Oni wiedzą lepiej

Oni wie­dzą lepiej

Tho­mas Sowell
Tłum.: Szy­mon Czar­nik
War­szawa 2008
ISBN: 83 – 89812-44 – 4

Cena:27 (wraz z wysyłką) zł

Od dawna ocze­ki­wana bomba jed­nego z naj­ulu­bień­szych auto­rów Fijorr Publi­shing, Tho­masa Sowella. Prof. Sowell pastwi się w niej nad popraw­no­ścią poli­tyczną, ale nie robi tego w spo­sób emo­cjo­nalny, jak to nasi pisa­rze czy­nią, lecz argu­men­tu­jąc logicz­nie i eko­no­micz­nie. Maj­stersz­tyk, no wprost, miód na serce i umysł ludzi miłu­ją­cych wol­ność i roz­są­dek. Gorąco pole­cam, jak wszystko co u nas wycho­dzi. My trzy­mamy linię, fason i jeste­śmy wierni ludziom. Miłej lek­tury Jan M Fijor

Oto próbka:

TEFLONOWI PROROCY

Wyznawcy wizji oświe­co­nych mają wybitną zdol­ność utrzy­my­wa­nia nie­ska­zi­tel­nej repu­ta­cji mimo cią­głego for­mu­ło­wa­nia pro­gnoz, które następ­nie oka­zują się total­nie chy­bione. Żadna kry­tyka się ich nie ima – jakby byli z teflonu. Przy­kła­dów jest tu mnó­stwo. Grono ewi­dent­nie roz­mi­ja­ją­cych się z prawdą teflo­no­wych pro­ro­ków obej­muje takie postaci, jak John Ken­neth Gal­bra­ith i Paul Ehr­lich, czy takich insty­tu­cjo­nal­nych pro­ro­ków jak Klub Rzym­ski i Worl­dwatch Insti­tute. W każ­dym przy­padku abso­lut­nej pew­no­ści, z jaką wygła­szali swe pro­gnozy, odpo­wia­dało abso­lutne roz­mi­nię­cie się tych pro­gnoz z roz­wo­jem sytu­acji w real­nym świe­cie – i abso­lutna trwa­łość ich dobrej reputacji.

John Ken­neth Galbraith

Naj­bar­dziej znaną z wielu ksią­żek prof. Gal­bra­itha jest Dostat­nie spo­łe­czeń­stwo [The Afflu­ent Society], dzięki któ­rej ten dość nie­co­dzienny w angielsz­czyź­nie przy­miot­nik wszedł do powszech­nego użytku. Jed­nym z lejt­mo­ty­wów tej pracy było stwier­dze­nie, że coraz lep­sza koniunk­tura ostat­nich cza­sów dopro­wa­dziła do zaniku zain­te­re­so­wa­nia publicz­nego kwe­stią dys­try­bu­cji dochodu oraz wyklu­cze­nia tej kwe­stii z dys­kursu poli­tycz­nego. Zda­niem prof. Gal­bra­itha „mało co tak rzuca się w oczy we współ­cze­snej histo­rii spo­łecz­nej, jak zanik zain­te­re­so­wa­nia nie­rów­no­ścią jako zagad­nie­niem eko­no­micz­nym” . Ów „zanik zain­te­re­so­wa­nia nie­rów­no­ścią” bynaj­mniej nie wyni­kał, zda­niem prof. Gal­bra­itha, ze sku­tecz­nego zasto­so­wa­nia jakichś ega­li­tar­nych środ­ków redy­stry­bu­cyj­nych, ale prze­ciw­nie – był czyn­ni­kiem blo­ku­ją­cym pod­ję­cie takich środ­ków . Nie­rów­ność po pro­stu „prze­stała być przed­mio­tem dys­ku­sji” . Gal­bra­ithowi nie podo­bał się ten trend i w rze­czy samej przy­to­czył kilka zwy­cza­jo­wych mylą­cych sta­ty­styk doty­czą­cych dochodu rodzin­nego , aby uzmy­sło­wić czy­tel­ni­kowi pro­blem spo­łeczny. Jak alar­mo­wał, „ubó­stwo u pod­staw pira­midy docho­do­wej” po pro­stu „ucho­dzi prze­waż­nie nie zauwa­żone”, pod­czas gdy „wzrost zagre­go­wa­nej pro­duk­cji” staje się „alter­na­tywą dla redy­stry­bu­cji”, a „nie­rów­ność prze­staje pona­glać do dzia­ła­nia”.
Od roku 1958, kiedy napi­sano te słowa, nastały dekady bodaj naj­sil­niej­szego zaab­sor­bo­wa­nia nie­rów­no­ścią i dys­try­bu­cją dochodu w całej histo­rii repu­bliki. Od try­bun po ambony, od mass mediów po cza­so­pi­sma naukowe, od sal Kon­gresu po izby Sądu Naj­wyż­szego, „rów­ność” stała się hasłem dnia.
Innym tema­tem Dostat­niego spo­łe­czeń­stwa, roz­wi­nię­tym w póź­niej­szej książce Gal­bra­itha Nowe pań­stwo prze­my­słowe [The New Indu­strial State], była teza o uod­por­nie­niu się wiel­kich kor­po­ra­cji na kaprysy rynku. „Ryzy­kow­ność współ­cze­snego życia kor­po­ra­cyj­nego jest w grun­cie rze­czy nie­groź­nym kłam­stew­kiem zarząd­ców współ­cze­snych kor­po­ra­cji”, jako że wedle Gal­bra­itha „od wielu lat żadna wielka kor­po­ra­cja w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, mająca też wielki udział w swo­jej branży, nie zban­kru­to­wała ani nie była poważ­nie zagro­żona utratą płyn­no­ści” . Jego zda­niem Gene­ral Motors jest „dosta­tecz­nie wielki, by kon­tro­lo­wać swe rynki” – ale już nie zda­niem Toyoty, Hondy czy innych japoń­skich pro­du­cen­tów samo­cho­dów, któ­rzy wkrótce po tym oświad­cze­niu zaczęli w kolej­nych latach przej­mo­wać znaczne czę­ści tego rynku. Do początku lat 1990-tych Honda pro­du­ko­wała naj­le­piej sprze­da­jący się samo­chód w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, a Toyota pro­du­ko­wała w Japo­nii wię­cej aut niż Gene­ral Motors w Sta­nach.
Od czasu rady­kal­nych dekla­ra­cji Gal­bra­itha na temat nie­znisz­czal­no­ści kor­po­ra­cji czo­łowy ogól­no­kra­jowy maga­zyn Life prze­stał się uka­zy­wać, by póź­niej wró­cić do życia jako cień samego sie­bie. Sieć skle­pów deta­licz­nych W.T. Grant, nie­gdyś pio­nier w tej branży, prze­stała ist­nieć – podob­nie jak Gra­flex Cor­po­ra­tion, która przez dzie­się­cio­le­cia domi­no­wała na rynku dzien­ni­kar­skich apa­ra­tów foto­gra­ficz­nych. Pan Ame­ri­can była przy­pusz­czal­nie naj­bar­dziej znaną spo­śród wielu linii lot­ni­czych, które musiały zwi­nąć inte­res. W mia­stach całego kraju w zapo­mnie­nie poszły sza­cowne gazety. Kor­po­ra­cję Chry­slera od zguby ura­to­wało jedy­nie wspar­cie finan­sowe rządu. Mimo póź­niej­szych, opu­bli­ko­wa­nych w Nowym pań­stwie prze­my­sło­wym, zapew­nień Gal­bra­itha o „nie­na­ru­szal­nej pozy­cji odno­szą­cego suk­cesy zarządu kor­po­ra­cji” , przez całą ame­ry­kań­ską gospo­darkę prze­ta­czały się prze­ję­cia jed­nych kor­po­ra­cji przez dru­gie oraz rady­kalne prze­bu­dowy struk­tur orga­ni­za­cyj­nych, a po kory­ta­rzach kor­po­ra­cji toczyły się głowy mene­dże­rów. I na odwrót, mimo kpin Gal­bra­itha z idei samot­nego przed­się­biorcy, zakła­da­ją­cego nową pio­nier­ską firmę , Steve Jobs stwo­rzył kom­pu­tery Apple, a Bill Gates powo­łał do życia kor­po­ra­cję Micro­soft – obie te firmy tra­fiły w ciągu dekady na listę 500 naj­bar­dziej docho­do­wych firm maga­zynu For­bes, czy­niąc ze swych wła­ści­cieli mul­ti­mi­liar­de­rów. I nie były to bynaj­mniej odosob­nione fuksy. Bli­sko połowa firm uwzględ­nio­nych na liście 500 For­besa w roku 1980 nie znaj­do­wała się już na niej 10 lat póź­niej.
Żadna z tych oko­licz­no­ści ani tro­chę nie zaszko­dziła repu­ta­cji Gal­bra­itha, nie zmniej­szyła jego pew­no­ści sie­bie czy też sprze­daży jego ksią­żek. Nikt bowiem nie paso­wał lepiej do wizji oświe­co­nych i nikt nie wypo­wia­dał się z więk­szym lek­ce­wa­że­niem o „wie­dzy kon­wen­cjo­nal­nej” (jesz­cze jeden spo­pu­la­ry­zo­wany prze­zeń ter­min, okre­śla­jący tra­dy­cyjne prze­ko­na­nia i war­to­ści). Jeśli z histo­rii Gal­bra­itha wywieść można jaki­kol­wiek morał, to chyba tylko taki, że jeśli jesteś „poli­tycz­nie poprawny”, to popraw­ność fak­tyczna nie ma więk­szego zna­cze­nia. A Gal­bra­ith to tylko jeden z wielu przy­kła­dów na dzia­ła­nie tej zasady.

Paul Ehr­lich

Pod­czas gdy John Ken­neth Gal­bra­ith jest bodaj naj­bar­dziej znaną spo­śród postaci, które czę­sto się mylą, choć nigdy nie mają wąt­pli­wo­ści, Paul Ehr­lich należy do abso­lut­nej czo­łówki, jeśli idzie o róż­no­rod­ność i mar­gi­nes popeł­nio­nych błę­dów – które zresztą w niczym nie naru­szyły jego nie­ska­zi­tel­nej repu­ta­cji. Oto pierw­sze słowa pro­logu do jego naj­więk­szego best­sel­lera, Bomby demo­gra­ficz­nej [Popu­la­tion Bomb], po raz pierw­szy opu­bli­ko­wa­nego w 1968 roku: Walka o nakar­mie­nie całej ludz­ko­ści dobie­gła końca. W latach 1970-tych i 1980-tych setki milio­nów ludzi umrze z głodu pomimo jakich­kol­wiek roz­po­czę­tych dotąd doraź­nych pro­gra­mów . Teraz, gdy lata 1970-te i 1980-te mamy już za sobą, można jasno stwier­dzić, że nie wyda­rzyło się nic, co choćby mgli­ście przy­po­mi­nało pro­gnozę Ehr­li­cha. Co wię­cej, wystę­pu­jące co jakiś czas lokalne plagi głodu nie miały nic wspól­nego z prze­lud­nie­niem, a spo­wo­do­wane były roz­pa­dem lokal­nych sys­te­mów dys­try­bu­cji żyw­no­ści, zwy­kle w wyniku wojny lub innych wywo­ła­nych przez czło­wieka kata­kli­zmów. Podob­nie jak w przy­padku wielu innych kata­stro­ficz­nych pro­gnoz – u prof. Ehr­li­cha były to aku­rat „głód i eko-katastrofa” – w tle krył się nie­od­łączny postu­lat wyko­rzy­sta­nia struk­tur wła­dzy do narzu­ce­nia masom wizji oświe­co­nych. Według Ehr­li­cha musimy „pod­jąć natych­mia­stowe dzia­ła­nia” na rzecz „kon­troli popu­la­cji” – „naj­le­piej poprzez zmianę naszego sys­temu war­to­ści, ale gdyby środki dobro­wolne zawio­dły – poprzez przy­mus” . Cała ta histe­ryczna kam­pa­nia wokół prze­lud­nie­nia była tym bar­dziej żenu­jąca, że miała miej­sce w cza­sie, gdy świa­towa stopa przy­ro­stu natu­ral­nego spa­dała , i to zarówno w świe­cie prze­my­sło­wym, jak i nie uprze­my­sło­wio­nym ; gdy pro­du­cenci zaba­wek, pie­luch i papek dla dzieci zaczy­nali kie­ro­wać pro­duk­cję na inne tory , a szpi­tale zamy­kały oddziały poro­dowe, bądź udo­stęp­niały je na potrzeby innych pacjen­tów, aby zapeł­nić puste łóżka . Bomba demo­gra­ficzna jest pod­ręcz­ni­ko­wym przy­kła­dem lite­ra­tury grozy także pod innym wzglę­dem – nie­okieł­zna­nej eks­tra­po­la­cji. Jak zapew­niał Ehr­lich, jeśli „wzrost lud­no­ści wcze­śniej czy póź­niej się nie zatrzyma” , czeka nas reali­za­cja sze­regu kata­stro­ficz­nych sce­na­riu­szy. Na tej samej zasa­dzie, jeśli tem­pe­ra­tura od rana wzro­sła dziś o 10 stopni, eks­tra­po­la­cja wykaże, że o ile trend ten się utrzyma, to przed koń­cem mie­siąca wszy­scy skoń­czymy jako skwarki. Eks­tra­po­la­cje to ostat­nia deska ratunku dla bez­pod­staw­nych argu­men­tów. W real­nym świe­cie wszystko zależy od tego, gdzie się znaj­du­jemy, z jaką pręd­ko­ścią się poru­szamy, w jakim kie­runku oraz – co naj­waż­niej­sze – jaka jest szcze­gólna natura pro­cesu gene­ru­ją­cego dane do eks­tra­po­la­cji. Jest oczy­wi­ste, że jeśli wzrost tem­pe­ra­tury spo­wo­do­wany jest ruchem obro­to­wym Ziemi, który prze­nosi nas w pole dzia­ła­nia pro­mieni sło­necz­nych, to kon­ty­nu­acja obrotu prze­nie­sie nas z powro­tem poza zasięg świa­tła sło­necz­nego, a z nasta­niem nocy tem­pe­ra­tura zacznie spa­dać. Jed­nak teo­re­tycy „eks­plo­zji demo­gra­ficz­nej” sta­ran­nie uni­kają jakich­kol­wiek testów, czy to logicz­nych, czy empi­rycz­nych. Wbrew ich teo­rii pogar­sza­nia się stan­dardu życia wraz ze wzro­stem liczeb­nym popu­la­cji, stan­dard życia pod­no­sił się już w cza­sie, gdy Mal­thus po raz pierw­szy pisał na ten temat 200 lat temu. Pod­no­sił się on za jego życia i stale pod­nosi się od tam­tej pory. Demo­gra­ficzni bom­bar­die­rzy nie są w sta­nie wymie­nić choćby jed­nego kraju, w któ­rym stan­dard życia był wyż­szy w cza­sie, gdy jego popu­la­cja była o połowę mniej­sza niż obec­nie. W tej sytu­acji ska­zani są na posłu­gi­wa­nie się eks­tra­po­la­cjami i zło­wróżbną reto­ryką, opi­su­jącą świat, w któ­rym dostępne są „tylko miej­sca sto­jące” itp. W rze­czy­wi­sto­ści cała popu­la­cja dzi­siej­szego świata mogłaby zamiesz­kać w sta­nie Tek­sas w jed­no­pię­tro­wych dom­kach jed­no­ro­dzin­nych (cztery osoby na domek), z typo­wym ogród­kiem wokół każ­dego domku . Co wię­cej, naj­rza­dziej zalud­niony kon­ty­nent, Afryka, jest rów­no­cze­śnie naj­bied­niej­szy. Japo­nia ma dwa razy więk­szą gęstość zalud­nie­nia od wielu państw afry­kań­skich i ponad dzie­się­cio­krot­nie więk­szą od Czar­nej Afryki [tj. leżą­cej na połu­dnie od Sahary – przyp. tłum.] jako cało­ści . Podob­nie w śre­dnio­wiecz­nej Euro­pie naj­bied­niej­sze czę­ści kon­ty­nentu – w szcze­gól­no­ści Europa Wschod­nia i Bał­kany – były także naj­sła­biej zalud­nione. Masowy napływ Niem­ców, Fla­man­dów i innych zachod­nich Euro­pej­czy­ków przy­go­to­wał pod uprawę znaczne poła­cie żyznych, lecz pustych tere­nów wschod­niej Europy, pod­no­sząc tym samym poziom gospo­dar­czy regionu . Kiedy patrzy się na wszyst­kie kraje świata, nie widać żad­nej kore­la­cji mię­dzy gęsto­ścią zalud­nie­nia a pozio­mem dochodu. Choć wystę­pują pewne koszty spo­wo­do­wane zatło­cze­niem, są też inne poważne koszty zwią­zane z zapew­nie­niem elek­trycz­no­ści, bie­żą­cej wody, kana­li­za­cji oraz innych usług i infra­struk­tury na rzadko zalud­nio­nym obsza­rze, gdzie koszt na osobę jest nie­po­rów­na­nie więk­szy niż w rejo­nach gęściej zalud­nio­nych. Czy ist­nieje jakiś osta­teczny limit liczby ludzi mogą­cych prze­żyć na naszej pla­ne­cie? Moż­liwe. By jed­nak zro­zu­mieć, jak bez­sen­sowne i bała­mutne jest to pyta­nie, wystar­czy wspo­mnieć obawy mło­dego Johna Stu­arta Milla, czy skoń­czona liczba nut muzycz­nych nie wyzna­cza aby osta­tecz­nego limitu ilo­ści moż­li­wej muzyki . Wbrew nie­po­ko­jowi Milla, w owym cza­sie Czaj­kow­ski i Brahms nie przy­szli jesz­cze na świat, podob­nie jak daleko było jesz­cze do począt­ków jazzu. Także ponad sto lat póź­niej nadal brak było oznak, aby muzyka nam się koń­czyła.
Śmierć gło­dowa „setek milio­nów” to nie jedyna prze­po­wied­nia Ehr­li­cha chy­biona o całe mile. Z taką samą pew­no­ścią sie­bie, tak samo błęd­nie, i tak samo bez uszczerbku dla swej repu­ta­cji, wiesz­czył on wyczer­pa­nie się zaso­bów natu­ral­nych. W roku 1980 pro­fe­sor eko­no­mii Julian Simon zapro­po­no­wał wszyst­kim chęt­nym zakład o to, czy różne zasoby natu­ralne będą dro­żeć z upły­wem czasu – co musia­łoby nastą­pić, gdyby rze­czy­wi­ście sta­wały się one coraz rzad­sze. Prof. Simon zaofe­ro­wał każ­demu chęt­nemu do prze­te­sto­wa­nia teo­rii, jakoby zasoby natu­ralne kur­czyły się bądź zbli­żały do cał­ko­wi­tego wyczer­pa­nia, moż­li­wość wyboru na potrzeby testu dowol­nych surow­ców i dowol­nie dłu­giego okresu. W paź­dzier­niku 1980 roku Ehr­lich wraz z podob­nymi sobie pro­ro­kami wyczer­pa­nia zaso­bów natu­ral­nych posta­wił tysiąc dola­rów na to, że usta­lony koszyk surow­ców będzie za dzie­sięć lat kosz­to­wał wię­cej niż w chwili zawar­cia zakładu. Grupa Ehr­li­cha wybrała miedź, cynę, nikiel, wol­fram i chrom jako surowce natu­ralne, któ­rych łączna cena (w uję­ciu real­nym) wzro­śnie w ciągu dekady ich cią­głego wydo­by­cia. Jak się oka­zało, nie tylko łączna cena tych zaso­bów spa­dła, ale spa­dła także cena każ­dego poje­dyn­czego surowca z listy Ehr­li­cha i kole­gów . Jak to moż­liwe, że dzie­sięć lat wydo­by­wa­nia tych mine­ra­łów z ziemi nie dopro­wa­dziło do zmniej­sze­nia ich dostęp­no­ści, a w kon­se­kwen­cji do pod­bi­cia cen? Otóż bie­rze się to stąd, że podaż i popyt odwo­łują się do zna­nej ilo­ści zaso­bów, a ta rów­nie dobrze może się zwięk­szać, jak i zmniej­szać. Przy­kła­dowo znane rezerwy ropy w skali świata były w roku 1993 ponad dwu­krot­nie więk­sze niż w roku 1969, mimo maso­wego zuży­cia ropy na całym świe­cie pomię­dzy tymi datami . Jed­nym z fatal­nych błę­dów tkwią­cych w wizji oświe­co­nych jest nie­jawne zało­że­nie, że wie­dza jest znacz­nie roz­le­glej­sza i znacz­nie tań­sza niż w rze­czy­wi­sto­ści. Roz­wa­ża­jąc rzecz abs­trak­cyj­nie, w ziemi rze­czy­wi­ście jest tylko pewna skoń­czona ilość każ­dego z surow­ców natu­ral­nych, a w miarę ich zuży­wa­nia ilość ta oczy­wi­ście się zmniej­sza. Nikt jed­nak nie wie, jaka dokład­nie jest ta skoń­czona ilość, a ponie­waż odkry­wa­nie nowych złóż jest kosz­towne, nikomu nigdy nie będzie się opła­cać odkry­cie ich cał­ko­wi­tej ilo­ści. W zależ­no­ści od róż­nych czyn­ni­ków eko­no­micz­nych, takich jak choćby wyso­kość odse­tek od kre­dy­tów na sfi­nan­so­wa­nie poszu­ki­wań, ist­nieje zmienny limit tego, jak wiele złóż opłaca się odkryć w danym okre­sie – choćby w ziemi spo­czy­wały jesz­cze zapasy surow­ców wystar­cza­jące na całe wieki. Dzie­ląc wiel­kość zna­nych obec­nie rezerw przez ilość surowca zuży­waną rocz­nie, zawsze otrzy­mamy jakiś ilo­raz i będziemy mogli użyć tego ilo­razu, by twier­dzić, że za dzie­sięć, pięt­na­ście czy ileś tam lat „skoń­czy nam się” węgiel, ropa czy inny suro­wiec natu­ralny. Pod­ręcz­ni­kowy przy­kład tego rodzaju aryt­me­tycz­nej histe­rii dał nam Vance Pac­kard w swym best­sel­le­rze z 1960 roku, zaty­tu­ło­wa­nym Wytwórcy śmieci [The Waste Makers]:

Jeśli idzie o ropę, Stany Zjed­no­czone wyraź­nie zbli­żają się do wyczer­pa­nia zaso­bów. Przy dzi­siej­szym tem­pie zuży­cia – nie mówiąc o jutrzej­szym – Stany mają spraw­dzone rezerwy ropy wystar­cza­jące, by zaspo­koić zapo­trze­bo­wa­nie kraju przez naj­bliż­sze trzy­na­ście lat . Gdy słowa te uka­zały się dru­kiem, spraw­dzone rezerwy ropy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych wyno­siły nieco poni­żej 32 miliar­dów bary­łek. Pod koniec wyzna­czo­nego przez Pac­karda trzy­na­sto­let­niego okresu rezerwy te prze­kra­czały 36 miliar­dów bary­łek . Mimo to, pro­sta recepta na histe­rię „ilo­ra­zową” od ponad wieku pozwala wznie­cać alarmy – i zara­biać na best­sel­le­rach. W tym samym cza­sie znane rezerwy wielu klu­czo­wych surow­ców natu­ral­nych zwięk­szały się, zbi­ja­jąc ich ceny.

(frag­ment Oni wie­dzą lepiej

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 4

  1. amkreusz pisze:

    sama książka zna­ko­mita, ale mar­gi­nes tro­chę za krótki.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Prze­pra­szam, o jaki mar­gi­ne­sie cho­dzi? Nie jestem w sta­nie sie domyslic.

    pozdr

  3. amkreusz pisze:

    o mar­gi­nes od środka książki, co wymu­sza mocne „roz­pra­so­wa­nie” książki pod­czas czy­ta­nia żeby tekst się nie „zaokrą­glał” do wewnątrz i kom­for­towo czy­tało.
    No chyba że to tylko mój taki jeden egzem­plarz jest źle przycięty.

    Pozdra­wiam

  4. Jedna z naj­lep­szych ksią­żek, jakie w życiu prze­czy­ta­łem ! Po pro­stu miodzio !

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts