Nie ratować!

Jeżeli pom­po­wa­nie miliar­dów dola­rów w upa­da­jącą gospo­darkę jest dobrym roz­wią­za­niem, to dla­czego giełda nadal dołuje, rośnie bez­ro­bo­cie, a nastroje rece­syjne pogłę­biają się?

Dia­gnoza

Pomimo ener­gicz­nej akcji poli­ty­ków, glo­balny kry­zys gospo­dar­czy ma się dobrze i już wkrótce wybuch­nie ze zdwo­joną siłą. Wska­zują na to cho­ciażby infor­ma­cje z firmy ratin­go­wej Fitch, a kon­kret­nie, dane z rynku komer­cyj­nych kre­dy­tów hipo­tecz­nych. Wynika z nich, że kry­zys poży­czek miesz­ka­nio­wych wyso­kiego ryzyka (sub­prime mort­gage), znany w mediach, jako NINJA to led­wie pre­lu­dium „wiel­kiego wybu­chu”, jaki nas dopiero czeka z powodu kra­chu na rynku kre­dy­tów zacią­gnię­tych w latach boomu gospo­dar­czego na budowę biu­row­ców, hoteli, cen­trów han­dlo­wych czy kasyn. Czyżby miliardy dola­rów (i euro) wpom­po­wane w rato­wa­nie upa­da­ją­cych sek­to­rów poszły na marne?
W czym tkwi błąd pro­gra­mów ratun­ko­wych? W prze­ko­na­niu poli­ty­ków i, nie­stety, więk­szo­ści eko­no­mi­stów, że jedyną przy­czyną kry­zysu był nie­do­sta­tek regu­la­cji, zbyt słaba kon­trola rządu nad biz­ne­sem, a także ślepa wiara w wolny rynek. Przy­znał to nawet sam Alan Gre­en­span, do nie­dawna guru poli­tyki mone­tar­nej, bijąc się w piersi i mówiąc, że i on dał się oszu­kać, kiedy — mani­pu­lo­wał sto­pami pro­cen­to­wymi i podażą pie­nią­dza. W wyniku takiej dia­gnozy, urzęd­nicy rzą­dowi poczuli się odpo­wie­dzialni za losy świata, a że innego pomy­słu nie mieli, zaczęli roz­da­wać ban­kru­tu­ją­cym biz­ne­som biliony dola­rów w for­mie pro­gra­mów ratun­ko­wych, kre­dy­tów ostat­niej szansy bądź nacjo­na­li­zu­jąc różne insty­tu­cje finan­sowe — byle tylko przy­pad­kiem gniew spo­łeczny nie odsu­nął ich od wła­dzy. Czy to ma być rekom­pen­sata za chwilę sła­bo­ści, któ­rej skut­kiem było wła­śnie zbyt­nie zaufa­nie dla rynku? Oka­zja do napra­wie­nia błędu?
Uko­ro­no­wa­niem tego spo­sobu rozu­mo­wa­nia była nagroda Nobla w dzie­dzi­nie eko­no­mii dla pro­fe­sora Paula Krug­mana, wzię­tego felie­to­ni­sty New York Times, który od lat ostrze­gał świat przed samo­wolą kapi­ta­li­stów, pro­po­nu­jąc zastą­pie­nie ist­nie­ją­cego sys­temu wol­no­ryn­ko­wego gospo­darką pla­nową. Komi­tet nagrody Nobla uznał, że Krug­man ma rację, no bo jeśli nie rynek, to kto? Tym bar­dziej, że kapi­ta­lizm w sfe­rach zbli­żo­nych do tzw. auto­ry­te­tów moral­nych nigdy nie cie­szył się wzię­ciem.
Terapia

Trafna dia­gnoza – o czym wie każdy lekarz – to waru­nek wyle­cze­nia. I odwrot­nie; błędne roz­po­zna­nie może być zabój­cze.
I choć nie­liczni prze­bą­ki­wali, że do kry­zysu dopro­wa­dziła raczej eks­pan­sja kre­dy­towa banku cen­tral­nego na pod­sta­wie pie­nią­dza z powie­trza, a nie wolny rynek, to ich głosy zba­ga­te­li­zo­wano, gdyż były nie­wy­godne. Kiedy latem i jesie­nią 2008 gospo­darka zaczęła cier­pieć na brak płyn­no­ści (cash), jedy­nym środ­kiem tera­peu­tycz­nym stały się zale­ce­nia p. Krug­mana, pole­ga­jące na oży­wie­niu jej za pomocą two­rze­nia przez rząd miejsc pracy oraz sty­mu­lo­wa­nia kon­sump­cji nową falą podaży pie­nią­dza, raba­tów podat­ko­wych i innych mecha­ni­zmów o cha­rak­te­rze poda­żo­wym. Były to te same środki, które ponad 70 lat temu pro­po­no­wał inny bry­tyj­ski inter­wen­cjo­ni­sta, Bry­tyj­czyk, John May­nard Key­nes, chwa­ląc słusz­ność Roose­vel­tow­skiego Nowego Ładu i innych dzia­łań mają­cych rato­wać świa­tową gospo­darkę przed kry­zy­sem, w jaki rze­komo wpę­dził ją wolny rynek. I cho­ciaż błęd­ność kon­cep­cji Key­nesa wyka­zał Ludwig von Mises na długo przed ich sfor­mu­ło­wa­niem, dowo­dząc że eta­tyzm i kie­ro­wane przez poli­ty­ków (urzęd­ni­ków) rzą­dowe pro­gramy ratun­kowe przy­no­szą wię­cej szkody niż pożytku, para­dyg­mat inter­wen­cjo­ni­zmu trzyma się dziel­nie do dzi­siaj.
Mimo ostrze­żeń innego nobli­sty, Frie­dri­cha von Hay­eka, który w Dro­dze do znie­wo­le­nia już w 1944 roku pisał, że odda­nie gospo­darki w ręce poli­ty­ków, ludzi o men­tal­no­ści urzęd­ni­czej (mierny, bierny, ale wierny) jest rów­nie nie­roz­tropne, jak powie­rze­nie wil­kowi opieki nad sta­dem owiec, oby­wa­te­lom podoba się pomysł, by wła­dzę nad gospo­darką ode­brać ludziom biz­nesu i prze­ka­zać urzęd­ni­kom. W tej wie­rze utwier­dzają ich na każ­dym kroku naj­bar­dziej zain­te­re­so­wani, czyli wła­śnie poli­tycy. Wtó­rują im eko­no­mi­ści, zwłasz­cza ze świata aka­de­mic­kiego, któ­rzy żyją z budżetu i nie lubią biz­nesu. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych ich lide­rem jest wła­śnie Paul Krug­man, w Euro­pie i w Pol­sce takich „Krug­ma­nów” są tysiące. Naj­gor­sze jest jed­nak to, że pomysł na lecze­nie błę­dów wol­nego rynku za pomocą regu­la­cji urzęd­ni­czej spo­tyka się z apro­batą tych, któ­rzy za tę tera­pię płacą naj­wyż­szą cenę – samych podat­ni­ków. Powód? Z jed­nej strony zawiść w sto­sunku do boga­tych kapi­ta­li­stów, z dru­giej… zwy­kła ignorancja.

Na chłop­ski rozum

W trud­nych warun­kach ludzie wpa­dają w panikę i robią głup­stwa i tylko tym można wytłu­ma­czyć brak kon­se­kwen­cji ze strony rzą­dzą­cych, mediów a zwłasz­cza eko­no­mi­stów, któ­rzy z jed­nej strony reagują kry­tycz­nie na hossy, sta­ra­jąc się okieł­zać „roz­grzaną” gospo­darkę i kry­ty­ku­jąc nad­mierny kon­sump­cjo­nizm, z dru­giej zaś – wła­śnie w chwi­lach kry­zysu — mobi­li­zują spo­łe­czeń­stwa zachę­tami do jak naj­więk­szej kon­sump­cji. Trudno się wprost zorien­to­wać, co jest naprawdę korzystne; wysoka kon­sump­cja, czy może ogra­ni­czona kon­sump­cja. Zwra­cam na to uwagę, gdyż aku­rat teraz – od Ala­ski poprzez Gibral­tar aż po Ural różni eks­perci róż­nych rzą­dów nama­wiają swo­ich prze­ło­żo­nych, by za wszelką cenę pom­po­wali w gospo­darkę pie­nią­dze – czy to w postaci inwe­sty­cji w roboty publiczne, zwane z ele­gancka: infra­struk­turą, czy w postaci niż­szych podat­ków; jedno i dru­gie ma się prze­ło­żyć na wzrost kon­sump­cji. A wyż­sza kon­sump­cja, zgod­nie z para­dyg­ma­tem Key­nesa, ma pomóc prze­zwy­cię­żyć kry­zys eko­no­miczny. Odpry­skiem tej tezy jest ogólna nie­chęć rzą­dzą­cych do oszczę­dza­nia, co prze­ja­wia się m.in. w braku sza­cunku do pie­nią­dza, niskim opro­cen­to­wa­niu odse­tek, a także ten­den­cjach pro­in­fla­cyj­nych. Doszło do tego, że Paul Krug­man depre­cjo­nuje na łamach New York Times cnotę oszczęd­no­ści, nazy­wa­jąc ją zwy­czaj­nie… występ­kiem wobec inte­resu spo­łecz­nego.
Na chłop­ski rozum zwo­len­nicy rato­wa­nia gospo­darki mają rację uwa­ża­jąc, że spa­dek kon­sump­cji (i wzrost oszczęd­no­ści) w sytu­acjach kry­zy­so­wych wywo­łuje spa­dek pro­duk­cji, a tym samym pogar­sza ren­tow­ność biz­nesu, czego skut­kiem jest spa­dek docho­dów lud­no­ści, bez­ro­bo­cie, jesz­cze słab­sza kon­sump­cja i głęb­szy kry­zys. Receptą na to – pisał John May­nard Key­nes — powinno być wła­śnie skło­nie­nie ludzi do kon­sump­cji, a co za tym idzie, wzrost gospo­dar­czy. Recepta przy­po­mina swą pro­stotą pomysł Juliana Tuwima, który był zda­nia, że dla uczy­nie­nia Pola­ków boga­tymi wystar­czy każ­demu miesz­kań­cowi Pol­ski dać po 50 tys. zło­tych.
Gdyby sprawa była taka pro­sta nie mie­li­by­śmy rece­sji, kry­zy­sów, depre­sji a zwłasz­cza biedy. Wystar­czy­łoby zachę­cić ludzi do kon­sump­cji przez obniżkę podat­ków stopy opro­cen­to­wa­nia kre­dy­tów, a jeśli i to by nie pomo­gło przez wywo­ła­nie kon­sump­cji za pomocą wydat­ków rzą­do­wych, tak jak to się dzieje obec­nie w USA (Plan Paul­sona) czy ma się dziać w Unii Euro­pej­skiej (Plan Sarkozy’ego)8. Pro­blem w tym, że więk­sza ilość pie­nię­dzy w kie­szeni oby­wa­tela nie gwa­ran­tuje wcale więk­szych wydat­ków i wzro­stu pro­duk­cji. Starsi z nas pamię­tają dobrze, że w cza­sach PRL, ludzie mieli pie­nią­dze, ale nie mogli za nie niczego kupić, bo wszyst­kiego bra­ko­wało. Same pie­nią­dze nie wystar­czą, konieczny jest pro­dukt, który ludzie za nie kupią. Jeśli jest nim futro z norek, potrzebny będzie nie tylko kuśnierz, pro­du­cent, nici, maszyn do szy­cia, igieł, ale i hodowca norek, wete­ry­narz, far­ma­ceuta, gar­barz, hur­tow­nik i wiele innych ogniw pośred­nich, dzięki któ­rym moż­liwe jest wypro­du­ko­wa­nie i dostar­cze­nie do sklepu futra z norek. Taki naj­prost­szy, zda­wa­łoby się, ołó­wek wymaga przy pro­duk­cji udziału ponad… 100 tysięcy osób.
Zanim taką machinę uru­cho­mimy, mija dużo czasu. To nie jest tak, że rząd daje nam gotówkę, za którą uru­cha­miamy pro­duk­cję futer czy cze­go­kol­wiek innego. Czasy pro­stych, mało skom­pli­ko­wa­nych wyro­bów, które można mieć na zamó­wie­nie minęły. Spe­cja­li­za­cja i podział pracy dopro­wa­dziły do wydłu­że­nia pro­ce­sów pro­duk­cyj­nych. Dawny tkacz dywa­nów potrze­bo­wał wrze­ciona, warsz­tatu, krze­sła i wła­snego wysiłku. Sia­dał i tkał. Dzi­siaj pro­duk­cja dywanu to skom­pli­ko­wany pro­ces, który wymaga fabryk, pracy maszyn tkac­kich, kom­pu­te­rów, desi­gne­rów, sty­li­stów etc. Wydaj­ność jed­nost­kowa i koszt jest niż­szy, ale sto­pień zło­żo­no­ści wyż­szy. Przy czym gros osób two­rzą­cych pro­ces nie ma kon­taktu z pro­duk­tem final­nym, gdyż zaj­mują się głów­nie wytwa­rza­niem narzę­dzi lub pośred­nich środ­ków pro­duk­cji. Ich pro­duk­tem są pół­pro­dukty wyko­rzy­sty­wane w kolej­nych ogni­wach aż do pro­duktu final­nego, czyli kon­sump­cyj­nego.
W nor­mal­nych cza­sach nawet tak zło­żony pro­ces pro­duk­cji prze­biega w spo­sób płynny, w okre­sie rece­sji zaczyna się jed­nak roz­pa­dać. Jego roz­pad prze­biega nie­rów­no­mier­nie. Powiedzmy, że pro­du­cent wrze­cion jest na skraju ban­kruc­twa, ale już pro­du­cent nici zna­lazł kon­tra­henta pro­du­ku­ją­cego koronki i część nici, którą do tej pory sprze­da­wał tka­czowi dywa­nów, sprze­dał tym razem koron­karce. Sło­wem, jedne ogniwa pro­cesu pro­duk­cji zwal­niają o 10 pro­cent, inne o 35 pro­cent, jesz­cze inne ban­kru­tują, a nie­liczne nawet pro­spe­rują.
Aby w cza­sie kry­zysu ten roz­pad upo­rząd­ko­wać i odtwo­rzyć pro­ces pro­duk­cji w tem­pie porów­ny­wal­nym do tego sprzed rece­sji, potrzebny jest czas. Nie wystar­czą pie­nią­dze. Paul Krug­man, Jerzy Osia­tyń­ski, Grze­gorz Kołodko, Miro­sław Gro­nicki czy Jerzy Hau­sner głę­boko się mylą, sądząc, że wystar­czy zwięk­szyć podaż pie­nię­dzy i zakupy o, powiedzmy, dwa pro­cent, by gospo­darka zaczęła rosnąć do poziomu sprzed kry­zysu. Te pro­dukty – pisze w The Struc­ture of Pro­duc­tion, ame­ry­kań­ski eko­no­mi­sta i finan­si­sta, Mark Sko­usen — musi ktoś naj­pierw wytwo­rzyć, a nie zrobi tego, jeśli wie, że to mu się nie opłaci, albo nie ma moż­li­wo­ści kupna potrzeb­nego mu surowca lub pracy ludzkiej.

Korekta cyklu

Odbu­dowa cyklu pro­duk­cyj­nego osła­bio­nego (lub zabu­rzo­nego) przez kry­zys musi jakiś czas trwać. Zwłasz­cza jeśli kry­zys został wywo­łany poli­tyką eks­pan­sji kre­dy­to­wej (albo jak kto woli: taniego pie­nią­dza), tak jak to miało miej­sce w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, gdzie bez­po­śred­nią przy­czyną rece­sji był boom na rynku nie­ru­cho­mo­ści wywo­łany eks­pan­sywną poli­tyką mone­tarną, pole­ga­jącą na pom­po­wa­niu przez bank cen­tralny (FED) w gospo­darkę (za pośred­nic­twem ban­ków komer­cyj­nych) pie­nię­dzy wykre­owa­nych z powie­trza, zamiast z oszczęd­no­ści lub pro­duk­cji. Dopro­wa­dziło to wielu przed­się­bior­ców do prze­ko­na­nia, że sytu­acja gospo­dar­cza jest lep­sza, niż była w rze­czy­wi­sto­ści. Skut­kiem sztucz­nie wytwo­rzo­nego (przez bank cen­tralny, czyli FED) opty­mi­zmu był opty­mizm realny, pole­ga­jący na uru­cha­mia­niu dzia­łań, na które w rze­czy­wi­stej gospo­darce nie było zapo­trze­bo­wa­nia. Kry­zys zaczął się z chwilą, gdy bank cen­tralny – w oba­wie przed infla­cją, do któ­rej prze­waż­nie pro­wa­dzi two­rze­nie pie­nią­dza z powie­trza — zaczął się ze swej poli­tyki wyco­fy­wać i ogra­ni­czać podaż pie­nią­dza – na rynku nastą­pił chaos, póź­niej kry­zys, aż w końcu pro­gramy ratun­kowe, które w naj­lep­szym przy­padku korektę gospo­darki zabu­rzyły.
Lord Key­nes zapo­mniał nie tylko o natu­rze pro­cesu pro­duk­cyj­nego, lecz także o natu­rze ludz­kiej. Czło­wieka do kon­sump­cji zmu­szać nie trzeba – pisze Ludwig von Mises. Raczej trzeba go przed nią powstrzy­my­wać. Jeśli ktoś nie wie­rzy, niech poroz­ma­wia z oso­bami zadłu­żo­nymi na kar­tach kre­dy­to­wych i spraw­dzi sta­ty­styki dłuż­ni­ków Visa czy Master­card.
To prawda, że w okre­sie rece­sji, kiedy nie wia­domo, co się może wyda­rzyć (a nie wia­domo, bo kre­atyw­ność poli­ty­ków ratu­ją­cych nas przed kry­zy­sem dorów­nuje jedy­nie ich eko­no­micz­nej igno­ran­cji i prze­bie­gło­ści), ludzie wstrzy­mują się od kon­sump­cji i zaczy­nają oszczę­dzać. Czy trudno im się dzi­wić? Nie wie­dząc, na czym stoję, wolę się powstrzy­mać od kon­sump­cji i przy­naj­mniej na jakiś czas ją odło­żyć. Oszczę­dza­nie nie jest prze­ci­wień­stwem kon­sump­cji (czy inwe­sty­cji), ono jest jej odło­że­niem w cza­sie i prze­strzeni. Oszczę­dzam pie­nią­dze w banku, bo liczę na to, że moja cier­pli­wość, czy powścią­gli­wość zostaną nagro­dzone kil­koma pro­cen­tami zysku. Decy­duję się nie kon­su­mo­wać dzi­siaj 1000 zł po to, aby za rok móc skon­su­mo­wać 1080 zł, albo za 9 lat 2000 zł, a rów­no­cze­śnie pozwa­lam ban­kowi poży­czać moje pie­nią­dze komuś, kto zechce je zain­we­sto­wać w jakąś poży­teczną dzia­łal­ność, na któ­rej wszy­scy sko­rzy­stamy. Za moje 1000 zł dzi­siaj mógł­bym kupić żonie sukienkę balową, na czym zaro­biłby pro­du­cent mate­ria­łów, pro­jek­tant, kra­wiec, za 9 lat być może kupię jej złoty pier­ścio­nek, na czym zarobi jubi­ler. Dla­czego taka zamiana bene­fi­cjan­tów mojej kon­sump­cji mia­łaby być szko­dliwa dla gospo­darki? W czym kra­wiec jest lep­szy od jubi­lera?
Co wię­cej, część kraw­ców, dla któ­rych zaczyna bra­ko­wać pracy dzi­siaj, ma oka­zję prze­kwa­li­fi­ko­wać się i zostać złot­ni­kami lub fachow­cami w innym poży­tecz­nym zawo­dzie. Jeśli sami na to nie wpadną, pomogą im w tym przed­się­biorcy, któ­rzy stwo­rzą popyt na nowe, lep­sze miej­sca pracy. Oszczę­dza­nie nie spo­wo­duje żad­nych strat na rynku, ono jedy­nie dopro­wa­dzi do korekty błęd­nych inwe­sty­cji czy lokat. Robert P. Mur­phy z Insty­tutu Misesa w Ala­ba­mie przy­rów­nuje ten pro­ces do decy­zji tysiąca osób, które w tro­sce o zdro­wie zamiast jeść fast food, zaczną kon­su­mo­wać świeże owoce i jarzyny. Czy taka zmiana ozna­cza jaką­kol­wiek stratę spo­łeczną? Chyba jed­nak nie.
Key­nes i jemu współ­cze­śni, zaśle­pieni nie­chę­cią do kapi­ta­li­zmu, zwo­len­nicy odda­nia wła­dzy nad gospo­darką urzęd­ni­kom nie rozu­mieją, że spa­dek kon­sump­cji nie jest spad­kiem w ogóle, lecz tylko opóź­nie­niem jej do czasu aż kon­su­menci uznają, że dal­sze powstrzy­my­wa­nie się (od kon­su­mo­wa­nia) może im przy­nieść stratę. Taką decy­zję ludzie muszą pod­jąć sami! Jaka­kol­wiek inter­wen­cja rządu (banku cen­tral­nego) zwięk­szy tylko napię­cie i zro­dzi poczu­cie zagro­że­nia. Wszak gdyby sytu­acja nie była tak dra­ma­tyczna – myśli prze­ciętny Smith, Kowal­ski czy Suzuki – rząd by nie inter­we­nio­wał. Strach rodzi panikę, a ta z kolei agre­sję. Nie wszy­scy wie­dzą, że w sytu­acjach trud­nych poli­tycy dzia­łają po omacku i prze­waż­nie popeł­niają błędy. Przy­kła­dem jest hiper­in­fla­cja w Niem­czech w 1923 roku, Wielka Depre­sja 1929 – 1933, kry­zys „ener­ge­tyczny” począt­ków lat 1970., a także dwie ostat­nie cięż­kie rece­sje, jedna zwią­zana z kry­zy­sem dot.com, druga z sub­prime mort­gage i bańką nie­ru­cho­mo­ści. Wszyst­kie te kry­zysy zostały wywo­łane w ten sam spo­sób – błędną poli­tyką mone­tarną banku cen­tral­nego i inter­wen­cją rządu.
Oby­wa­tele nawet w takich chwi­lach są znacz­nie bar­dziej racjo­nalni, a ich powścią­gli­wość w kon­sump­cji wynika głów­nie z braku wiary w sku­tecz­ność dzia­łań rządu i prze­ko­na­nia o umie­jęt­no­ści przed­się­bior­ców, któ­rzy z cza­sem prze­łkną gorycz straty wyni­kłej z błęd­nego osza­co­wa­nia rze­czy­wi­ści i dosto­sują swe zasoby (kapi­tał, ener­gię, czas, kapi­tał ludzki) do nowych, zmie­nio­nych warun­ków. Gospo­darka ruszy. Kry­zys dobie­gnie końca.

Non nocere

Im wię­cej rząd będzie prze­szka­dzał, tym dłu­żej potrwa kry­zys. Pakiety ratun­kowe nie zwięk­szają ogól­nego wolu­menu środ­ków, a jedy­nie służą ich redy­stry­bu­cji – od podat­nika do banku; od jed­nego przed­się­biorcy do dru­giego. Skut­kiem takiej redy­stry­bu­cji (de facto jest to zale­ga­li­zo­wana kra­dzież) jest pau­pe­ry­za­cja jed­nych i wzbo­ga­ce­nie dru­gich. O tym, kto się wzbo­gaci, a kto zbied­nieje decy­dują poli­tycy – ci sami, któ­rzy do kry­zysu dopro­wa­dzili. Celem inter­wen­cji jest wła­śnie odwró­ce­nie uwagi od praw­dzi­wego wino­wajcy, jakim są inter­wen­cjo­ni­ści, a przy oka­zji zre­wan­żo­wa­nie się kum­plom i sym­pa­ty­kom, któ­rzy teraz zna­leźli się w tara­pa­tach, ale gdy staną na nogi, o przy­słu­dze nie zapo­mną i pomogą w kam­pa­nii wybor­czej.
Głów­nym powo­dem, dla któ­rego poli­tycy nie wie­rzą w mądrość przed­się­bior­ców i rynek i wolą redy­stry­bu­cję – pisze Mur­ray N. Roth­bard — jest wła­śnie tro­ska o reelek­cję. Dzięki inter­wen­cjo­ni­zmowi zyskują jed­no­cze­śnie wdzięcz­ność obda­ro­wa­nych – nauczy­cieli, gór­ni­ków, pie­lę­gnia­rek czy ban­kie­rów – i dają dowód swej nie­zbęd­no­ści. Innymi słowy, zapew­niają sobie lekką, dobrze płatną pracę. Nie­wielu oby­wa­teli rozu­mie, a jesz­cze inni rozu­mieć nie chcą, że rząd nie ma wła­snych pie­nię­dzy, i jeśli jed­nemu daje, to dru­giemu musi zabrać. W tym mecha­ni­zmie, a nie w szla­chet­nym i dobrym sercu poli­tyka zawiera się kon­cep­cja pań­stwa opie­kuń­czego, które mar­no­trawi bogac­two naro­dów, napy­cha­jąc kie­sze­nie war­stwom uprzy­wi­le­jo­wa­nym.
Sztuczne napę­dza­nie kon­sump­cji przez budowę nikomu nie­po­trzeb­nych sta­dio­nów pił­kar­skich (gdyby były potrzebne, to by je zbu­do­wali inwe­sto­rzy pry­watni), wcze­śniej­sze eme­ry­tury czy odprawy dzia­łają na krótką metę. Wkrótce okaże się, że sta­diony nie przy­no­szą korzy­ści, eme­ry­tury obcią­żają budżet podat­nika, a alko­hol wypity za wypła­cone odprawy przy­nie­sie wię­cej szkód niż korzy­ści. Boom osią­gnięty przy pomocy „taniego” kre­dytu, wytwo­rzo­nego dzięki nad­mier­nej podaży pie­nią­dza daje złu­dze­nie, że gospo­darka kwit­nie i szybko się roz­wija. Skut­kiem tego są kolejne błędne decy­zje inwe­sty­cyjne, rece­sja, aż wresz­cie kolejny kry­zys. Naj­lep­szym tego dowo­dem jest to, że nawet zaan­ga­żo­wa­nie ogrom­nych środ­ków w reali­za­cję rze­komo mister­nego „plan Paul­sona”, nacjo­na­li­za­cja Fan­nie Mae i kilku innych firm finan­sowo – ubez­pie­cze­nio­wych, a ostat­nio wspar­cie kre­dy­towe dla prze­my­słu moto­ry­za­cyj­nego zdez­o­rien­to­wały świat biz­nesu, zamiast go oświe­cić i mu pomóc. Nawet guru finan­sów, War­ren Buf­fett stra­cił w ciągu kilku mie­sięcy bli­sko 42 pro­cent swego majątku. Oka­zuje się, że na głu­potę i dobre inten­cje poli­ty­ków nie ma sil­nych nawet na Wall Street.

Jan M. Fijor
„mises.pl” 2008-12-18

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 6

  1. Bruner pisze:

    Bar­dzo dobry text ale nie zga­dzam sie z kry­tyka obnizki podat­kow w celu pobu­dze­nia kon­sump­cji.. po pierw­sze niz­sze podatki zawsze lep­sze od wyzszych — mamy wie­cej w kie­szeni, a po dru­gie obnizka vatu nie ozna­cza ze sie rzu­cimy do skle­pow i kupimy dwa chleby zamiast jed­nego.. owszem bedzie wie­cej pie­nie­dzy do wyda­nia ale czesc ludzi szcze­gol­nie ze sie duzo mowi o kry­zy­sie i jak pan pisze powy­zej, te pie­nia­dzy odlozy albo wyda je madrzej. Zakla­dam przy obnizce podat­kow nie zwiek­sza­nia defi­cytu.. poza tym wwg mnie wszystko okej :) pozdra­wiam i powodzenia!

  2. Jan M. Fijor pisze:

    No to ja doklad­nie to wla­snie pisze.pozdrawiam jmf

  3. Marek Stempkowski pisze:

    Odno­śnie Vatu — ja był opto­wał za pod­wyżką vatu i znie­sie­niem lub obni­że­niem podatku linio­wego nawet do 10%.
    Kon­se­kwet­nie. Jestem za pod­wyzką VATu nawet do 30 – 40%.
    Prze­su­nię­cie pie­nię­dzy mogłoby ure­al­nić pła­cone podatki szcze­gol­nie przez Małe i Sred­nie firmy w Pol­sce.
    Nie zga­dzam się aby wszyst­kie dzia­łal­no­ści opo­dat­ko­wy­wać bez opa­mie­ta­nia. Nie­kto­rzy podat­nicy płacą w pol­sce wie­cej zusu niz osią­gają dochodu.. winne są prze­pisy pro spo­łeczne.. a nie pro eko­no­miczne..
    np. umowa o pracę.. dla­czego to poję­cie może wyjść z uży­cia już nie­długo?
    Bo staje się mało opła­calne w pol­skich realiach.

  4. krokodyl d pisze:

    klu­czem do suk­cesu po pierw­sze jest zwiek­szona kon­trola wydat­kow firm tzw pry­wat­nych na pro­wi­zje dla pseudo mena­ge­row i ich kla­kie­row , /politykow itp/ zwiazki zawo­dowe /mafia zraca gru­powa kase / caly kry­zys jest efek­tem zapo­mnie­nia pro­stych eko­no­micz­nych zasad nie pozy­cza sie klien­towi o kto­rym sie wie ze ma juz kilka pozy­czek a mimo to nie ma pie­nie­dzy a na dodatkk wszyst­kie naj­lep­sze pomy­sly kon­cza sie kle­ska .To ze obec­nie tylko duza inwe­sty­cja ma szanse prze­trwa­nia tez leglo w gru­zach .Wyj­j­sciem z kry­zysu wydaje sie byc tylko WOJNA.

  5. tytus pisze:

    Dzię­kuję za świetny tekst. Dobrze że wspo­mniał Pan o kilku auto­ry­te­tach eko­no­micz­nych z naszego rodzi­mego podwórka. Kry­zys to dla nich wyjąt­kowa oka­zja, by bry­lo­wać w tele­wi­zji. Szkoda tylko że nie spo­sób cokol­wiek war­to­ścio­wego od nich usły­szeć. Czy brak im wie­dzy, czy odwagi? Z pew­no­ścią eko­no­miczny sta­tus quo to (po)twór, który jest rów­nież ich dzie­łem. Ci rzą­dowi eko­no­mi­ści to wdg. naj­więk­sza prze­szkoda na dro­dze eko­no­micz­nej edu­ka­cji spo­łe­czeń­stwa. Pro­szę wstą­pić do Empiku: zwali się Panu na głowę stos ksią­żek Kołodki czy mark­sistki Klein. Włą­czamy tele­wi­zor: Osia­tyń­ski toruje drogę rzą­dowi. Itp. Sytu­acja wydaje się bez­na­dziejna, ale wła­śnie dla­tego warto pisać prawdę. Pro­szę pisać dalej!

  6. Sławomir Staszak pisze:

    Na tytu­łowe pyta­nie lewacy odpo­wiedź mają
    taką: „Bo wpom­po­wano zbyt mało pie­nię­dzy. Należy pom­po­wać jesz­cze, jesz­cze wię­cej… a naj­le­piej bez ustanku całymi latami, pro­gre­syw­nie, co roku wię­cej… a gdy zabrak­nie na pom­po­wa­nie pie­nię­dzy, bedzie to ozna­czało, że przy­szedł czas na zasi­ska­nie pasa i oszczę­dza­nie na… pompowanie.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts