Korupcja

Gdyby Kaczyń­ski naprawdę chciał zli­kwi­do­wać korup­cję, to by się zabrał za reformę prawa, a nie two­rze­nie CBA. W sys­te­mach prze­re­gu­lo­wa­nych, gdzie każdą naj­mniej­szą aktyw­ność czło­wieka regu­luje ustawa lub roz­po­rzą­dze­nie wła­dzy, korup­cja jest ratun­kiem. Uru­cha­mia ener­gię zamro­żoną przez nad­miar ustaw. Jej alter­na­tywą jest para­liż administracyjny.

Ze strzę­pów wypo­wie­dzi uczest­ni­ków zjazdu Prawa i Spra­wie­dli­wo­ści dociera prze­ko­na­nie, że prze­grani, czyli PiS tego nie rozu­mieją. Uwa­żają oni, że powo­dem klę­ski wybor­czej był z jed­nej strony strach Układu przed dzia­ła­niami Cen­tral­nego Biura Anty­ko­rup­cyj­nego i bez­kom­pro­mi­so­wo­ścią pre­miera Jaro­sława Kaczyń­skiego, z dru­giej zaś naiw­ność narodu, który w dzia­ła­niach PiS i CBA szansy na likwi­da­cję korup­cji nie dostrzegł.
Oba człony tej tezy są nie­stety błędne.
Primo, posą­dza­nie jakie­goś „układu” o to, że jest w sta­nie poru­szyć umy­sły kil­ku­dzie­się­ciu milio­nów Pola­ków jest absur­dalne. Secundo, jestem prze­ko­nany, że Polacy dostrze­gliby deter­mi­na­cję rządu w walce z korup­cją, gdyby rząd ten – zamiast wal­czyć z korup­tan­tami – chciał naprawdę cho­ciaż mini­mal­nie zre­du­ko­wać samą korup­cję. Ist­nie­nie CBA i wojny z korup­cją to gwa­ran­cja ist­nie­nia korup­cji. Trudno sobie wyobra­zić, że te kil­ka­set osób z takim pie­ty­zmem wybra­nych spo­śród tysięcy ama­to­rów śle­dze­nia zre­zy­gnuje z cie­ka­wej, dobrze płat­nej i gwa­ran­tu­ją­cej wła­dzę i wpływy pracy. Staną na gło­wie, aby jej nie stra­cić. Jeśli by w jakiś cudowny spo­sób Polacy prze­stali się nawza­jem korum­po­wać, uczy­nią to agenci CBA. Tym­cza­sem zarówno CBA jak i reto­ryka walki z korup­cją igno­ro­wały kom­plet­nie jej przy­czynę, czyli nad­mierny inter­wen­cjo­nizm; chore prawo regu­lu­jące naj­drob­niej­szy aspekt naszego życia, ogra­ni­cza­jące rów­no­cze­śnie wol­ność gospo­dar­czą. Naj­lep­szy dowód, że pierw­szymi ofia­rami CBA byli poli­tycy PiS, a więc funk­cjo­na­riu­sze reżymu, który tę orga­ni­za­cję usta­no­wił.
Nie byłoby prze­cieku ze sprawy Lep­pera i aresz­to­wa­nia mini­stra Janu­sza Kacz­marka, pre­zesa Jaro­mira Net­zla, czy oskar­żeń pod adre­sem Ryszarda Krau­zego, gdyby prawu wła­sno­ści przy­wró­cono jego ory­gi­nalne, zapi­sane w kon­sty­tu­cji brzmie­nie. W tym kon­kret­nym przy­padku cho­dzi o to, aby wła­ści­ciel gruntu miał prawo roz­po­rzą­dzać nim wedle wła­snego uzna­nia i inte­resu. Jakim pra­wem mini­ster rol­nic­twa czy jakiś inny urzęd­nik ma decy­do­wać o tym, że ja zamiast upra­wiać fasoli chcę na swoim polu wybu­do­wać gości­niec? To prawo do „odrol­nia­nia” ziemi przy­dzie­lone rzą­dowi rodzi pokusę korup­cyjną, któ­rej żadne biuro anty­ko­rup­cyjne, włącz­nie ze sta­li­now­ską poli­cją tajną i gestapo zwal­czyć nie jest w sta­nie. To zna­czy potrafi, ale pod warun­kiem, że zakaże jakiej­kol­wiek dzia­łal­no­ści gospo­dar­czej.
Naj­więk­sza afera korup­cyjna IV RP spo­wo­do­wana była nad­uży­ciem wła­dzy, a kon­kret­nie, bez­praw­nym, choć legal­nym ogra­ni­cze­niem prawa wła­sno­ści. Nota bene, z jed­nej strony wypłaca się ogromne sub­sy­dia rol­ni­kom, za to, żeby nie upra­wiali swo­jej ziemi, z dru­giej zaś zaka­zuje uży­wa­nia ziemi na cele nie­rol­ni­cze. Prze­cież to jest celowe utrzy­my­wa­nie oka­zji do korup­cji.
A czymże się różni od tego naj­słyn­niej­sza afera korup­cyjna III RP?
Lew Rywin nie mógłby korum­po­wać Mich­nika, ani Mich­nik Rywina, gdyby czę­sto­tli­wość radiowa była pry­watna a wła­ści­ciel czy użyt­kow­nik fal radio­wych, który za nie zapła­cił mógł robić z nimi co zechce, w ramach reguł uzna­nych prze spo­łe­czeń­stwo i potwier­dzo­nych przez sądy za słuszne. Dla­czego wła­dze mogły zabro­nić Ada­mowi Mich­ni­kowi i jego kon­cer­nowi nada­wa­nia audy­cji radio­wych czy tele­wi­zyj­nych? Przed czym nas chciały chro­nić? Że za dużo ludzi będzie słu­chać Radia Mich­nik? Czy że za dużo ono zrobi? Gdyby pano­wała wol­ność nada­wa­nia, a nas trak­to­wano jak osob­ni­ków zdol­nych do podej­mo­wa­nia racjo­nal­nych decy­zji o tym, kogo sły­chać, a kogo nie, do żad­nej korup­cji by nie doszło, bo nie mia­łaby ona sensu.
Pomi­ja­jąc nie­ja­sno­ści zwią­zane z rolą posłanki Sawic­kiej w afe­rze korup­cyj­nej, gołym okiem widać, że jej korup­cja miała ana­lo­giczne źró­dła. To, że posłanka Sawicka mogła usta­wiać prze­targ na Helu było moż­liwe dzięki temu, że pań­stwo pol­skie jest wła­sno­ścią majątku, któ­rego nie kupiło, co wię­cej, nie miało prawa kupić, bo i jak. Podatki, z któ­rych pań­stwo się utrzy­muje służą wyłącz­nie opła­ca­niu nie­zbęd­nych kosz­tów wspól­nych: dróg, woj­ska, poli­cji, poli­tyki zagra­nicz­nej, par­ków naro­do­wych, wię­zień, ewen­tu­al­nie zdro­wia i edu­ka­cji. Pań­stwo nie ma prawa inwe­sto­wać w nie­ru­cho­mo­ści, od tego są oby­wa­tele. Jeśli komuś nie­ru­cho­mość skon­fi­sko­wało ma go obo­wią­zek oddać. Jeśli prze­jęło za nie­za­pła­cone podatki, ma obo­wią­zek sprze­dać i powstały nie­do­bór podat­kowy natych­miast wyrów­nać.
Gdyby działka na Helu była pry­watna, korup­cja byłaby nie­moż­liwa! Trudno sobie wyobra­zić, że za dom, za który chcemy sprze­dać za 500 tysięcy zło­tych, ktoś nam zaofe­ruje 200 tysięcy plus 100 tysięcy łapówki i my się na to zgo­dzimy. Nato­miast wójt gminy czy jakiś inny biu­ro­krata chęt­nie sprzeda mają­tek gminny, czyli niczyj war­to­ści 500 tysięcy zło­tych za połowę tej ceny, jeśli mu dać 50 tysięcy w for­mie wziątka.
Jak taką korup­cję zwal­czyć? Można zabić wójta, ale lepiej spry­wa­ty­zo­wać mają­tek gminny! Pry­wa­ty­za­cja nikomu nie przy­nie­sie straty, chyba że uznać za nią nad­mierne wydzie­la­nie się żółci u zawist­nych sąsia­dów.
Mał­go­rzata Ostrow­ska wzięła 155 tysięcy zł łapówki, ponie­waż jakiś kre­tyn wymy­ślił kolo­ro­wa­nie paliw. Olej pali­wowy pozba­wiono czę­ści war­to­ści eko­no­micz­nej, nada­jąc ją farbce, którą go zabar­wiono. Przy czym kolor nie zmie­nia wła­ści­wo­ści oleju. Bez względu na to, czy jest on zie­lony, czer­wony czy nie­bie­ski jest takim samym ole­jem. Gdy­bym miał die­sla, to pew­nie sam był­bym sko­rum­po­wany, bo do dzi­siaj nie wiem, jaki jest legalny kolor oleju opa­ło­wego, a jaki nie­le­galny. Zamiast wal­czyć z mafią pali­wową, należy zwal­czyć mafię od far­bek. To nie Ostrow­ska powinna iść do kry­mi­nału, tylko mini­ster, który wymy­ślił to far­bo­wa­nie.
Korup­cja ma swoje źró­dło w cho­rej struk­tu­rze wła­sno­ścio­wej i ogra­ni­cze­niach wol­no­ści oby­wa­teli. Ludwig von Mises napi­sał: „każdy akt inge­ren­cji rządu w pro­ces ryn­kowy musi być uznany – z punktu widze­nia oby­wa­teli – albo za kon­fi­skatę, albo za poda­ru­nek.” Wła­dza jed­nym zabiera, dru­gim daje. Nor­malny czło­wiek nie chce, żeby mu coś zabie­rano siłą. Wszy­scy zaś chcą żeby im dawano. Two­rzy się więc kocioł; jedni wal­czą o to, by zatrzy­mać to, co wła­dza chce im skon­fi­sko­wać, inni, o to by wła­dza skon­fi­sko­wała coś innym i poda­ro­wała im. Zamiast w ciszy i sku­pie­niu pra­co­wać nad poprawą wła­snego bytu, ludzie uga­niają się za tym, co ich, albo co nie ich. To jest para­noja.
Gdyby pre­mier Kaczyń­ski i jego rząd naprawdę chciał zli­kwi­do­wać korup­cję, to by wal­czył z pra­wem, które ją two­rzy. Nie robił tego, bo i jego rząd chce jed­nym zabie­rać, aby dawać dru­gim. Dzięki takiej poli­tyce ma gdzie zatrud­nić tysiące wier­nych pre­to­rian, a wśród nich gwar­dię funk­cjo­na­riu­szy CBA.

Jan M. Fijor
”” 2007-12-09

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 6

  1. Maciej Marcinkiewicz pisze:

    Ależ Panie Janie !
    Kaczyń­ski na prawdę chciał zli­kwi­do­wać korup­cję. On tylko wie­rzy, że moż­liwe jest zbu­do­wa­nie socja­li­zmu bez wypa­czeń.
    Lata indok­try­na­cji spo­wo­do­wały więk­sze spu­sto­sze­nia w umy­słach niż lata soc reali­zmu w gospo­darce…
    Ma Pan jakieś inne wytłu­ma­cze­nie ?!
    Jaro­sław „chciał dobrze”, całe szczę­ście że Mu nie wyszło.

    Pozdra­wiam

  2. marcinach pisze:

    No tak, prze­cież „dobrymi chę­ciami pie­kło jest wybru­ko­wane”. On chce ludzi uszczę­śli­wić po swo­jemu. Zapo­mina o tym, że nie nie­który chcą być szczę­śliwi po swo­jemu. Pozdrawiam.

  3. j.w. pisze:

    KORUPCJA ma pocho­dze­nie wschod­nie — jak pisał o tym dokład­nie w 8 tomach Jan Kucha­rzew­ski. Oto współ­cze­sny appen­dix do korup­cyj­nych roz­my­ślań. Coś jest prze­cież na rze­czy…
    Krzysz­tof Bie­lecki — Mocarz za ple­cami Tuska [AUTOR ZDAJE SIE K. PLECHICKI]

  4. x pisze:

