Kongo (II)

Kom­pleksy

 

        Kongo, zwłasz­cza wschod­nia jego część to dziś jeden z naj­mniej bez­piecz­nych obsza­rów na Ziemi. Nie jest tam, co prawda, tak groź­nie jak w Soma­lii czy Dar­fu­rze, choć kto wie.  Opo­wia­dał mi w cza­sie lotu z Kigali do Entebbe bel­gij­ski dyplo­mata, pra­cu­jący w Moga­di­szo, że w Soma­lii biały czło­wiek cie­szy się respek­tem i, poza drob­nymi kra­dzie­żami czy postrze­le­niem przez zabłą­kaną kulę jakie­goś watażki, nic poważ­niej­szego mu nie grozi. W Kongo nawet takiego sza­cunku ze strony miej­sco­wych nie ma.

 

Kom­pleks reportera

 

        Po co więc poje­cha­łem do kraju, w któ­rym – poza garstką goryli w rezer­wa­cie Virunga, jeśli ma się szczę­ście — niczego cie­ka­wego obej­rzeć nie można, niczego war­to­ścio­wego kupić, gdzie są nawet pro­blemy z codzien­nym wyży­wie­niem, a przy tym koszty pobytu – ze względu na dro­gie bilety lot­ni­cze, brak bez­pie­czeń­stwa i inne nie­do­god­no­ści, które trzeba poko­ny­wać na każ­dym kroku są porów­ny­walne z tym, co by się wydało w cudow­nym Rzy­mie czy na Fiji? Wiem, co mówię. I w jed­nym i w dru­gim miej­scu byłem tuż przed wyjaz­dem do Kongo.

      Ja do Kongo poje­cha­łem na wojnę. Po pro­stu chcia­łem coś prze­żyć. Zro­bi­łem to z pełną świa­do­mo­ścią, z zabez­pie­cze­niem, ale nie ukry­wam, że ta podróż była „szu­ka­niem guza”. Dla­czego? Aby leczyć się z kompleksu.

     Nigdy nie byłem kore­spon­den­tem wojen­nym. Face­tem z dużą ilo­ścią adre­na­liny i cha­rak­teru, który nie waha się pako­wać na linię strzału jakichś roz­ju­szo­nych rebe­lian­tów z Timoru Wschod­niego, czy tali­bów z Paki­stanu. Który każ­dego dnia, tygo­dnia, ba, godziny ryzy­ku­jąc życie, nie­wy­gody i cier­pie­nia prze­bija się przez linie wroga, żeby móc na żywo prze­ka­zać jakiś szcze­gół na temat stanu zabi­tych i ran­nych w danej potyczce. Z zazdro­ścią czy­ta­łem donie­sie­nia kore­spon­den­tów wojen­nych czy spra­woz­daw­ców z walki z nar­co­tra­fi­can­tes z naj­bar­dziej nie­do­stęp­nych i nie­bez­piecz­nych rejo­nów globu. Sam nie mia­łem takiego „szczę­ścia” i, co naj­wy­żej, koło wojny prze­jeż­dża­łem (Bośnia, Chor­wa­cja, Sal­wa­dor), han­dla­rzy nar­ko­ty­ków widzia­łem z okna auto­karu w Copo­ca­bana w Boli­wii i w Tiju­ana (Mek­syk), a świad­kiem trzę­sie­nia ziemi (Kosta­ryka) czy zama­chu bom­bo­wego (Argen­tyna, 1978) sta­łem się przez czy­sty przy­pa­dek i to mimo woli.

       Chcia­łem więc cho­ciaż raz uczest­ni­czyć w takiej akcji, albo przy­naj­mniej być w jej pobliżu. Mniej wię­cej rok temu byłem tuż tuż, ale w ostat­niej chwili omi­nęła mnie („ze względu na wyso­kie zagro­że­nie utratą życia” – napi­sał orga­ni­za­tor, jedna z ame­ry­kań­skich orga­ni­za­cji dzien­ni­kar­skich) „wycieczka” do Moga­di­szu; do Iraku czy Afga­ni­stanu nie mam szans wyje­chać, poza tym tam­tej­sza wojna pozba­wiona jest krzty roman­ty­zmu, w Dar­fu­rze i Ery­trei nie mia­łem kon­tak­tów, a z braku innych bliż­szych wojen, naj­bliż­sza, jaką mogłem zoba­czyć z bli­ska, roz­gry­wała się w Kongo.

         Co tam kore­spon­den­tem wojen­nym! Ja nie byłem nigdy nawet regu­lar­nym kore­spon­den­tem poko­jo­wym. Do wyjazdu z Pol­ski w 1985 roku nie wysłano mnie w cha­rak­te­rze kore­spon­denta zagra­nicz­nego żad­nej gazety, radia czy tele­wi­zji. Moi prze­ło­żeni nie brali mnie do takiej roli pod uwagę, mimo iż do tej pracy chyba się nadaję. Znam języki, łatwo nawią­zuję kon­takty, jestem uparty, pomy­słowy, znam świat i, co waż­niej­sze, mam tzw. szczę­ście. Wycho­dzi­łem z nie lada opa­łów; z peru­wiań­skiego wię­zie­nia, śmier­tel­nego cyklonu na mek­sy­kań­skiej wysepce, z zasadzki na tury­stów przy­go­to­wa­nej przez ban­dzio­rów w pobliżu Sabana Grande w Cara­cas, czy z szarży osza­la­łego sło­nia w Johor Bahru (Malezja).

      Przez całe swoje dzien­ni­kar­skie życie, jeśli kie­dy­kol­wiek nada­wa­łem jakieś rela­cje zagar­niczne, to tylko wtedy, gdy sam je sobie zor­ga­ni­zo­wa­łem. Nawet na Mun­diale do Argen­tyny, Hisz­pa­nii i w Mek­syku wyje­cha­łem za swoje pie­nią­dze. Wpraw­dzie raz obie­cano mi wyjazd jako spra­woz­dawcy „Słowa Powszech­nego” towa­rzy­szą­cego piel­grzymce Jana Pawła II do USA, ale gdy przy­szło co do czego, poje­chał ktoś inny. Nie mia­łem szczę­ścia? Nie wie­rzyli we mnie? Pew­nie też. Może byłem za słaby, może nie umia­łem się do prze­ło­żo­nych umi­zgi­wać, zabie­gać o ich względy, przekonywać.

       Wtedy w 1979 roku też, to ja mia­łem wię­cej doświad­cze­nia, a zwłasz­cza udany chrzest repor­ter­ski na Mun­dialu w Argen­ty­nie, gdzie nie dość że sam za sie­bie pła­ci­łem, to jesz­cze orga­ni­zo­wa­łem sobie akre­dy­ta­cję, hotele, kon­takty, a nawet połą­cze­nie telek­sowe. Mimo to zamiast mnie wysłali za papie­żem faceta, który był tłu­ma­czem tek­stów teo­lo­gicz­nych i któ­rego prze­ra­żała per­spek­tywa wyjazdu w dele­ga­cję do Bia­łej Pod­la­skiej. Efekt był taki, że w ciągu sied­mio­dnio­wej piel­grzymki ani raz papieża nie widział. W cza­sie, gdy Ojciec Święty był w Bosto­nie, „kore­spon­dent” ocze­ki­wał Go Nowym Jorku, gdy papież pole­ciał do Fila­del­fii, kore­spon­dent szu­kał Jana Pawła II w Bosto­nie, w końcu po trzech dniach takiej zabawy w papieża i myszkę zała­mał się, ugrzązł w któ­rymś z hote­li­ków przy 42nd Street i Times Squ­are, gdzie pił na okrą­gło do końca piel­grzymki. Po powro­cie napi­sał potężny mate­riał, który oka­zał się być pla­gia­tem repor­tażu z Osse­rva­tore Romano.

       W cza­sach, w któ­rych mogłem wyjeż­dżać, nie brano mnie pod uwagę, bo nie paso­wa­łem do klu­cza. Kiedy już mogłem paso­wać, wyje­cha­łem z Pol­ski. Nosi­łem w sobie kom­pleks nie­speł­nio­nego repor­tera. Dla­tego moż­li­wość wyjazd do Kongo potrak­to­wa­łem jak swo­isty chrzest bojowy. Co prawda, od póź­nej wio­sny 2009, tocząca się tam od dwóch lat wojna domowa nieco przy­ci­chała, świa­do­mość zagro­że­nia jest wciąż duża. Zetkną­łem się z nią już w Burundi, gdy wybra­łem się z Bujum­bura drogą pro­wa­dzącą do gra­nicy z Kongo wzdłuż jeziora Tan­ga­nika, by obej­rzeć z bli­ska stado hipo­po­ta­mów i kro­ko­dyli zamiesz­ku­jące gra­niczną rzekę Ruzizi (na zachód od Bujum­bura). Do Konga jed­nak nie doje­cha­łem, nie widzia­łem nawet dzi­kich zwie­rząt w rezer­wa­cie, gdyż wła­śnie tam, w końcu wrze­śnia (2009) poja­wiły się „poje­dyn­cze oddziały rebe­lian­tów” spod znaku rwan­dyj­skiego FNL, któ­rzy w trój­ką­cie Bukavu-Goma-Gisenyi urzą­dzili sobie bazę wypa­dową, skąd już od kilku lat para­li­żują pra­wie dwa miliony zamiesz­ku­ją­cych tam ludzi. I nie ma zna­cze­nia czy to Hutu ter­ro­ry­zują Tutsi, czy odwrot­nie, z braku moż­li­wo­ści zaję­cia się czymś poży­tecz­nym liczą się zra­bo­wane łupy i „roz­kosz” zabi­ja­nia. Infor­mo­wał o tym podró­żu­ją­cych straż­nik rzecz­nego rezer­watu hipo­po­ta­mów i tabliczka z napi­sem „Dan­ger! Zone Pro­te­gee!” umiesz­czona kilka kilo­me­trów za mia­stecz­kiem Gatumba, opo­dal gra­nicy z Kongiem.

      Mimo to nie dałem za wygraną i kiedy dwa tygo­dnie póź­niej nada­rzył się wyjazd do Goma, z entu­zja­zmem się nań zgłosiłem.

 

Kom­pleks militarny

 

      Pytają mnie nie­raz zna­jomi, czy nie boję się dzi­kich zwie­rząt. Nie, nie boję się.

      Poza wężami, a i to trzeba mieć pecha, żeby tra­fić na okaz jado­wity, a dodat­kowo zde­ter­mi­no­wany do ataku na tyle, by chciało mu się tra­cić ener­gię na atak na czło­wieka, zwie­rzęta zacho­wują się na ogół „racjo­nal­nie”. Jeśli są głodne, to chcą coś zjeść. Przy czym nawet żar­łoczne rekiny za ludziną nie prze­pa­dają. Wolą zde­cy­do­wa­nie dzi­czy­znę, a z niej mięso swo­ich rośli­no­żer­nych sióstr i braci. Jeśli ktoś lub coś je wystra­szy, to albo ucie­kają w popło­chu, albo w popło­chu ata­kują. To samo, gdy ktoś im doku­czy albo zbu­rzy spo­kój ogni­ska rodzin­nego lub sje­sty. Ata­ku­jące zwie­rzę działa impul­syw­nie, nie jest jed­nak mściwe. Stara się usu­nąć przy­czynę „dys­kom­fortu” naj­mniej­szym nakła­dem ener­gii i czasu. Tylko poje­dynki godowe, walka o samicę może trwać dłu­żej albo do ostat­niej kro­pli krwi. Szar­żu­jąca, roz­wście­czona lwica – czy to ze stra­chu czy, czę­ściej, w obro­nie potom­stwa — pac­nie zagra­ża­ją­cego jej czło­wieka i jeśli nie ma szcze­gól­nego ape­tytu, ryk­nie kil­ka­krot­nie i odej­dzie. Chyba, że została dodat­kowo przez swego nie­przy­ja­ciela zra­niona. Wtedy sza­leje i w tym napa­dzie szału może nawet zabić. Opo­wia­dał mi ame­ry­kań­ski pastor Lane Custor, misjo­narz z Kisoro w Ugan­dzie, że w świe­cie zwie­rząt tylko raniony noso­ro­żec, hipo­po­tam i osza­lały z samot­no­ści słoń ata­kują z mściwą pasją i nawet po zabi­ciu swej ofiary jesz­cze się nad jej zwło­kami pastwić. Ale nawet w takiej sytu­acji zabi­jają huma­ni­tar­nie; szybko i spraw­nie. Żeby ofiara się nie męczyła?

      Co innego czło­wiek. Ten jest nie­prze­wi­dy­walny. Zanim tuzin roz­wrzesz­cza­nych ban­dy­tów zabił w końcu Ndole, wie­śniaczkę z Keshero na przed­mie­ściach Goma i jej rocz­nego synka, znę­cali się nad dziew­czyną kilka godzin, gwał­cąc ją, kopiąc i oble­wa­jąc uryną. Nie poma­gały bła­ga­nia matki o śmierć, żeby tylko zosta­wili w spo­koju dziecko. Nie zosta­wili. Dla zabawy? Z głu­poty, a może okru­cień­stwa? Nikt tego nie wie. Dla­tego pew­nie Arkady Fie­dler mówił, że żadne zwie­rzę­cia nie jest tak groźne jak człowiek.

     Nie skarżę się, nie. Nie uwa­żam też, że ludzie są dzicy czy źli. Bo nie są, czego dowo­dem jest cho­ciażby fakt, że z każ­dej podróży wra­cam cały i zdrowy. Po pro­stu prze­ka­zuję obser­wa­cję. Agre­sja wstę­puje naj­czę­ściej u tych, któ­rzy mają pil­no­wać porządku i poma­gać innym; woj­sko, poli­cję, urzęd­ni­ków gra­nicz­nych i innych przed­sta­wi­cieli pań­stwa. To oni agre­sję orga­ni­zują i pod­sy­cają. W imię walki poli­tycz­nej, idei, rasy którą repre­zen­tują. Nie trzeba jechać do Afryki czy Ame­ryki Połu­dnio­wej, żeby się o tym przekonać.

      Gdyby świat spry­wa­ty­zo­wać, zabrać z rąk poli­ty­ków i prze­ka­zać biz­ne­sowi nie byłoby wojen. Czy izra­el­ski pie­karz strze­lałby do swo­ich pale­styń­skich klien­tów? Albo skle­pi­karz z Goma, czy byłby w sta­nie pod­pa­lić wie­śnia­kom z Kibati dom i zgwał­cić ich córki, wie­dząc, że oni prze­cież mogą być klien­tami jego sklepu z dżin­sami? Naj­lep­szy dowód, że mię­dzy biz­ne­sami, jeśli nie liczyć wojen kon­ku­ren­cyj­nych, agre­syw­nych wojen nie ma. Nie zda­rzyło się, jak dotąd, żeby zarząd Hondy wydał roz­kaz zbom­bar­do­wa­nia fabryk BMW, albo „McDonald’s” zatruł wodę „Bur­ger Kin­gowi”. Za dużo mają do stra­ce­nia. Nie dość, żeby poszko­do­wani wzięli ich do sądu i zażą­dali gigan­tycz­nych odszko­do­wań, to na doda­tek, o takich prak­ty­kach dowie­dzia­łaby klien­tela i natych­miast od nich odsu­nęła. Co to za biz­nes, który nie potrafi funk­cjo­no­wać na zasa­dach fair play? A jakie kon­se­kwen­cje ponosi rząd,  pre­zy­dent tego czy innego pań­stwa, który bez waha­nia wysyła na bój swo­ich żoł­nie­rzy, aby zabi­jali woja­ków pre­zy­denta innego kraju.

       Biz­nes nie jest agre­sywny, poli­tycy tak, bo biz­nes na zabi­ja­niu swo­ich poten­cjal­nych klien­tów traci, a poli­tycy nie. Nie tylko nie tracą, oni na woj­nie zyskują. Geo­rge W. Bush, w nagrodę za wywo­ła­nie dwóch agre­syw­nych wojen został wybrany na drugą kaden­cję! Dla niego, dla Hugo Cha­veza, do nie­dawna też dla Fidela Castro agre­sja była oka­zją do pokry­cia swej nie­udol­no­ści i mier­noty. Argen­tyń­scy gene­ra­ło­wie w 1983 roku napa­dli na Wyspy Fal­klandz­kie nale­żące do Wiel­kiej Bry­ta­nii, aby odwró­cić uwagę od kry­zysu gospo­dar­czego tar­ga­ją­cego kra­jem. Putin, Ara­fat, czy junta bir­mań­ska w dzia­ła­niach agre­syw­nych usi­łuje ukryć wła­sne grze­chy i zbrod­nie. Po „zwy­cię­skiej” woj­nie dostaną order, po śmierci, a cza­sem nawet wcze­śniej, roz­pa­lony „patrio­ty­zmem” i szo­wi­ni­styczny tłum zbu­duje im pomniki.

      Wojna, z poli­tycz­nego punktu widze­nia jest intrat­nym zaję­ciem. Opo­wia­dał mi kie­dyś w Kana­dzie pewien Serb, z zawodu kra­wiec, że wojna na Bał­ka­nach, w któ­rej brał udział, wybu­chła – podob­nie zresztą jak nie­mal wszyst­kie wojny — z biedy i beznadziei:

- Nie mie­li­śmy pracy, pie­nię­dzy, zain­te­re­so­wań, więc dla zabi­cia czasu i tro­chę dla roz­rywki zabi­ja­li­śmy i gwał­cili. Wsta­wało się rano, myło, goliło i ubie­rało, i zamiast do pracy, szli­śmy powal­czyć. Postrze­lać sobie do żywego człowieka.

         Poli­tycy doro­bili mu ide­olo­gicz­nego uspra­wie­dli­wie­nia dla łaj­dac­twa. Z krawca stał się zabi­jaką. Szyć nie było dla kogo, ale on miał zaję­cie. Nie dość tego, był podzi­wiany. Ludzie czę­sto­wali go śli­wo­wicą, dawali jedze­nie, cza­sem nawet odstę­po­wali sypial­nię wraz z córką lub mał­żonką, bo uwa­żali, że wal­czy za ich sprawę. Kiedy był kraw­cem nikt go nawet nie zauwa­żał, a tak stał się boha­te­rem! Kara­dżić, Milo­sze­wicz byli zdzi­wieni, kiedy im zarzu­cono zbrod­nię ludo­bój­stwa. Jakie ludo­bój­stwo!? Chro­nili świat przez isla­mem, Jugo­sła­wię przed roz­pa­dem. Co tu się dzi­wić Afry­ka­nom, że z takim entu­zja­zmem do sie­bie strze­lają, skoro od wie­ków robią tak Euro­pej­czycy, ostat­nio także Ame­ry­ka­nie. Pre­zy­dent Obama w cza­sie kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej, kiedy jesz­cze nie wie­rzył w swoje zwy­cię­stwo powie­dział, że „wojna jest dla rządu Busha przy­krywką do walki z kry­zy­sem gospo­dar­czym”. Nie jest przy­czyną kry­zysu, lecz dobro­dziej­stwem, które ma go zre­du­ko­wać. Po wybo­rze Bar­racka Obamy na pre­zy­denta nie­wiele się nie zmie­niło. Obiet­nica zakoń­cze­nia wojny pozo­staje obiet­nicą. Tajem­nicą poli­szy­nela jest to, że w obli­czu dwu­cy­fro­wego bez­ro­bo­cia Biały Dom nie wie, co zro­bić z trzy­stoma tysią­cami zde­mo­bi­li­zo­wa­nych żoł­nie­rzy, dorad­ców, kon­trak­to­rów, dostaw­ców i pra­cu­ją­cym na ich potrzeby zaple­czem mili­tar­nym. I dla­tego mami się opi­nię publiczną „potrzebą kon­ty­nu­owa­nia budowy demo­kra­cji w Iraku”. Wystar­czyło jed­nak dać Ira­kij­czy­kom, Afgań­czy­kom swo­bodę, posta­wić na ich przed­się­bior­czość, chci­wość i pra­co­wi­tość; pozwo­lić im się boga­cić i zapo­mnieć o demo­kra­cji. Tak jak to uczy­nili po II woj­nie świa­to­wej naj­pierw Niemcy, Japo­nia, potem Hong­kong, Taj­wan, Sin­ga­pur, a ostat­nio Chiny.
      Ale skąd pre­zy­dent Bush, Obama, Blair, Bar­roso, czy Brown mają to wie­dzieć, jeśli nie prze­pra­co­wali w swoim życiu ani godziny na swoim. To samo doty­czy tysięcy dorad­ców, per­so­nelu woj­sko­wego, dyplo­ma­tów i tym podob­nych eta­ty­stów – nie­udacz­ni­ków. Oni nikogo przed­się­bior­czo­ści czy wol­no­ści nie nauczą. Zamiast tego uczą ich salo­nów, biu­ro­kra­cji, popraw­no­ści poli­tycz­nej, czy takich wyna­laz­ków Zachodu jak femi­nizm i gejow­skich mał­żeństw. Trzeba ludzi zająć pracą, han­dlem, spe­ku­la­cją, a nie poli­tyką i zabi­ja­niem.  Czy trudno się dzi­wić, że w Bag­da­dzie, Gomie, Bujum­bura czy Moga­di­szu nie ma wody, świa­tła, pracy, jest za to prze­moc i beznadzieja.

 

Cdn.

 

Jan M Fijor

www.fijor.com

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 6

  1. Jan pisze:

    Panie Janku kiedy będzie kolejna audy­cja ASBIRO z Pań­skim udziałem ?

  2. Jan M Fijor pisze:

    Audy­cje nagramy w przy­szlym tygo­dniu.
    cze­kamy na suge­stie tema­tyczne.
    Dzie­ku­jemy za zainteresowanie.

  3. Darek Damski pisze:

    Panie Janie może nie w tema­cie ale pro­sze zoba­czyć to video
    http://www.youtube.com/watch?v=3IXaQHmPe8g&feature=player_embedded
    chło­pak zmiótł tego posełka

  4. ZQW pisze:

    Nie prze­sa­dzał­bym z tą wiarą w ludzi. Są ludzie mający tak wyprane mózgi róż­nymi ide­olo­giami i reli­giami , że zipie z nich nie­na­wiść . Dla­tego nie jest praw­dziwe zda­nie : „Wystar­czyło jed­nak dać Ira­kij­czy­kom, Afgań­czy­kom swo­bodę, posta­wić na ich przed­się­bior­czość, chci­wość i pra­co­wi­tość; pozwo­lić im się boga­cić i zapo­mnieć o demo­kra­cji” . Islam to nie jest spo­kojna reli­gia mająca na celu pomyśl­ność i szczę­ście czło­wieka na tym świe­cie ( jak np. kon­fu­cja­nizm czy chrze­ści­jań­stwo ) ale reli­gia wojny i domi­na­cji nad ludźmi innych wyznań. Islam i agre­sja są ze sobą nie­ro­ze­rwal­nie związani.W Afryce z kolei– łatwiej jest ukraść czy obra­bo­wać — w wielu kra­jach pra­wie bez­kar­nie — niż w pocie czoła zapra­co­wać.
    Zaś zda­nie jakoby to biz­nes nie jest agre­sywny , to też bzdura.
    Biz­nes nie ma środ­ków przy­musu — to agre­sywny być nie może. Agre­sja jest tutaj innego rodzaju — robie­nie czar­nego PR kon­ku­ren­cji , szpie­go­stwo prze­my­słowe , korup­cja , zastra­sza­nie . Wystar­czy poczy­tać jak Roc­ke­fel­ler wyka­szał kon­ku­ren­cję — oprócz uży­cia broni , było tam wszystko co wiąże się ze sło­wem „agre­sja”.
    Pzdr

  5. Jan M Fijor pisze:

    Pod sło­wem agre­sja rozu­miem dzia­ła­nia pod przy­mu­sem. zarowno PR, jak i korup­cja są dzia­ła­niami dobrowl­nymi. W jaki spo­sób Toyota może lpo­pana zastra­szyć? Co do szpie­go­stwa jest to prze­stęp­stwo, a nie dzia­ła­nie legalne. Podob­nie rabu­nek i gwałt. takie dzia­ła­nia są karane. Żaden biz­nes nie zary­zy­kuje prze­stępstw, bo stra­ciłby repu­ta­cję, ktora jest naj­cen­niej­zym akty­wem każ­dej firmy. Od walki z prze­stęp­czo­ścią jest pań­stwo, a jak sobie z tym radzi, każdy widzi.
    Wiele brzyd­kich czy­nów, o jakich pan pisze moż­li­wych jest wyłącz­nie dzięki ist­nie­niu pań­stwa, ktore chroni zło­czyń­ców lub zmu­sza do zła. Dla­czego w Sin­ga­pu­rze, w Niem­czech czy Japo­nii udało się osią­gnąć suk­cesy gospo­dar­cze, a nie da się w kongo czy Iraku? Znam świat i jed­nak jestem optymistą.

    Ukłony

  6. AndrzejKat pisze:

    Chyba Pana przeceniłem…po tym co Pan napi­sał na temat wojny na Bał­ka­nach. Jak tak mozna, prze­cież tak pisza inter­nauci, któ­rzy ostat­nia książkę prze­czy­tali w szkole średniej,lekturę i to pod warun­kiem że do takiej szkoły cho­dzili!
    Pro­sze przczytać.….hmmm np. „Ban­dy­tyzm Nato” Hen­ryka Pajaka o udziale Nie­miec, ASA, nawet Austrii i tego załego zachodu w pro­wo­ka­cjach i uzbra­ja­niu mafii albań­skiej kto­rej ostat­nio ofia­ro­wano Kosowo.
    Obie­cać coś jed­nej stro­nie, uzbroić ją, pomóc w ciągu kliku lat prze­sie­dlić więk­szość do Kosowa a potem uznac że jest Albań­skie.
    Mogę się mylić ale raczej nie.…za klika kli­ka­na­ście lat Ser­bo­wie upo­mna się o Kosowo i wtedy oni będą uzbra­jani i pro­wo­ko­wani do odbra­nia co swoje.….a biz­nes i machina woj­jena kręci się na całym świe­cie.
    …a pan takie dyr­dy­mały że tak musze pow­wie­dzieć że pie­karz, listo­nosz czy inny kra­wiec zna­lazł sobie spo­sób na nudę. Pana auto­ty­tet leży w piw­nicy obecnie…żałuję.
    Miłego wie­czoru z lek­turą „Ban­dy­tyzm Nato”

    Pozdra­wiam

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts