bied­nym losem, to mnie już go nie jest żal”, wiele wyja­śnia. Książka wyja­śnia jed­nak przede wszyst­kim na czym tak naprawdę polega biz­nes, na czym polega przed­się­bior­czość. Nie są to kolejne nudne roz­wa­ża­nia teo­re­tyczne, ale doświad­cze­nia czło­wieka, który boga­cił się w ojczyź­nie i zara­zem ostat­nim bastio­nie kapi­ta­li­zmu na świe­cie. Jeśli chcemy budo­wać w Pol­sce kapi­ta­lizm w wer­sji ame­ry­kań­skiej, a nie fran­cu­skiej, to naj­pierw prze­czy­tajmy jak wygląda ten sys­tem w prak­tyce z per­spek­tywy wiecz­nego optymisty.

Paweł Toboła-Pertkiewicz
Strona prokapitalistyczna

Recen­zja (Jak zosta­łem milio­ne­rem) Wspa­niała książka.Szczególnie pole­cam ją mło­dym , któ­rzy wkra­czają w doro­słe życie.No cóż, żeby żyć trzeba mieć pie­nią­dze, a żeby mieć pie­nią­dze trzeba je zara­biać i do Was należy wybór, ile w swoje życie wpro­wa­dzi­cie zasad, któ­rymi kie­ro­wał się autor. Można pra­co­wać na etat za małe lub więk­sze pie­nią­dze, wła­ści­ciel się bogaci a wy macie tylko na przeżycie.Można sko­rzy­stać z rad autora i zacząć pra­co­wać na wła­sny rachunek.Nikt nie mówi,że będzie lekko, ale efekty przy­nosi tylko ciężka praca , zaan­ga­żo­wa­nie oraz cią­głe dokształ­ca­nie się, aż do per­fek­cji. Autor też lekko nie miał, jed­nak był zaradny, potra­fił się wyrwać z kraju w któ­rym pry­watna ini­cja­tywa była źle odbie­rana a praca na etat to wege­ta­cja. Zaro­bił swoje pie­nią­dze w Ame­ryce ciężką pracą, był pra­co­wity, uparty i pomy­słowy oraz sku­teczny w swo­ich pomy­słach, dla­tego odniósł sukces.

Czym różni się dzi­siej­sza Pol­ska od Ame­ryki? W zasa­dzie nie ma róż­nicy — gospo­darka wol­no­ryn­kowa, z tym, że w Pol­sce jest dużo do zro­bie­nia i to prze­waż­nie w każ­dej dzie­dzi­nie oraz mniej­sza kon­ku­ren­cja. Książka „Jak zosta­łem milio­ne­rem” to wska­zówka dla przed­się­bior­czo­ści rów­nież w naszych , pol­skich warunkach.Przeczytanie jej spowoduje,że zacznie­cie ana­li­zo­wać swoje życie,obserwować rynek, zmiany jakie zacho­dzą w ludziach i ich poglądach,zmiany w gospo­darce i być może będzie to bodź­cem do dzia­ła­nia, do wła­snej prze­my­śla­nej ini­cja­tywy, która z kolei prze­mieni się w war­to­ści mate­rialne, zmieni Wasze życie na lep­sze. Wła­śnie z takim zamia­rem /rozbudzania chęci działania/ według mnie Pan Jan M Fijor opi­sał wspo­mnie­nia oraz rze­czy­wi­stość w Pol­sce. /b.c./

Bogu­miła Cebul­ska
b.cebulska@escpoland.pl

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 1

  1. marcin pisze:

    Pole­cam tą książę napi­sane cie­ka­wym sty­lem i w cie­kawy spo­sób opi­suje poszcze­gólne etapy życia Jana M Fijora.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*