Kongo (I)

Kongo (I)

KONGO 2009 131Kupa gruzu

KONGO 2009 108

Z potęż­nej kate­dry pozo­stała tylko jedna ściana

KONGO 2009 112

Boni­facy i sio­stra Małgorzata

Nawet z glob­tro­ter­skiego punktu widze­nia Gomę można sobie daro­wać. No, chyba, że ktoś ma w sobie tem­pe­ra­ment misjo­na­rza lub kore­spon­denta wojennego.

Lawa

Kongo, kra­jo­bra­zowo, to jeden z naj­pięk­niej­szych kra­jów świata, a Kon­gij­czycy ludzie cie­pli i roz­śpie­wani. Goma w cza­sach kolo­nial­nych była perełką Kongo; luk­su­so­wym kuror­tem nad brze­giem jeziora Kivu, maje­sta­tycz­nego lustra wody roz­la­nego pośród wul­ka­nicz­nych wzgórz i dolin. Dzi­siaj trudno to sobie nawet wyobra­zić. Mia­sto jest wynisz­czone, wygląda groź­nie i ponuro. Pokryte jest ska­mie­niałą lawą pocho­dzącą z ostat­niej erup­cji wul­kanu Nyira­gonga, jaka miała miej­sce osiem lat temu, gdy zie­mia wypluła z sie­bie miliony ton pie­kiel­nej mazi, w któ­rej Goma zato­nęła po raz kolejny.

Mimo upływu czasu połowa domostw roz­pada się, reszta to albo zglisz­cza, albo walące się budy skle­cone z desek i zardze­wia­łej bla­chy. Jakby tych nie­szczęść było mało, mia­sto – a raczej to co z niego pozo­stało – udzie­liło „gościny” obo­zom dla ponad 80 tysięcy uchodź­ców z toczą­cej się od pra­wie 20 lat wojny domo­wej. Z monu­men­tal­nej kate­dry mogą­cej pomie­ścić ponad 2500 wier­nych pozo­stała goła ściana i plac pokryty stru­pem lawy. W Goma nie ma ani jed­nej nor­mal­nej, rów­nej ulicy. Nawet główną arte­rią mia­sta, Aleją Nie­pod­le­gło­ści, jeź­dzi się jak po ścieżce na Kon­dra­tową. Bra­kuje prądu. Jedyna elek­trow­nia w pro­mie­niu dwu­stu kilo­me­trów ma moc 50 mega­wa­tów, z któ­rych pra­cuje naj­wy­żej jedna trze­cia. Insty­tu­cje rzą­dowe, nie­liczne hote­liki mają wła­sne gene­ra­tory, a ci, któ­rych na to stać, zała­twiają sobie dostawy ener­gii bez­po­śred­nio w elek­trowni, za łapówkę, a i to nie czę­ściej niż dwie trzy godziny dwa razy na dobę. Reszta żyje jak sto lat temu. Nie ma prądu, to nie ma i wody, i kana­li­za­cji, nie ma kin, teatrów, Inter­netu, a nawet tele­wi­zji i tele­fo­nów sta­cjo­nar­nych. Po górach zasty­głej lawy uga­niają się szczury i głodne, pół nagie i bose dzieci. Takiej biedy nie widzia­łem nawet w oko­li­cach Potosi, w Boli­wii, które dotych­czas uwa­ża­łem za Olimp nędzy. Nie dość, że wszę­dzie brud i skrajne ubó­stwo, to na doda­tek wciąż toczy się tam wojna domowa.

W rejo­nie Goma wataszki z Rwandy i Ugandy, wystę­pu­jące pod buń­czucz­nymi szyl­dami armii wyzwo­leń­czych, a ostat­nio także żoł­nie­rze regu­lar­nej armii kon­gij­skiej, która rze­komo z bun­tow­ni­kami wal­czy, urzą­dzili sobie tutaj strze­la­nie do żywego czło­wieka. Nie pomaga pięt­na­sto­ty­sięczny kor­pus wojsk ONZ, kosz­tu­jący nas, podat­ni­ków ponad 5 milio­nów dola­rów dzien­nie, czyli mniej wię­cej tyle, ile miesz­kańcy Gomy wydają na życie tygo­dniowo. Pół biedy jeśli aku­rat panuje zawie­sze­nie broni. Wystar­czy jed­nak, że woj­sko i rebe­lianci, czyli pospo­lici ban­dyci scho­dzą do mia­sta, bo przy­szła im ochota postrze­lać i pokraść, albo poczuli wolę Bożą i chcą sobie pogwał­cić, wtedy „błę­kitne hełmy” zni­kają w kosza­rach i schro­nach, skąd – jak mówią świad­ko­wie – mie­rzą z kara­bi­nów w niebo, żeby wystrze­lać swój przy­dział amu­ni­cji. Boni­facy, który służy mi za prze­wod­nika, wcale im się nie dziwi. Przy­je­chali tu z Uru­gwaju, Indii, Egiptu i kilku innych kra­jów o „tra­dy­cjach” mili­tar­nych i są szczę­śliwi, jeśli uda im się „tur­nus” w – nomen omen – Demo­kra­tycz­nej Repu­blice Kongo przeżyć.

Spoj­rze­nie Murzyna

Po co więc poje­cha­łem do Goma?

Z dwóch powo­dów. Pierw­szym była z pew­no­ścią cie­ka­wość. Miej­sce jest egzo­tyczne. Wyjąt­kowe. Trudno dostępne. Prze­klęty los i ludz­kie cier­pie­nia zawsze przy­cią­gają uwagę i zain­te­re­so­wa­nie. Kongo jest do tego mało znane. Nawet podróż­nicy omi­jają ten kraj wiel­kim łukiem. Dla glob­tro­tera taka cha­rak­te­ry­styka to wyzwa­nie, które wzbu­dza pra­gnie­nie prze­ży­cia przy­gody. Zwłasz­cza, że z wjaz­dem do Kongo nawet akre­dy­to­wani dzien­ni­ka­rze mają pro­blemy. Dariusz Rosiak z „Rzecz­po­spo­li­tej” ewa­ku­ował się po dniu pobytu, podob­nie jak dwóch – pozna­nych po rwan­dyj­skiej stro­nie — dzien­ni­ka­rzy kana­dyj­skich. Wszyst­kim im gro­ził pro­ces o szpie­go­stwo. Powód? Robili zdję­cia w miej­scach publicz­nych. Szpie­go­stwo to w Kongo czę­ste i cięż­kie prze­stęp­stwo, za które grożą sro­gie kary, z karą śmierci włącz­nie. Dwóch nor­we­skich przed­się­bior­ców, któ­rzy w maju 2009 roku przy­je­chali do Konga rekru­to­wać pra­cow­ni­ków dla firmy ochro­niar­skiej mają­cej strzec bez­pie­czeń­stwa pra­cow­ni­ków firmy poszu­ku­ją­cej na tere­nie kraju złóż nafty, ska­zano za szpie­go­stwo na karę 500 milar­dów (sic!) euro, z zamianą na…karę śmierci. Po pro­ce­sie, który nawet kon­gij­ska prasa nazwała farsę, od dwóch mie­sięcy ocze­kują w Kin­sza­sie na jej wyko­na­nie. Mam nadzieję, że się doga­dają z sędzią i skoń­czy się na jakiejś roz­sąd­nej kwo­cie łapówki. W Kongo łapówka jest formą wyna­gro­dze­nia pra­cow­ni­ków publicz­nych, na któ­rych pen­sje nie ma pie­nię­dzy. I można się tar­go­wać. Prze­ko­na­łem się o tym już w godzinę po przy­by­ciu do Goma.

Pod­je­cha­li­śmy wła­śnie pod bogato zaopa­trzony sklep z alko­ho­lem. Boni­facy, Kon­gij­czyk, mój prze­wod­nik wszedł do środka, ja zosta­łem na zewnątrz foto­gra­fo­wać. Wie­dzia­łem od Rosiaka i Kana­dyj­czy­ków, że robie­nie zdjęć jest w Kongo nie­bez­pieczne, ale jak tu się powstrzy­mać, kiedy oko­licz­no­ści tak nie­po­wta­rzalne. Na wprost Toyota wyjeż­dża­jąca z dziury o głę­bo­ko­ści leja po bom­bie, z lewej garstka dzieci obsia­dła pojazd z napi­sem UN i nie chce z niego zejść nawet po groźbą kara­binu, a na placu po pra­wej, przed pro­wi­zo­rycz­nym skle­pem dwie Murzynki kar­mią pier­sią parę nie­mow­ląt. Wszystko w jed­nym kadrze.

Zwró­ci­łem uwagę na tych dwóch face­tów w bia­łych koszu­lach. Oni też mi się przy­glą­dali. Byłem już przy­zwy­cza­jony do tych zagad­ko­wych spoj­rzeń, jakimi obrzu­cają Murzyni bia­łego. Pew­nie tak lubią — pomy­śla­łem. Zresztą wszę­dzie w Afryce na bia­łego w taki spo­sób patrzą. Nie jest to zacie­ka­wie­nie, zdzi­wie­nie, ani tym bar­dziej podziw czy wro­gość. To coś innego. Patrzą tak, jakby chcieli cię prze­szyć wzro­kiem, ale nie mogli. Jakby pra­gnęli zagląd­nąć ci w serce bez two­jej zgody. Począt­kowo myśla­łem, że to spu­ści­zna kolo­nialna; patrzą z wyrzu­tem, aby wzbu­dzić w mosongo poczu­cie winy? Ale nie, oni nie myślą o nas w kate­go­riach winy i rekom­pen­saty. Zauwa­ży­łem, że w iden­tyczny spo­sób patrzą się Murzyni na Hin­dusa, Chiń­czyka, a nawet na czar­no­skó­rego inży­niera ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Dopiero w Kongo uświa­do­mi­łem sobie, o co z tym patrze­niem chodzi.

Dys­kret­nie kon­tro­lo­wa­łem co się wokół mnie dzieje. Byłem biały, na doda­tek sam. Musia­łem być czujny. Kątem oka przy­glą­da­łem się też tym dwóm. Stali i coś mię­dzy sobą szep­tali. Gdy Boni­facy wyszedł z zaku­pów z flaszką rzu­cili się w jego stronę z wrza­skiem w miej­sco­wym narze­czu, wyma­chu­jąc kawał­kiem pomię­tej kartki papieru i poka­zu­jąc coś w moim kie­runku. Chyba nie chcą mu ukraść whi­sky? – pomyślałem.

Mimo iż mój cice­rone dawał mi znaki, żebym się nie ruszał i cze­kał, ruszy­łem mu na odsiecz. I to był błąd. Wyż­szy z dwójki pod­biegł do mnie, szarp­nął za pasek apa­ratu foto­gra­ficz­nego, usi­łu­jąc zerwać go z szyi. Udało mi się go powstrzy­mać. Zło­dzieje? – prze­mknęła mi myśl. Wtedy drugi się­gnął po komórkę, odgra­ża­jąc się już po fran­cu­sku, że dzwoni po policję.

- Może wezwę tego żoł­nie­rza z Toyoty? – spy­ta­łem przez zęby.

Boni­facy spoj­rzał na mnie jak zra­niony noso­ro­żec, wykrzykując:

- Are you nuts?! Nie wystar­czy ci, że mamy do prze­ku­pie­nia dwóch tajniaków!?

W mgnie­niu oka wci­snął jed­nemu z nich garść bank­no­tów, jakie zostały mu po zaku­pach, dając znak do ucieczki.

- Ile mu dałeś? – spy­ta­łem, gdy dobie­gli­śmy zdy­szani do samochodu.

- Pół­tora tysiąca – odparł opanowany.

- Dola­rów? – wykrzyk­ną­łem prze­ra­żony. Nawet, gdy­bym chciał, to takiej kwoty p;rzy sobie nie miałem.

- Coś, ty! Dałem im resztę ze sklepu; tysiąc pięć­set fran­ków kongijskich.

- To znaczy…dwa dolary?

- Dwa, a po cóż ja się z nimi tak długo tar­go­wa­łem? – mruk­nął zado­wo­lony z sie­bie — Na przy­szłość w takiej sytu­acji do mnie nie pod­chodź. Oni nie lubią świad­ków. I nie rób wię­cej zdjęć.

Już w samo­cho­dzie, w dro­dze do pen­sjo­natu zapy­ta­łem Boni­fa­cego o to dziwne spojrzenie:

- No, wła­śnie! Na przy­szłość musisz uwa­żać, na czar­nych, któ­rzy sza­cują cię wzro­kiem. Musisz wie­dzieć, że on ci się przy­glą­dają, licząc w duchu ile mogą na tobie trafić.

I wtedy dotarło do mnie. Murzyni patrząc na bia­łego sza­cują go wzro­kiem. I to jest cała tajem­nica ich spoj­rze­nia. Wyobra­zi­łem sobie, co by mnie cze­kało, gdy­bym do mia­sta udał się sam.

Zresztą nawet z Boni­fa­cym nie byłem bez­pieczny. Jeśli nawet wyku­pisz się za gro­sze nie­opła­ca­nemu od roku poli­cjan­towi czy żoł­nie­rzowi, który z braku żołdu musi zdo­być na utrzy­ma­nie sam, to w lasach czy­hają na cie­bie bandy uzbro­jo­nych po zęby rabu­siów, któ­rzy co kilka mie­sięcy scho­dzą do miast i rabują doby­tek cywil­nej lud­no­ści, pozwa­la­jąc na krót­kie zawie­sze­nia broni tylko po to, by ci ostatni mieli czas na odbu­do­wa­nie splą­dro­wa­nych domów, kupie­nie mebli, garn­ków, roweru, a nie­kiedy nawet kom­pu­tera czy tele­wi­zora. Życie toczy się tutaj od rabunku do rabunku. Mimo iż wszy­scy wie­dzą, że ich doro­bek zosta­nie prę­dzej czy póź­niej zra­bo­wany, upar­cie go odbu­do­wują. Dlaczego?

- Ludzie mają nadzieję, że kie­dyś to pie­kło się skoń­czy! – wyja­śnia sio­stra Mał­go­rzata, pol­ska zakon­nica – lekarz, pro­wa­dząca od kilku lat, zało­żony przez pol­skie pal­lot­tynki, ośro­dek zdro­wia. Bez tej nadziei już dawno by stąd odeszli.

A dokąd by poszli? – chcia­łem zapy­tać sio­strę Mał­go­rzatę, ale ugry­złem się w język.  Pro­blem w tym, że Afry­ka­nie nie mają gdzie się wyprowadzić!

Cdn.

Jan M Fijor

www.fijor.com

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

No Comments Yet.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*