Prawa człowieka

Prawa czło­wieka

P.Bala, A. Wie­lom­ski
Wyda­nie 2008
ISBN: 978 – 83-89812 – 13-1

Cena: 28(wraz z wysyłką) zł

Oto frag­ment tego co piszą auto­rzy książki: Nasz scep­ty­cyzm wobec ide­olo­gii praw czło­wieka nie ozna­cza, że pochwa­lamy rząd despo­tyczne i przy­zna­jemy pań­stwu nie­ogra­ni­czone prawa wzglę­dem życia, wol­no­ści i wła­sno­ści oby­wa­teli. Wprost prze­ciw­nie, cho­dzi raczej o to, że dostrze­gamy, iż ide­olo­gia praw czło­wieka, mimo całego swo­jego dogma­ty­zmu i rygo­ry­zmu dok­try­nal­nego, wcale nie uchro­niła wyzna­ją­cych je spo­łe­czeństw przed znie­wo­le­niem ukry­tym pod pozo­rami demo­kra­tycz­nych pro­ce­dur, o czym zaświad­cza choćby skala podat­kowa w kra­jach Unii Euro­pej­skiej. Czy nie mamy tu do czy­nie­nia z „mięk­kim despo­ty­zmem”, przed któ­rym chciał nas ostrzec Ale­xis de Tocqu­eville pra­wie dwie­ście lat temu? Czyż można mówić o pra­wach czło­wieka w świe­cie zachod­nim, gdy miliony nie­na­ro­dzo­nych dzieci jest bar­ba­rzyń­sko mor­do­wa­nych? Zama­chu na wła­sność i życie oby­wa­teli nie powstrzy­mały żadne rygo­ry­styczne sys­temy „prawo-człowiecze” i dzie­siątki uchwał ONZ czy Rady Europy. Prze­ciw­nie, zamor­do­wa­nie nie­win­nego dziecka – w oczach wymie­nio­nych przed chwilą insty­tu­cji – nie jest mor­der­stwem, lecz zabie­giem. Dziecko zresztą nie jest dziec­kiem, ale pło­dem, czyli rze­czą. A rze­czom prawa nie przy­słu­gują.
Czy czło­wiek ma jakieś prawa? Zdrowy roz­są­dek pod­po­wiada, że ma pełne prawo do korzy­sta­nia z owo­ców swo­jej pracy, do życia (od momentu poczę­cia), do decy­do­wa­nia o tym, gdzie chce żyć i miesz­kać. Cywi­li­za­cja Zachodu przez stu­le­cia swo­jego ist­nie­nia, pod wpły­wem prawa rzym­skiego, filo­zo­fii grec­kiej, a przede wszyst­kim chrze­ści­jań­skich pojęć moral­nych, wypra­co­wała poję­cie tego, co słuszne i nie­słuszne, co wolno i czego nie wolno. W roku 1789 prze­ciw­sta­wiono tym sta­ro­żyt­nym zasa­dom nowe idee, w tym także uro­czy­ście pro­kla­mo­wano prawa czło­wieka, suge­ru­jąc, że aż do tej pory nie prze­strze­gano pod­sta­wo­wych z nich. Czy dziś się ich prze­strzega, gdyż się je uro­czy­ście ogła­sza urbi et orbi i wzmac­nia całymi ryzami papieru zadru­ko­wa­nymi slo­ga­nami o natu­ral­nych pra­wach przy­słu­gu­ją­cych ludziom? Śmiemy o tym wąt­pić.
I tro­chę dalej:
Nie ma wąt­pli­wo­ści, że demo­kra­tyczne pro­ce­dury stały się rytu­ałami zeświec­czo­nego świata, a ide­olo­gia demo­kra­tyczna stała się dogma­tem tzw. wol­nych spo­łe­czeństw, które ufun­do­wano na zasa­dzie cał­ko­wi­tej swo­body inte­lek­tu­al­nych poszu­ki­wań (libre exa­men), czyli na odrzu­ce­niu wszel­kich dogma­tów. Wolno dziś wąt­pić, czy ist­nieje Bóg i dusza ludzka, czy prawda i fałsz są poję­ciami obiek­tyw­nymi. Z tej zasady scep­ty­cy­zmu wyłą­czono jed­nak prawa czło­wieka oraz demo­kra­cję, czy­niąc z nich zasady, któ­rych nie tylko nie trzeba dowo­dzić (teo­re­mat), ale wręcz tego czy­nić nie wolno. Sakra­li­za­cja praw czło­wieka, ich mito­lo­gi­za­cja powo­duje, że samo dowo­dze­nie trak­to­wane jest jako świę­to­kradz­two i zamach na laicki dogmat. Jeśli bowiem cze­goś się dowo­dzi, nie jest to już pew­ni­kiem przyj­mo­wa­nym na wiarę, ale przed­mio­tem bada­nia i racjo­nal­nej dys­puty, które zawsze zawie­rają w sobie poten­cjalny ele­ment powol­niej­szej lub szyb­szej destruk­cji mitu. To zgod­nie z tą logiką nie­całe dwie­ście lat temu zaja­dły monar­chi­sta Georg Wil­helm Frie­drich Hegel sprze­ci­wiał się racjo­nal­nemu dowo­dze­niu wyż­szo­ści ustroju kró­lew­skiego nad repu­bliką, uzna­jąc poję­cie dowodu wyż­szo­ści za sprzeczne z samą istotą kró­lew­skiego maje­statu . Dziś podob­nie nie jest dobrze widziane deba­to­wa­nie o pra­wach czło­wieka i ide­olo­gii demo­kra­tycz­nej.
Ide­olo­gia demo­kra­tyczna. Tak, z pew­no­ścią możemy mówić o czymś takim. Cho­dzi tu o coś wię­cej niż tylko o tzw. demo­kra­tyczną kul­turę poli­tyczną. Kul­tura to postawa, w dodatku zmienna w cza­sie. W przy­padku praw czło­wieka ich zwo­len­nicy nie mówią o zmien­no­ści i histo­rycz­no­ści tej zasady. Mamy tu do czy­nie­nia z dok­tryną, o któ­rej naucza się, że jest uni­wer­salna w cza­sie i w prze­strzeni. Gdyby sta­no­wiła wynik Boskiego obja­wie­nia, byłaby reli­gią; ponie­waż jest wytwo­rem ludz­kiego rozumu i abs­tra­huje od warun­ków czasu i miej­sca, mamy do czy­nie­nia z laicką i antro­po­cen­tryczną ide­olo­gią. „Prawa czło­wieka” to przy tym ter­min wie­lo­znaczny, roz­pa­try­wany głów­nie na płasz­czyź­nie moral­nej i praw­nej. Na płasz­czyź­nie moral­nej prawa czło­wieka zna­czą tyle co postu­laty moralne, któ­rych źró­dła zwy­kle upa­truje się w przy­ro­dzo­nej i nie­zby­wal­nej god­no­ści czło­wieka, doty­czące ochrony war­to­ści o szcze­gól­nym, jeśli nie fun­da­men­tal­nym zna­cze­niu dla roz­woju jed­nostki, a pośred­nio dla funk­cjo­no­wa­nia spo­łe­czeń­stwa, w tym wyzna­cze­nia pozy­cji jed­nostki w pań­stwie . Akty prawa mię­dzy­na­ro­do­wego uni­kają defi­nio­wa­nia tych kate­go­rii, gdyż prawa i wol­no­ści z natury swo­jej mogą być roz­ma­icie rozu­miane . Mimo to kwe­stia praw czło­wieka stała się obec­nie zagad­nie­niem fun­da­men­tal­nym . W ści­słym sen­sie prawo czło­wieka było i jest czymś, co należy się czło­wie­kowi jako takiemu na mocy jego bytu ludz­kiego . Grze­gorz L. Seidler lapi­dar­nie okre­ślił idee praw czło­wieka jako „prawa każ­dego czło­wieka do samo­dziel­nego decy­do­wa­nia o sobie i nic wię­cej” .
Tutaj potrzebna jest ważna uwaga. Jür­gen Haber­mas twier­dzi, że współ­cze­sne pań­stwa zachod­nie mają dwa świec­kie abso­luty poli­tyczne: demo­kra­cję i prawa czło­wieka – dwa abso­luty nie­za­leżne od sie­bie i cza­sami pozo­sta­jące ze sobą w sprzecz­no­ści . Każdy doku­ment wypro­du­ko­wany w Unii Euro­pej­skiej odwo­łuje się do zasad demo­kra­cji i praw czło­wieka; nie ina­czej wyglą­dają pisma wycho­dzące z ONZ. Dziś nawet wojny wypo­wiada się w celu demo­kra­ty­za­cji wro­giego pań­stwa i zapro­wa­dze­nia tam reżimu, który zadba o prawa czło­wieka miesz­kań­ców pod­bi­tego kraju. To pozór.
Prawa czło­wieka i demo­kra­cja nie mają jed­na­ko­wego sta­tusu onto­lo­gicz­nego w domi­nu­ją­cym dys­kur­sie poli­tycz­nym. Aby jakaś decy­zja, wybór został nazwany dziś mia­nem demo­kra­tycz­nego, musi on speł­niać pewne stan­dardy. Czasy, gdy demo­kra­cja pole­gała na tym, że lud podej­mo­wał decy­zję więk­szo­ścią gło­sów – tak jak rozu­miał demo­kra­cję Pery­kles czy Ary­sto­te­les – minęły już bez­pow­rot­nie. Doświad­cze­nie upadku Repu­bliki Weimar­skiej w 1933 roku i prze­ję­cie przez nazi­stów wła­dzy w demo­kra­tycz­nej pro­ce­du­rze osta­tecz­nie zane­go­wały ślepą wiarę w rozum­ność woli więk­szo­ści. Więk­szość jest zdolna w akcie sza­leń­stwa czy despe­ra­cji oddać wła­dzę dosłow­nie każ­demu. Wszystko zależy od sytu­acji poli­tycz­nej, gospo­dar­czej, ura­żo­nej dumy, nie­speł­nio­nych nadziei, a przede wszyst­kim tzw. pijaru i socjo­tech­niki poli­tycz­nej. Dla­tego powo­jenny zachodni libe­ra­lizm ogło­sił zde­cy­do­wany pry­mat idei wol­no­ści nad ideą demo­kra­tyczną . Nie może to nikogo dzi­wić. Gdy czy­tamy dziś, jak przed II wojną świa­tową Hans Kel­sen pole­mi­zo­wał z Car­lem Schmit­tem, gło­sząc wyż­szość zasady demo­kra­tycz­nej nad poza­praw­nym ratun­kiem pań­stwa przed zwy­cię­stwem wybor­czym naro­do­wych socja­li­stów , to nie­trudno dojść do wnio­sku, że austriacki pro­fe­sor prawa był tylko naiw­nym teo­re­ty­kiem wie­rzą­cym, że par­la­men­tarna kul­tura poli­tyczna oraz sądy Rze­szy powstrzy­mają bata­liony SASS. W cza­sach Kel­sena demo­kra­cja odrzu­cała wszel­kie poję­cie prawdy i uzna­wała wyłącz­nie wolę więk­szo­ści . A w 1933 roku ta zmi­to­lo­gi­zo­wana więk­szość zagło­so­wała na nazi­stów.
Incy­dent wybor­czy w postaci doj­ścia do wła­dzy NSDAP przy­czy­nił się do fak­tycz­nego zamknię­cia dys­ku­sji na temat dobrego i słusz­nego porządku poli­tycz­nego, tak jak gdyby ist­niała wyłącz­nie alter­na­tywa: albo libe­ralna demo­kra­cja, albo naro­dowy socja­lizm. Libe­ralne elity uznały się za upraw­nione do cen­zu­ro­wa­nia woli naro­dów wyra­ża­nej w demo­kra­tycz­nych wybo­rach, zasła­nia­jąc się pra­wem do obrony pań­stwa (a także jego oby­wa­teli) przed ide­olo­giami zbrod­ni­czymi. Samo poję­cie tychże ide­olo­gii nabrało szybko bar­dzo pojem­nego i roz­cią­głego cha­rak­teru. O ile naj­pierw – i słusz­nie – umiesz­czono tam nazizm, to lewi­cowa część elit poli­tycz­nych szybko umie­ściła w worku z napi­sem „faszyzm” także kon­ser­wa­tywne i kato­lic­kie sys­temy nie­de­mo­kra­tyczne (np. Hisz­pa­nia Franco), a potem także i pra­wicę akcep­tu­jącą demo­kra­tyczne warunki gry poli­tycz­nej, aby w końcu uznać za faszy­stów wszyst­kich prze­ciw­ni­ków. Sta­wia się nas przed zafał­szo­waną alter­na­tywą: albo demo­kra­cja, albo totalitaryzm.

Gdy obser­wuje się współ­cze­sne zachod­nie demo­kra­cje, trudno nie dojść do wnio­sku, że aby mówić dziś o demo­kra­cji, lud musi nie tylko wybrać par­la­ment w gło­so­wa­niu powszech­nym, ale musi wybrać słusz­nie. W prze­ciw­nym razie libe­ralne media, demo­kra­tyczne rządy i Rada Europy roz­po­czy­nają medialno-polityczną nagonkę, iż z demo­kra­tycz­nych pro­ce­dur wyni­kło zwy­cię­stwo popu­li­stów, anty­de­mo­kra­tów, faszy­stów, kle­ry­ka­łów, kse­no­fo­bów etc. Pamię­tać musimy, że histo­ria powo­jen­nej demo­kra­tycz­nej Europy zna przy­padki, gdy pań­stwa zachod­nie – które pod­nio­sły prawa czło­wieka do rangi ofi­cjal­nej ide­olo­gii – poparły nie­de­mo­kra­tyczne reżimy, które zasto­po­wały demo­kra­tyczne doj­ście do wła­dzy ruchów oskar­ża­nych o nie­prze­strze­ga­nie tychże praw. Kla­sycz­nym przy­kła­dem jest popar­cie Fran­cji za pre­zy­den­tury Fra­nçois Mit­te­randa dla woj­sko­wego puczu w Algie­rii (1991) – odsu­nął on od wła­dzy isla­mi­stów, któ­rzy wła­śnie wygrali wybory par­la­men­tarne . Nie­de­mo­kra­tycz­ność zarzu­cano nie­dawno w Pol­sce rzą­dowi Prawa i Spra­wie­dli­wo­ści, mimo że miał on więk­szość w Sej­mie, który pocho­dził z pię­cio­przy­miot­ni­ko­wych wybo­rów.
Jeśli pań­stwa demo­kra­tyczne zdolne są do popie­ra­nia reżi­mów nie­de­mo­kra­tycz­nych wbrew demo­kra­tycz­nie wyra­żo­nej opi­nii więk­szo­ści tam­tej­szego spo­łe­czeń­stwa, to zna­czy, że demo­kra­cja nie jest trak­to­wana jako war­tość osta­teczna, sama w sobie. Musi ist­nieć jakiś sys­tem aksjo­lo­giczny pozwa­la­jący oce­nić, który wybór w pań­stwie demo­kra­tycz­nym jest rze­czy­wi­ście demo­kra­tyczny, a który speł­nia jedy­nie zewnętrzne, for­malne, praw­ni­cze kry­te­ria demo­kra­tycz­no­ści.
W sumie nikt nigdy for­mal­nie nie usta­lił takiego kry­te­rium, choć sporo się o tym deba­tuje, a jed­nak takie w prak­tyce ist­nieje, co zresztą wska­zuje na fik­cyj­ność i fasa­do­wość demo­kra­tycz­nej pro­ce­dury, w wyniku czego – choć brzmi to para­dok­sal­nie – ist­nieją demo­kra­cje demo­kra­tyczne, czę­ściowo demo­kra­tyczne i… nie­de­mo­kra­tyczne. Jakie to kry­te­rium? Demo­kra­tycz­ność demo­kra­cji mia­łaby być pochodną porów­na­nia wyboru doko­na­nego przez tzw. suwe­renny lud z jakimś przy­ję­tym uprzed­nio stan­dar­dem. Ozna­cza to, że zanim lud masowo wbiegł do lokali wybor­czych, aby speł­nić patrio­tyczny obo­wią­zek, usta­lono już wcze­śniej, komu wolno wygrać, aby móc uznać wybór suwe­ren­nego ludu za auten­tycz­nie demo­kra­tyczny.
MBR>

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

No Comments Yet.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*