Okazja

Ustawa regla­men­tu­jąca prze­zna­cze­nie grun­tów rol­nych jest pod każ­dym wzglę­dem szko­dliwa. Jedy­nym jej skut­kiem, a kto wie czy nie celem, jest stwo­rze­nie urzęd­ni­kom admi­ni­stra­cji rol­nej i pokrew­nym, nie wyłą­cza­jąc spo­śród nich mini­strów i wice­pre­mie­rów, oka­zji do dodat­ko­wych korzy­ści, zna­nych jako korupcja.

Wspólna Poli­tyka Rolna, znana pod angiel­skim skró­tem CAP, powo­łana została do życia w latach 1950. Jej celem było zapew­nie­nie oby­wa­te­lom kra­jów EWG wystar­cza­ją­cej ilo­ści żyw­no­ści. Podobny powód przy­świe­cał par­la­men­ta­rzy­stom PRL, gdy uchwa­lali ustawę o obro­cie grun­tami rol­nymi, a następ­nie usta­wo­daw­com IIIIV RP, któ­rzy z taką dba­ło­ścią o detal póź­niej ją sobie przy­swo­ili. Mimo iż od, co naj­mniej, 10 lat, sytu­acja, zarówno w Unii, jak i w Pol­sce ule­gła rady­kal­nej zmia­nie i usta­wo­daw­stwo to nie ma sensu, regla­men­ta­cja ziemi nadal obo­wią­zuje. Dzi­siaj bowiem pro­ble­mem nie jest brak żyw­no­ści, lecz raczej jej nad­pro­duk­cja. Dla­tego, CAP z pro­mo­tora pro­duk­cji żyw­no­ści stała się mecha­ni­zmem jej ogra­ni­cza­nia.
Pol­ska nie jest tu wyjąt­kiem. Od połowy lat 1990. pro­ble­mem staje się w naszym kraju nad­pro­duk­cja żyw­no­ści i kosz­towny skup inter­wen­cyjny. I choć hamuje to roz­wój gospo­dar­czy, wzrost budow­nic­twa i infra­struk­tury, zie­mia rolna jest nadal przez pań­stwo chro­niona. Szcze­gólną formą tej ochrony jest regla­men­ta­cja jej obrotu i wyko­rzy­sta­nia. Przy­biera ona kilka form. Jedną z nich są szko­dliwe gospo­dar­czo ogra­ni­cze­nia w obro­cie grun­tami rol­nymi na rzecz cudzo­ziem­ców. Drugą, zakaz zmiany prze­zna­cze­nia pry­wat­nej ziemi rol­nej na cele nie rolne. Jedna i druga nie ma abso­lut­nie żad­nego uza­sad­nie­nia. Zie­mia, podob­nie jak praca ludzka, czas, kapi­tał, czy surowce, jest dobrem rzad­kim, czyli wystę­puje w nie­do­bo­rze. Wła­ściwa gospo­darka pole­gać ma na tym, aby każde dobro rzad­kie wyko­rzy­stać w spo­sób mak­sy­mal­nie wydajny. W prze­ciw­nym razie mamy do czy­nie­nia z mar­no­traw­stwem i tra­cimy wszy­scy.
Nie trzeba być eks­per­tem, żeby dostrzec, że prze­zna­cza­nie ziemi na cele rol­ni­cze, jak i całe nasze rol­nic­two jest mar­no­trawne. Pra­wie 28 pro­cent Pola­ków, zaj­mu­ją­cych się rol­nic­twem, pro­du­kuje nie­wiele ponad 7 pro­cent dochodu naro­do­wego; kil­ka­krot­nie mniej niż inne branże. A i to trzeba ich wspie­rać sub­sy­diami, sku­pem inter­wen­cyj­nym, zwol­nie­niami z podatku i miliar­do­wymi dopła­tami do ubez­pie­cze­nia spo­łecz­nego, KRUS. O wiele taniej wyszłoby nam cał­ko­wite zanie­cha­nie pro­duk­cji rol­nej, prze­zna­cze­nie nad­wyżki siły robo­czej do pracy w innych gałę­ziach gospo­darki i import żyw­no­ści. Jed­nakże gałęzi, do któ­rych mogliby ci ludzie przejść wciąż nie ma, a nie ma ich mię­dzy innymi dla­tego, że bra­kuje ziemi, na któ­rej mogłyby powstać; obsiana jest ona psze­nicą, jęcz­mie­niem albo zajęta przez inne mar­no­trawne uprawy.

W warun­kach gospo­darki ryn­ko­wej pro­ces zmiany prze­zna­cze­nia ziemi na mniej mar­no­trawne nastę­po­wałby samo­ist­nie. Z jed­nej strony spa­da­łaby opła­cal­ność pro­duk­cji rol­nej, z dru­giej rosła cena ziemi na cele nie rol­ni­cze. Spa­da­ją­cej opła­cal­no­ści pro­duk­cji rol­nej towa­rzy­szyłby spa­dek zain­te­re­so­wa­nia samym rol­nic­twem. Grunty uprawne przej­mo­wa­łyby inne branże, w tym np. budow­nic­two czy drogi. Zmniej­sza­ją­cemu się are­ałowi grun­tów upraw­nych towa­rzy­szyłby wzrost ich ceny i koma­sa­cja. Wła­ści­ciele grun­tów, któ­rzy zanie­cha­liby pracy na roli, uzy­ski­wa­liby cenny kapi­tał, dzięki któ­remu mogliby sobie stwo­rzyć bar­dziej wydajne, mniej mar­no­trawne miej­sca pracy. Koma­sa­cji towa­rzy­szyłby wzrost wydaj­no­ści pro­duk­cji. Wzro­stowi pro­duk­cji budow­la­nej, towa­rzy­szyłby spa­dek cen miesz­kań, a póź­niej także samej ziemi. Zakła­da­jąc nawet, że nie ma moż­li­wo­ści przy­wró­ce­nia cha­rak­teru rol­nego ziemi wyko­rzy­sta­nej na inne cele, ewen­tu­alne nie­do­bory żyw­no­ści w przy­szło­ści, wyrów­na­li­by­śmy wzro­stem wydaj­no­ści pro­duk­cji rol­nej, albo tanim impor­tem. Ubo­gie kraje Afryki, Azji czy Ame­ryki Połu­dnio­wej bła­gają roz­wi­nięty świat na kola­nach, aby zechciał łaska­wie kupić od nich żyw­ność za 20 – 30 pro­cent ceny obo­wią­zu­ją­cej w Euro­pie czy Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Ziem­niaki z Maroko, czy cebula i kala­fiory z Sudanu, wraz z cłami, podat­kami, akcyzą, kosz­tami trans­portu i pośred­nic­twa, są o ponad połowę tań­sze niż nasze pol­skie grule, pyry czy inne jarzyny.
Takiego mecha­ni­zmu nie da się jed­nak uru­cho­mić, bo na prze­szko­dzie stoi ustawa z 3 lutego 1995 r. o ochro­nie grun­tów rol­nych i leśnych (Dz.U. z 2004 r. nr 121, poz. 1266 z późn. zm.), zgod­nie z którą zgodę na „wyłą­cze­nia grun­tów z pro­duk­cji rol­ni­czej” wydaje pań­stwo. Nie dość, że zabra­nia się wła­ści­cie­lowi dys­po­no­wać jego pry­wat­nym mająt­kiem, co naru­sza fun­da­menty kon­sty­tu­cji, to na doda­tek zmu­sza się go do dzia­łań przy­no­szą­cych straty tak jemu, jak i pozo­sta­łym oby­wa­te­lom.
Jedy­nym bene­fi­cjan­tem zakazu są poli­tycy, któ­rzy z niego żyją. I dla­tego tak o niego dbają.

Pro­ce­dury wyłą­cza­nia ziemi – co przy­znają nawet kon­tro­le­rzy NIK — są bar­dzo skom­pli­ko­wane, trwają latami, są wewnętrz­nie sprzeczne, nie­ja­sne, a przede wszyst­kim uzna­niowe, czyli korup­cjo­genne. Zgod­nie z prze­pi­sami, wyłą­cza­nie grun­tów z pro­duk­cji rol­ni­czej lub leśnej ozna­cza zmianę ich prze­zna­cze­nia na cele inwe­sty­cyjne. Teo­re­tycz­nie, im słab­sza zie­mia, tym szyb­sze pro­ce­dury. W prak­tyce jed­nak, każ­dej takiej decy­zji towa­rzy­szy korup­cja. No, bo jakże nie sko­rzy­stać z oka­zji. Przy­kła­dowo, po uzy­ska­niu decy­zji o wyłą­cze­niu grun­tów z pro­duk­cji rol­nej wła­ści­ciele zobo­wią­zani są do uisz­cze­nia hara­czu uza­leż­nio­nego od powierzchni, klasy boni­ta­cyj­nej gruntu i wska­za­nego w usta­wie prze­licz­nika do cen żyta. I tak, gdy na odrol­nio­nym grun­cie ma powstać komer­cyjna inwe­sty­cja, zmiana prze­zna­cze­nia kosz­to­wać może jej wła­ści­ciela nawet rów­no­war­tość 750 ton żyta za 1 ha ziemi, któ­rej śred­nia war­tość wynosi dzi­siaj ok. 12 tys. zł. Licząc zatem po 600 zł za tonę żyta, haracz kosz­tuje mają­tek, aż 450 tys. zł.!
Czło­wiek, biu­ro­krata to wie, działa racjo­nal­nie. Jeśli mimo takich trud­no­ści i opłat chce zmie­nić prze­zna­cze­nie ziemi, to zna­czy, że na tej zmia­nie sko­rzy­sta. On sko­rzy­sta, a urzęd­nik, który mu taką wielką korzyść umoż­li­wia ma się ogra­ni­czyć do satys­fak­cji z dobrze speł­nio­nego obo­wiązku? Nie twier­dzę, że wszyst­kim decy­zjom o odrol­nie­niu towa­rzy­szy łapow­nic­two, bo tak nie jest. Jed­nakże samo prawo do odbie­ra­nia suwe­ren­no­ści wła­ści­cie­lowi grun­tów przez urzęd­nika jest już korup­cją. Zmu­sza ono bowiem podat­nika do utrzy­my­wa­nia zbęd­nych, kosz­tow­nych, a przede wszyst­kim szko­dli­wych gospo­dar­czo orga­nów, jakimi są: admi­ni­stra­cja rolna, Agen­cja Nie­ru­cho­mo­ści Rol­nych i sze­reg innych insty­tu­cji dba­ją­cych o to, aby zain­te­re­so­wa­nemu nie było łatwo. Nie ma to nic wspól­nego z tro­ską o zie­mię, któ­rej wspo­mniana ustawa miała słu­żyć. Jeśli rzą­dzący poli­tycy tego nie widzą, to albo nie nadają się do rzą­dze­nia, albo chcą utrzy­mać obo­wią­zu­jące sta­tus quo. Gdyby im zale­żało na ziemi, jej prze­zna­cze­nie pozo­sta­wi­liby w rękach tych, któ­rzy cenią ją naj­wy­żej, czyli tych, któ­rzy — bez względu na jej prze­zna­cze­nie — zapłacą za nią naj­wię­cej. Jeśli nawet się prze­li­czą i popeł­nią pomyłkę, to przy­naj­mniej zapłacą za nią wła­snymi, a nie naszymi pie­niędzmi. Poli­tyk, urzęd­nik, wia­domo, żyje za cudze. Nie dba więc o powie­rzony mu mają­tek tak, jakby dbał ktoś, kto za swe nie­dbal­stwo płaci z wła­snej kieszeni.

Hipo­kry­zja całej tej sytu­acji polega na tym, że z jed­nej strony two­rzy się kosz­towny, choć mało sku­teczny organ do walki z korup­cją (CBA), z dru­giej zaś dostar­cza mu się zaję­cia. Jedną ręką sieją korup­cję, drugą z nią wal­czą. Tym­cza­sem naj­prost­szą i naj­sku­tecz­niej­szą formą walki z korup­cją jest zli­kwi­do­wa­nie jej przy­czyn. W tym przy­padku, byłaby to abo­li­cja ustawy o obro­tach grun­tami. Ustawa ta hamuje roz­wój, pod­nosi cenę ziemi, jest kon­flik­to­genna, pau­pe­ry­zuje miliony drob­nych rol­ni­ków, szko­dzi podat­ni­kom, a przede wszyst­kim jest cał­ko­wi­cie zbyteczna.

Chyba, że – powta­rzam – cho­dzi o stwo­rze­nie oka­zji do korup­cji, a nie o walkę z nią. A jeśli tak, trzeba to powie­dzieć jasno i głośno.

Jan M. Fijor
„różne” 2007-07-23

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 1

  1. Sławomir Staszak pisze:

    Sąsie­dzi na „eta­cie” gminu: http://kapitalizm.org/?action=show_article&art_id=2751

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts