Mandalay Express (I)

Man­da­lay Express (I)

           Man­da­lay. Dru­gie co do wiel­ko­ści i waż­no­ści mia­sto Birmy, kraju zna­nego też jako Burma, a ostat­nio Myan­mar owiane jest legen­dami, któ­rych uko­ro­no­wa­niem – jak gło­szą prze­wod­niki po tym pięk­nym i nie­zwy­kłym kraju – powi­nien być rejs luk­su­so­wym stat­kiem The Road to Man­da­lay (Droga do Man­da­lay) po rzece Ira­wadi z Man­da­lay do Pagan, sto­licy antycz­nego Impe­rium Myan­maru (w latach 1044 – 1286). Pro­blem w tym, że rejs trwa­jący cztery dni kosz­tuje od 3500 dola­rów od osoby wzwyż. Nawet jak na tak wyjąt­kowy kraj, jakim jest Birma, była to dla mnie cena absur­dal­nie wysoka. Za dwa pro­cent tej kwoty można dotrzeć do Pagan w 12 – 14 godzin, tyle że w mniej luk­su­so­wych warun­kach. Mój sta­te­czek, w prze­ci­wień­stwie do swego szla­chec­kiego rywala, był pry­mi­tywną łajbą pamię­ta­jącą czasy kolo­nialne i to we wcze­snym ich okre­sie. Zresztą luk­susy to nie jest sprawa, dla któ­rej należy odwie­dzać Birmę. Tym bar­dziej, że połowa ceny biletu na The Road to Man­da­lay tra­fia i tak do kie­szeni któ­re­goś z gene­ra­łów, wyjąt­kowo szko­dli­wej, zło­śli­wej i głu­piej junty rzą­dzą­cej Birmą od pra­wie 50 lat.

 Bojkot

          Począ­tek 2008 roku był dla Birmy jed­nym z naj­cięż­szych. Bra­ko­wało żyw­no­ści, lekarstw, pracy, prądu elek­trycz­nego a nawet ben­zyny, mimo iż Birma sie­dzi na ropie, a samo­chód wciąż sta­nowi przed­miot wyra­fi­no­wa­nego luk­susu. Jakby tych nie­szczęść było mało, pra­wie cały rok 2007 rok pano­wała susza. Nad­cho­dzące zbiory ryżu nie zapo­wia­dały zmiany na lep­sze. Głód dotknął nawet mni­chów bud­dyj­skich, któ­rzy prze­cież jedzą nie­wiele. Na ulice Ran­gunu, Man­da­lay, Bago wyle­gli żebracy, każ­dego ranka służby porząd­kowe zbie­rały ciała ludzi zmar­łych z głodu i wycień­cze­nia. Po kolej­nych groź­bach uwię­zie­nia noblistki i naj­bar­dziej zna­nej prze­ciw­niczki rządu woj­sko­wych, Aung San Suu Kyi, którą dotąd prze­trzy­my­wano w arsz­cie domo­wym, nawet tole­ran­cyjne wobec gene­ra­łów Chiny ogra­ni­czyły do mini­mum pomoc huma­ni­tarną. Nasi­lił się boj­kot Birmy na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej, któ­rego dokucz­li­wym skut­kiem był pra­wie kom­pletny brak tury­stów. Zamarła współ­praca gospo­dar­cza z zagra­nicą. Cudzo­ziemcy prze­stali Birmę odwie­dzać, dając tym po czę­ści wyraz obu­rze­niu, po czę­ści oba­wie o wła­sne bez­pie­czeń­stwo. Reżym w kraju bud­dyj­skim, który nie waha się prze­śla­do­wać „posłań­ców bogów”, naj­bar­dziej podzi­wia­nych, sza­no­wa­nych i kocha­nych oby­wa­teli kraju nie zawaha się sto­so­wać repre­sji wobec przy­by­szów zagra­nicz­nych. Zresztą nie­chęć była obo­pólna. Junta zaostrzyła wyma­ga­nia wizowe, nasi­la­jąc rów­no­cze­śnie kam­pa­nię wymie­rzoną w dys­kry­mi­nu­jący ją Zachód.

      W rezul­ta­cie takiej poli­tyki, ban­kru­to­wały biura podróży, restau­ra­cje, a nawet firmy jubi­ler­skie i fabryki mebli, sztan­da­rowe branże prze­my­słowe Birmy. Repre­zen­ta­cyjne hotele sto­licy, pię­cio­gwiazd­kowe Governor’s Resi­dence i Sum­mit Par­kview, u pod­nóża kapią­cej zło­tem pagody Szwe Dagon, mimo obniżki ceny do poziomu „trzech gwiazd”, świe­ciły pust­kami. W Boeingu 737 linii Bang­kok Air­ways, któ­rym przy­le­cia­łem ze sto­licy Taj­lan­dii leciało osiem osób; mał­żeń­stwo bry­tyj­skich dyplo­ma­tów pra­cu­ją­cych  w Ran­gu­nie, czte­rech mni­chów bud­dyj­skich z Kam­bo­dży, lecą­cych do Man­da­lay na kon­gres teo­lo­giczny, jakiś ofi­cjał taj­landzki i niżej pod­pi­sany. Zresztą nie lepiej było kilka dni póź­niej w cza­sie lotu ze sto­licy do Mandalay.

       Bez­po­śred­nim powo­dem izo­la­cji Birmy na płasz­czyź­nie mię­dzy­na­ro­do­wej była masa­kra, jakiej dopu­ściła się junta we wrze­śniu 2007. Gene­ra­łom puściły nerwy i w odpo­wie­dzi na wol­no­ściowe pro­te­sty lud­no­ści, poparte tym razem przez liczącą pół miliona osób spo­łecz­ność duchow­nych bud­dyj­skich, dopu­ścili się bez­pre­ce­den­so­wego świę­to­kradz­twa, nawet jak na warunki bru­tal­nej dyk­ta­tury. Wymie­rzyli lufy swych kara­bi­nów w mni­chów bud­dyj­skim, uwa­ża­nych w Bir­mie za ludzi świę­tych i uoso­bie­nie nie­biań­skiego spo­koju. W trak­cie serii mani­fe­sta­cji w Ran­gu­nie zgi­nęło ponad 100 duchow­nych, setki innych zna­la­zły się w wię­zie­niach. Repre­sje były dla zde­spe­ro­wa­nych Bir­mań­czy­ków wstrzą­sem. Mil­czą­cego popar­cia odmó­wiła jun­cie nie tylko pagoda, lecz także nie­liczne, choć dość dotąd wpły­wowa i tole­ran­cyjna wobec wła­dzy, grupa przed­się­bior­ców i wła­ści­cieli ziem­skich. Poja­wiły się próby orga­ni­zo­wa­nia opo­zy­cji, a nawet czyn­nego oporu, zja­wi­ska w tym bud­dyj­skim kraju wyjąt­kowe.    Odpo­wie­dzią reżymu było zaostrze­nie, trwa­ją­cego w kraju od początku lat 60. ubie­głego wieku, stanu wyjąt­ko­wego, w tym czę­ste wyłą­cze­nia prądu, dele­ga­li­za­cja Inter­netu, pod­słuch tele­fo­niczny i inne prze­jawy aktyw­no­ści służ specjalnych.

 Podróż do Mandalay

        W tak napię­tej i ner­wo­wej atmos­fe­rze wylą­do­wa­łem w sto­licy Birmy wraz z czwórką mni­chów bud­dyj­skich, z któ­rymi zdą­ży­łem się zaprzy­jaź­nić w trak­cie godzin­nego lotu. Zapra­szali mnie, żebym zatrzy­mał się z nimi w klasz­to­rze przy Pago­dzie Sule, ale nie mogłem. Mia­łem swoje zobo­wią­za­nia, toteż umó­wi­li­śmy się naza­jutrz. I tu należy się krót­kie wyjaśnienie.

      Do żad­nego wyjazdu w życiu, nawet do emi­gra­cji do Ame­ryki, nie przy­go­to­wy­wa­łem się tak skru­pu­lat­nie i długo, jak do podróży do Birmy. Czy­ta­łem szpe­ra­łem, szur­fo­wa­łem Lonely Pla­net tygo­dniami. Przy­pa­dek spra­wił, że w trak­cie tych poszu­ki­wań natra­fi­łem na Dan San San, wła­ści­cielkę hote­liku Yoma w Ran­gu­nie, który parę lat wcze­śniej odzie­dzi­czyła po swoim były sze­fie. Whimpu, który gościom Yoma Hotel umoż­li­wiał kupno kamieni szla­chet­nych – Birma sły­nie z legen­dar­nych rubi­nów i rów­nie pięk­nych sza­fi­rów – pew­nego dnia zabrany został na prze­słu­cha­nie, z któ­rego już nie wró­cił. A że wcze­śniej Dan San San miała z nim córkę, hotel prze­szedł na wła­sność rodziny San. To jej pomocy i życz­li­wo­ści zawdzię­czam tę podróż; Dan opła­ciła urzęd­niczkę Mini­ster­stwa Hoteli i Tury­styki i ofi­cera na lot­ni­sku, dzięki czemu na moją wizę patrzyli przez palce. Na przy­kład, czwórkę moich przy­ja­ciół mni­chów — z któ­rych dwaj to rodo­wici miesz­kańcy Kam­bo­dży, a pozo­stała dwójka to Bir­mań­czycy, od lat żyjący i naucza­jący w Phnom Penh – bez­ce­re­mo­nial­nie zatrzy­mano na uciąż­liwe prze­słu­cha­nie. Uda­jąc się następ­nego dnia do klasz­toru Sule nie byłem pewny czy ich tam w ogóle zastanę. Na szczę­ście byli i jak to bud­dyj­scy mnisi ser­decz­nie się uśmie­chali radu­jąc, że żyją.

       Następną dzień i noc spę­dzi­łem już w klasz­to­rze. Korzy­sta­nie z hotelu w warun­kach braku prądu i nie­dzia­ła­ją­cej kli­ma­ty­za­cji nie miało sensu. Pokoje klasz­torne są bez okien, a że kli­ma­ty­za­cji nie było tam nigdy, mnisi radzili sobie z wen­ty­la­cją w spo­sób tra­dy­cyjny – wyko­rzy­stuj prze­ciąg wie­jący przez szpary w deskach pro­wi­zo­rycz­nych ścian. Stąd w klasz­to­rze było znacz­nie przy­jem­niej niż w hotelu, a jedyną uciąż­li­wo­ścią było dosto­so­wa­nie się do obo­wią­zu­ją­cego roz­kładu dnia, ale jakoś sobie radzi­łem. Naj­pierw, o 5 rano była modli­twa, z któ­rej natu­ral­nie byłem zwol­niony, o szó­stej rano zje­dli­śmy wspól­nie ryż z owo­cami, cał­kiem przy­zwo­ity, i popili wodą. Potem towa­rzy­szy­łem im w odwie­dzi­nach patro­nów, czyli spon­so­rów kolej­nego posiłku. Fry­zjer dał nam kala­repę, skle­pi­karz mleko sojowe i kawa­łem kur­czaka, na poczcie dosta­li­śmy pomi­dory i mąkę, ja sam kupi­łem mar­chewkę, cebulę i parę innych jarzyn. W ten spo­sób, po dwóch godzi­nach cho­dze­nia po proś­bie mie­li­śmy pięć dużych naczyń wypeł­nio­nych żyw­no­ścią, co z nawiązką wystar­czyło dla jede­na­stu mni­chów, jacy w owym cza­sie zamiesz­ki­wali klasz­tor. O 11-tej był drugi posi­łek – pyszny gulasz z kala­repy, cebuli i mar­chwi — i….koniec! Szlus! Do następ­nego dnia rano.

       Trzy­ma­łem się mniej wię­cej do 18.00. W końcu uzna­łem, że nawet chęć zrzu­ce­nia kilku dodat­ko­wych kilo­gra­mów nie uza­sad­nia takiej tor­tury. Pomy­śleć, że Ross tak żyje od 22 lat, Bun­than pra­wie 20 lat, a naj­star­szy Kyi ponad 45 lat. Pod wie­czór pod­da­łem się i dys­kret­nie posze­dłem do mia­sta, gdzie zgrze­szy­łem kil­koma pie­ro­gami z nadzie­niem kur­czako — warzyw­nym. Do dziś pamię­tam ten smak. Pyszny!. Może gdy­bym miał coś do roboty. Jakieś zaję­cie, książkę, tele­wi­zor, kom­pu­ter, to bym tę gło­dówkę prze­trzy­mał. Książkę wpraw­dzie mia­łem, jed­nakże w sali, w któ­rej miesz­ka­li­śmy z braku prądu było ciemno. Oni recy­to­wali swoje reli­gijne dzieła, odma­wiali pobożne for­muły, a ja się potwor­nie nudzi­łem. Oka­zało się, że Bun­than, który z jede­nastki mni­chów naj­le­piej znał angiel­ski, jest w klasz­tor­nej hie­rar­chii wyrocz­nią. Peł­niąc więc rolę arbi­tra w kwe­stiach reli­gij­nych, nie miał chwili czasu na roz­mowę ze mną. Nuda, jak wia­domo, sty­mu­luje uczu­cie głodu. Zwłasz­cza gdy zewsząd docho­dzi woń sma­ko­wi­tych potraw Indochin.

      Ran­kiem, po pierw­szym śnia­da­niu, w trak­cie kwe­sty żyw­no­ści na dru­gie śnia­da­nie, Bun­than zauwa­żył, że mam anioła stróża. Za namową mni­chów, po obej­rze­niu Zło­tej Pagody (Szwe Dagon) i kolek­cji złota w sto­łecz­nym muzeum, bo Sule zna­łem już jak wła­sną kie­szeń, zde­cy­do­wa­łem się ran­kiem dnia następ­nego pole­cieć do znacz­nie mniej repre­syj­nego Man­da­lay. Tym bar­dziej, że i tak pobyt w Man­da­lay mia­łem w swo­ich pla­nach. W noc poprze­dza­jącą wylot, jeden z mni­chów zapro­wa­dził mnie do pod­ziem­nej (dosłow­nie; znaj­do­wała się pod piw­nicą dużej kolo­nial­nej kamie­nicy) kawia­renki inter­ne­to­wej, gdzie po ogrom­nych tru­dach, pole­ga­ją­cych na spryt­nych obej­ściu rzą­do­wej blo­kady połą­czeń, doko­na­łem on-line rezer­wa­cji hotelu Man­da­lay City w Man­da­lay. Na miej­scu oka­zało, że ten mój zeszło­nocny wysi­łek poszedł na marne. Wsku­tek wyłą­cze­nia prądu w Man­da­lay całą pocztę elek­tro­niczną dia­bli wzięli, a wraz z nią moją rezer­wa­cję. Na szczę­ście z braku tury­stów pokoi hote­lo­wych było pod dostat­kiem. Dzięki awa­rii mia­łem także oka­zję poznać rik­sza­rza: Mo Go.

Cdn

 

Jan M Fijor

www.fijor.com

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

No Comments Yet.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*