Kościół a wolny rynek

Kościół a wolny rynek

Tho­mas Woods Jr.
Tłum.: Szy­mon Czar­nik
War­szawa 2007
ISBN: 978 – 83=89812 – 40-7

Cena: 23 (wraz z wysyłką)

Zamó­wie­nia pro­simy kie­ro­wać na adres: fijorr@fijorr.com prze­lew pro­simy wysy­łać na konto: 73 1140 2004 0000 3702 4815 4485 w mbank na nazwi­sko Jan M. Fijor
Wstęp

Czy bieda jest bło­go­sła­wiona, a bogac­two przeklęte?

W prze­ko­na­niu prze­cięt­nego pol­skiego duchow­nego, libe­ra­lizm źle się koja­rzy. Dok­tryna ta jest trak­to­wana raczej jako narzę­dzie anty­chry­sta niż bogo­boj­nego kato­lika. Libe­ra­lizm (mylony czę­sto z liber­ty­ni­zmem) to źle pojęte wyzwo­le­nie, ucieczka od Boga, sło­wem to grzech. Tym­cza­sem libe­ra­lizm, jak nie­wiele innych prą­dów umy­sło­wych, jest bli­ski naucza­niu Chry­stusa, który w swo­ich naukach uwal­niał czło­wieka z wię­zów opre­syj­nej wła­dzy i zaka­zów odbie­ra­ją­cych mu god­ność i wolną wolę. Stąd, wio­dący filo­zof kato­li­cy­zmu, św. Tomasz z Akwinu trak­to­wany jest przez libe­ra­łów jak ojciec inte­lek­tu­alny tego nurtu. Naj­bar­dziej libe­ralna z wszyst­kich szkół eko­no­micz­nych, szkoła austriacka, trak­tuje św. Toma­sza wręcz jako swego zało­ży­ciela.
Kato­li­cyzm był narzę­dziem wyrwa­nia się ze znie­wo­le­nia, uwol­nie­nia czło­wieka od prze­mocy, tak aby sam, świa­do­mie wybie­rał drogę, która popro­wa­dzi go – albo i nie popro­wa­dzi – do kró­le­stwa Bożego. Prze­ci­wień­stwem libe­ra­li­zmu jest dyk­ta­tura; czy to kolek­tywu, czy róż­nej maści auto­kra­tów, sta­ra­ją­cych się zastą­pić „bogów” na ziemi. Libe­ra­lizm to wol­ność. Bez względu czy doty­czy ona dzia­łal­no­ści gospo­dar­czej i eko­no­mii, czy war­to­ści ducho­wych. Dla­tego, jeśli ktoś uważa, że obok eko­no­mii libe­ral­nej ist­nieje rów­nie zasadna eko­no­mia nie­li­be­ralna, to albo jest w błę­dzie, albo chce nas oszu­kać. O tym wła­śnie mówi książka, którą Sza­nowny Czy­tel­niku masz wła­śnie w swych rękach.
Pro­blem w tym, że para­dyg­mat spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej, źle poję­tej miło­ści bliź­niego i igno­ran­cja eko­no­miczna negują taki stan rze­czy. Dla wielu poli­ty­ków i inte­lek­tu­ali­stów, nie­wy­godne impli­ka­cje ludz­kiego dzia­ła­nia, pokry­wane są ilu­zjami o jakiejś uto­pij­nej rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej pań­stwo, rząd potrafi kory­go­wać to, co aku­rat nie pasuje do ilu­zyj­nych stan­dar­dów spra­wie­dli­wo­ści. Podob­nie postę­puje, nie­stety, Kościół Kato­licki. I tak, bez­ro­bo­cie, które jest efek­tem dzia­łań legi­sla­cyj­nych podra­ża­ją­cych koszty ludz­kiej pracy ponad to co rynek, czyli inni oby­wa­tele, jest w sta­nie za nią zapła­cić, zwal­cza się jesz­cze więk­szym pod­nie­sie­niem ceny ludz­kiej pracy. Biedę jed­nych zwal­cza się wpę­dza­niem w biedę innych. Wielu hie­rar­chów kościoła, igno­ru­jąc naukę eko­no­mii, dzia­ła­nia takie popiera. Z jed­nej strony pry­mas Józef Glemp potę­pia ludzi za to, że zbyt skru­pu­lat­nie liczą zyski (Tele­fo­nika – Oża­rów), z dru­giej, ma im za złe, że ban­kru­tują (zakład z powodu nad­mier­nych kosz­tów pracy nie spro­stał kon­ku­ren­cji i upadł).
W oczach wielu hie­rar­chów utarło się prze­ko­na­nie, że pan Bóg stwo­rzył świat w takiej obfi­to­ści, że ma na nim star­czyć wszyst­kiego dla wszyst­kich. Podział na bied­nych i boga­tych, czyli na tych, co mają za mało i tych, któ­rym zbywa jest — ich zda­niem — podzia­łem sztucz­nym. Tym­cza­sem świat, który dosta­li­śmy od Boga to świat dóbr rzad­kich. Wła­ści­wie poza powie­trzem i słoną wodą wszyst­kiego na nim bra­kuje i dla­tego wła­śnie czło­wiek musi dostęp­nymi mu dobrami rzad­kimi roz­po­rzą­dzać w spo­sób mak­sy­mal­nie oszczędny i racjo­nalny, a jeśli mimo to nie wypro­du­kuje ich pod dostat­kiem, musi je sprze­da­wać tym, któ­rzy zapłacą za nie naj­wię­cej.
Pan Bóg uczy­nił nas rów­nymi, ale obda­rzył tak nie­wielką ilo­ścią dóbr, że bez wła­snej pracy, inwen­cji, kre­atyw­no­ści, uporu i innych pożą­da­nych i cno­tli­wych dzia­łań, nie byli­by­śmy w sta­nie prze­żyć. Dla­tego, jedy­nym naprawdę spra­wie­dli­wym spo­so­bem „dys­try­bu­cji” dóbr rzad­kich jest kupowanie/sprzedawanie ich za pie­nią­dze zaro­bione na pracy. Wszel­kie inne spo­soby – racjo­no­wa­nie, kartki, przy­działy, talony, zna­jo­mo­ści, korup­cja etc. są nie tylko gor­sze, ale i znacz­nie bar­dziej nie­spra­wie­dliwe.
Nie­stety, źle pojęta spra­wie­dli­wość spo­łeczna pro­wa­dzi wielu pol­skich księży w okowy socja­li­zmu i innych sys­te­mów znie­wa­la­ją­cych czło­wieka i odbie­ra­ją­cych mu boską cha­ry­zmę, jakiej naby­wamy wraz z chrztem. Nie­zna­jo­mość eko­no­mii, doma­ga­nie się od niej sądów moral­nych, powo­duje, że prze­ciętny ksiądz trak­tuje czło­wieka przed­się­bior­czego, orga­ni­zu­ją­cego pracę masom, jako ucie­le­śnie­nie sza­tana, chci­wo­ści, pychy – sło­wem zaprze­cze­nie boskich cnót. Nic bar­dziej myl­nego. Żeby dawać, trzema mieć co dawać. Żeby mieć co dawać, trzeba to coś wypro­du­ko­wać i sprze­dać. Każdy, kto choć raz spró­bo­wał przy­gody w inte­re­sach wie, jak ciężko to przy­cho­dzi. Ile wysiłku, pomy­sło­wo­ści, ryzyka, upo­ko­rzeń, stre­sów doświad­cza czło­wiek, który zde­cy­do­wał się rzu­cić wyzwa­nie kon­ku­ren­tom i samemu spró­bo­wać sił w pro­duk­cji, usłu­gach czy innej dzia­łal­no­ści gospo­dar­czej. A trzeba pamię­tać, że prócz zma­ga­nia się z mate­rią, pracą ludzką, kon­ku­ren­cją, ban­kami, czy tren­dami ryn­ko­wymi, kłody pod nogi ludzi przed­się­bior­czych sta­wiają biu­ro­kraci, ludzie zawistni, głupi, urzędy skar­bowe, a także – nie­stety i nie­rzadko – kler.
Jesz­cze nigdy nie udało mi się usły­szeć na kaza­niu pochwały ludz­kiej przed­się­bior­czo­ści i dostatku, jaki jest jej owo­cem, a cho­dzę do kościoła dość regu­lar­nie od kil­ku­dzie­się­ciu lat. Sły­szę nato­miast na każ­dym kroku uża­la­nie się na tych co to nie dość ocho­czo oddają swój mają­tek innym. Nie sły­sza­łem też, aby ten czy inny ksiądz zająk­nął się choćby na temat przy­czyny ludz­kiej biedy. Kilka tygo­dni temu zapro­szony zosta­łem do jed­nej z łódz­kich para­fii na pre­lek­cję o mitach gospo­dar­czych funk­cjo­nu­ją­cych w naszym życiu. Zaczą­łem od mitu doty­czą­cego pocho­dze­nia ludz­kiej biedy. Kiedy powie­dzia­łem, że bieda rodzi się z leni­stwa, złych nało­gów, nie­po­sza­no­wa­nia rodziny, braku sza­cunku dla innych ludzi, pro­wa­dzący spo­tka­nie ksiądz pro­boszcz dys­kret­nie dał mi do zro­zu­mie­nia, żebym zmie­nił temat, bo to może zostać źle ode­brane.
Cho­dziło bowiem o to, że wielu bied­nym ludziom wydaje się, iż bieda jed­nak od nich nie zależy. Że nie mieli szczę­ścia i albo pań­stwo im nie dało, albo źli ludzie pozaz­dro­ścili. Duża część tych ludzi, w kry­tyce suk­cesu, bogac­twa, przed­się­bior­czo­ści, odnaj­duje uspra­wie­dli­wie­nie swego leni­stwa, byle jako­ści czy pychy. Tym­cza­sem biedy wśród ludzi wykształ­co­nych, pra­co­wi­tych, sumien­nych, kocha­ją­cych swoje rodziny i stro­nią­cych od alko­holu prak­tycz­nie nie ma. Bieda, któ­rej jedy­nym źró­dłem jest nie­szczę­ście czy ślepy los to naprawdę mar­gi­nes.
Takiej biedy było pełno tysiąc, dwa tysiące lat temu. Uro­dzi­łeś się bied­nym, bied­nym umie­ra­łeś. Odkąd jed­nak ist­nieje kapi­ta­lizm i libe­ra­lizm, czło­wiek ma wol­ność wyboru. Mimo iż uro­dził się w rodzi­nie bie­da­ków, tak jak choćby moja mama, czy póź­niej popadł w nędzę, jak choćby moja rodzina po przed­wcze­snej śmieci naszego ojca, dzięki pracy, nauce, upo­rowi, rze­tel­no­ści i życz­li­wo­ści wobec bliź­nich, mógł stać się czło­wie­kiem naprawdę zamoż­nym, a jed­no­cze­śnie nie czy­nić innym z tego powodu zła.
W best­sel­le­rze „Sekrety ame­ry­kań­skich milio­ne­rów” (Fijorr Publi­shing, War­szawa 1998), będą­cym ana­lizą socjo­lo­giczną zacho­wań tzw. ludzi boga­tych, auto­rzy na każ­dym kroku pod­kre­ślają, że naj­bo­gatsi przed­sta­wi­ciele Ame­ryki kil­ka­krot­nie rza­dziej (niż tzw. nor­malni zja­da­cze chleba) się roz­wo­dzą, popeł­niają też kil­ka­na­ście razy mniej innych prze­stępstw i grze­chów. Z dru­giej strony, ci znie­na­wi­dzeni krwio­pijcy, czę­ściej i wię­cej łożą na cele filan­tro­pijne, dzie­ląc się z bliź­nimi swoim mająt­kiem, nie mówiąc o tym, że w więk­szo­ści kra­jów roz­wi­nię­tych są odpo­wie­dzialni za stwo­rze­nie ok. 80 proc. miejsc pracy. Z jed­nej strony ludzie bogaci, posia­da­jąc wię­cej, mają się czym z innymi dzie­lić, z dru­giej zaś doce­niają łaskę, jaką obda­rzył ich Wszech­mocny, dając im łatwość pracy twór­czej i przed­się­bior­czo­ści. Jak można takich ludzi trak­to­wać jak szkod­ni­ków spo­łecz­nych? To prze­cież naj­więksi dobro­czyńcy ludz­ko­ści. Dzielą się swoim mająt­kiem i talen­tami ze spo­łe­czeń­stwem, postę­pu­jąc tak jak nauczał Chry­stus. Co prawda, zda­rzają się wśród nich ludzie podli i źli, tak jak zda­rzają się oni w każ­dej innej gru­pie spo­łecz­nej. Z tym, że aku­rat w gru­pie ludzi naj­bo­gat­szych, jak wspo­mnia­łem powy­żej, jest ich mniej niż gdzie indziej.
Jeśli już dopa­tru­jemy się zła w dzia­ła­niach gospo­dar­czych, to należy go raczej szu­kać w dzia­łal­no­ści pań­stwa, które – o, dziwo – cie­szy się wśród kleru wyjąt­kową estymą. Czyżby więc hie­rar­cho­wie, a za nimi maluczcy uwa­żali, że wła­dza pań­stwowa pocho­dzi od Boga, a przed­się­bior­czość od sza­tana? Tak na szczę­ście nie jest, o czym świad­czą cho­ciażby przy­kłady Hitlera, Sta­lina, Bie­ruta, Jaru­zel­skiego i wielu innych, któ­rzy tak chęt­nie mówili o spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej i walce z nędzą.
Wbrew przy­po­wie­ści o boga­tym, co to nie przej­dzie przez ucho igielne, Biblia zachęca nas do tego, aby­śmy dzia­łali, boga­cili się i robili karierę. Podaje jed­nak warunki, pod jakimi mamy dzia­łać; primo, mamy być uczciwi, secundo, nie wolno nam innych nie­wo­lić, ter­tio wresz­cie, mamy obo­wią­zek poma­gać słab­szym. Żaden z tych warun­ków nie stoi w jakiej­kol­wiek sprzecz­no­ści z nauką o ludzki dzia­ła­niu czy eko­no­mią. Powiem wię­cej, bycie czło­wie­kiem uczci­wym, dobrym, życz­li­wym innym i słu­cha­ją­cym Boskich przy­ka­zań, to waru­nek suk­cesu ekonomicznego.

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

No Comments Yet.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*