    Z http://www.abcnet.com.plJKB:
    LUKI W PAMIĘCI
    pon., 2007-12-03 14:28Świat poli­tyczny Krzysz­tof Ple­chicki
    Stary dow­cip rosyj­skich dysy­den­tów (opo­wia­dany zapewne po cichu przez decy­den­tów) gło­sił: Jaka jest róż­nica pomię­dzy demo­kra­cją a demo­kra­cją socja­li­styczną? Taka, jak pomię­dzy krze­słem a krze­słem elek­trycz­nym.
    Taka jest też zapewne róż­nica pomię­dzy wspo­mnie­niami a wspo­mnie­niami kon­tro­lo­wa­nymi.
    Ostat­nio któ­ryś z Kaczyń­skich, naj­pew­niej oczy­wi­ście Jaro­sław — wspo­mi­nał był kil­ka­krot­nie publicz­nie, nieco tajem­ni­czą a potężną, gdy cho­dzi o wpływy, postać sto­jącą w cie­niu zaraz za nowym Pre­mie­rem, Donal­dem Tuskiem. Cho­dzi o obec­nie ban­kowca, a nie­gdyś Pre­miera Rządu RP z początku lat 90., o nieco zapo­mnia­nym dla laików nazwi­sku: Jan Krzysz­tof Bie­lecki (JKB, jak lubi być nazy­wany). Czy to z tego powodu, że wspo­mniał o nim Kaczyń­ski, czy też z powodu uda­nej fuzji banku Bie­lec­kiego z innym ban­kiem — natych­miast — w wiel­ko­na­kła­do­wej pra­sie uka­zały się sto­sowne mate­riały przy­po­mi­na­jące syl­wetkę JKB. Week­en­dowe wyda­nie (1 – 2 grud­nia 2007 r.) dzien­nika „Pol­ska. The Times” przy­nosi wywiad z JKB, zaś w tym samym cza­sie „Rzecz­po­spo­lita” pió­rem Igora Janke przy­bliża czy­tel­ni­kom syl­wetkę b. Pre­miera.
    Rzecz w tym, że oba mate­riały przy­bli­żają JKB opi­nii publicz­nej w spo­sób zde­cy­do­wa­nie, mówiąc oględ­nie — nie­wy­star­cza­jący. Po raz któ­ryś — jak zdarta płyta — ekplo­ato­wana jest np. cie­ża­rówka, którą JKB ze swym kie­rowcą (jesz­cze z Rosji) woził do gdań­skiego portu drzewo w sta­nie wojen­nym, nic nato­miast nie mówi się o znacz­nie waż­niej­szych frag­men­tach życio­rysu b. Premiera.

    Zadajmy więc pyta­nia, na które JKB — w myśl dość wyświech­ta­nej w III RP zasady: czyst­szy niż żona Cezara — dawno już powi­nien zna­leźć publicz­nie sto­sowne odpo­wie­dzi:
    • Co póź­niej­szy Pre­mier Rządu RP robił w latach 70. przez cały bity rok w Związku Sowieckim?

    W arty­kule Igora Janke — JKB zdaje się mówić, że nie nale­żąc do par­tii komu­ni­stycz­nej, ska­zany był siłą rze­czy na gor­sze wybory szans życio­wych, a to na uczel­nię (Uni­wer­sy­tet Gdań­ski), a to na Ośro­dek Dosko­na­le­nia Kadr Mini­ster­stwa Han­dlu. Ale prze­cież aby wyje­chać wów­czas — na cały, pełny rok — do Sowie­tów, (przy zna­nej para­no­idal­nej podejrz­li­wo­ści sowiec­kich cze­ki­stów), JKB musiał się chyba cie­szyć nie­zwy­kłym zaufa­niem odpo­wied­nich, wysoko umiej­sco­wio­nych w odpo­wied­nich struk­tu­rach, decy­du­ją­cych wów­czas o wszyst­kim — towarzyszy!

    • Co póź­niej­szy Pre­mier Rządu RP robił kil­ka­krot­nie w l. 70. w Skan­dy­na­wii (np. Szwe­cja, Nor­we­gia)?
    • Z jakim rezul­ta­tem, i dla kogo póź­niej­szy Pre­mier Rządu RP zabie­gał w latach 80. o wysyłkę do PRL naj­no­wo­cze­śniej­szego ówcze­snie sprzętu kom­pu­te­ro­wego, choć jego import do kra­jów komu­ni­stycz­nych był surowo zabro­niony przez kraje zachod­nie, w tym pań­stwa NATO, i takie dzia­ła­nia były — mówiąc krótko — wymie­rzone prze­ciwko pod­sta­wom bytu Zachodu?

    Można oczy­wi­ście dużo opo­wia­dać Panu Red. Janke o „kontr­wy­wia­dzie „Soli­dar­no­ści” i „cichej woj­nie z Rosją” (nb. „moja cicha wojna”, para­fraza tytułu wspo­mnień Kima Philby), ale aby zabrzmiało to dość wia­ry­god­nie, trzeba — nie­stety — wresz­cie odpo­wie­dzieć na powy­żej sfor­mu­ło­wane pyta­nia. A może też na inne…
    Ina­czej można zaszko­dzić nie tylko sobie, ale także opar­temu na (bez­gra­nicz­nym) ZAUFANIU rzą­dowi Pre­miera Donalda Tuska. Nie mówiąc już — bo to się samo przez się rozu­mie — o Polsce.

    [ Dodano: 14 Gru 2007 08:24 ]
    BIELECKIROSJA:
    [http://opinie.ewm1.pl/?id=2 ]
    Posta­wić na Rosję. Bie­lecki Jan Krzysz­tof
    Posta­wić na Rosję — JAN KRZYSZTOF BIELECKI

    Kilka dni temu przy­szedł do mnie mój młod­szy kolega z pracy, Wik­tor, i powie­dział, że posta­no­wił wró­cić do Moskwy — po ponad dzie­się­ciu latach spę­dzo­nych na Zacho­dzie, mając w Lon­dy­nie zagwa­ran­to­wane zatrud­nie­nie i drogę kariery. Oka­zało się, że będzie pra­co­wać dla Wła­di­mira Pota­nina, jed­nego z naj­więk­szych oli­gar­chów rosyj­skich, wła­ści­ciela ban­ków, pakietu kon­tro­l­nego akcji przed­się­bior­stwa naf­to­wego Sidanco, Norilsk Nikiel i giganta tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nego Swia­zin­west, któ­rego pismo „For­bes” uznało w 2001 roku za dru­giego pod wzglę­dem bogac­twa Rosjanina.

    Pota­nin doszedł widocz­nie do wnio­sku, że czas na pro­fe­sjo­nalne zarzą­dza­nie zgro­ma­dzo­nym mająt­kiem, tym bar­dziej iż nie­które firmy są noto­wane na gieł­dzie, a Wik­tor nie ma sobie rów­nych w zarzą­dza­niu port­fe­lem akty­wów. Jak widać, Pota­nin idzie w ślady Micha­iła Cho­dor­kow­skiego (według „For­bes” naj­bo­gat­szego czło­wieka w Rosji w 2001 r.), szefa rosyj­skiego giganta naf­to­wego Jukos, który pierw­szy prze­cie­rał szlak pro­wa­dzący do lep­szego zarzą­dza­nia i respek­to­wa­nia praw akcjonariuszy.

    Takich Rosjan jak Wik­tor, dosko­nale wykształ­co­nych, świet­nie rozu­mie­ją­cych świat finan­sów i zarzą­dza­nia, widać wszę­dzie. Uczest­ni­czą aktyw­nie w kon­fe­ren­cjach i semi­na­riach. Szcze­gól­nie cenieni są rosyj­scy mate­ma­tycy, dla któ­rych two­rze­nie modeli finan­so­wych jest miłą zabawą.

    Na szczę­ście nie wszy­scy fachowcy pra­cują poza gra­ni­cami Rosji, gdyż powiódł się plan (prze­pro­wa­dzony z pomocą Szwe­dów), spro­wa­dze­nia czę­ści naukow­ców z emi­gra­cji do kraju. Za lep­sze pie­nią­dze pra­cują teraz w Rosji i nadal nie mają wygó­ro­wa­nych ambi­cji zarob­ko­wych. Kiedy mło­dzi Rosja­nie sta­rają się kogoś naśla­do­wać, patrzą na Ame­ry­ka­nów. Uczą się nie tylko angiel­skiego z ame­ry­kań­skim akcen­tem, ale także ame­ry­kań­skiej pracowitości.

    Zmiany w Rosji doty­czą nie tylko atmos­fery wśród naukow­ców, ale rów­nież świata biz­nesu, co jest zasługą obec­nego rządu. Rosja przy­jęła w końcu kodeks ziem­ski, zezwa­la­jący na obrót zie­mią rol­ni­czą i nie­rol­ni­czą, co po raz pierw­szy od cza­sów car­skich pozwala na sen­sowne inwe­sto­wa­nie w rol­nic­two. Rosyj­ski eks­pe­ry­ment podat­kowy — naj­pierw czę­ściowa abo­li­cja, a potem wpro­wa­dze­nie 13-procentowego podatku linio­wego — można uznać za suk­ces. Uchwa­lono libe­ra­li­za­cję zasad reje­stra­cji małych przed­się­biorstw i uprosz­cze­nie ich spra­woz­dań podat­ko­wych. Rosja­nie zaczęli prze­pro­wa­dzać także restruk­tu­ry­za­cję prze­my­słu cięż­kiego, w tym hut­ni­czego, mającą na celu wzrost jego kon­ku­ren­cyj­no­ści. Już wkrótce mogą to bole­śnie odczuć pol­skie huty.

    Jesz­cze kilka lat temu wiel­kie rosyj­skie firmy naf­towe zajęte były „porząd­ko­wa­niem” praw wła­sno­ści. Jed­nak kon­ku­ren­cja na ryn­kach świa­to­wych wymu­siła zmiany. Jukos i Sib­nieft ponad dwa lata temu roz­po­częły restruk­tu­ry­za­cję, która przy­nio­sła poprawę tak mod­nego wśród ana­li­ty­ków wskaź­nika EBITDA, czyli poprawę zyskow­no­ści kor­po­ra­cji. Ostat­nio do tego grona dołą­czył naj­więk­szy gigant naf­towy Łukoil. Jest on także pierw­szym kon­cer­nem rosyj­skim, któ­rego akcje miały być dopusz­czone na giełdę lon­dyń­ską. Debiut został zepsuty z powodu pod­ję­cia w ostat­niej chwili przez rząd rosyj­ski decy­zji o wstrzy­ma­niu sprze­daży 5,9 pro­cent akcji. Rosja­nie naj­pierw wszyst­kich zasko­czyli odważną decy­zją o wysta­wie­niu na rynek akcji w warun­kach panu­ją­cego na świe­cie kry­zysu finan­so­wego, a następ­nie jesz­cze bar­dziej zadzi­wili „odważ­nym” posta­no­wie­niem o wyco­fa­niu się, ponie­waż — jak oświad­czyły wła­dze rosyj­skie — cena zakupu była niż­sza od spo­dzie­wa­nej. Rze­czy­wi­ście, oferta Łuko­ilu była tak atrak­cyjna dla inwe­sto­rów, że księga zamó­wień dwu­krot­nie prze­kro­czyła sub­skryp­cję. A ponie­waż w budże­cie rosyj­skim ist­nieje nad­wyżka, rząd posta­no­wił pocze­kać ze sprze­dażą akcji Łuko­ilu na lep­sze czasy.

    To dosyć krót­ko­wzroczne podej­ście. Ceny ropy naf­to­wej na ryn­kach świa­to­wych mogą spaść, wpływy do budżetu po refor­mie podat­ko­wej być może obniżą się, a wydatki mogą wzro­snąć. W każ­dym razie taka zmiana decy­zji z godziny na godzinę nad­we­ręża wia­ry­god­ność przed­się­bior­stwa i sta­nowi dobitny przy­kład, jak poli­tycy szybko mogą zepsuć wize­ru­nek kor­po­ra­cji tak usil­nie wal­czą­cej o jego zmianę.

    Oczy­wi­ście to są pierw­sze, ale nie­zmier­nie ważne, poczy­na­nia w kie­runku reformy funk­cjo­no­wa­nia gospo­darki rosyj­skiej. Putin głosi rządy prawa, mówi o demo­no­po­li­za­cji i powszech­nej wła­sno­ści pry­wat­nej. W ten spo­sób pre­zy­dent Rosji przy­wraca tak potrzebne każ­demu inwe­sto­rowi poczu­cie sta­bi­li­za­cji i bez­pie­czeń­stwa. Inwe­sto­rzy widzą sens loko­wa­nia swo­ich środ­ków w kraju i zamiast wysy­łać pie­nią­dze do ban­ków szwaj­car­skich, odpro­wa­dzać je na Cypr albo kupo­wać domy w Lon­dy­nie, zaczy­nają szu­kać nowych moż­li­wo­ści działania.

    Jed­no­cze­śnie, kiedy wszy­scy obser­wa­to­rzy mar­twili się decy­zją zawie­sze­nia sprze­daży akcji Łuko­ilu, Stan­dard & Poor’s pod­wyż­szył kla­sy­fi­ka­cję rosyj­skiego długu dłu­go­ter­mi­no­wego, nomi­no­wa­nego w walu­cie zagra­nicz­nej, do BB– (w 1998 roku Rosja ogło­siła nie­wy­pła­cal­ność!). W oczach świa­to­wych finan­si­stów Rosja zaczyna więc doga­niać Pol­skę w sfe­rze wia­ry­god­no­ści kre­dy­to­wej, jeśli idzie o dług zagraniczny.

    Zmiany, jakie zacho­dzą w Rosji, nie tylko w sfe­rze eko­no­micz­nej, ale i w poli­tyce zagra­nicz­nej, są wydaje się bar­dziej widoczne w Waszyng­to­nie niż w War­sza­wie. Pre­zy­dent Bush, mając obec­nie nie naj­lep­sze sto­sunki z przy­wód­cami euro­pej­skimi, obda­rzył przy­jaź­nią Putina, jak to mówią „bet on Putin”. Pora­dził mu, by Rosja odważ­niej korzy­stała ze swo­ich zdo­by­czy tech­no­lo­gicz­nych, z umie­jęt­no­ści naukow­ców i by mniej pole­gała na surow­cach. Za sprawą pre­zy­denta USA Rosja stała się człon­kiem grupy naj­bo­gat­szych państw i G7 prze­kształ­ciła się w G8. To Stany Zjed­no­czone for­sują w NATO nowe zasady współ­pracy z Rosją. Dołą­cza do nich Bruk­sela z szu­ka­niem płasz­czy­zny współ­dzia­ła­nia w spra­wach energetycznych.

    Tym­cza­sem w Pol­sce sły­szymy lament, jeśli cho­dzi o sto­sunki gospo­dar­cze z Rosją. Piotr Woź­niak, były wice­pre­zes Pol­skiego Gór­nic­twa Naf­to­wego i Gazow­nic­twa, żali się („New­sweek”, nr 32/02), że Rosja­nie, absol­wenci naj­lep­szych ame­ry­kań­skich uczelni, są cwa­nymi nego­cja­to­rami i „wyko­rzy­stają każdą sła­bość biz­ne­so­wego part­nera”. W dodatku są „twar­dzi i bez­względni w interesach”.

    A może zamiast pła­kać nad wła­sną nie­udol­no­ścią w nego­cja­cjach, należy poszu­kać pol­skich fachow­ców rów­nie dobrych jak Rosja­nie albo samemu się nauczyć, jak sku­tecz­nie pro­wa­dzić roz­mowy biz­ne­sowe z trud­nym part­ne­rem. Taka wie­dza jest nam potrzebna od zaraz. Umie­jęt­ność nego­cjo­wa­nia ukła­dów gospo­dar­czych przyda się zarówno w bie­żą­cych i przy­szłych roz­mo­wach z pań­stwami Unii Euro­pej­skiej, jak i we współ­pracy z Rosją, co powinno być naszym dłu­go­fa­lo­wym celem.

  5. Ntl pisze:

    W koncu Maciej Mar­cin­kow­ski wali pro­sto z mostu, a nie Pan Jan Fijor, co to chrze­sci­jan­ska moral­nosc all­tru­izmu, ktora je taka sama jak moral­nosc mark­si­zmu, chce wymie­szac z moral­no­scia ame­ry­kan­skiego indy­wi­du­ali­zmu tj. z moral­no­sci zdro­wego egoizmu.

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Panie Marku, obiek­ty­wizm to jesz­cze nie filo­zo­fia, ale niech panu bedzie. Ja nato­miast jestem uczniem prak­se­olo­gow (Mises, Roth­bard) i w ich nauce upa­truje swo­jej filo­zo­fii. Pozdra­wiam Jan M Fijor

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts